
Gdyby tylko można było, jak proponował wspomniany przez Daskę Goldhagen, przypisać odpowiedzialność za Zagładę samym Niemcom, rzekomej aberracji ich kulturowego rozwoju! Pozostali Europejczycy mogliby wówczas spać snem sprawiedliwych.
Rzecz jasna, historycznej odpowiedzialności za Zagładę nikt z narodu niemieckiego nie zdejmie, ale czy jednak pozostali Europejczycy zasługują na taki komfort, jaki pragnie Dasko im najwyraźniej zapewnić, pisząc, że "nie istnieje żadna mapa wytyczająca dalszą drogę rozwoju (antysemickiego) opryszka, która by prowadziła w schemat aparatu Zagłady"? Zagłada nie wynika więc z antysemityzmu Europy. Zagłada wynika z "hitleryzmu" ("To nie Europa wydała Żydów Niemcom i nie Europejczycy ich wymordowali. Uczynił to reżim hitlerowski w Europie skrwawionej i ujarzmionej" - pisze Dasko), lub po prostu pozostaje niepojęta ("Wyjątkowość Zagłady polega na tym, że nie sposób jej, a także jej genezy, zamknąć w pozornie logicznym ciągu zdarzeń").
Jeżeli tak, to istotnie możemy spać spokojnie. Hitleryzm, podobnie jak bonapartyzm, już się nie powtórzy, a jeśli Zagłada nie da się z niczego wydedukować, choćby ex post factum, to i tak jej ewentualna powtórka jest nieprzewidywalna. Tak czy inaczej, trzeba wprawdzie pamiętać, lecz nie sposób przewidywać.
Nie mogę się zgodzić. Zaledwie w pół wieku po Zagładzie znaleźć można w księgarniach, także w Polsce, książki udowadniające, że nigdy nie miała ona miejsca. Współbrzmią z nimi, pozornie im tylko przecząc, hasła: "Żydzi do gazu!" na naszych ulicach. Jedno i drugie pokazuje bowiem, żeśmy już zapomnieli. Zaledwie kilka lat temu i o miedzę stąd, w Bośni, wymordowano ćwierć miliona ludzi tylko dlatego, że byli niesłusznego pochodzenia. W Czechach czy Rumunii zabójcy Romów - a Romowie, podobnie jak Żydzi, byli podczas drugiej wojny światowej ofiarami Zagłady - pozostają dziś często bezkarni.
A więc to może się zdarzyć ponownie, choć zapewne tym razem nie rękami Niemców i nie Żydzi będą ofiarami. Nie wieszczę nadciągającego masowego ludobójstwa. Twierdzę jedynie, że nie jest ono niemożliwe, jak wierzyliśmy dotąd, i że sam ten fakt jest już przerażający. W Europie po prostu mordować można.
Trudno - powie mój polemista - taka jest po prostu kondycja ludzka. I wskaże na rzeź Ormian i Kambodżę, Biafrę i Rwandę, los amazońskich czy gwatemalskich Indian. Ale w Europie dzieło mordowania doprowadzono do perfekcji na innych kontynentach niespotykanej. I następnym razem byłoby ono przeprowadzone zapewne z jeszcze większą maestrią.
Tyle tylko, że jeśli rację ma Dasko, który twierdzi, że winny jest hitleryzm i już, to nie ma powodów do obaw. Niemcy sprawiają wrażenie już uodpornionych, a inni są po prostu niezdolni do takich czynów.
Czyżby? Dlaczego więc tak chętnie w Europie pomagano Niemcom? Nie chodzi tu, wbrew temu, co sugeruje Dasko, o przedwojenny antysemityzm, ale o wojenną kolaborację. O żandarmerię Vichy. O węgierskich strzałokrzyżowców. O republikę Salo. O rumuński Żelazny Legion. O Jasenovac. O Duńczyków i Bułgarów, którzy wprawdzie - i wieczna chwała im za to - obronili "swoich" Żydów, lecz bez trudu wydali "obcych": uciekinierów z Niemiec, mieszkańców Salonik.
Chodzi o rząd słowacki, organizujący transporty do Oświęcimia. O Polskę, w której często Żydzi, ukrywający się po aryjskiej stronie, wracali w końcu do getta, bo tam było bezpieczniej. O ukraińskie i litewskie pogromy w dniu odwrotu Armii Czerwonej. O odmowę rzadu brytyjskiego, by nagłośnić sprawę Zagłady Żydów, z obawy przed wzbudzeniem nastrojów antysemickich w kraju.
Chodzi też o głuchy antysemityzm w USA i Wielkiej Brytanii, który przed wojną, a nawet podczas niej zatrzaskiwał przed żydowskimi uchodźcami możliwość ucieczki. Pamiętamy o statku wyładowanym żydowskimi uciekinierami z Europy, który nadaremno wpłynął w 1938 roku do amerykańskiego portu. Tych ludzi tam nie chciano i "St.Louis" powrócił do Niemiec, gdzie jego pasażerowie zginęli w obozach. Pamiętamy o brytyjskiej marynarce wojennej, blokującej Żydom dostęp do Palestyny. Pamiętamy o głuchym antysemityzmie we wszystkich alianckich stolicach, który sprawił, że o żydowskim wymiarze wojny mówiono mało lub wcale, by "nie lać wody na młyn niemieckiej propagandy."
Trudno się w tej sytuacji dziwić, że alianci nie uznali za wskazane zbombardowanie komór gazowych w Auschwitz, gdyż nie były one "strategicznym celem." Tego wszystkiego doprawdy nie sposób zapomnieć ani tłumaczyć słowem "hitleryzm."
Dasko ma rację, gdy twierdzi, że wszystko to nie wynika w sposób automatyczny z przedwojennego europejskiego antysemityzmu, podobnie jak antysemityzm ten - to już uwaga bardziej pod adresem Krzysztofa Dorosza - nie wynika w sposób automatyczny z chrześcijaństwa. Ale takie samo rozumowanie da się przeprowadzić nie tylko dla całej Europy, lecz i dla Niemiec. Nie ma automatycznego wynikania, nie ma więc i odpowiedzialności. Po prostu historyczny pech żydowski?
Nie inaczej z powojennymi mordami Żydów. "Kielce nie były częścią Zagłady" - pisze Dasko - "ale to Zagłada stworzyła kontekst, w którym stały się rzeczywistością."
Dlaczego? Czy dlatego, że w Kielcach mordowali nie Niemcy i nie było ich celem wymordowanie całego narodu żydowskiego? Jeśli to pierwsze, to i Vichy, i Jasenovac, Transnistria i Lilejkis też nie były częścią Zagłady, lecz "zwykłego" antysemityzmu Europy. A co do drugiego rzekomego kontrargumentu: skąd wiadomo? Skąd wiemy, co czują ludzie, którzy wierzą, że Żydzi piją krew chrześcijańskich dzieci? I czy to cokolwiek zmienia?
Zagłada zaczęła się przed wybuchem wojny i nie skończyła się z jej zakończeniem. Jako potencjalna możliwość trwa nadal. Gdyby dziś w Europie rasistowska zniewaga była bezwzględnie i zawsze potępiana, rasistowski mord bezwzględnie karany, a ludobójstwo niemożliwe, to być może nie byłoby się czego bać. Zapraszam do empirycznego sprawdzenia, czy tak jest. Najpierw w Mławie. Potem w Usti nad Łabą, gdzie rajcowie miejscy chcą budować getto dla Romów. A wreszcie w Sarajewie.
Polemika to dla publicysty chleb powszedni: tym żyje, tym oddycha, a czasem wręcz po to żyje: "Dobrze czy źle, byle pisali!". Polemiści budzą w autorze krytykowanego tekstu różne uczucia: irytacji lub złości, że jest rozumiany opacznie, niepokoju czy zawstydzenia, gdy okazuje się, że zarzut jest celny. Rzadko jednak autorowi zdarza się doświadczać pod adresem swych polemistów uczucia wdzięczności. To tak nieoczekiwane, że właściwie nie wiadomo, co z tym począć.
A tymczasem wdzięczny jestem Henrykowi Dasce i Krzysztofowi Doroszowi za ich teksty krytyczne wobec mojego artykułu Mieszkając na ziemi popiołów. Przy ich lekturze miałem wrażenie, że choć nie myślimy tego samego, to myślimy w tym samym kierunku. I że chodzi nam o to samo: o to, by odczytać sens Zagłady, jej lodowate przesłanie. I że wiemy to samo: nic w historii ludzkości nie jest tak trudne zrozumienia jak Zagłada. I niczego tak bardzo, jak Zagłady, nie musimy zrozumieć, o ile nadal ma być jeszcze jakaś historia.
Krzysztof Dorosz swą polemikę prowadzi nie na płaszczyźnie historycznej, lecz religijnej i moralnej. Pisze on, że demonizuję zło i deprecjonuję dobro, że zasklepiam się w bólu i manicheizmie. "Twój świat bez złudzeń to świat, gdzie dobro nie ma ostatniego słowa" - pisze Dorosz.
Ten spór idzie głęboko, sięga istoty naszych wiar - chrześcijańskiej i żydowskiej. Chrześcijanie wierzą, że choć człowiek jest nieuchronnie skażony złem, to osoba Jezusa daje ostatnie słowo dobru. Żydzi raczej skłonni są uważać, jak Stanisław Jerzy Lec, że "człowiek sprzyja raczej dobru niż złu, lecz okoliczności nie sprzyjają mu." Żyd wie, że ma swobodę wyboru i że nikt na nią nie wpłynie. "Wszystko jest dane od Boga, prócz bogobojności" - naucza w Talmudzie rabin Chanina. "Tę musimy wypracować sobie sami."
A skoro tak, to nic nie usprawiedliwia naszej słabości wobec zła i nic nas, prócz nas samych, od tego zła nie uwolni. A ja istotnie nie mam złudzeń: zapominamy. Odwracamy wzrok. Nie chcemy myśleć, przewidywać, przestaliśmy się bać. A skoro tak, to powrót Zagłady przestał być niemożliwy. Powtarzam - nie w Żydów zapewne tym razem wymierzonej. I dodaję, że ofiara nie staje się przez swe cierpienie w sposób automatyczny lepsza. Cierpienie nie uszlachetnia.
Zło, które nam grozi, jest w nas. W naszej słabości, podłości, tchórzostwie, ślepocie. Nie równoważą go czyny szlachetnych, bohaterskich jednostek - tych, którzy w czasie wojny ratowali Żydów i tych, którzy będą ratować prześladowanych, gdy znów trzeba będzie. Nie ma w tym stwierdzeniu nic z lekceważenia dla tych czynów - przeciwnie. Nie mam słów, by wyrazić ma wdzięczność, podziw i hołd dla wielkości ich serca. Wdzięczny też jestem Stwórcy, że mnie nie poddał próbie, którą oni zwycięsko przeszli.
Ale moralność to nie arytmetyka. To się nie sumuje. Bohaterstwo sprawiedliwych pozwala zachować wiarę w człowieka, pisze Dorosz. To prawda - lecz ja tej wiary nigdy nie straciłem. Wiem, że człowiek może czynić wielkie dobro, że ma swobodę wyboru. I dlatego niesposób mi się pogodzić z tym, że czyni wielkie zło. Zabrzmi to okrutnie, lecz sprawiedliwi ocalili jedynie tych, których ocalili. Nie ocalili sześciu milionów i nie ocalili Europy. Te słowa, rzecz jasna, przeciw Europie, a nie przeciw sprawiedliwym są zwrócone.
Liczy się rzeczywistość. W tej rzeczywistości krzyż, którego wartości jako symbolu religijnego Dorosz broni, to tylko dwie belki, tak jak gwiazda Dawida to tylko dwa trójkąty. Nie było moim celem, gdy pisałem, że krzyż w Auschwitz nas, Żydów, obraża, urażać czyjekolwiek uczucia religijne. Ale - przypomnę raz jeszcze mój argument - czy mam prawo się obrażać, jeżeli Palestyńczyk mi powie, że gwiazda Dawida to dla niego znak prześladowców, nie - prześladowanych?
Nie jest też tak, że - jak pisze Dorosz - obraża mnie sam krzyż po prostu. Trudno jednak się dziwić, że obraża mnie krzyż wzniesiony na cmentarzysku ofiar Zagłady, zamordowanych w chrześcijańskiej Europie po 1500 latach prześladowań Żydów. Prześladowań dokonywanych właśnie pod znakiem krzyża. To nie jest kwestia krzyża "w ogóle," lecz tego krzyża w tym miejscu. Krzyż "w ogóle" szanuję, podobnie jak półksiężyc czy inne znaki cudzej wiary.
Szanuję tych, dla których krzyż ma odmienną wymowę, i nie twierdzę przecież, że tylko moje rozumienie tego znaku się liczy. Dla Stwórcy zaś, jeśli cokolwiek o Nim wiadomo, nie tylko różnice słów modlitw chrześcijańskich i żydowskich, które przytacza Dorosz, ale i kształt naszych znaków jest "sprawą drugorzędną."
Żaden z moich polemistów nie zadał mi, zapewne z powodowanej przyzwoitością niechęci do argumentów ad hominem, pytania o to, co ja tu jeszcze w Europie robię, skoro tak źle myślę o naszym kontynencie. Dlaczego nie zabrałem rodziny gdzieś, gdzie byłaby jeśli nie bezpieczna, to przynajmniej bezpieczniejsza. Do Izraela, Arizony, Nowej Zelandii. A byłoby to zasadne pytanie.
Odpowiedź najuczciwsza brzmiałaby: z wyrachowania. Bo tu jednak żyje się najlepiej, jeśli - rzecz jasna - żyje się w ogóle. Nie tyle w sensie materialnym nawet, ile cywilizacyjnym i duchowym. Przywykłem. Nie umiałbym przestroić mojego mózgu na azjatycką, czy amerykańską długość fali. A hipotetyczna groźba nowej, i zapewne cudzej zagłady, nie wystarczy, by sprawić, bym wyjechał.
Ale jest jeszcze odpowiedź druga i ta sprawia, że się spotykamy z panem Janczewskim, z Henrykiem Daską i Krzysztofem Doroszem. Przed rozpaczą broni jednego wybiórcza pamięć, drugiego - wizja historii, trzeciego - wiara w dobro. Nie mam takiej osłony, a przecież mam dzieci. I skłamałbym, gdybym powiedział, że nie mam nadziei.
Tu po prostu, w Europie nadal ociekającej krwią, powstaje odpowiedź. To przecież Kościoły same, nie podbite i pokonane, odrzuciły antysemityzm. To przecież Niemcy są dziś mniej niż inne społeczeństwa podatni na rasizm i przyjęli na przykład, podczas wojny w Bośni, aż ćwierć miliona uchodźców. To przecież po polsku, na łamach polskiej gazety, toczymy tę rozmowę.
Twórca chasydyzmu Baal szem Tow powiedział, że jedynym prawdziwym grzechem jest rozpacz, bo oznacza ona radykalne zaparcie się Stwórcy i wiary w niego. O szczęściu zaś ktoś inny kiedyś powiedział, że trzeba je mieć, żeby było. Z nadzieją jest podobnie.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||