
Pielegnowanie kultury kraju z ktorego sie pochodzi, w kraju, w ktorym sie zamieszkalo, jest zadaniem nielatwym. Motywacja moze i jest, ale brak jest wspolnej energii, bo ludzie sa rozproszeni i zajeci wlasnym, emigracyjnym, a wiec z definicji utrudnionym, zyciem. Ogolnie rzecz biorac, zajmowanie sie kultura polska na emigracji, to pojedyncze inicjatywy i to na przekor wszystkiemu. A tu tymczasem z kultura jak z orkiestra, potrzebne sa umiejetnosci wielu muzykow, nie wystarcza pierwsze skrzypce i dyrygent, potrzebne jest akurat tyle instrumentow, ile kompozytor przewidzial. Trzeba talentow, wspolnych cwiczen, calego zespolu technicznego, od elektryka po garderobiana, trzeba dyrektora teatru i woznego, i budynku w ktorym rzecz sie dzieje. I wreszcie publicznosci, lecz bynajmniej nie przypadkowej, byle jakiej, ale wybornej, tej najlepszej. Zeby koncert sie udal, publicznosc musi byc tez odpowiednia, ta zainteresowana, znajaca sie, wymagajaca, bo tylko wtedy muzycy dadza z siebie wszystko. Coz, pielegnowanie czy wrecz tworzenie wlasnej, polskiej kultury na emigracji jest wlasnie dlatego tak bardzo trudne, ze nie stanowimy spojnej, spelniajacej te wszystkie warunki spolecznosci.
Jakiez to szczescie, ze my, polskie spoleczenstwo na emigracji, mamy znowu oparcie we wlasnym kraju. Ze kierujemy sie w strone Polski a Polska odpowiada nam zainteresowaniem coraz zywszym. I to pisze ja, ktora wlasciwie nie uwaza sie za emigrantke i ktora zawsze smieszyly slowa typu "obczyzna," "polszczyzna," "wykorzenienie" itp. A jednak cieszy mnie to, ze znowu, po latach, mamy jakies centrum, nie czujemy sie odcieci, wykorzenieni wlasnie. Wymiane informacji w duzej mierze zawdzieczamy telewizji. Mozna by sie spierac, ile w TV Polonia wymagaloby zmian, zeby to rzeczywiscie odpowiadalo naszym oczekiwaniom; ciagle jeszcze pokutuje wyobrazenie sienkiewiczowskiego emigranta z Za chlebem, ale faktem jest, ze nareszcie wiemy co sie dzieje w kraju, a takze w innych osrodkach polonijnych na swiecie i jest to bardzo cenne, dlaczego - o tym za chwile. Mysle, ze jeszcze troche, a relacja "TV Polonia - widzowie polonijni" wyklaruje sie. Telewizja cos zaproponuje, my na to zareagujemy i w koncu bedzie jak nalezy. Ba, tak wlasnie powstaje kultura: przeplyw informacji, dobor talentow, doskonalenie umiejetnosci, odbior... o tak w kolko.
Wiec najpierw przeplyw informacji: to dzieki TV Polonia "poznalam" pania Stefanie Kossowska, redaktorke naczelna londynskich Wiadomosci przez ostatnie lata wydawania pisma. Oto jedna z jej wypowiedzi, ktora potem chce skomentowac:
"Emigracja nie tworzyla nowych ludzi. Nie tworzyla! Ludzie o jakims wielkim, wiekszym wymiarze rodza sie w swoim kraju. Na geniusza i na wybitnego czlowieka sklada sie wszystko, nie tylko miejsce urodzenia, ale rodzina, szkola, otoczenie, swiatlo, uniwersytet. Wszystko...!"
Czyli: do tego, zeby czyjes potencjalne mozliwosci, talenty (zwlaszcza artystyczne, bo z tymi w kierunkach naukowych jest troche inaczej) ujawnily sie i rozwinely, potrzeba pewnej sprzyjajacej atmosfery, gleby. Ta gleba jest cale, zwarte (a zatem nie rozproszone, nie emigracyjne, choc w wyjatkowych okolicznosciach moze sie wydarzyc cos takiego, jak Kultura) spoleczenstwo. Spoleczenstwo jest to pewne pole energetyczne, ktore przez caly czas zyje, faluje. Te fale wynosza w koncu w gore, bywa, ze na same szczyty, takich ludzi, jak, powiedzmy, Gustaw Holoubek. No, bo spojrzmy, co sklada sie (miedzy innymi) na wielkosc Gustawa Holoubka: na poczatku oczywiscie talent, czyli potencjalne mozliwosci. Ale zaraz obok: rodzina, najblizsze otoczenie, ktore zwykle jakos tam pomaga. Mowi sie "wypycha" - oto pierwsze drgniecie fali. A potem to juz potrzebne jest cale spoleczenstwo: szkola teatralna z najlepszymi pedagogami, koledzy szkolni mobilizujacy (olbrzymia energia) do wysilku i oczywiscie "wspolgrajacy" (nie tylko w sensie aktorskim, takze w sensie rezonansowym, oddzwiekowym), potem teatry (choc oczywiscie przez caly czas, od dziecka, gdzies sie ta milosc - olbrzymia energia! - musi przeciez narodzic, gdzies musi sie zaczac tesknota - znowu energia - ktora pcha, fascynacja - tez energia - gdzies musi narastac). Teatrow musi byc duzo, mniejsze na terminowanie, rozwoj (energia w gore!), wieksze na dazenie do (znowu niebagatelna energia). A wreszcie najwieksze, stoleczne najlepiej - z najlepszymi zespolami, najwybredniejsza publicznoscia. I oczywiscie cale (jak kraj!) zaplecze publicity: telewizja, radio, prasa.
Wszystko to, to ogromny, skomplikowany, energetyczny i energetyzujacy system - spoleczenstwo wlasnie - ktory sklada sie na sukces. Wiec jeszcze raz wyliczenie tych slow, ktore zawieraja w sobie energie: wypychac, mobilizowac, wpolgrac, odczuwac milosc, fascynacje, tesknote, dazyc do rozwoju, doskonalosci, miec uznanie, najlepsza publicznosc, zdobywac nagrody, cieszyc sie zainteresowaniem mediow itd. itp. Dzialanie tych energii to fala, ktora wynosi jednostki wybrane w gore. Staja sie ludzmi, tworcami wybitnymi. I teraz: albo jestesmy akurat taka jednostka (to rzadziej), albo ta energetyczna fala, przy czym bycie kwantem - nazwijmy to tak - fali tez jest przyjemne, tez dodaje energii. Tez satysfakcjonuje: mamy swego Holoubka, cieszy nas to, napawa radoscia, wieczorem mozemy wybrac sie do teatru, "Holoubek gra!" Wspaniale, piekne, rozwijajace przezycie! Jak inaczej te energie wygladaja, jak dzialaja na emigracji, w sytuacji, kiedy funkcjonujemy osobno, nie jestesmy czastka takiej wspolnej fali?
Energie na emigracji rozkladaja sie zupelnie, ale to zupelnie inaczej, nie to, ze nie sa rozwojowe - ale sa zupelnie inne - i powstale z nich fale sa rozne. Tak jak morza sa rozne, choc i tu woda, i tu woda. I na tych roznych morzach sa rozne fale. Kiedy mowie o rozkladaniu sie energii, przychodza mi na mysl pojecia z astrologii (toz to tez nauka o energiach). Zycie we wlasnym kraju to koniunkcja - energie, ktore sa sprzyjajace lub sprzeczne sobie (wtedy: szarpanina, niestety), ale ktore tak czy inaczej nakladaja sie na siebie, sa nierozerwalne. W warunkach sprzyjajacych wyjatkowo to trygon - zycie w szczegolnych przywilejach, mozliwych tylko we wlasnym kraju, np. nasze polskie, kiedys komunistyczne zwlaszcza, holubienie artystow, albo francuskie zadufanie wrecz we wlasnych tworcach kultury, czy tez amerykanskie stawianie swoich artystow ponad wszystkich itp. Tymczasem zycie w obcym kraju to opozycja, a wiec skrajna trudnosc, energie rozbiezne. Dawanie sobie z tym rady, to tez jakis rodzaj wyzwania. I w takiej sytuacji mozna cos z siebie zrobic. Ale --- nie tak latwo! Przede wszystkim - jezeli trzymac sie porownania z falami - na poczatek trzeba cala energie zuzyc na utrzymanie sie na powierzchni. Nie ma tez (najczesciej) zadnego w tym stylu, nerwowe chlapanie i tyle. Trzeba sie uczyc wszystkiego, jezyka, kasowania biletu na tramwaj, ze coquilles Saint-Jacques to coquilles Saint Jacques a spaghetti z formagio to jakby makaron z serem, ale niezupelnie - i jak to sie je. To wszystko opozycja wlasnie, na kazdym kroku trzeba byc czujnym, miec sie na bacznosci, umiec zastosowac to, co sie dopiero co uslyszalo i natychmiast przysposabiac sobie nauki nastepne. Jest tego niezliczona ilosc. Najlepszym dowodem na mnogosc tych nauk jest fakt, ze niektorzy emigranci po wielu wielu latach ciagle pozostaja w tyle z opanowaniem tej sztuki. Wiec trzeba w najoczywistszych sytuacjach dnia codziennego uwazac, bo o potkniecie, a nawet wywrocenie sie nietrudno. A fale nas nie wynosza - ani tez nie jestesmy ich czastka. Fale nas nieustannie zalewaja.
Stosunki miedzy Polska a krajem, w ktorym przyszlo nam zamieszkac, sa rozne - jak rozne jakosciowo sa opozycje miedzy planetami (jesli ktos zajmuje sie astrologia, wie co mam na mysli). Kraj, w ktorym mieszkam, Szwajcaria, jest, ogolnie rzecz biorac, krajem przyjemnym dla cudzoziemcow. W dobrym szwajcarskim towarzystwie nie uchodzi byc auslaenderfeindlich (wrogo nastawionym do obcokrajowcow). Ale, gdy spojrzec na to nieco glebiej, my Szwajcarow po prostu nie interesujemy. Jesli umiemy sie w ich system wplasowac na tyle, zeby nie przeszkadzac - a my Polacy mamy lepiej niz na przyklad Tamilowie - to wszystko jest w porzadku. Nikt sie nas nie czepia. W pracy jestesmy cenieni, w domu sasiedzi odpowiadaja nam na uklon. W Polsce, wiadomo, sa tarcia, zawisci srodowiskowe, intrygi nawet. W Szwajcarii (i gdzie indziej) nie. Zazdroscic nie ma nam czego i tak jestesmy z zalozenia w gorszej sytuacji, nie ma sie nami co zajmowac, byle bysmy sie zlali z krajobrazem, a juz jest dobrze, nie ma nas. No, wlasnie, to jest chyba najwieksze i najprawdziwsze cierpienie na emigracji: NAS NIE MA! Nie mam tu na mysli dla mezow, przyjaciol, rodziny, chodzi mi o cos wiekszego, o spoleczenstwo - w spoleczenstwie nas po prostu nie ma. Dobrze, jestesmy zarejestrowani, pracujemy, ale w innym sensie, w tym dla ktorego Holoubek jest na scenie, a my, publicznosc, jestesmy na widowni - i istniec bez siebie nie mozemy - nas tu nie ma.
Holoubek jest dla nas a my dla niego. On bez nas bylby nikim, my bez niego - tez. I to jest to, czego, moim zdaniem, na emigracji brakuje najbardziej i co - na dluzsza mete - jest autentycznym cierpieniem. Oczywiscie nie kazdy musi lubic akurat teatr a w nim akurat Holoubka ...albo literature ...albo malarstwo, moze lubic, bo ja wiem? ...soltysa Kierdziolka - potrzebowac go jak inni Holoubka. Problemem w tym zywocie w opozycji jest jakies zaistnienie. Czuc, ze sie jest, to jest najwazniejsze ze wszystkiego! A jest to mozliwe tylko poprzez wlaczenie sie w wytwarzany wspolnie nurt tej jedynej, wlasnej, niepowtarzalnej kultury (w przeciwnym razie jestesmy dobrze utrzymanym, elegancko ubranym przewodem pokarmowym, niczym wiecej).
W sytuacji, kiedy jest sie wsrod swoich zwielokrotnionym lub/i wywyzszonym - Holoubek jest miliony razy, bo prawie kazdy w Polsce wie, kto to Holoubek - to sprawa nie wymagajaca az tak ogromnego wysilku. W sytuacji, kiedy jest sie samemu, trzeba szukac sensu takiego bytu przede wszystkim w sobie. A to juz mozolna praca. Oczywiscie kazdy z nas jakos sie tam ustawia, pracuje, najczesciej w swoim zawodzie, a jakze, dorabia sie, ma grono przyjaciol, z ktorymi sie spotyka - i nawet jest zadowolony. Ale Szwajcaria zadnego Holoubka sposrod nas nie wykreuje! Nie, i koniec! Tak po prostu jest. Ani my, emigranci, nie jestesmy w stanie wywindowac sposrod siebie Holoubkow. Ani tym bardziej kraj emigracji z nami tego nie zrobi. Przypominam, emigracja nie tworzy nowych ludzi! Ten brak sprzyjajacych energii jest bardzo przykrym doswiadczeniem, dla wielu ludzi dramatycznym, dla niektorych wrecz tragicznym. Nie samym chlebem sie zyje, a na emigracji wlasnie samym chlebem trzeba sie zadowolic. Tu wyrazenie "emigracja za chlebem" przybiera paradoksalna postac. Rzeczywiscie, podstawowe potrzeby mozna sobie w Szwajcarii zaspokoic do woli (potem sie trzeba tylko odchudzac), gorzej jest z tymi wyzszymi, duchowymi, bo do nich potrzebni sa ludzie. To ludzie tworza ludzi! Mozna sie oddawac samotnym sportom, czytaniu, podrozowaniu, ale do zaistnienia potrzebni sa ludzie. Bez nich nie da rady.
Tu pora na pewna dygresje w tym wywodzie: krotkie wprowadzenie do nauki zwanej memetyka. Opisal ja Richard Brodie, jeden z najblizszych wspolpracownikow Billa Gatesa (prezydenta Microsoft Inc., najbogatszego czlowieka swiata), tworca programu Microsoft Word, w ksiazce Wirus umyslu. Memetyka, w najwiekszym skrocie, to nauka o rozprzestrzenianiu sie informacji w naszych umyslach, o tym jak powstaja kultury, religie, trendy, mody, sekty itd. W oparciu o jednostke informacji "mem." Mem jest nosnikiem zbioru informacji istotnej dla umyslu, tak jak gen jest zbiorem informacji dotyczacej zycia biologicznego. Pisze Brodie:
"Memy maja rozna wielkosc: moga zarowno tworzyc duze struktury kulturowe - panstwa, jezyki czy religie - jak i mikroskopijne, skladajace sie na oprogramowanie 'komputera' twojego umyslu."
Posluzenie sie w tym miejscu memetyka jest o tyle wygodne, ze pozwala mi w jednym zdaniu nakreslic istote problemu: otoz nasze, wyniesione z Polski, memy roznia sie w istotnych punktach od memow, z ktorymi stykamy sie na co dzien na emigracji i to jest przyczyna konfliktow (to ta cholerna opozycja). Wezmy chocby jakiekolwiek swieta, przezywamy je inaczej niz nasze otoczenie - a wiec jestesmy w tym, tak waznym przezyciu dotykajacym samej transcendencji, samotni. To doskwiera. Na to, zeby wytworzyc wlasna kulture potrzeba podobnie brzmiacych memow o duzej mocy, nie mamy ich.
Amerykanski psycholog Mihaly Csikszentmihalyi (wegierskiego pochodzenia) zajal sie badaniem mocy tworczej i dokonal istotnych przesuniec w jej pojmowaniu; nie ma samotnych geniuszy (choc tacy ludzie musza duzo pracowac w samotnosci), geniusz moze sie ujawnic w sprzyjajacym srodowisku, bez niego nie istnieje. Oto jego teza: "Co czyni czlowieka tworczym? Inni ludzie!" i dalej "Kreatywnosc to 1% natchnienie i 99% mozliwosc ujawnienia talentu, zaistnienie..." A do tego potrzebni sa inni ludzie!
Ja tu tylko pozornie odeszlam daleko od glownego tematu: ponad jedenascie lat kontaktu z kultura polska w na emigracji w postaci zangazowania pisaniem na ten temat, to sposob na zaistnienie zgodne z moim polskim zaprogramowaniem, to wytchnienie dla moich memow, to naladowanie sie nowymi energiami, to zanurzenie sie w znanym srodowisku, to ulga dla ducha. A ja lubie pisac. A juz zwlaszcza lubie pisac o sprawach, ktore sa mi bliskie.
(Pierwotna wersja tego artykulu ukazala sie
w Naszej
Gazetce nr 1 (194), Zürich, styczen 1998.
Tekst ten jest fragmentem pewnej wiekszej calosci.)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||