Na Skalnym Podhalu Kazimierza Tetmajera jest najpiekniejsza ksiazka o goralach i Tatrach w literaturze polskiej. Oto opowiesc o mocarnym niedzwiedziu. Zachowujemy oryginalna pisownie z wydania jubileuszowego Spolki Nakladowej "Ksiazka" w Krakowie, z roku 1914.   (AMK)




ON





KAZIMIERZ TETMAJER


Olbrzymi czarny niedzwiedz, urodzony i uchowany w ciemnosmreczynskim borze pod Hrubym Wierchem, w puszczy, gdzie slonce tylko po wierchowcach swierkow swiecilo, niemogac przebic dachu splatanych ze soba konarow i galezi, pod ktorym przemykaly sie w pogoni za sarna i jeleniem hordy krwawych wilkow, torowaly sobie droge poteznymi lbami odynce, a po ktorego wiazaniach slizgal sie cichy, zgubny rys o zlotawej sierci, pewnego wiosennego dnia uslyszal glosy nigdy dotad nie slyszane. Zdumiony stanal i sluchal. Byly to miarowe ciosy, twarde i gluche, budzace suche echo po sobie. Posuwaly sie od doliny w gore. I niedlugo zadziwionym oczom niedzwiedzia ukazali sie ludzie z siekierami w rekach, odrebujacy na lewo i prawo galezie odwiecznych smrekow, przez co czynil sie za nimi dlugi chodnik. Bylo ich kilku, przez plecy mieli luki i strzaly w plecionych z lyka kolczanach, oraz sakwy z pozywieniem, u pasa proce i woreczki z kamykami. Gniewnem, strasznem okiem patrzal na nich niedzwiedz. Chcialby sie byl rzucic na nich, poszarpac ich i rozniesc poprostu na wiatr, a jednak jakas trwoga zatrzymywala go w oddaleniu. A gdy poczeli posuwac sie ku niemu blizej, wydal z piersi pomruk zly i grozny, ale cofnal sie w gaszcz, zaszyl w nim i siadl, podnoszac kufe do gory i wietrzac.

Juz w pare dni potem, chodnikiem przez caly las przecietym, na polane, gdzie rosly wysokie szczawy gorskie, szerokich lisci lopuchy i mnostwo kwiatow i ziol, tak ze polanka mienila sie blekitnym, zoltym, czerwonym, fioletowym i zielonym kolorem, przypedzili ludzie stada owiec i wolow, a wielkich, jak wilki i do wilkow podobnych z wejrzenia, siedm bialych kudlatych psow w kolczastych obrozach szlo obok, lub za niemi. Natychmiast z glazow poczeto klecic jate, na glazach pozbijano zerdzie i pokrycie umoszczono z zerdek i odartych lub drzewnych, a na wierzchu poukladano ciezkie kamienie od wiatru.

Naokolo polany uczynila sie pustka. Pasajace sie tam dotychczas sarny i jelenie popierzchaly, wilki podchodzily gestwina, necone widokiem owiec i wolow, ale baly sie psow, zawsze czujnych juhasow, zbrojnych w daleko siegajace luki i proce i ostre ciupagi i noze, a przedewszystkiem ognia blyskajacego we dnie i w nocy z jaty, ktory nigdy nie gasnal. I dzikie szczeciniaste maciory, ktore tam zyly uprzednio, szukajac bulw ziemnych, stadka swoich warchlakow pouwodzily daleko i nawet mocne, odwazne, a czesto zuchwale i napastliwe odynce nie zblizaly sie ku polanie.

Z wysoka, z turni, z ponad dwoch stawow, co powyzej w dolinie wiecznie senne lezaly, pogladaly na nia ciekawe, szybkie kozice, w olbrzymich susach uciekajac, gdy juhasi z owcami podwyzszali sie na uplazach, i tylko jedne orly skalne zakolysaly sie czasem na rozlozystych skrzydlach w przestrzeni, zawazyly i spadaly, jak piorun na jagnie, ktore unosily ze soba, o ile nie dosiegla ich predka pierzasta strzala, kamien z procy, lub smigla rzucona przez juhasa ciupaga, warczaca w powietrzu w poteznych kozlach, nigdy niechybna.

Wkrotce poogradzano dla owiec koszary ze stragami, obok pierwszej jaty wyroslo kilka innych, powstal szalas.

Z dala, z kosodrzewin, pozieral ku polanie niedzwiedz. Mieszkalo ich tu w Ciemnych Smreczynach kilkanascie, tu sie pasly, mnozyly i wychowywaly, ztad czynily wyprawy na owsy zielone w lecie i zlociste w jesieni ku wsiom ponad Wagiem, tu przesypialy snem zimowym zime, przechodzac czasem ku Wierchcichej popod Kopy, ku Rybiemu i w inne doliny, rojne od pobratymcow. Panowaly niepodzielnie i absolutnie w gorach. Los o rosochatych lopatach, mieszkajacy ponizej, zmykal ciezko, gdy tylko na slad ich lapy natrafil; potworne tury o czolach twardych, jak glaz, a sile powodzi, nie pasaly sie wysoko i toczyly walki tylko z dolinnemi niedzwiedziami, po lasach. Stare, blyskajace dlugiemi klami odynce farkaly i klapaly zebami, ale przysiadajac na zadach pod wykrotem, gotowaly sie tylko do obrony, nie napadajac same, a wilki, gdy banda szly, a byly glodne, mogly byc niebezpieczne tylko na nizinie, gdzie drzewa nie rosly. Zreszta wyglodzone i do szalenstwa zuchwale bywaly tylko w zimie, kiedy niedzwiedz dobrze ukryty spal.

Nie bylo zatem rywala i jedynie milosc wypelniala gory rykiem walczacych samcow, podobnych do burz walczacych. W calych Ciemnych Smreczynach, a moze w calych Tatrach, niebylo grozniejszego niedzwiedzia. Barki mial jak kloce, leb, jak kepa, sierc czarna, lsniaca, a kiedy sie wspial na zadnie lapy, wygladal jak drzewo. Najstraszliwszy byl ze wszystkich.

On tez pierwszy ubil wolu osiadlym na polanie juhasom. Ubil go w bialy dzien, zablakanego daleko w kosodrzewinach, a uderzyl tak poteznie, ze wol od jednego zamachu za leb padl martwy z przetraconym rdzeniem, nie zdazyl nawet ryknac i zguby jego nawet nie dostrzezono na razie. Dopiero zlatujace sie na scierwo orly, sepy, jastrzebie, sokoly i sowy rozliczne, sprowadzily juhasow, ktorzy znalezli juz tylko kosci.

Osmielony napadl na innego wolu, w stadzie. Stado pierzchlo w przestrachu, nadbiegly jednak z ujadaniem psy, za niemi z krzykiem i ciupagami w rekach wolarze. Niedzwiedz rozdarl najsmielszego psa, rzucil glazem ku ludziom, ale uciekl.

Od tego casu zaczela sie walka, bo inne niedzwiedzie podchodzily pod woly, lub napadaly owce. Nocami zwlaszcza i psy i juhasi pilnowac musieli, gdyz rysie skradaly sie gestwina, a wilki wyly dookola, odpowiadajac zaciekajacym sie od szczekania owczarkom.

W powietrzu z ptakiem drapieznym, na ziemi z drapieznym zwierzem rozpoczela sie walka na zaboj. Ale juhasi poznali juz, ze najwieksze szkody, najsmielsze napady wykonywa ten wielki niedzwiedz czarny, "on".

Jego zas wscieklosc brala na psy i ludzi. Nieraz caly szereg dni przeszedl, ze nie dalo sie ani jednego wolu zwalic, ani jednej owcy porwac. Przypadl niespodziany wczesny snieg jesienny, tak gruby, ze pokryl krzaki drugich borowek i brusnic, oblamal i zasypal czerwone galezie skorusz, trawy pogrzebal - nastal glod. Wiekszosc juhasow z wolami i czescia owiec zeszla do wsi, obiecujac sobie powrocic, gdy snieg staje; zostalo tylko paru ze stadem owiec, ktore zamkniete w koszarze zywiono nakoszonem za lata sianem. Przy nich byly tylko dwa psy.

W noc ciemna i mrozna, pelna wichru ze sniegiem, wypadl "on," jak burza z chmur. Z pomrokow lesnych, runal, jak lawina, urwana w uplazie, na polane i gnal, jak potok z przewzbranego deszczem jeziora ku koszarowi. Wybiegly naprzeciw niego psy, ale nie zwazal na nie, a one tez tylko z daleka ujadaly. Jednym susem przesadzil plot koszara i gruchnal na zbite w kupe, rozpaczliwie beczace owce.

Predzej niz pomyslec, bil i ciskal na kupe. Nie pil krwi, nie pochlanial miesa, tylko bil i bil, grzmotal lapami i ciskal poza siebie. Zapamietal sie w tej rzezi okropnej; mordowal i mordowal.

Uslyszeli halas psow i bek owiec juhasi, ale nie mogli biec na ratunek. Pod mokrym sniegiem gasly z sykiem porwane z ogniska glownie, w ciemnosci bali sie zas przyblizyc, a ich krzyki nie odstraszaly niedzwiedzia. - "On", "on", powtarzali z rozpacza, gdy "on" szalal w koszarze, jak szaleje plomien w ciemnej stodole, pelnej slomy i suchego zboza. Gdy przez rozwalony plot owce wydarly sie z koszara i wartoglowe ze strachu popedzily na oslep w sto stron; niedzwiedz poczal pic z najcieplejszych krew, poczal lykac wyszarpywane platy miesa z ciekacem od krwi runem. W koncu porwal jedna sztuke i w skokach przepadl w lesie.

Nazajutrz placz i lament napelnil polane. Niedosc, ze wyzej trzydziestu owiec pobil "on"; mnostwo pochwytaly wilki, gdy sie rozpierzchly, co po sladach poznac bylo mozna; mnostwo zapodzialo sie tak, ze nawet odgadnac nikt nie mogl, co im w droge zaszlo. "On" zrujnowal szalas do szczetu, i z placzem, klatwami, zlorzeczeniami i odgrozkami, z reszta zywych i zdrowych owiec, ktore sie zegnac udalo, uciekli juhasi do wsi, zamknawszy pobite owce w jednej z jat i obwarowawszy ja i zaparlszy kolami i glazami, nim by przybyli liczniej po skory i mieso. Ale "on" czuwal. Tejze samej nocy uderzyl na jate z towarzyszami, rozeprali glazy, rozmietli kloty, koly i zerdzie i wyprawili sobie uczte, od ktorej krwawych strzepow pelna byla dolina. I gdy w trzy dni pozniej za ciepla, powrocili wolarze i owczarze pod Hruby Wierch, zastali zdruzgotana jate i wszystko mieso pozarte.

- "On"...

- "On"...

Rozzuchwalone tem powodzeniem niedzwiedzie dzien i noc trapily pasterzy, ze wielu sie zarzekalo, powrociwszy w jesieni do domow, ze tam juz nie pojda nastepnej wiosny, a straszna slawa rozniosla sie kregiem kolo Tatr.

"On" zas tryumfowal. W blasku ksiezyca gdzies na uboczach Golych Wierchow stawal, do czarnego glazu podobny, i patrzal z wysoka na puste doliny. I czul sie jeden potezny i niezrownany, jak halny wiatr, albo piorun, ktorym nic nie wyrowna. I w jesiennem poznem sloncu przewalal sie po aksamitnych uzloconych uplazach, po ogromnych blyszczacych trawach, podobny do klody smrekowej, sam jeden najpotezniejszy, jak glusza zimowej nocy, albo mroz ranny, ktory wszystko w lod scina. I puste milczace lasy znowu byly jego niepodzielnem ksiestwem. Posepny, kolosalny, uginal barami konary przekraczajac potwornie zbutwiale klody, albo plynal wsrod jesiennych wybujalych traw, czerniac sie wsrod nich grzbietem, jak ciezko ladowna lodz na ruchomej fali. Wedrowki jego napelniala slodka pamiec klesk, ktore zadal, zwyciestwa i pogromu. Krolestwo jego, od wiekow przez przodkow mu przekazane, znowu stalo sie wylaczna jego wlasnoscia. I uderzyl, jak skala w szczytach urwana, na wscieklego tura, ktory sie z nizinnych borow popod Krzywan przyblakal. Ujrzal go tur zbiegajacego w dol miedzy wielkiemi, staremi, rzadko rosnacemi smrekami, pochylil leb o strasznym czole i rogach, zaryczal krotko, gardlowo i rozstawil szeroko przednie nogi, zapierajac sie zadniemi w grunt. Tak stanal, do mostu, na ktory kra uderza, podobny. Atoli szybciej, niz zlamany wichrem smrek na Kierz sie wali, runal nan niedzwiedz i lapa w kark go uderzyl. Bluznela krew. Potworny bek wyrwal sie z gardzieli zwierza i rownie, jak dwie lawiny glazow z dwoch przeciwnych skal lecace zetra sie z soba w kotlinie, kamienie spietrza sie w mury, a huk wypelni przestwory, tak oni z rykiem zwarli sie ze soba. Ale mocne, smiertelne czolo tura ugodzilo w pustke; niedzwiedz uchylil sie i powtorny raz zadal w kark wroga, wyrywajac plat miesa, ktory odwalil sie od kadluba, jak kes drzewa piorunem z pnia oddarty. I cios za ciosem ponawial straszliwy napastnik, unikajac ciezkiemi, ale szybkimi skokami rogow i czola byka. Wreszcie ow, uchodzac smierci, zawrocil i caly czerwony od posoki i olbrzymie jej bluzgi na mchy i galezie, o ktore sie ocieral, rzucajac, rozpaczliwym biegiem uciekac poczal, z tetentem, jak gdyby mloty uderzaly w ziemie. Ale stary milczacy las nieruchomo patrzal na te walke.

Zas niedzwiedz zapragnal slonca po boju. Przeszedl wiec Doline Niefcyrki ponad Dolina Mlyniczna przez gran od Hrubego Wierchu i tam pod przelecza, w niezmiernej wysokosci, lezac miedzy progami skalnemi na rozpalonej trawie, grzal sie w sloncu, spogladajac w swej dumnej samotni na szeroki kraj ludzki tam nizko... I nie bylo zadnego wiecej zwierzecia tam, na wysokosci. Stadka kozic, gwizdzac na trwoge, pomknely w szalonych rzutach w nieodstepne czarne krzesanice, ponad im tylko niegrozne otchlanie i niewielki jastrzab trzepotal skrzydlami w blekitnem powietrzu, czatujac na siedmiobarwne, dlugodziobe motyle skalne.

Nadeszla zima, a z nia zimowy sen. "On" spal pod wykrotem kedys w Hlinskiej Dolinie, ale ludzie radzili o "nim". Bo zal im bylo nie powracac na traworodna ciemnosmreczynska polane, a przytem nurtowala ich serca chec krwawej zemsty. I gdy wiosna nadeszla, kilkunastu ludzi, dobrze zbrojnych w luki, noze i topory, z lopatami w reku i zebatemi zelazami, zaopatrzonemi w grube lancuchy, ruszylo wycieta percia w gore.

Ujrzal ich obudzony juz niedzwiedz i znowu chec w nim zawrzala rzucic sie na nich i rozmiesc ich po lesie i znowu jakas trwoga popchnela go wstecz, w gestwine. A jednak czul, ze cienkiej skoruszyny latwiej nie lamie, kiedy ja chyli, aby owoce jej pozrec, niz zmiazdzylby kazdego z tych ludzi. I juz, juz porywala go zadza krwi runac ku nim i powstrzymywal go jakis niepojety lek. Ha! Gdyby ktory zblizyl sie ku niemu, gdyby natarl na niego... Podarty na sztuki, okrwawilby kosodrzewine... Oko w oko spojrzec czlowiekowi, zblizka, tuz tuz, to byla najnienawistniejsza chec "jego", najpelniejsza dyszacej krwia zajadlosci. Ale natrzec nie smial, czul jakas sile obca, nieznana, niepojeta w czlowieku, mimo, ze byl dla jego ramion jak gietkie galezie krzakow malinowych.

I przyszli znow na hale z wolami i z owcami juhasi. Przyszlo ich wiecej, przypedzili wiecej wolow i owiec i psow przyprowadzili dwunastu. A szli z hukaniem, spiewem i muzyka, napelniajac gory dzwiekiem gesli, brzeczacem beczeniem kobzy, daleko biegnacym swistem piszczalek i rozleglem wyciem dlugich trombit. Szli tak, jakby pragnac odstraszyc zwierza i naprzod oglosic zajecie w posiadanie, zdobycie i utrwalenie swej wladzy na ciemnosmreczynskiej polanie.

Bo ci z nich, ktorzy przybyli tu uprzednio, pokopali doly glebokie z niezmiernym trudem w skalistej ziemi, poczynili na nich wiazania z nawleczonych galezi i konarow i pokryli je mchem, aby staly na zdradzie wilkom i pozakladali zelaza na niedzwiedzie.

Ale "on" zaraz pierwszego dnia po wygonie wolow, w samo poludnie wypadl z kosodrzewu, ogromnego siwego wolu upatrzywszy. Wol wczas zoczyl potwora, zaryczal ze smiertelnej trwogi i zadarlszy ogon uciekac poczal, dognany jednak, mimo wscieklego ataku trzech psow, ktore nadbiec zdazyly, padl pod ciosami lap nieodpartych. Dwa jeszcze psy biegly z pomoca i siedmiu wolarzy, - "on" cofnal sie od zdychajacego wolu w gestwine, ale dal znac, ze jest, ze panuje i odpowiedzial na tryumfalne wejscie w jego krolestwo.

Walke podjal i ze nie zeslabl, pokazal.

I w pewna ciemna dzdzysta noc postanowil ponowic napad w sam srodek polany, na koszary z owcami. Alisci nagle przy wyjsciu z kosodrzewu straszliwy bol przeszyl mu boki i w zadnia noge wpily mu sie z dwu stron spiczaste, dlugie zelazne zeby oklepca. Ryknal bolesnie i szarpnal noge, atoli zelaza nie puscily, a gruby lancuch i ogromny klot drzewa z brzekiem, chrzestem i loskotem powlokly sie za niemi. Ryczac, poczal sie miotac i szarpac, niemogac sie uwolnic, niemogac cofnac, bo polkola zelazne, lancuch i klot zawadzaly o kazda galez i kazdy sek kosodrzewiny.

I toczyla sie powoli czarna dzdzysta noc ponad nim, nad jego rykiem strasznym, wyciem przerazonych wilkow i zawzietem ujadaniem psow, ktore oblegaly zdala miejsce jego nieszczescia. Czasem z srod chmur wyjrzal posepny, wiszacy w otchlani niebotyczny cien skaly, jakby ciekawej: co sie dzieje tam w dole, gdzie cos zyje, rodzi sie i umiera.

I nastal swit. Blade swiatlo rozlalo sie po dolinie i natychmiast ludzie wyszli z szalasu z lukami, toporami i maczugami w reku i ostroznie, powoli, z ujadajacemi psami przed soba, poczeli podchodzic w gore. I staneli w zdumieniu, albowiem ujrzeli "jego", bo go poznali po rozmiarach i czarnej sierci, moze na jakich osm wysokosci ludzkich z zelazem, lancuchem i klotem miedzy konarami poteznego smreka, gdzie z bolu, rozpaczy i wscieklosci szalony wylazl, naokol zas powyrywane z korzeniami drzewka, pokruszone, podruzgotane, potrzaskane pazurami i zebami galezie, pomiazdzone krzaki kosodrzewu, powydzierane z ziemi glazy, ciezkie jak mlynskie kamienie.

- "On"...

- "On"...

Wtem jeden pochylil sie, podjal kamien, napial proce i puscil cieciwe. Wnet uczynil to drugi, a inni naciagali trzymane w gotowosci luki. Grad strzal i kamieni poczal bic w konary, w pien i w niedzwiedzia. Wowczas runal on na dol, aby rzucic sie na ludzi, runal krwawy, pokaleczony, z tkwiacemi w ciele kilku pociskami. I poskoczyl ku czeredzie napastnikow. Cofnely sie naprzod psy, zaskomlawszy, i pierzchly, a wraz cofneli sie gwaltownie ludzie. Pozostal tylko jeden wysoki i szeroki w barach goral, ze szpikulcem zelaznym nasadzonem na grubem drzewcu bukowem. Ten stal, wsparlszy trzon o glaz i nadstawiwszy ostrze.

Wlokac zelaza w podrzutach przypadl ku niemu "on," a gdy juz byl na kilka krokow, wspial sie, aby lapa przednia uderzyc i nabil sie na nastawione ostrze piersiami.

I wtenczas zblizka pojrzal w oczy czlowieka. Wtem topor cisniety przez jednego z juhasow zawarczal w powietrzu i wcial mu sie w czaszke za uszami. Zaraz drugi ugodzil go w kark, trzeci w jedna z lap przednich. Takze rzucane z reki kamienie poczely grzmocic mu w cialo. I zwalil sie na bok z ostrzem w piersiach, lamiac drzewce ciezarem upadku.

Czlowiek uskoczyl, natomiast nadbiegly psy i za niemi ludzie. Dwa rozzarte kundysy wyzionely zycie z gluchym przerazliwym jekiem pod "jego" lapa. Strzaly jednak, siekiery, maczugi, kamienie, ciskane z coraz blizsza, wytoczyly zen tyle krwi, ze stalo mu sie ciemno w slepiach i bezwlad opanowal mu czlonki. Widzial tylko, jak przez mgle, posuwajacego sie ku niemu owego wysokiego, szerokiego w barach gorala, co mu spise pod piers podstawil, i uczul wstrzasajacy calem jego jestestwem straszliwy cios maczugi w czolo, pod ktorym glowa splaszczyla mu sie na ziemi.

I jeszcze przenikliwy, niedozniesienia, przerazliwy bol rozwarl mu ciemne prawie slepia; to przewalonemu juz na wznak dragami jeden z juhasow prul dlugim nozem brzuch i wypuszczal wnetrznosci.

I wtenczas znowu ujrzal ludzi zblizka nad soba.

Ciemne Smreczyny zostaly opanowane, a "jego" potworna skore, rozpieta na wbitych w ziemie kulikach, suszylo slonce.








Copyright © 1997-1999 Zwoje