STEFAN STARZYŃSKI

Niezłomny Prezydent Warszawy





EDWARD HENZEL



Wrzesień 1939 roku. Miesiąc zwrotny w polskiej historii. Tragiczny miesiąc. Specjalnie tragiczny dla stolicy Polski.


W takich krytycznych, przełomowych chwilach poznaje się prawdziwe charaktery ludzi. Ileż widziało się wówczas w Warszawie egoizmu i tchórzostwa. I ileż wielkiego bohaterstwa, niezwykłego poświęcenia, ofiarności i patriotyzmu...

Na czoło tej drugiej grupy wysuwa się bezsprzecznie świetlana sylwetka Stefana Starzyńskiego, mianowanego 5 września 1939 przez Dowódcę Obrony Warszawy Komisarzem Cywilnym Stolicy. Na stanowisku tym przeszedł do Historii.

I

Starzyński - zanim przyjął z rąk gen. Waleryana Czumy nominację na Cywilnego Komisarza - nie był postacią nieznaną mieszkańcom stolicy. Przeciwnie: poznali go już uprzednio jako Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy. Stanowisko to piastował Starzyński w latach 1934 - 1939 i dał się poznać jako znakomity, dynamiczny i stanowczy organizator, pełen śmiałych projektów urbanistycznych planista, człowiek rozkochany w Warszawie. Warszawiacy lubili swego Prezydenta.

Nie zawsze tak było. Kiedy w 1934 roku został wyznaczony przez rząd komisarycznym prezydentem miasta na miejsce rozwiązanego, niezbyt zaradnego Zarządu Miejskiego, mieszkańcy Warszawy przyjęli go chłodno i niechętnie. Miał przeszłość socjalisty, uchodził za zapalczywego. Nieprzyjazny stosunek mieszkańców Warszawy do ich prezydenta nie trwał długo. Zorientowano się szybko w jego zdolnościach organizacyjnych. Oceniono życzliwie jego plany przebudowy miasta. Wystawa tych planów, pod nazwą "Warszawa w kwiatach" w Muzeum Narodowym, wzbudziła ogromne zainteresowanie wszystkich warstw społecznych. Starzyński nie poprzestał na planach: tysiące robotników miejskich wyszło na miasto. Ludzie zaczęli podziwiać przemyślenie i użyteczność przeprowadzanych prac.

Na pierwszy ogień poszły Wola i Grochów. Zasypano glinianki, zlikwidowano cuchnące rowy, poszerzono główne arterie, przebiegające przez te dzielnice. Granitowa kostka pokryła nawierzchnię tych wylotowych ulic Warszawy. Wzdłuż nowych chodników i drzew, zasadzonych na trawnikach, stanęły elektryczne latarnie. Na Woli, w miejscu dawnych nieużytków, śmietnisk i glinianek, miejskie zakłady ogrodnicze stworzyły park, w którym poźniej stanął pomnik Generała Sowińskiego, bohaterskiego obrońcy Woli w roku 1831.

Starzyński stał się bliski mieszkańcom zaniedbanych dotąd dzielnic Warszawy. Zaczęto nazywać go "prezydentem przedmieść." W ustach ich mieszkańców była to nazwa zaszczytna, w pełni zasłużona.

Uzdrowił finanse miasta. Dowodem wielkiego zainteresowania planami Starzyńskiego i zaufania jakim go darzono była ofiarność wielu ludzi. Dary społeczeństwa stolicy oraz zgromadzone przez Prezydenta fundusze miejskie pozwoliły na rozwiązanie dalszych problemów. Jednym z najważniejszych było połączenie szybko rosnącego Żoliborza ze Śródmieściem. Dokonano tego wielkiego dzieła, przerzucając szeroki betonowy most nad torami kolejowymi oraz kierując ruch wzdłuż poszerzonej ul. Bonifraterskiej i przez Plac Krasińskich. Pole Mokotowskie przecięła szeroka arteria - Aleje Niepodległości - łącząca Mokotów z Alejami Jerozolimskimi i odciążająca Marszałkowską. Ważnym projektem Starzyńskiego było uporządkowanie nadbrzeża nad Wisłą i inicjatywa odwrócenia miasta frontem do rzeki. Uporządkowano okolice Zamku Królewskiego, odsłonięto cześć starych murów obronnych z barbakanem. Uporządkowano również Wybrzeże Gdańskie, ciągnące się od mostu Kierbedzia w stronę Bielan. Zmodernizowano arterie wylotowe z miasta.

Nie sądzone jednak było Starzyńskiemu zrealizowanie wszystkich jego pomysłów urbanistycznych, nie sądzone jemu i mieszkańcom Warszawy było cieszyć się długo tymi, które zrealizował.

Od Zachodu nadciągały coraz czarniejsze chmury, nadchodziły coraz groźniejsze wieści. I oto, pewnego letniego dnia 1939 roku, 46-letni Stefan Starzyński, były oficer I Brygady Legionów, zjawił się w swoim biurze w mundurze majora. Powołano go do Wojska Polskiego.

Zamykała się jeszcze jedna karta historii stolicy Polski. Na niej świeciły dokonania ostatniego Prezydenta Wolnej Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Otwierała się nowa karta, tragiczna.

II

1 września 1939 roku o świcie rozpoczęła się Druga Wojna Światowa. Ogromna armia najeźdźców, w większości zmotoryzowana, wsparta pancernymi dywizjami i potężnym, najdoskonalszym na tamte czasy lotnictwem, przekroczyła granice Rzeczypospolitej Polskiej. Przeciwko takiej potędze byliśmy sami. O wygraniu wojny z Niemcami nie mogliśmy nawet marzyć. Potęga nieomal całego świata, wsparta przez kilka zim rosyjskich, musiała aż przez pięć lat i osiem miesięcy walczyć z hitlerowską III Rzeszą.

* * *

Warszawa, ukochane miasto Prezydenta Starzyńskiego, od pierwszego dnia wojny stała się celem ataków nieprzyjacielskiego lotnictwa. Atakowało ono - mimo niemieckich zaprzeczeń - zarówno obiekty wojskowe, jak i ośrodki życia cywilnego.

Gorzej, niemiecka 4 dywizja pancerna po walkach pod Częstochową i Piotrkowem przerwała front polski i posuwała się w stronę Warszawy. Dziwne, ale w sferach rządzących zapanowała panika. O świcie 4 września rząd, włącznie z ministrem wojny, opuścił stolicę, nie zawiadamiając nawet o tym Dowództwa Obrony Warszawy.

Minister wojny - jeszcze przed swoim wyjazdem - na stanowisko dowódcy obrony stolicy nie mianował najbardziej powołanego do tego zadania dowódcy korpusu warszawskiego, gen. Trojanowskiego, ani żadnego z generałów liniowych, ale powierzył tę ważną funkcję ówczesnemu komendantowi Straży Granicznej, gen. bryg. Waleryanowi Czumie, a na szefa sztabu mianował płk. Tadeusza Tomaszewskiego, pełniącego od roku 1937 obowiązki Komendanta Legii Akademickiej. Ponadto, minister wojny, powierzając gen. Czumie obronę stolicy, oddał mu do dyspozycji zaledwie cztery baony piechoty i jeden dyon artylerii 75 mm. Brakowało saperów do wykonania stanowisk obronnych i schronów oraz do założenia pól minowych. Brak było amunicji, środków łączności i zaopatrzenia. Wszystko trzeba było improwizować!

Gorzej, w dniu 7 września dowódca korpusu ze swoim sztabem opuścił Warszawę, nie informując o tym nikogo. Pociągnęło to za sobą paniczną ewakuację służb korpusu. W rezultacie, wciąż jeszcze niekompletny sztab gen. Czumy stanął wobec nowego problemu: prawie nikt nie znał terenu, nie orientował się gdzie były składnice wojskowe i co się w nich znajdowało. Nie przekazano nawet kluczy: w wielu wypadkach trzeba było wysadzać bramy starych fortów, rozbijać drzwi magazynów.

Do trudności związanych z organizacją obrony miasta w tak niezwykłych warunkach, dołączyły się inne. Razem z rządem opuścił stolicę Komisarz Rządu na miasto Warszawę, Jaroszewicz, zabierając z sobą większość policji, autobusów miejskich, a nawet część straży pożarnej. Na domiar złego, płk Roman Umiastowski, rzecznik Naczelnego Dowództwa, wygłosił przez radio alarmujące przemówienie, nakazując ponadto wszystkim mężczyznom zdolnym do noszenia broni, niezwłoczne udanie się na wschód. Wywołało to panikę w mieście i ogromny chaos. Chaos ten powiększany był jeszcze przez licznych żołnierzy z rozbitych oddziałów, tłumy przybywających rezerwistów i masy cywilnych uciekinierów z zachodu kraju. Sytuacja w mieście stała się krytyczna. Kto miał ją opanować?

I oto okazuje się, że w jednym z dowództw znajduje się powołany do wojska major rezerwy Stefan Starzyński. Sprawa zostaje załatwiona natychmiast przez Sztab Obrony w Naczelnym Dowództwie: w dniu 5 września, mjr Starzyński melduje się u gen. Czumy i otrzymuje nominację na Komisarza Cywilnego Warszawy. Sprzeciwił się zarządzeniu ówczesnego rządu nakazującemu ewakuację na wschód władz państwowych i samorządowych.

Z tą chwilą otwiera się nowa, krótka już karta życia i działalności publicznej Stefana Starzyńskiego.

W pierwszym przemówieniu na wojennym stanowisku, Starzyński zarządził budowę barykad i zapór przeciwczołgowych przez ludność cywilną. Wezwał pracowników Zarządu Miejskiego do powrotu na ich stanowiska. Usłuchali go praktycznie wszyscy. Delegacji pracowników Zarządu Miejskiego oświadczył krótko:

"Władze miejskie zostają w stolicy w każdej sytuacji. Poza posiadaczami imiennych kart mobilizacyjnych nikt nie ma prawa opuszczać powierzonego mu stanowiska. Silny zagon pancerny armii nieprzyjacielskiej zbliża się do granic Warszawy. Będziemy się bronić. To, na razie, wszystko."

W miejsce wyewakuowanej policji zorganizował Straż Obywatelską oraz robotnicze bataliony pracy, które niosły pomoc wojsku i ludności cywilnej.

Sam urzędował w swoim biurze w ratuszu, nie schodząc do schronu, chociaż pociski artyleryjskie i bomby lotnicze trafiały wielokrotnie w magistrat, chociaż wokoło szalały pożary, chociaż jeden z wiceprezydentów miasta zginął na stanowisku, ugodzony odłamkiem. W bombardowaniu zginęła również żona Starzyńskiego. Swój gabinet Starzyński opuścił dopiero po przestrzeleniu go na wylot ciężkim pociskiem, i to na natarczywe prośby współpracowników.

Codziennie przeprowadzał inspekcje ciężko bombardowanego miasta, wydając rozkazy, zachęcając wojsko i cywilów do wytrwałości, śpiesząc z doraźną pomocą. Codziennie też stawał przed mikrofonem Polskiego Radia. Słuchał jego przemówień cały świat, a przede wszystkim walcząca Warszawa. Tą drogą rozchodziły się żywotne dla miasta zarządzenia, nakazy otwarcia sklepów, oszczędzania wody, wezwania do pomocy przy gaszeniu pożarów, zwiększania biernej obrony przeciwlotniczej, rozmieszczania bezdomnych, pomocy w przeciążonych szpitalach, grzebania poległych.

Może najtrafniej ocenił działalność Starzyńskiego płk Tomaszewski, w swojej książce Byłem szefem Sztabu Obrony Warszawy w 1939 r.:

"Starzyński nie opuszcza posterunku i wraz ze swymi sekretarzami i maszynistkami trwa na miejscu do końca, nie wypuszcza z rąk olbrzymiej aparatury milionowego miasta, mimo pożarów, bomb, walących się domów, tysięcy trupów i rannych. Uczciwie muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie, jak i czy dalibyśmy sobie radę z zagadnieniem frontu ludności cywilnej, pomimo jej gotowości i ofiarności, gdyby nie było Starzyńskiego. Obserwując go w akcji, w działaniu, wśród dymów i gruzów, wśród jęków konających, wybuchów bomb, słowem wśród rozszalałych żywiołów, widziałem w nim człowieka zdolnego panować nad sobą i masami, jedynego przywódcę na wielką miarę i żałowałem i żałuje, że Opatrzność kazała mu być tylko Komisarzem Cywilnym Warszawy."

Trudno o słowa wyższego uznania.

* * *

W międzyczasie, gen. Czuma ze swym sztabem również nie próżnuje. Montuje obronę, umacnia stanowiska, rozmieszcza oddziały pierwszego rzutu i odwody, wkopuje działa, zakłada pola minowe, barykaduje ulice. Siły obronne Warszawy wzrastają z każdym dniem, powiększane oddziałami cofającymi się z poszczególnych frontów i rozbitkami. W dniu 14 września siły w Warszawie wynosiły już 42 baony piechoty, 18 dyonów artylerii, 14 plutonów dział przeciwlotniczych, kompanię czołgów i około 100 dział przeciwpancernych 75 mm.

Ale wcześniej, bo już rano 9 września nastąpiło natarcie niemieckiej 4 dywizji pancernej z kierunku południowo-zachodniego. Po początkowym, niebezpiecznym włamaniu się w polskie stanowiska obronne na osi ul. Grójeckiej, natarcie zostało odparte z dużymi stratami dla nieprzyjaciela. Po tej porażce, niemiecka 4 dywizja pancerna została skierowana do innych zadań. Pod Warszawą pozostały mniejsze jednostki nieprzyjacielskie, wiążące polską obronę. Znowu na stolicę zaczęły spadać bomby i pociski artyleryjskie. I tak to miało trwać - ze zmiennym natężeniem - aż do kapitulacji. Wkopane na skraju miasta jednostki wojskowe były mniej narażone na skutki bombardowania. Toteż główny ciężar cierpień, strat, wysiłków, ciężar ofiarności i poświęcenia spadł nie tyle na wojsko, lecz na ludność cywilną Warszawy. Mieszkańcy stolicy ginęli dziesiątkami, trwając bez schronów, wśród pożarów, w końcu i bez wody, stłoczeni na niewielkiej przestrzeni centrum miasta. Druga część obrony (od 9 do 27 września) - to nie wojsko i nie dowódcy. To ludność i Starzyński. Dlatego, to jego imię wiązał naród z obroną Warszawy.



Po raz pierwszy w dziejach podjęto próbę starcia miasta z powietrza i zademonstrowano jaka potęga terroru i zniszczenia tkwi w latających maszynach.

A polski spiker radiowy głosi światu:

"Warszawa tonie w huku ryczących samolotów i wybuchów ciężkich bomb, ale Warszawa ciągle stawia opór. Wysokie płomienie buchają z wielu budowli w czarne jak smoła niebo."

Codziennie przemawia przez radio do ludności Warszawy jej prezydent. Stara się być optymistyczny. Padają - wykonywane bezzwłocznie - zarządzenia: - "Straż ogniowa nie może poruszać się po mieście z powodu barykad, więc sami musicie gasić pożary, wzniecane przez bomby zapalające." ; - "Udajcie się do rzeźni, bo nadszedł transport świń. Pomóżcie rzeźnikom"; - "Nie podejmujcie paczek banknotów zrzucanych z powietrza."; - "Żyjcie normalnie. Pilnujcie swoich zajęć. Wierzcie w Boga i słuszne zwycięstwo."

Starzyński informuje świat o bombardowaniu przez Niemców szpitali oraz łamaniu konwencji międzynarodowych o sposobie prowadzenia wojny, o warunkach życia w oblężonym, bombardowanym ponad milionowym mieście. Apeluje do zachodnich sojuszników o pomoc dla Polski, dla Warszawy.

"Warszawa płonie. Warszawa ostatnim śmiertelnym wysiłkiem pasuje się z wrogiem. Zawiodły obietnice, nie przybyła pomoc. Brak żywności, brak wody paraliżuje, osłabia. Walczymy z wrogiem, walczymy z pożarami, z epidemią, która się szerzy. Walczą wszyscy. Całe miasto trwa w śmiertelnym zmaganiu. Przysyłacie nam z Paryża, z Londynu gratulacje, życzenia. Nie chcemy życzeń, nie oczekujemy już pomocy. Na pomoc już za późno. Nim przyjdzie, będzie tu rumowisko, będzie tu pokryty trupami, wyrównany plac. Oczekujemy pomsty. Oczekujemy, że podejmiecie wreszcie walkę, którą prowadzi Warszawa."

I życzył Niemcom:

"Gdy będzie płonął Berlin, gdy kobiety i dzieci niemieckie ginąć będą, jak dziś giną nasze, byście wtedy zrozumieli, że jest na świecie sprawiedliwość boska."

* * *

Automatycznie nasuwają się każdemu pytania: Czy należało bronić Warszawy? Czy należało narażać ludność na ogromne straty i cierpienia, a miasto na zniszczenie? Czy nie byłoby lepiej ogłosić stolicę miastem otwartym?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania, należy rozważyć pewne fakty. Gen. Czuma otrzymał od Naczelnego Dowództwa zadanie: "Utrzymać mosty warszawskie aż do przybycia Armii 'Poznań' i 'Pomorze' gen. Kutrzeby i gen. Bortnowskiego." Aby wykonać to zadanie, Dowództwo Obrony Warszawy musiało stawiać czoło pancernym zagonom niemieckim, które starały się zniszczyć mosty na Wiśle i tym samym odciąć armie polskie na zachodnim brzegu od ich zaplecza oraz uniemożliwić im przegrupowanie się na wschodnim brzegu Wisły. Ale już przy końcu pierwszego tygodnia walk Armia "Łódź" przestała istnieć; jedynie jedno jej zgrupowanie cofało się w porządku. Dowódca tej armii, gen. Juliusz Rómmel, zjawił się w Sztabie Obrony 8 września i wkrótce objął Armię "Warszawa," w skład której weszło zgrupowanie gen. Czumy.

Po 20 września, po ciężkich walkach nad Bzurą, kiedy resztki Armii "Poznań" i "Pomorze" przebiły się częściowo do Warszawy, a częściowo oparły się na Wiśle, dalsza obrona Warszawy - jak stwierdza gen. Rudnicki - konieczna już nie była. Tę opinię podtrzymuje szereg wyższych wojskowych.

Dowództwo Obrony Warszawy spełniło powierzone mu zadanie. Dalsza walka była już tylko niepotrzebnym przelewem krwi i dalszym niszczeniem miasta. Beznadziejność dalszej obrony podkreślało zdradzieckie wkroczenie wojsk sowieckich w granice Polski o świcie 17 września. Prezydent Rzeczypospolitej, Rząd, Naczelne Dowództwo, Skarb Polski, resztki polskiego lotnictwa przekroczyły granicę polsko-rumuńską. Ale Warszawa trwała, pomimo tysięcy zabitych. Mówił przez radio Starzyński:

"Parki publiczne Warszawy zamieniły się w cmentarze... Najcenniejsze skarby sztuki, najświetniejsze relikwie narodowe uległy zniszczeniu..."

Trwała Warszawa w obronie, odrzuciwszy niemiecką propozycję-ultimatum kapitulacji złożoną 16 września.


Wobec tego, Niemcy wznowili bombardowania miasta. Najcięższe miało miejsce w dniu 25 września. Rozpoczęło się o godz. 7 rano i trwało do godz. 17. "Były chwile, kiedy jednocześnie około 300 samolotów znajdowało się w powietrzu" - pisze płk. Tomaszewski, na podstawie meldunków przeciwlotniczych. Wynikiem bombardowania były dalsze ofiary wśród ludności cywilnej, dalsze ruiny, rozbita elektrownia, zerwana łączność między oddziałami. I najważniejsze - zniszczono filtry: zabrakło wody. Kapitulacja stała się koniecznością.

Po zasięgnięciu opinii Komitetu Społecznego i Rady Wojennej, gen. Rómmel wysłał parlamentariusza do dowództwa niemieckiego z propozycją zawieszenia broni. W dniu 27 września, delegacja polska - gen. Kutrzeba i płk Pragłowski - podpisała akt kapitulacji. Dosyć liczna grupa oficerów polskich popełniła samobójstwo w garnizonowym Hotelu Luksemburskim. Poprzedniego dnia, w schronach gmachu PKO, dziewięciu oficerów i cztery kobiety, w obecności Stefana Starzyńskiego, zawiązało konspiracyjną Służbę Zwycięstwu Polski (pod dowództwem gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego), z której niedługo potem wyrósł Związek Walki Zbrojnej, a w początkach roku 1943 Armia Krajowa.

Stefan Starzyński wygłasza swe ostatnie przemówienie do ludności Warszawy. Kończy je słowami:

"Chciałem, by Warszawa była wielka. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. I choć tam, gdzie miały być parki, dziś są barykady, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale, Warszawa, broniąca honoru Polski, jest dziś u szczytu swej wielkości i sławy!"

Wkrótce po tym przemówieniu radio umilkło... Dopełniła się jakby XX-wieczna wersja XIII-wiecznej legendy trębacza z Wieży Mariackiej, przebitego strzałą tatarską. Kapitulację Warszawy ogłoszono już za pomocą plakatów.




III

Zdawałoby się, że rola Starzyńskiego - jako Cywilnego Komisarza - zakończyła się. Gdy jednak zjawił się w Dowództwie Obrony po raz ostatni, gen. Kutrzeba powiedział mu:

"Ten burmistrz, który prowadził swe miasto przez cały czas walki, ten burmistrz, który okazał się bohaterem i żołnierzem, nie może być nieobecny, gdy miasto przechodzi pod obcą władzę."

Stefan Starzyński, "Stefan Nieugięty," został w swojej Warszawie.

W 1957 roku, Julian Kulski, wiceprezydent miasta Warszawy w latach 1935-1939, a potem następca Starzyńskiego na stanowisku komisarycznego prezydenta aż do Powstania Warszawskiego, powiedział odsłaniając symboliczny grób Stefana Starzyńskiego:

"Gdy nie stało na tej ziemi władzy państwowej polskiej, Starzyński ją stanowił. Dziś wokół tego nazwiska skupiają się wszyscy, którym droga jest pamięć o czynach bohaterskiej Warszawy w pierwszych miesiącach drugiej wojny światowej."

* * *

Na wyraźne życzenie zwycięzców, Starzyński wziął udział w rozmowach o poddanie miasta. 28 września również i on podpisał akt kapitulacji. Potem ze zwykłą sobie zaradnością kierował życiem zniszczonej i wygłodzonej Warszawy. Organizował wydziały aprowizacji i kwaterunkowy. Uzyskał od Niemców milion metrów sześciennych szkła na szyby. Władze okupacyjne zgodziły się również na jego projekt powołania instytucji rozdziału podstawowych artykułów żywnościowych wśród ludności tworzonej już "Generalnej Guberni". Jednocześnie w miejskim wydziale ewidencji ludności Starzyński zarządził zniszczenie kartotek osób zagrożonych. Uruchomił również - jakże przewidująco - komórkę wystawiania fałszywych dokumentów. Komórka ta działała aż do Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 i oddała ogromne usługi bojownikom Polski Podziemnej i ukrywającym się patriotom.

Co do swego losu nie miał Starzyński żadnych wątpliwości. Nie zszedł w Podziemie. Odmówił poddania się operacji plastycznej. Często mówił do swych współpracowników: "Pobyt mój wśród was będzie na pewno krótki." Żegnając się ze współpracownikami Polskiego Radia powiedział: "Czy Bóg da, że się jeszcze kiedykolwiek zobaczymy?" Odrzucił apele wielu o ucieczkę i ratowanie swego życia: "Dziękuję za wszystko co mówicie. Czy wolno mi jednak okupić własne bezpieczeństwo śmiercią wielu zakładników? Warszawy nie opuszczę."

W dniu 27 października 1939 dwóch funkcjonariuszy Gestapo zabrało Stefana Starzyńskiego na Aleję Szucha. Nie wrócił już stamtąd. Wkrótce dowiedziano się, że został osadzony na Pawiaku. Tam, w grudniu 1939 ponownie odrzucił próbę ratowania jego życia. Irenie Wierszyłło, podkomisarzowi straży więziennej, która weszła do jego celi ze słowami: "Czas uciekać, panie prezydencie. Wszystko gotowe, każda chwila opóźnienia może być zgubą," odpowiedział: "Zostanę. Za wielu wśród was zapłaciłoby za mnie życiem. Wytrwam do końca."

Data i szczegóły śmierci Stefana Starzyńskiego nie są znane. Istnieje kilka wersji, pierwsza o rozstrzelaniu go w 1940 roku w obozie koncentracyjnym w Dachau, zaprzeczona wówczas przez Niemców, inna o rozstrzelaniu go w Dachau 17 października 1943 roku.

Cyprian Odorkiewicz podaje inną [niepotwierdzoną] wersję *). Według niej, Stefan Starzyński był więziony samotnie w bunkrze niemieckiej katowni przez niemal 5 lat. Dopiero z początkiem sierpnia 1944 roku, na wiadomość o wybuchu Powstania Warszawskiego, na rozkaz Himmlera, miano zamordować Starzyńskiego strzałem w tył głowy (podobnie jak więzionego w Sachsenhaussen Generała Stefana Grota-Roweckiego, Komendanta Armii Krajowej).

Swą tragiczną opowieść kończy Odorkiewicz słowami:

"Nie wiem, czy powiedziano Mu przed śmiercią, że Warszawa znów walczy o swe imię stolicy Rzeczypospolitej, jak walczyła pod jego bohaterskim przewodnictwem. Myślę, że mu tego nie powiedziano, że padł na beton bunkra z tą wizją Warszawy, którą żył za czasów swej prezydentury, której bronił w pamiętnych tygodniach Września, która go podtrzymywała w latach samotnej męki."



*)  Cyprian Odorkiewicz: "Ostatni prezydent wolnej Warszawy," Wiadomości 32/645, Londyn 10 sierpnia 1958.


Nota biograficzna: Autor, płk Edward Henzel (1906-1990), we wrześniu 1939 brał udział w obronie Warszawy. Okres wojny spędził w obozie jenieckim. W 1951 roku osiadł w Edmonton, Alberta, Canada, gdzie w wolnych chwilach zajmował się publicystyką prasową i radiową wśród Polonii. W latach 1954-1955, trzy jego reportaże z Gór Skalistych były opublikowane w londyńskich Wiadomościach . Kilka innych reportaży z Alberty zostało nadanych przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa. Artykuł powyższy, drukowany po raz pierwszy w Biuletynie Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Edmonton z 11 listopada 1963, otrzymaliśmy w rękopisie od wdowy po Autorze, por. Jadwigi Henzlowej - "Hanki," KW, b. łączniczki KG AK. Dziękujemy Jej serdecznie.  (AMK)








Copyright © 1997-2007 Zwoje