Ewa Hoffman, znana pisarka (z pochodzenia polska Zydowka, urodzona niedaleko Branska, wychowana w Krakowie) zdolala osiagnac rzecz niezwykle trudna. W swojej ostatniej ksiazce Shtetl - The life and death of a small town and the world of Polish Jews (Houghton Mifflin Co., Boston New York, 1997) przedstawila nie tylko historie zydowskiego miasteczka Bransk we wschodniej Polsce, ale rowniez zarys historii Zydow w Polsce, od jej dalekiego poczatku do Zaglady. Nie miejsce tutaj na recenzje z tej ksiazki. Dosc powiedziec, ze jest to obraz bardzo wywazony i udokumentowany z nowych i starszych zrodel naukowych, ktory przedstawia zarowno jasne jak i ciemne i tragiczne strony tej historii. Mimo calej tragedii Konca, ksiazka jest optymistyczna w swojej wymowie, jest jakby wzruszajacym apelem o wzajemna pamiec, szacunek i sympatie miedzy Zydami a Polakami, ktorych historia tak bardzo splotla sie w sposob zarowno pomyslny, jak i tragiczny. Pisze Ewa Hoffman pod koniec ksiazki: "Ziemia byla zaprawde nasiakla krwia... Dzisiaj zadaniem pamieci moze byc nie przebaczanie winnym, ale zlozenie razem rozdzielnych czesci obrazu zeby zrozumiec strukture tamtej straszliwej sytuacji jako calosci."

Ponizej, w moim tlumaczeniu opis zaglady zydowskiego Branska. Tytul fragmentu pochodzi ode mnie.

Andrzej Kobos




ZAGLADA PEWNEGO SZTETL





EWA HOFFMAN


Poza "pinkas," pisana historia Branska ma jedno wielkie zrodlo: "Ksiege Yizkor," lub "Ksiege Pamieci." Tekst ten zostal napisany w roku 1947, podobnie jak kilkadziesiat podobnych tomow, skompilowanych wkrotce po drugiej wojnie swiatowej w wielkim akcie zbiorowego upamietnienia. Waznosc pisanego swiadectwa zostala wyrazniej doceniona zaraz po Zagladzie. Dziesiatki nieformalnych kronikarzy zaczelo utrwalac, czesto w niezdarnym i niewyuczonym stylu, wszystko to, co ich wspolocalency mogli sobie przypomniec z przeszlosci ich spolecznosci. Slowo zachowuje, Slowo czci, Slowo moze koi tych, ktorzy uzywaja jego mocy, zmiejsza ciezar ich zobowiazania wobec umarlych i ich zalosc po umarlych.

[...]

W nocy 1 listopada 1942 nadeszlo ostrzezenie z Bialegostoku: ghetto w Bransku ma zostac zlikwidowane nastepnego dnia. Wybuchla rozpacz i pandemonium. Niektorzy probowali uciekac, zanim nastapi akcja, inni rozbiegli sie do kryjowek w ghetcie, ktore przygotowali byli na taka ewentualnosc.

O swicie 2 listopada zaczelo sie zabieranie ludzi. Niemcy, tak jak robili to w innych miastach, przywiezli do pomocy specjalne jednostki dozorcow litewskich i ukrainskich. Polacy nie byli zmuszani to udzialu w tej brutalnej akcji, byc moze dlatego, ze byli uwazani za zbyt antyniemieckich, lub zbyt niezdyscyplinowanych albo poniewaz brakowalo im zapalu do takiej roboty. Pomimo straszliwego kordonu wokol ghetta, duza liczba ludzi przedarla sie przez plot albo uciekla przez przejscia podziemne. Niektorzy zostali ranni lub zabici, zanim wydostali sie na zewnatrz. Kilkuset ludzi ucieklo do pobliskich lasow albo szukalo kryjowki w chlopskich domach. Kilkoro znalazlo schronienie; inni zostali odpedzeni przez Polakow przerazonych atmosfera mordu oraz grozbami - powtarzanymi ciagle przez glosniki - egzekucji za pomaganie Zydom. W ciagu kilku nastepnych dni wielu ludzi powrocilo do ghetta, nie wiedzac co innego mogliby uczynic.

6 listopada gestapo nakazalo zbiorke na srodku ghetta. Tym razem ludzie juz wiedzieli co ich czeka. Jedni drugich pozegnali. Niektorzy odmowili Kaddisz w swoich domach. Inni zniszczyli dobytek, aby nie pozostal dla przesladowcow. W Ksiedze Yizkor opisane jest kilka wypadkow, w ktorych Zydzi odmowili przyjecia pomocy oferowanej im przez Polakow, poniewaz nie chcieli porzucic innych. W jednym przypadku "szewc-chrzescijanin" przygotowal kryjowke dla swojego zydowskiego przyjaciela, ktory jednakze w ostatnim momencie poszedl z powrotem do ghetta zeby podzielic los swojej rodziny.




Kiedy Niemcy zaczeli zganiac ludzi na piecset wozow, ktore mialy ich wywiezc, miejscowy rabin, Itzhak Zaav Zuckerman, pozegnal Bransk - ktory widzial tak wiele pokolen Zydow - oraz ludzi, przed ktorymi stal. "To jest wyrok wydany w niebie" - powiedzial, jak to zapamietano. "My musimy umrzec. Ale ja mam nadzieje, ze ci ktorzy przezyja opowiedza innym o naszym cierpieniu." To jest wlasnie moralne przeslanie, ktore wypelnia Ksiega Yizkor i inne relacje.

W ciagu nastepnych trzech dni, dwa tysiace ludzi zostalo przetransportowanych do Bielska [Podlaskiego] a potem do Treblinki. 10 listopada, w kilka godzin po przywiezieniu do tego obozu koncentracyjnego, wszyscy zostali zamordowani w komorach gazowych.

Wydaje sie, iz w chaosie likwidacji ghetta byla cala gama reakcji ze strony ludnosci polskiej. Byly przyklady potwornego okrucienstwa, jak pewnego polskiego policjanta, ktory bez nakazu strzelal i zabijal zydowskie dzieci. Inni dostarczali Zydow do gestapo. We wsi Oleksin, wojt o nazwisku Jozef Adamczuk, zmuszal niektorych mieszkancow do przylaczenia sie do poszukiwan Zydow, o ktorych bylo wiadomo, ze ukrywaja sie w okolicznych lasach. Stal sie sprawca smierci czternastu osob. (W 1948 roku, polski sad skazal go na dozywocie, ktore pozniej zamieniono na wyrok 10 lat.)

Ale, na tyle, na ile mozna sadzic z rozproszonych opowiesci i wspomnien, impuls zwyklego zalu i wsparcia byl wciaz zywy. W jednym przypadku opisanym w Ksiedze Yiskor, gdy pewien gestapowiec schwytal kilku Zydow probujacych uciec z ghetta, grupa Polakow przyciagnietych rozpaczliwymi krzykami, wstawiala sie o ich zwolnienie. Jozef Brojda, ktoremu daleko do pomijania polskich przewinien wobec Zydow, wspomina pewnego Polaka, ktory plakal, kiedy opisywal sceny rzezi w ghetcie.

W nastepnych dniach pojawily sie plakaty obwieszczajace Bransk jako Judenfrei. Pomimo tego, nazisci w swojej biurokratycznej dokladnosci, zdali sobie sprawe iz znaczna liczba ludzi zdolala wymknac sie z ich sieci. Rzeczywiste liczby sa trudne do ustalenia; Zbyszek [Romaniuk] ocenia, ze nie doliczono sie pomiedzy 200 a 350 osob. W kazdym razie, Niemcy oglosili poscig za ukrywajacymi sie Zydami. Na dobro miejscowego katolickiego ksiedza nalezy zapisac, ze wyglosil kazanie w ktorym polecil ludziom "umyc rece" od tych zbrodniczych dzialan i zachecal ich do pomagania innym w potrzebie.

W ciagu dalszych kilku dni wielu z ukrywajacych sie Zydow zostalo schwytanych. Historie dwoch glownych schwytan i poddania sie sa niewyobrazalnie bolesne. W jednym przypadku, Isaiah Cukier wrocil z Bielska wraz z gestapowcami i zaprowadzil ich do kilku kryjowek. (Byl on dawnym czlonkiem Judenratu, ktory wszedl do apteki pytajac o Szapirow, a jego podejrzane zachowanie zostalo zaobserwowane przez Janine Woinska.) W sumie, byl on odpowiedzialny za wydanie siedemdziesieciu osob, wsrod nich dwoch Polakow, ktorzy najwidoczniej szmuglowali zywnosc dla jednej z ukrywajacych sie grup. Motywy jego dzialania pozostaja niejasne. Woinska broni go, twierdzac, ze kiedy go zobaczyla byl on wyraznie przestraszony i zdezorientowany. Kilku ocalalych Zydow podejrzewa, ze byl on torturowany w Bielsku albo dzialal w naiwnym przekonaniu, ze Zydzi zostana tylko zabrani do obozu pracy. Inni sadza, ze probowal on ocalic swoje zycie przez wspolprace z gestapo. Nastepnego ranka, siedemdziesieciu nieszczesnikow zostalo zabranych na cmentarz zydowski, gdzie rozkazono im rozebrac sie po czym ich zastrzelono. Ksiega Yizkor powiada, ze wielu Polakow zostalo zmuszonych do przygladania sie tej masakrze.

Pozostala w ghetcie jeszcze jedna wieksza kryjowka: bunkier, w ktorym kulilo sie okolo trzydziestu ludzi. Zostal on zniszczony, kiedy pewna kobieta nieodwracalnie wzniecila pozar podczas gotowania. Kiedy ludzie wylonili sie z plonacego pomieszczenia i probowali uciekac, zostali zastrzeleni przez nazistow, ktorymi dowodzil zolnierz nazywany przez miejscowych Martin. Dwadziestu trzech ludzi zostalo tak zamordowanych. Zostali oni pochowani przez chrzescijan na zydowskim cmentarzu.

Taki byl koniec branskiego ghetta i zydowskiej spolecznosci. Od tej chwili pozostaly juz tylko niedobitki, ludzkie atomy rozproszone w lasach i polskich domach. Istnialy dla nich tylko dwa sposoby przetrwania: poprzez indywidualna zaradnosc albo poprzez proby polaczenia sie z innymi, bedacymi w podobnym niebezpieczenstwie.

[...]

Eva Hoffman, Shtetl




Po przeczytaniu Shtetl Ewy Hoffman, obok innych refleksji, ogarnela mnie pewna zalosc. Pochodze z Wadowic, miasteczka polozonego 55 km na poludniowy-zachod od Krakowa, w ktorym przed wojna mieszkalo okolo 2000 Zydow (1/5 mieszkancow). Kilkuset z nich uszlo z miasta w poczatkach wrzesnia 1939 roku na wschod. (Dlugoletni rabin wadowicki, Aszer Seltenreich, zginal 13 marca 1943 podczas rzezi Zydow na placy Zgody w Ghetcie w Krakowie.) W roku 1941, Niemcy (Wadowice zostaly wcielone do III Rzeszy, byly miasteczkiem graniczacym z Generalna Gubernia) w ruderach na skraju placu targowego, w ktorych przed wojna mieszkala biedota zydowska, utworzyli ghetto, do ktorego spedzili okolo 1500 Zydow. W lipcu 1943 Ghetto wadowickie zostalo zlikwidowane, a Zydzi przewiezieni pociagiem do niedalekiego Auschwitz, gdzie poszli wprost do gazu. Ocalalo w Wadowicach tylko niewielu ponad 20 Zydow.




O ile wiem, nie zachowal sie, ani nie sporzadzono pozniej zadnego szerszego zapisu historii Ghetta wadowickiego i jego likwidacji. Znam tylko jedno opowiadanie o tym, jak modlacych sie Zydow prowadzono do dosyc odleglej stacji kolejowej, mowiac im, iz pojada na roboty do Rzeszy. Tory kolejowe do Bielska-Bialej (na zachod) i do Oswiecimia (na polnoc) biegna z wadowickiej stacji kolejowej rownolegle na zachod przez okolo dwa km, po czym rozgaleziaja sie. Podobno, kiedy Zydzi w zamknietych wagonach zorientowali, ze pociag skrecil na polnoc, w wagonach rozlegl sie zbiorowy szloch, ktory slyszeli ludzie stojacy przy torach.

I to wszystko, co wiem, podejrzewam iz to jest prawie wszystko, co sie zachowalo. I tutaj ten moj szczegolny zal: 30 lat temu, nawet 25, moglem byl pozbierac w Wadowicach jakies relacje o Ghetcie i jego likwidacji. Zyli jeszcze wtedy swiadkowie. Nie uczynilem tego. Po prostu wowczas nie zdawalem sobie dobrze sprawy z tego czym byl Holocaust. Inni najwidoczniej rowniez nie.

Andrzej Kobos








Copyright © 1997-1999 Zwoje