
Gdy wychodzilem z Warszawy, juz po Powstaniu, mialem dopiero skonczone 20 lat.
Wraz z moja przyszla zona (Janina Lutyk, ps. "Scarlett") mialem zaszczyt sluzyc w samodzielnym batalionie "Parasol," ktory wraz z batalionem "Zoska" stanowil harcerski trzon grupy Kedywu (Kierownictwa Dywersji przy KG AK), zwanej w Powstaniu Zgrupowaniem "Radoslawa" (od jego dowodcy, pplk. Jana Mazurkiewicza, ps. "Radoslaw"). "Parasol," o ile wiem, byl jedynym oddzialem liniowym, ktory walczyl w czterech dzielnicach Warszawy (Wola, Stare Miasto, Czerniakow, Mokotow), kolejno tak, jak szlo uderzenie niemieckie.
Dowodczy trzon "Parasola" wywodzil sie z przedwojennych harcerzy (ZHP), ktorzy w konspiracji przyjeli nazwe Szare Szeregi. Wojskowo podlegali ZWZ/AK, skad otrzymywali tajne przeszkolenie wojskowe, ale od poczatku brali tez udzial w akcji czynnej. Najpierw byl maly sabotaz ("Wawer"): pisanie na murach, ulotki, zrywanie niemieckich flag, rzucanie gazu w kinach, akcje propagandowe. Ci, co przetrwali fizycznie i nerwowo, i mieli co najmniej 16 lat, mogli wstepowac do Grup Szturmowych Szarych Szeregow (SS/GS), ktore podlegaly Kedywowi (dowodca: plk. Emil Fieldorf, ps. "Nil"). Tam byla juz walka z bronia, akcje dywersyjne na pociagi, mosty, posterunki zandarmerii i inne obiekty niemieckie.
Chyba najbardziej znana akcja GS-ow bylo odbicie wiezniow pod Arsenalem (26 marca 1943). Chodzilo o odbicie "Rudego," hufcowego GS i owczesnego mego dowodcy. Akcja dowodzil "Zoska" (Tadeusz Zawadzki), harcerski dowodca GS. (1) Ja bylem o oslonie odwrotu zespolu. Akcja sie powiodla - odbito 25 wiezniow, w tym storturowanego "Rudego," ktory zmarl kilka dni pozniej. Przed smiercia powiedzial nam, ze Niemcy wiedza o dzialalnosci GS i maja specjalny wydzial antydywersyjny. W dwa miesiace pozniej GS-y zastrzelily obydwu kierownikow komorki antydywersyjnej w Gestapo - Schultza i Langego. Zaczela sie walka na ostro.
Schultza robil "Maciek" (Slawomir Maciej Bittner), zastepca "Zoski." Mial z nim klopot, bo mieli go zlapac zywcem, zeby wyciagnac z niego co Niemcy wiedzieli, ale im uciekal i "Maciek" musial go zastrzelic. Ja robilem Langego na Placu Trzech Krzyzy pod kinem Napoleon. Bylo nas czterech z malym samochodem. Ta akcja byla ciekawa, bo Lange mnie znal... Przedstawil mnie mu wczesniej "Wesoly" (Zbigniew Kaczynski), wtyczka GS w gestapo; przynosil gestapowcom czekoladki od Wedla, mieli do niego pelne zaufanie. "Wesoly" wiedzial gdzie Lange mieszka i kiedy wychodzi z biura. "Wesoly," idac ze mna, zatrzymal sie i rozmawial z nim. W dniu akcji, rano szlismy po prostu w odpowiednim czasie gdy Lange przechodzil. Ja i Lange sklonilismy sie sobie z daleka. Musialem wczesniej dac "Wesolemu" slowo honoru, ze Lange nie przezyje. "Wesoly" bylby skonczony. Nie moglem odejsc bez upewnienia sie, ze Lange nie zyje. Wzialem czapke i pistolet Langego...
Bylem strazakiem w fabryce czekolady Fuchsa na Solcu, kolo elektrowni, dawalo to swietne papiery.
W lipcu 1943 sposrod wybranych zolnierzy GS zostal utworzony oddzial do zadan specjalnych przy Kedywie. Poczatkowo byla to kompania "Agat" (antygestapo). Potem ze wzgledow konspiracyjnych zmienila nazwe na "Pegaz" (przeciwgestapo), w maju 1944, juz jako batalion, oddzial przyjal nazwe "Parasol," jako jednostka kadrowa przyszlej brygady spadochronowej (stad znak parasola).
Dowodca oddzialu byl kpt. "Plug" (Adam Borys), zrzutek z Anglii. Celem oddzialu byla jak najszybsza reakcja na akcje niemieckiego terroru - przez usuwanie glownych i odpowiedzialnych funkcjonariuszy gestapo. Byla to manifestacja sily. Zarowno spoleczenstwo polskie, jak i wladze niemieckie mialy miec te swiadomosc, ze nie ma takiej osoby i takiego miejsca na ziemi polskiej, gdzie by nie dotarla armia podziemna.
Bylo oczywiste, ze Niemcy beda chcieli zlikwidowac ten oddzial i dlatego "Parasol" byl chyba najbardziej zakonspirowanym i zdyscyplinowanym oddzialem Armii Krajowej. "Plug" wprowadzil ogromna dyscypline i moze dlatego jako czlowiek byl raczej nie lubiany. Kazdy wstepujacy do "Parasola" (a wybor byl bardzo selektywny) musial zmienic pseudonim i zerwac wszelkie kontakty z poprzednim oddzialem. Nie wolno bylo utrzymywac kontaktow kolezenskich wewnatrz oddzialu, udzial w zebraniach prywatnych, nawet rodzinnych byl bardzo ograniczony. Nie wolno bylo robic notatek i zapiskow. Trzeba bylo trenowac szybkie zapamietywanie. I szybkie zapominanie. Wymagano bezwglednego posluszenstwa i poswiecenia.
"Parasol" mial trzy plutony bojowe, po trzy druzyny. Dowodzilem drugim plutonem. Stopnie wojskowe niewiele znaczyly, glownie funkcja i doswiadczenie bojowe w podziemiu. (jako podchorazy mialem pod soba pieciu oficerow przedwojennych). Sklad spoleczny oddzialu byl roznorodny. Przewazala przedwojenna klasa inteligencka i zawodowa. Mielismy kilku Zydow i co najmniej jednego arystokrate. Jednym z najwybitniejszych zolnierzy byl kelner. Troje Zydow z "Parasola" zginelo na Slonecznej. Weszli gestapowcy i zabili pieciu ludzi, ktorzy grali w bridza. Gestapo tak zabijalo Zydow, oni nie byli trefni, nawet nie zabrali ich cial.
Specjalna role odgrywaly laczniczki, bez ktorych nie mozna bylo funkcjonowac. Niemcy nie zdawali sobie sprawy z roli laczniczek. Byl rok 1943/1944, masowe lapanki, liczne patrole, publiczne egzekucje. Nie mozna sie bylo swobodnie poruszac, a co dopiero nosic bron. Do zadan laczniczek nalezalo:
Dziewczeta otrzymywaly takie samo wyszkolenie jak chlopcy. Lacznie z ostrym strzelaniem, ale bez nauki dzu-dzitsu. Moja najmlodsza laczniczka "Dewajtis" (Elzbieta Dziebowska ) miala 14 lat, choc wygladala na 12. Mowiono o niej:
mleko pod nosem, w zebach pieluszki
podobna do debu, jak slon do muszki.
Byla naszym asem od rozpoznawania, jedna z trzech niewiast, ktore otrzymaly Krzyz Walecznych przed Powstaniem ("Parasol" otrzymal do Powstania 18 KW, w tym posmiertne).
Glownym zadaniem zolnierzy "Parasola" bylo planowanie i przygotowanie akcji, ktore byly proponowane przez dowodztwo Kedywu. Laczniczki musialy sprawdzic i czesto zmienic raport wywiadu, co do zwyczajow i ruchow funkcjonariuszy gestapo. Trzeba bylo przewidziec i ustalic warianty i szczegoly.
Na akcje bralismy falszywe dokumenty i pigulki z trucizna. Prawie zawsze akcje wykonywalismy z udzialem samochodow, poprzednio zdobytych na Niemcach i przemalowanych w naszych prywatnych garazach. Bron dostawalismy od laczniczek tuz przed akcja i jak najblizej jej miejsca. Akcje trwaly od 30 sekund do poltorej minuty. Wiekszosc akcji odbywala sie bez naszych strat, ale byly tez akcje bardzo kosztowne. (Jedna z najdluzszych i najtragiczniejszych, na Stamma w Al. Szucha, w ktorej zginelo osmiu doborowych zolnierzy, trwala dwie i pol minuty - 6 maja 1944). Udzial w akcjach bralo od 5 do 21 zolnierzy oraz od 1 do 4 laczniczek. W ciagu roku "Parasol" dokonal 13 wiekszych akcji. Najbardziej znane to: zamach na gen. SS/SD Kutschere, zamach na gen. Koppe - dowodce policji przy rzadzie GG (w Krakowie, nieudana, Koppe przezyl, ale potem zniknal; podczas odwrotu do Warszawy, w Udorzu zginelo pieciu naszych zolnierzy - z tego troje rannych pozniej z rak gestapo, kilku innych bylo rannych) i najbardziej denerwujaca akcja (tuz przed Powstaniem) na szefa sluzby bezpieczenstwa SS - standarterfuehrera Hahna (nie przejechal Al. Ujazdowskimi, gdzie na rogu Wilczej czekalismy na niego uzbrojeni przez ponad dwie godziny).
W maju 1944 "Parasol" stal sie batalionem, a plutony zmienily sie w kompanie. Zostalem dowodca 2 kompanii. Batalion dokooptowal okolo 200 ludzi, przygotowujac sie do Powstania.
1 sierpnia 1944 roku. Powstanie. "Parasol" liczyl 574 osoby (369 z konspiracji), nie dolaczylo 80.
Dla nas z "Parasola" wybuch Powstania byl czyms niewiarygodnym, mimo zesmy go stale wyczekiwali. Z zupelnego odizolowania w konspiracji, indywidualnej walki, nerwow i napiecia, przeszlismy do otwartej grupowej walki. Bylismy w stanie euforii, bo przeciez:
Czy Powstanie powinno bylo byc w ogole planowane, czy nie - to jest inna, polityczna sprawa. Ale wtedy nie bylo juz wyjscia. Uwazam, ze Powstanie musialo wybuchnac. Wszyscy byli przygotowani, a Niemcy wycofali sie na zachod. W tym samym czasie radiostacja komunistyczna nawolywala do walki zbrojnej. Oczywiscie chodzilo im o sprowokowanie Powstania, bo wtedy mogli nas latwiej wykonczyc.
Byl taki moment, ze Niemcy prawie wycofali sie z Warszawy, a ofensywa sowiecka na wschodnim brzegu Wisly nagle stanela. Niemcy przegrupowali sie i zaczeli Warszawe traktowac jako twierdze. Oglosili, ze wszyscy ludzie zdatni do pracy maja stawic sie do kopania rowow wzdluz Wisly. Jeszcze dwa, trzy dni i zaczelyby sie masowe wywozki. Gdyby nie bylo Powstania, nasz oddzial prawdopodobnie przeskoczylby w lasy. Ale wycofac sie wtedy oznaczaloby masakre. Nikt nie wierzyl w umowe Sikorski-Stalin. Gorzej, jeszcze przed Powstaniem wiedzielismy, ze Sowieci wykonczyli AK w Wilnie. Nie wierzylismy im, ale moglismy im pomoc. I takie byly nasze rozkazy...
Miejscem zbornym "Parasola" byl Dom Starcow na rogu Karolkowej i Zytniej na Woli. W ciagu dwoch pierwszych dni i nocy patrolowalismy okolice, zdobywajac sporo broni i amunicji od niemieckich strazy fabrycznych i zagubionych grup zolnierzy. Jak na warunki powstancze bylismy bardzo dobrze uzbrojeni: mielismy zdobyte 4 spandau'y, sporo karabinow, kazdy zolnierz mial jakas bron. Z rana 3 sierpnia zarzadzilem zbiorke 2 kompanii w Domu Starcow. Po raz pierwszy i ostatni zobaczylem cala swoja kompanie - 160 osob wraz z plutonem kobiet. Wszyscy mogli sie wzajemnie zapoznac. Przedtem bylo to utrudnione ze wzgledu na konspiracje, a potem juz niemozliwe.
Niemcy zaatakowali Wole juz 2 sierpnia. Okreg AK Wola nie mogl sie zorganizowac, gdyz nad jego bronia, zakopana w ogrodkach ulrichowskich, rozsiadla sie pancerna dywizja SS. Wobec tego, z przypadku, "Parasol," ktory mial byc grupa odwodowa, juz po dwoch dniach Powstania byl na pierwszej linii obrony. 4 sierpnia Niemcy przypuscili frontalny atak piechoty pancernej na nasze pozycje wzdluz ul. Mlynarskiej. Nie spodziewali sie naszej sily ognia. Atak zostal odparty z duzymi stratami niemieckimi. Odtad nigdy w Powstaniu nie widzialem Niemcow w otwartym ataku piechoty.
Glowne walki o Wole trwaly od 5 do 10 sierpnia. Niemcy uderzyli na nasze pozycje cala sila, uzywajac samolotow, czolgow, artylerii i granatnikow. Walki toczyly sie przede wszystkim o cmentarze - kalwinski i ewangelicki, ktore przechodzily z rak do rak, o kazdy nieomal grob, straty byly duze po obu stronach. Odczuwalismy brak amunicji.
W tym czasie "Zoska" ze stratami, zdobyla ruiny Getta wraz z "Gesiowka" - grupa barakow, w ktorych Niemcy wiezili kilkuset Zydow glownie z poludniowej Europy. Byli to ludzie inteligentni, w wiekszosci wladali kilkoma jezykami, rzadziej polskim. Zostali przylaczeni do oddzialow "Radoslawa," do uslug pomocniczych. Wszyscy chcieli sie bic i po czasowym oporze przyjelismy kilku z nich jako zolnierzy. Mialem ich kilku w oddziale. "Pawel" - wegierski Zyd, byl naszym najlepszym piacista (zginal rozstrzelany przez Niemcow na Czerniakowie). "Bystry" (Henryk Poznanski) - polski Zyd, ktory przezyl w kanalach ponad rok od czasu likwidacji getta, byl wspanialym przewodnikiem po kanalach. Byl kilkakrotnie lacznikiem kanalami miedzy Starowka a Srodmiesciem. W nocy 25 sierpnia przeprowadzil KG AK ze Starego Miasta do Srodmiescia. Na Czerniakowie byl znowu przewodnikiem kanalowym, podczas ostrzalu w ruinach lezal na jakims lozku nieporuszony i palil papierosy. Zginal pod koniec Czerniakowa, wychodzac z wlazu.
Zdobycie "Gesiowki" zapewnilo nam uporzadkowany odwrot na Starowke, gdzie bylismy od 10 do konca sierpnia.

Na Starowce nasza glowna kwatera byla w palacu Krasinskich (Rzeczpospolitej). Niemcy byli zmuszeni do walki piechota, bowiem czolgi nie mogly sie swobodnie poruszac po gruzach. Glownym problemem byly dla nas sztukasy, ktore atakowaly z niska, nad dachami, co 15 minut, i zmienialy palac w plonace gruzy. Ogolne walki byly raczej monotonne. Chodzilo o przetrwanie, bo przeciez pomoc aliancka, a raczej sowiecka, miala nadejsc lada chwila. Straty byly coraz wieksze, brak amunicji. Pod koniec sierpnia nie wolno nam bylo strzelac na dalej, niz 10 m. Kazda kula trafna. Mielismy kilkunastu jencow niemieckich do uslug. Jedna bomba spadla kolo nich i byli ranni. Widzialem jak czolgali sie i calowali buty naszym sanitariuszkom, ktore ich opatrywaly, bo nie chcialo im sie wierzyc, ze beda tak traktowani...
Na poczatku dochodzily jeszcze odglosy artylerii zza Wisly, ale pozniej ustaly. Rozeszly sie pogloski, ze Rosjanie sie wycofali. Nasz pchor. "Ziutek" (Jozef Szczepanski) napisal wtedy wiersz Czerwona zaraza. Przedtem napisal jeszcze kilka innych wierszy, jak Palacyk Michla czy Chlopcy silni jak stal (hymn "Parasola"). Wkrotce zostal ranny na Starym Miescie i zmarl. Stan ogolny "Parasola" szybko sie zmniejszal...
Probowalismy przebic sie do Srodmiescia, wraz z rannymi, ale nie udalo sie ze wzgledu na bardzo silne pozycje i ogien niemiecki na Bielanskiej. Amunicji prawie juz nie bylo. Stare Miasto bylo w gruzach i plonelo. Niemcy byli juz w czesci Parku Krasinskich, ostrzal mielismy ze wszystkich stron. W koncu sierpnia otrzymalismy rozkaz wycofania sie kanalami do Srodmiescia. "Parasol" mial oslaniac odwrot. 2 wrzesnia weszlismy do wlazu na rogu Dlugiej i Miodowej, jako ostatnia grupa. Ostatnia nasza czujka juz nie doszla do wlazu i zginela na placu Krasinskich. W kanale trzeba bylo sie najpierw czolgac, potem mozna bylo posuwac sie na czworakach, przeprawa trwala piec godzin.
Niemcy po wkroczeniu na Starowke rozstrzelali prawie wszystkich rannych pozostawionych w szpitalach. Sanitariuszki zgwalcili i rozstrzelali.
Wyszlismy z kanalow na rogu Wareckiej i Nowego Swiatu. Stan "Parasola" wraz z rannymi wynosil 240 osob - 40 procent stanu poczatkowego. Dowodca byl wtedy "Jeremi" (Jerzy Zborowski) Po przespanej nocy i wyczyszczeniu sie zwiedzilem Powisle, ktore bylo spokojne i prawie nietkniete! Domy w wiekszosci staly, ludzie poruszali sie po ulicach, byly zorganizowane i dzialajace sluzby informacyjne, kuchnie, podziemne szpitale, male cmentarzyki poleglych. Po Starowce wydalo sie to nierealne. Nazajutrz zabrano nas do bylej ambasady bulgarskiej, gdzie czolowka artystyczna wystawila piesni wojskowe, a Mieczyslaw Fogg odspiewal Palacyk Michla, Zytnia, Wola... ku oczywistej uciesze "Parasolarzy." Ten wielki kontrast - dwa swiaty odlegle od siebie o kilka ulic - to musial byc sen. I pewnie byl, bo juz wieczorem tego dnia przeszlismy na Czerniakow. Tutaj z rozkazu "Radoslawa" nastapila reorganizacja. Z 1 i 3 kompanii zrobiono jedna "Lota," a moja 2 kompania pozostala z dodatkiem grupy zolnierzy z Kampinosu, ktorzy przyszli z Zoliborza kanalami. Zostalem tez formalnie zastepca "Jeremiego."
Calosc bojowa "Parasola" stanowilo 140 ludzi. Cala grupa "Radoslawa" wynosila okolo 500 zolnierzy. Przeciw nam bylo okolo 2500 doborowych zolnierzy pancernych, w tym dwie kompanie czolgow i dzialek szturmowych. Niemcy zaatakowali 11 wrzesnia od mostu Poniatowskiego, prosto na nas. Jednoczesnie sztukasy bombarduja, a "szafy" i wielkie dziala kolejowe "krowy" ostrzeliwuja caly teren. Jestesmy juz ekspertami od samolotow, wiemy, gdzie pojda bomby i jak sie od nich chronic. Ale nie wyczuwa sie zupelnie, gdzie poleca "krowy"...
13 wrzesnia Niemcy wysadzaja mosty na Wisle. Na Prage podchodzi armia Berlinga. Walczymy o kazde przejscie, nie tylko o "kazdy dom." "Jeremi" zostaje ciezko ranny i ja przejmuje po nim dowodztwo "Parasola." Ogolne wrazenie z Czerniakowa to straszne zmeczenie - nie pamietam, czy i kiedy spalem. Ludzie mowiac zasypiaja. Sowiecki samolot zrzuca worki z sucharami, bez spadochronu. Kilka z nich spadlo na nasze pozycje, nikt nie dostal po glowie, i tymi sucharami zyjemy. 16 wrzesnia wielki przelot ok. 90 samolotow alianckich. Leca bardzo wysoko, zrzucaja duzo spadochronow, ale wszystkie ida na niemieckie pozycje.
17 wrzesnia zajmuje przyczolek nad Wisla. Na przyczolku slychac odglosy czolgow i pontonow po drugiej stronie Wisly. Ale naszym problemem sa czolgi, ktore bezkarnie jezdza po naszym terenie, a my - w roznych dziurach - uwazamy, by nas nie rozjechaly. Nie mamy zadnej broni na czolgi.
Dolaczono do nas pluton berlingowcow z dwoch kompanii, ktore - pod dowodztwem kpt. Latyszonka - przeprawily sie na poludnie od Czerniakowa. Sa uzbrojeni w pepesze, maja tez dzialko ppanc, ale bez amunicji, oraz skrzynke granatow przeciwczolgowych, ale bez splonek. Dowodca plutonu, chorazy w barankowej czapce, ma dlugi pejcz, ale nie widzialem na co go uzywal. Ma rowniez telefon z kablem przez Wisle, ktory, o dziwo, dziala! Wraz z chorazym mialem satysfakcje poprosic o wsparcie lotnicze. Po niecalych 40 minutach cztery samoloty sowieckie zrzucily bomby w rejonie Sejmu...
W nocy z 17 na 18 wrzesnia Niemcy klada silna zapore artylerii na Wisle. Od wczesnego rana 19 wrzesnia gesta zaslona dymna na Wisle. Slychac przesuwanie czolgow i szczek pontonow. Wydaje sie, ze bedzie przeprawa. Nic z tego! Wieczorem mgly opadly bez przeprawy. Trzymamy tylko kilkadziesiat metrow brzegu.
W nocy, 19 wrzesnia pada rozkaz wycofania sie kanalami na Mokotow. Znow oslaniamy odwrot. Ciezko ranni zostaja z lekarzami i sanitariuszkami, na Wilanowskiej. Wiekszosc z nich ginie, z 35 ciezko rannych z "Parasola," 19 zostalo zamordowanych, lacznie z "Jeremim." Nasza laczniczke "Rafalka" powiesili wraz z trzema innymi laczniczkami i ksiedzem. Prawa kombatanckie moze juz oficjalnie i byly, ale co sie dzialo w ruinach, to dwie rozne sprawy. Niemcy rozstrzeliwali, gwalcili, gdzie popadlo. Na Czerniakowie zginelo 90 "Parasolarzy."
Na Mokotowie "Parasol" jest jedynym wojskiem liniowym "Radoslawa" - w sumie okolo 40 zolnierzy, w tym 7 dziewczat. Jestesmy praktycznie bez amunicji. 25 wrzesnia Niemcy (dywizja pancerna "Viking") przypuszczaja atak samolotami, artyleria i czolgami na caly gorny Mokotow. Zajmuja od tylu oddzialy na naszym prawym skrzydle, prawie bez walki. Kilku ciezko rannych czolga sie w nasza strone, ale nie mozemy im pomoc. Przechodzimy do tylu, ale wiemy, ze Mokotow juz wlasciwie padl. 27 wrzesnia dostajemy rozkaz oslony wycofania kanalami i wchodzimy do wlazow na Szustra 6 jako ostatnia jednostka wojskowa.
W kanalach bylo istne pieklo. Przed nami grupa dowodztwa Mokotowa, ludzie w srednim wieku i starsi. Wielu nie moglo isc z braku sil i powietrza, i padali. Najpierw probowalismy im pomoc, ale i nam niewiele brakowalo. Musielismy isc po nich, chociaz byli jeszcze zyjacy i chwytali za nogi. Tracimy przewodnika. Przechodzimy dwie barykady z drutu kolczastego ustawione przez Niemcow. W kanale jest gaz z karbidu, ktory wrzucaja Niemcy. Cuchnaca woda, brak powietrza, zupelny brak poczucia kierunku i czasu. Sily opadaja. Napotykamy poloblakanych ludzi, potykamy sie o ciala lezace w poprzek kanalu. Po 17 godzinach znajdujemy wyjscie do wlazu na Srodmiesciu. Do dzis uwazam to za cud.
Nastepuje zawieszenie broni. Niemcy uznali AK za kombatantow. "Parasol" wychodzi z Warszawy 4 pazdziernika, w ramach zreorganizowanego Korpusu AK, zachowujac z rozkazu Komendanta AK swa nazwe Batalion "Parasol." Czesc zolnierzy wyszla z Warszawy z ludnoscia cywilna, czesc ich pracowala jeszcze konspiracyjnie, az do 19 stycznia 1945 roku, tzn. do rozkazu gen. Okulickiego o rozwiazaniu Armii Krajowej. "Parasol" zostal odznaczony Krzyzem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Ale zaplacil za to straszna cene. Ze stanu poczatkowego, 574 ludzi, poleglo 76 procent.
Gdy stoje na cmentarzu wojskowym w Warszawie, na kwaterze "Parasola" i patrze na zapalony znicz i nagrobki kolegow, to roznica miedzy tymi, co polegli, a nami zyjacymi, tak sie jakos zaciera. Chodzi tylko o kilka lat roznicy. Ich Bog juz rzucil jak kamienie na szaniec, a my zyjacy, mamy stale obowiazek dalszej pracy nad realizowaniem tych wspolnych idealow. Tylko wlasne sumienie moze powiedziec nam, jak to robimy.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||