
... Nareszcie droga polepszyla sie. Szla w gore, ku kosciolowi stojacemu na szczycie pagorka. Po obydwu stronach szerokiego traktu staly przedwieczne lipy, nadwislanskie topole, graby, klony, deby i buki.

Teraz, gdy w ich wnetrza, wyrywajac sie z klebow siwego dymu, padaly migotliwe blaski pochodni, zdawaly sie byc podwojnie wielkimi. Konary, galezie, rozgi - czuby ich siegaly do czarnego nieba, a liscie szemraly w chmurach. Byla nieskonczona potega w owych widlach, odnogach, troj- i czterozebcach, w splotach galezi wytezonych ku niebu, w owych jakoby barach, piersiach, plecach, ramionach i rekach, ktore cos dzwigaja...

Ale nade wszystko - byla potega w ich szelescie.

Jedno z tych prastarych drzew, ogromna, placzaca brzoza, zwieszalo sie calym kadlubem nade droga, a korona jego, bogata w ogrom lisci, schylala sie ku ziemi, jak kudlata glowa chlopa starca. Gdy woz, otoczony latajacymi blaskami, wjechal pod nie, zaszemralo... zaszemralo... Wyszedl z jego glebokiej czelusci sykliwy, przestraszony szelest, polszept zbudzonych ze snu i zdumionych lisci...
Rafal zlakl sie i zadrzal.
Ach, jakze straszny, jak nieopisany glos byl w tym szelescie! Ale wnet gwara schylonego drzewa zostala w mroku, korona jego cofnela sie i ukryla. Teraz inne przemawialy z wysoka. I dziwna rzecz! Jedne wchlanialy w siebie wiesc o widoku, wlokacym sie u ich korzeni, z zimna wzgarda, inne z obojetnoscia najglebsza, z obojetnoscia, swiadoma swej gluchej i slepej sily, a byly przeciez i takie, co plakaly, jak zywy, czujacy czlowiek. Serce Rafala dzwignelo sie i podnioslo ku owym drzewom. Ogarnal spojrzeniem wyniosle galezie... Pnie zielone, jak trawnik, od dawnego mchu, albo obwieszone mnostwem drobnych galazek, jakoby dziady zgrzybiale, obsiadle przez prawnuki... Pnie, pokryte splotami sznurow kory, zbrozdzone, o barwie deszczu i szarugi... Rozgi chwiejace sie pod niebem...
Wtedy nagle pojal, ze juz nie zyje dobry brat Piotr. Z mozolem przypomnial sobie chwile, ktora przed nim jak chybka mysz uciekala, chwile, gdy patrzal na bezwladne oczy brata. Dusza jego wcielila sie w ow moment, weszla tamtedy w nieswiadome, tajemne, nikomu nieznane powiaty...
W tej samej chwili z pomiedzy drzew na szczycie wzgorza wylamal sie dzwiek dzwonu za umarlych. Zelazne serce uderzalo w bok spizowy. Ciosami coraz mocniejszymi wyczynialo ze srogich dzwiekow, z martwego glosu przerazajace miamlanie, slowienie tej nazwy, ktora mocniejsza jest nad dzien i noc, nad przestrzen niedoscigla myslami ludzkiemi, nad slonce, ksiezyc i gwiazdy...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||