

Liscie debu sa jak skora na oprawie ksiegi. Jak inaczej powiedziec o nich, kiedy w pazdzierniku przybieraja kolor brunatny i sa jakby skorzane, gotowe do oprawienia w zloto. Skad to niezwykle ubostwo jezyka, skoro tylko przychodzi do barw? Co mamy do rozporzadzenia probujac nazwac splendor kolorow? Jedne liscie sa zolte, inne czerwone, i to juz wszystko? A przecie sa i zoltoczerwone, i plomiennoczerwone, i winnoczerwone (bordo - wiec nie ma nic lepszego niz porownanie z winem bordeaux?) A brzozy? Ich liscie sa niby male, bladozolte monety, jeszcze gdzieniegdzie zawieszone u galazek, ktore sa jakie? Liliowe? Fioletowe? (czyli od lilas, bzu, i fiolkowe od violette, fiolka, znow ta nieudolnosc porownan). Czym rozni sie zoltosc brzozowych lisci od zoltosci osin, podbitej miedzia, coraz silniejsza, az zwyciezy? Kolor miedziany? Wiec znow rzecz, miedz. I chyba tylko zielony i zolty tkwia gleboko w rodowodzie jezyka, bo niebieski wziety od nieba, czerwony od czerwia, czyli farby robionej kiedys z czerwi, sluzacej do barwienia tkanin. Czyzby jezyk byl oporny, bo oczy malo wrazliwe na szczegoly przyrody, jezeli nie ma z nich zadnego praktycznego pozytku? W pazdzierniku na polach zolcieja dynie, a kolor ich w istocie pomaranczowy. Dlaczego od pomaranczy, ile oczu ogladalo pomarancze w polnocnym kraju? A notuje to wszystko, bo natknalem sie na trudnosc opisania krajobrazow jesieni w dolinie rzeki Connecticut dokladnie i przyziemnie, bez uciekania sie do metafor i porownan.
1985

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||