WSPÓLNY POPIÓŁ, INNA PAMIĘĆ





HENRYK DASKO


     Urodziłem się po wojnie, ale wojna, a raczej Zagłada, obecna była w moim życiu zawsze i od zawsze. W pełnym bólu tekście Mieszkając na ziemi popiołów Dawid Warszawski pisze o różnicach miedzy Polakami i Żydami, różnicach w odczuwaniu i pojmowaniu historii niedawnej, o innym doświadczeniu czasu pieców. To prawda, ale prawda niecała - bowiem z tamtej różnicy wynikały też różnice inne, mniej odległe, związane z codziennością czasu normalnego.

     Moi koledzy Żydzi wychowywali się - nie wszyscy, ale przecież znaczna większość - bez rodziny, poza tą najbliższą. Mało kto z nas, prawie nikt, mógł w niedzielne popołudnie odwiedzić babkę czy dziadka. Nie mieliśmy ciotek, do których jeździło się do Białegostoku czy Sochaczewa. Jeśli istniały, żyły w kraju, którego nazwę wymawiano przyciszonym głosem. Przychodziły od nich nie świąteczne pocztówki wysyłane z Inowrocławia, ale listy wysyłane pocztą lotniczą, sprytnie złożone z jednej kartki papieru, z nadrukowanym znaczkiem i niemożliwymi do odcyfrowania hieroglifami. Czasami, z rzadka, w niewielkiej skrzyneczce z jasnych deszczułek, z nadrukiem "Hartwig S.A.", wymoszczonej wiórkami, pojawiały się przysłowiowe już dziś pomarańcze z fioletowym stempelkiem "Jaffa."

     Nie piszę tego w intencjach nostalgicznych. Piszę, by nie było wątpliwości, iż słowa Dawida Warszawskiego: "inne mamy doświadczenia i inaczej widzimy świat" nie odnoszą się do mnie. W pojmowaniu tragedii nie ma różnicy pomiędzy naszymi uczuciami. Z nielicznych przyjaciółek mojej matki, jakie przeżyły wojnę i pozostały w Polsce, pamiętam szczupłą, przystojną panią, która niekiedy nas odwiedzała. Była to matka Dawida Warszawskiego. Przyjaźn redaktora Midrasza cenię niezwykle wysoko. Jeśli decyduję się na kilka uwag o jego tekście, to właśnie ze względu na ową wspólnotę losów - a nie przeciw niej.

     Ale wspólnota losów nie oznacza wspólnego obrazu historii. W swych uwagach o Marszu Żywych i oświęcimskim krzyżu Dawid Warszawski kilkakrotnie wraca pamięcią do Holocaustu. Pisze, iż to "Europejczycy w Europie wymordowali naród żydowski". I, aby nie było wątpliwości, powtarza : to "Europa wydała Żydów Niemcom na Zagładę," a Niemcy "byli jedynie wykonawcami dzieła całego kontynentu."

     Nad tymi słowami niepodobna przejść obojętnie. Czy istotnie "w kwestii Żydów zwaśnione nacje rozumiały się znakomicie" ?

     Ostatnie lata przyniosły nową dyskusję o Holocauście, nową zadumę i - niekiedy - nowe wnioski. Częste i zapewne słuszne są głosy nawołujące, by określeń "Niemcy" i "hitlerowcy" nie traktować wymiennie. Padają też głosy inne: harwardzki historyk Jonah Goldhagen w głośnej książce Zwyczajni Niemcy przypisał narodowi niemieckiemu bieg dziejów tak szczególny, że inscenizacja Zagłady miała być tylko naturalnym etapem ich cywilizacyjnego rozwoju. Holocaust wedle Goldhagena był nie aberracją historii, ale urzeczywistnieniem szczególnych - właściwie jedynie Niemcom - predyspozycji kulturowych. Wierzę bez reszty, iż pamięci o Zagładzie nigdy zbyt wiele, ale nie każda z nowych tez wytrzymuje próbę racjonalnej analizy.

     A więc ad rem: nie, to nie Europa wydała Żydów Niemcom i nie Europejczycy ich wymordowali. Uczynił to reżim hitlerowski w Europie skrwawionej i ujarzmionej, choć - jak słusznie pisze Dawid Warszawski - pomagali mu przy tym "jakże liczni Francuzi i Polacy, Litwini i Chorwaci, Włosi i Węgrzy". Istotnie, pomagali. Ktoś mądry, kto tekst Warszawskiego czytał razem ze mną, zauważył ze smutkiem, że pomagali także Żydzi.

     Tu można się żachnąć: Żydzi, jak nikt inny poza Cyganami, skazani byli na śmierć automatycznie, z racji genów. Nikt bezwarunkowo nie skazywał na śmierć Francuzów czy Węgrów. Każdy poszczególny Żyd był przeto ofiarą, niezależnie od roli, jaką zdarzyło mu się odegrać w dowolnym z tragicznych urywków czasu i przestrzeni Holocaustu. Holender czy Duńczyk zgłaszający się na ochotnika do SS "Nordland" ofiarą nie był. Ale na liście Dawida Warszawskiego Holendrów ani Duńczyków nie ma. I słusznie.

     Piszę "słusznie" nie dlatego, że król duński - jak głosi często przywoływana opowieść - założył na ramię opaskę z sześcioramienną gwiazdą, i nie dlatego, że liczba holenderskich nazwisk na pomniku Sprawiedliwych w jerozolimskim Instytucie Yad Vashem jest tak duża. Współudział w Zagładzie czy - by użyć wyrażenia Dawida Warszawskiego - pomaganie w Zagładzie nie jest kwestią symboli. Nie jest nawet kwestią liczb.

     Jest kwestią wyroku historii. Każdy aspekt Zagłady winien być w najdrobniejszych szczegółach badany i analizowany. Jednak żadne z tych badań i analiz nie może zawęzić ani rozszerzyć odpowiedzi na pytanie, czyim - i wyłącznie czyim - dziełem był Holocaust. Odpowiedzi tej, precyzyjnie i niedwuznacznie, udzieliła już historia. Nie da się stwierdzić, czy przy wydawaniu owego osądu każde źdźbło materiału dowodowego zostało należycie wzięte pod uwagę. Możliwe, że nie. Ale nawet jeśli tak się stało, werdykt, który zapadł, apelacji nie podlega.

     Europa nie wydała Żydów Niemcom na Zagładę, ale w historię nowożytnej Europy wpisana jest brutalna i odrażająca tradycja antysemityzmu. Podejrzewam, że to właśnie miał na myśli Dawid Warszawski. Że, pisząc o wspólnocie interesów, jaka w kwestii żydowskiej łączyła wojennych wrogów, użył pewnego skrótu myślowego. Przedwojenna Europa - światła, nieskalana, ta sama, do której wzorów tak często się dziś odwołujemy - dopuszczała bicie Żydów i numerus clausus, dopuszczała otwartą dyskryminację. Nawet najbardziej antysemickie zachowaniania nie wykraczały poza wachlarz postaw dopuszczalnych społecznie, nie były traktowane jako patologia. Od tego, jak sądzę, Dawid Warszawski wyprowadza swoją tezę o konsensie morderców. Ale i to, moim zdaniem, nie jest prawdą.

     W skrócie: wyjątkowość Zagłady polega na tym, że nie sposób jej, a także jej genezy, zamknąć w pozornie logicznym ciągu wydarzeń. Zagłada nie była dziełem czarnosecinnych troglodytów, organizatorów kiszyniowskich rzezi. Zagładę wymyśliła i wykonała cywilizacja niezaprzeczalnie wysoka, do ostatka dbająca nie tyle o pozory, ile o własną, horrendalnie pojmowaną, wizję cywilizacyjną: do początku lat 40-tych grały w hitlerowskich Niemczech żydowskie orkiestry symfoniczne, śpiewały żydowskie chóry.

     Przedwojenny korporant, miażdzący kastetem twarz żydowskiego studenta, istotnie stanowił przykład patologii. Była to patologia społeczna i patologia indywidualna - ale nie istnieje żadna mapa wytyczająca dalszą drogę owego opryszka, która by prowadziła w schemat aparatu Zagłady. Najbardziej nikczemnie antysemickie zachowania były tylko tym: zachowaniami antysemickimi, ale Zagłady nie da się przecież opisać w kategoriach antysemityzmu.

     I jeszcze jedno. Dawid Warszawski pisze, że "Żydów po wojnie mordowano nadal." Przypomina pogrom kielecki i inne pogromy. Ich ofiary, może najtragiczniejsze, to również prawda tamtego czasu.

     Nie ma i nie może być żadnej próby wytłumaczenia tamtych zbrodni, ale i tu odrzucam tezę o paneuropejskiej odpowiedzialności. Wytłumaczenia być nie może, ale tamta fala pogromów, która przetoczyła się przez miejsca wciąż jeszcze zasnute smugami krematoryjnych dymów, fala morderstw dokonanych na ludziach jeszcze na wpół umarłych - tamte pogromy miały swój kontekst. Dokonały się w konkretnym czasie i w konkretnej geografii, po sześciu latach absolutnego odczłowieczenia Żyda, po dehumanizacji tak kompletnej, że historia nie znała podobnego przypadku. Kielce nie były częścią Zagłady - ale to Zagłada stworzyła kontekst, w którym stały się rzeczywistością.

     Nie piszę tego gwoli usprawiedliwienia morderców ani nawet gwoli dzielenia historycznego włosa na czworo. Tekst Dawida Warszawskiego jest tekstem rocznicowym, pisanym z okazji półwiecza powstania Izraela i 55-tej rocznicy powstania w Getcie Warszawskim. Czytałem ten tekst uważnie i wielokrotnie. Za każdym razem uderzał mnie w nim ogrom bólu, bezpośredniego i nie ułagodzonego czasem, jaki jego autor wciąż odczuwa. Podzielam ten ból. Ale tym bardziej pragnę pamiętać, kto nam go sprawił.

Gazeta Wyborcza, nr 103, 4 maja 1998;
przedruk za zgodą Autora







Copyright © 1997-2007 Zwoje