
Bardzo mnie poruszył Twój artykuł "Mieszkając na ziemi popiołów" opublikowany w Gazecie z 21 kwietnia. Piszesz o oświęcimskim krzyżu, o Marszu Żywych, o Zagładzie i bólu Żydów, o antysemityzmie, o grzechach chrześcijańskiej Europy i o żydowskim braku złudzeń.
Artykuł poruszył mnie tak bardzo, że postanowiłem podjąć z Tobą rozmowę. Rozmowę, ponieważ intymność i waga omawianych przez Ciebie spraw nie pozwalają mi na "obiektywną" wypowiedź, lecz nakazują dialog z konkretnym człowiekiem, którego przecież znam. Dlatego pominę Twój dziennikarski pseudonim, którym podpisałeś artykuł i zwrócę się bezpośrednio do Kostka Geberta - uroczego i mądrego rozmówcy, z którym przegadałem już niejedną godzinę.
Zabolał mnie Twój artykuł. Zabolał właśnie przez ów "brak złudzeń," któremu dajesz wyraz.
Bo idzie mi o to, może przede wszystkim o to, jak będziemy postrzegać świat, w którym żyjemy: czy zobaczymy w nim jedynie zło, nienawiść i człowieka wydanego na łaskę i niełaskę sił ciemności, czy też dostrzeżemy w nim również dobro, nadzieję i miłość.
Europie i Europejczykom zarzucasz wymordowanie narodu żydowskiego; twierdzisz, że "Niemcy byli jedynie wykonawcami dzieła całego kontynentu." To bardzo mocne oskarżenie. Dodajesz, że pomagali im jakże liczni "Francuzi i Polacy, Litwini i Chorwaci, Włosi i Węgrzy". Brzmi to, jakby Holocaust miał się dokonać tak czy owak, jakbyś zdejmował winę z hitlerowców, przerzucając ją na chrześcijańskie narody Europy. Czy Ty naprawdę nie dostrzegasz różnicy między chrześcijańskim antyjudaizmem a rasistowskim antysemityzmem, między wrogością wobec "morderców Chrystusa" a podjęta przez germańskich neopogan decyzją o "ostatecznym rozwiązaniu", czy nie dostrzegasz różnicy między krzyżem a swastyką?
Nienawiść do innoplemieńców jest godna potępienia, ale ta nienawiść nie musi prowadzić do zbrodni. Nie ma znaku równości między uczuciem wrogości czy nienawiści a systematycznym ludobójstwem. To prawda, chrześcijanie stworzyli grunt pod Zagładę, wykluczając Żydów z rodziny ludzkiej za rzekome bogobójstwo. To prawda, byli pośród chrześcijan gorliwi żydożercy - wystarczy wymienić Jana Chryzostoma czy też Marcina Lutra - którzy zamiast miłości bliźniego siali nienawiść. To prawda, instytucjonalne chrześcijaństwo ze zgrozą i potępieniem patrzyło na wszystkich innowierców w przekonaniu, że nie tylko nie dostąpią zbawienia, ale czynnie w nim przeszkadzają, służąc tym samym szatanowi. To prawda, że przez wieki chrześcijaństwo było ciasne, zakłamane i nietolerancyjne. Lecz nie to stanowi o jego istocie. I nie Holocaust stanowi o istocie Europy.
Ja wiem, że ból z powodu doznanej krzywdy popycha nas ku dostrzeganiu w innych przede wszystkim zła. Wiem jednocześnie, że Bóg, którego wyznają chrześcijanie i Żydzi, nie uczy odpowiadania nienawiścią na nienawiść i nakazuje czynienie dobra.
Ale jakżeż czynić dobro w świecie, który jest na wskroś przeniknięty złem? Jeśli cała Europa ponosi winę za ostateczne rozwiązanie, jeśli krzyż jest w oczach Żydów tylko symbolem prześladowań, jeśli "bohaterskie, wyjątkowe czyny jednostek z grup wszystkich narodów, nawet Niemców, tego obrazu nie zmienią," to coż tu jeszcze można zrobić? Czy to jest, Kostku, Twój "świat bez złudzeń"?
Nie akceptuję takiego obrazu świata. Nie akceptuję nie tylko dlatego, że jest w moim mniemaniu nieprawdziwy, ale dlatego, że jest zwycięstwem antysemityzmu, czyli nienawiści. Fundamentem tego obrazu świata jest zło i nie widać w nim miejsca na dobro. Jak w Żydach przez wieki widziano tylko "chałaciarzy" i "judaszowe plemię," tak w gojach często się dzisiaj widzi tylko rzeczywistych, lub potencjalnych antysemitów. Oto spirala nienawiści, plątanina bolesnych resentymentów i krzywdzących stereotypów. I jakiś absurd!
Stoi u mnie na półce wiele książek żydowskich mędrców i teologów: Martin Buber, Abraham Joshua Heschel, Nachman z Bracławia, Leo Baeck. Wiele od nich się nauczyłem i wiele im zawdzięczam. Bubera zacząłem czytać, kiedy miałem niewiele ponad dziesięć lat i kiedy jeszcze byłem agnostykiem. Wyniosłem z tej lektury przekonanie, że wiara, wbrew obiegowym poglądom ateistów, nie jest wcale ułatwianiem sobie życia, lecz przeciwnie - przyjęciem ogromnej odpowiedzialności. U tych żydowskich autorów znajdowałem rzecz bezcenną: przejmujące świadectwo człowieka wobec Boga, świadectwo ludzkiej godności nawet w poniżeniu, nieszczęściu i cierpieniu, świadectwo niezwykłej bliskości Stwórcy.
Odnosiłem wrażenie, że poczucie tej bliskości niemal nigdy nie opuszcza religijnych Żydów. Podobne świadectwo - w poetyckiej formie, która potrafi dotrzeć w głąb serca - znajdowałem w żydowskich modlitwach. Kilka ich antologii też stoi u mnie na półce.
Kiedy patrzę na te wszystkie książki, przypominają mi się słowa Papieża "starsi bracia w wierze." I myślę: jakimż straszliwym absurdem jest chrześcijański antyjudaizm i powstały z niego antysemityzm ! Absurdem nie tylko etycznym, ale i religijnym - pomysłem z piekła rodem, który narodził się po to, by siać nienawiść i utrudniać ludziom wiarę.
Uważam się za "niezależnego" chrześcijanina - niezależnego między innymi dlatego, że doznanie niezwykłej bliskości człowieka i Boga, jakie wyniosłem z żydowskich świadectw wiary, nie pozwala mi przyjąć tradycyjnego chrześcijańskiego twierdzenia, że jedynym pośrednikiem między człowiekiem i Bogiem jest Chrystus. Za Martinem Buberem wierzę, że judaizm i chrześcijaństwo to dwa różne objawienia tego samego Boga. Za innymi mędrcami i myślicielami przyjmuję, że wielkie religie są różnymi "obliczami" tego samego Stwórcy i Zbawiciela, który wciela się w naszą ziemską rzeczywistość na rozmaite sposoby, ale zawsze pro nobis. I dlatego jestem przekonany, że od innych religii możemy się wiele nauczyć. Nauczyć nie tego, co naszej własnej wierze dalekie i obce, ale tego, co ją pogłębia, dotykając zapomnianych stron i spłyconych przez instytucjonalną rutynę myśli i uczuć.
Kiedy czytam żydowskich myślicieli, kiedy obcuję z ich modlitwami, mam nieodparte poczucie wielkości tej wiary. Podobnego poczucia wielkości doznaję wchodząc do gotyckiej katedry, słuchając muzyki Bacha czy próbując myśleć nad tajemnicą śmierci i zmartwychwstania.
Rad jestem, że było mi dane zaznać choćby tchnienia tej wielkości i zobaczyć, że Żydzi doskonale sobie radzą bez Chrystusa. Przykre to dla chrześcijan i niepojęte, ale myślę, że chrześcijańska Europa - chrześcijańska nie tylko z nazwy, ale i z sumienia - powinna się z ta niepojęta rzeczywistością prędzej czy później uporać. Tego domaga się pamięć pomordowanych w imię narodowej i religijnej nienawiści, taki jest wymóg prawdy.
Ale uporanie się z rzeczywistością innej wiary - przez wieki deptanej, poniżanej i przypisywanej podszeptom szatana - nie może się dokonać bez udziału Żydów. Jeśli Żydzi mieliby się zamknąć w bólu, rozpaczy i poczuciu urażonej dumy, jeśli w znaku krzyża zobaczą jedynie nienawiść prześladowców, jeśli nie zechcą dopuścić gestów solidarności i odrzucą podaną im rękę, choćby niezgrabnie wyciągniętą, chrześcijańska Europa nigdy z tego nie wybrnie.
Ja rozumiem, Kostku, że ból Holocaustu rodzi namiętną gorycz, w chrześcijanach każe widzieć prześladowców, w gojach antysemitów, a w starym kontynencie - jądro ciemności. Ale czy to ma sens? Religijny, moralny i zwykły, ludzki? Czy ten czarną barwą malowany "manichejski" obraz świata przysłuży się jakiemuś dobru? Czy tylko wykopie przepaść między Żydami i nie-Żydami, być może na zawsze?
W swoim artykule przeciwstawiasz się takiemu obrazowi świata - reprezentowanemu przez licznych uczestników Marszów Żywych - którzy, zasklepieni w bólu i nienawiści, chcą, by wszyscy Żydzi nabrali przekonania, że Polska i Europa to śmieć. Powiadasz, że ta postawa godzi w was, europejskich Żydów i Was obraża. Ale Twój świat, choć bez porównania mniej czarno-biały, też jest światem złym, światem "bez złudzeń." I to boli mnie najbardziej, bo dobro, choćby najmniejsze, nie jest złudzeniem.
Zatrzymajmy się chwilę przy trudnej i nabrzmiałej sprawie oświęcimskiego krzyża. Piszesz, że "wzniesienie go na cmentarzu żydowskich ofiar chrześcijańskiej Europy nas znieważa." To dość precyzyjne zdanie: mowa w nim o tym właśnie, konkretnym krzyżu i o jego wzniesieniu. Być może - pomyślalem sobie - mierzysz tym zdaniem w intencje ludzi, którzy go wznieśli i które Cię znieważają. Ale nie: powiadasz przecież, że krzyż wzniesiono dla ważnych chrześcijańskich racji i nie przeciwko Żydom. Nieco dalej piszesz o grobie Jezusa w Jerozolimie i o tym, że na swojej ziemi Żydzi woleliby nie widzieć krzyży. Nasuwa się wniosek, że obraża Cię sam krzyż, bez względu na intencje ludzi, którzy go postawili, i miejsce gdzie stoi. Dlaczego? A dlatego, że "w doświadczeniu europejskich Żydów chrześcijaństwo przygotowało grunt pod Zagładę. Ten krzyż w Auschwitz to w naszych oczach znak prześladowców, nie ofiar."
Tak, chrześcijaństwo przygotowało grunt pod Zagładę i w waszych oczach krzyż stał się symbolem prześladowców. Ale prześladowali Żydów ludzie, nie Bóg, którego krzyż jest znakiem i którego wyznają Żydzi i chrześcijanie. I czy pomyślałeś kiedyś, że w oczach wielu milionów ludzi - a pośród nich są zapewne i ci, których kochasz - krzyż jest znakiem pokoju, zgody, miłosierdzia, znakiem ofiar i cierpienia! Cierpienia i opuszczenia przez Boga, którego wielki symboliczny wymiar upodabnia Zagładę Żydów do męki Jezusa z Nazaretu.
"Gdzie był wtedy Bóg?" - pytał Eli Wiesel, opisując jedną ze scen Oświęcimia. "Boże, czemuś mnie opuścił" - wołał Jezus z krzyża. W moim przekonaniu oba te doświadczenia - żydowski Oświęcim i ukrzyżowanie Jezusa - są duchowo równolegle i należą do religijnych sytuacji granicznych; są świadectwem "ciemności Boga," którą każdy głęboko wierzący człowiek musi kiedyś na swojej drodze znaleźć i przeżyć.
A przecież ten sam krzyż, który stał się symbolem prześladowców, był, jest i będzie symbolem świętym. Czy to dla Ciebie, Kostku, nie ma żadnego znaczenia? Jesteś przecież człowiekiem religijnym, wierzący Żydem który w obliczu świętości Boga wkłada na głowę jarmułkę. Zaś chrześcijanie w obliczu świętości Boga czynią znak krzyża. I przecież krzyż to nie tylko symbol prześladowców, lecz również tych, którzy Żydom pomagali. Jedni robili to w imię ludzkiej solidarności, inni właśnie w imię krzyża. Czyżbyś o nich nie wiedział?
Ależ oczywiście, że wiesz. Tyle tylko, że ich gest, czasami ich ofiara, mało dla Ciebie znaczy. Piszesz: "bohaterskie, wyjątkowe czyny jednostek z grup wszystkich narodów, nawet Niemców, tego obrazu nie zmienia. Europa wydała Żydów Niemcom na zagładę." A ja myślę, Kostku, że te wyjątkowe czyny jednostek zmieniają ogromnie wiele. Bez nich świat byłby naprawdę straszny, tak straszny, ze może nie warto by żyć.
Chcę Ci opowiedzieć o takiej wyjątkowej osobie, którą znałem w latach 60. Pani Tola pochodziła z jednego ze znamienitych polskich rodów. Ale nie mogła pogodzić się z obyczajami i konwenansami swojej rodziny i uciekła od niej, będąc jeszcze bardzo młodą kobietą. Chciała przeżyć swoje własne życie, więc musiała radzić sobie sama. Była studentką Uniwersytetu Warszawskiego. W czasie getta ławkowego w latach 30-tych stała, obok niej stali pewien ksiądz i pewien oficer. Ot, taki przypadkowy przekrój polskiego społeczeństwa.
W czasie okupacji hitlerowskiej pani Tola i jej mąż byli w AK, trudnili się ratowaniem Żydów. W moich studenckich czasach bardzo lubiłem przychodzić do ich niewielkiego mieszkania. Zasiadałem na małej, zielonej kanapce i popijając herbatę, chciwie słuchałem opowieści o perypetiach wojennych "podopiecznych" moich gospodarzy.
Kiedyś pani Tola wyniosła z getta dzieci żydowskie w walizce. Niektóre z tych dzieci żyją. Po wojnie, w latach 50-tych, moi przyjaciele przesiedzieli się w stalinowskim więzieniu. Stracili zdrowie i stracili "normalne" życie. Rozbitkowie polskich losów, jakich wielu. A najbardziej zdumiewające było to, że nie widziałem w nich krzty goryczy.
Pani Tola nie była zresztą chrześcijanką, choć była osobą głęboko wierzącą. Było w jej wierze trochę buddyzmu, trochę teozofii i okultyzmu. Dziś pewnie zaliczono by ją do New Age'u. I cóż z tego. Była poza etykietkami i łatwymi klasyfikacjami doktrynerów. Uczyła mnie, że należy zawsze pomagać prześladowanym, bez względu na ich narodowość, kolor skóry, wiarę, czy poglądy. Pomagała mi w moich sprawach osobistych, dodawała otuchy.
Kiedy kilkanaście lat temu opowiadałem o pani Toli parze amerykańskich Żydów, starszych państwa, nie chcieli wierzyć. "Przecież Polacy Żydom nie pomagali" - twierdzili grzecznie, ale stanowczo. I wtedy bodaj po raz pierwszy znalazłem się w tak czarno-białym "manichejskim" świecie, prostym i odartym ze złudzeń, którego fundamentem jest antysemityzm i nienawiść.
Postawa moich rozmówców należy do skrajności. Ale Twoje, Kostku, twierdzenie, ze bohaterskie czyny jednostek nie zmieniają całego obrazu, zmierza w podobnym kierunku - pomijania przejawów dobra. Myślę, że to obraża panią Tolę i podobnych jej ludzi. Tyle tylko, że pani Tola by się nie obraziła, ona by po prostu robiła swoje, z uśmiechem. Ale mnie jest przykro.
To, że ją znałem, uważam za wielki przywilej - więcej: te kilka lat naszej przyjaźni, starszej, siwowłosej pani i młodego studenta, ukształtowało jakoś moje życie. W trudnych chwilach powracam do niej myślą. I tak właśnie działa dobro; w przeciwieństwie do zła nie jest na ogół przedsięwzięciem masowym i spektakularnym. Ale ważne, niezwykle ważne jest to, że ktoś, gdzieś czyni coś dobrego, choćby całe piekło sprzysięgło się przeciwko nam. Dobro, nawet kiedy ponosi klęskę, nie jest złudzeniem. I tu chyba dochodzimy do zasadniczej różnicy między nami.
Twój świat bez złudzeń to świat, gdzie dobro nie ma ostatniego słowa; mój świat bez złudzeń to świat, gdzie zło nie ma ostatniego słowa. Nie chcę przy tym przekreślić, czy osłabić grozy i niszczycielskiej mocy zła. Miejsca tak przeraźliwej trwogi jak żydowski Auschwitz odbierają ludziom nie tylko życie, lecz i wiarę w dobro. Ale uporczywa koncentracja na tym, co złe, usuwa dobro z naszego pola widzenia, niweczy je.
I wreszcie: czy jako człowiek religijny nie wiesz, Kostku, i nie czujesz, że to zaledwie garstka sprawiedliwych podtrzymuje cały kosmos, że dobro, które czynią, i modlitwa, którą zanoszą do Niebios, waży więcej niż wszelkie zło tego świata. A czy zaczynają tę modlitwę słowami "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego," czy od "Baruch ata Adonai," to już dla Pana Boga chyba sprawa drugorzędna.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||