
Tegoroczny Marsz Żywych odbywa się w 50-tą rocznicę powstania Izraela i w 55-tą rocznicę powstania w Getcie Warszawskim. Stanowi przejmujące przypomnienie tego, przeciw czemu, a poniekąd - jakkolwiek by to wstrętnie brzmiało - także i dzięki czemu Izrael powstał. Niezależnie od wszelkich politycznych użytków, jakie z Marszu i z tych rocznic są i będą robione, jedno musi pozostać w świadomości Żydów i nie-Żydów: Izrael powstał dlatego, że Europejczycy w Europie wymordowali naród żydowski.
Zgoda na utworzenie żydowskiego państwa podyktowana była chęcią ekspiacji - i koniecznością pozbycia się niedobitków ofiar. By nie drażnili sumień swą obecnością. I by ich dalsze mordowanie nie przypominało zbyt dobitnie, że Niemcy byli jedynie wykonawcami dzieła całego kontynentu.
Żydów bowiem po wojnie mordowano nadal. Pamiętamy o pogromie kieleckim: przypomniał o nim Marek Edelman, odbierając z rąk prezydenta Order Orła Białego. Ale jest to tylko jeden z powojennych pogromów - zapewne największy, lecz nie wyjątkowy. Nie znamy liczby ofiar rzezi Żydów w wyzwolonym przez Armię Czerwoną Mińsku ani liczby ofiar w innych miejscowościach Białorusi i Ukrainy. Wiemy o małych pogromach na Słowacji i Węgrzech - trzech zabitych tu, pięciu tam - i o systematycznym mordowaniu pojedynczych żydowskich niedobitków, których liczby ni nazwisk nigdy do końca nie poznamy. Ledwo udało im się uciec z niemieckiej statystyki śmierci, lecz nie zdążyli się zapisać do statystyki życia. Ta była liczona poza granicami kontynentu.
A raczej: liczona być mogła. U wybrzeży Palestyny brytyjska marynarka zatrzymywała statki z żydowskimi uchodźcami, strzelała, zabijała. Uchodźców deportowano na Cypr lub z powrotem do Europy. Czasem osadzano ich w tych samych niemieckich obozach, z których udało im się zbiec. W okupowanej przez Anglików Libii, byłej włoskiej kolonii, pogrom szalejący przez cztery dni pod koniec 1945 roku - przy pełnej bezczynności władz - kosztował życie przynajmniej 167 Żydów. W Palestynie Żydzi ginęli w arabskich atakach terrorystycznych - i sami odpowiadali terrorem. Także wobec Anglików, którzy - odkąd padł faszyzm, z którym wspólnie walczyli - byli dla Żydów już tylko okupantami. Europejskimi wspólnikami śmierci.
O tym wszystkim trzeba będzie pamiętać, gdy tysiące młodych Żydów pod izraelskimi sztandarami - obojętnych na Polskę, przed którą maszerują - iść będzie z Auschwitz do Birkenau. To prawda, że to Niemcy byli architektami i wykonawcami Zagłady. Ale pomagali w tym dziele jakże liczni Francuzi i Polacy, Litwini i Chorwaci, Włosi i Węgrzy. Bohaterskie, wyjątkowe czyny jednostek i grup z wszystkich narodów, nawet Niemców, tego obrazu nie zmienią. Europa wydała Żydów Niemcom na Zagładę.
Dla Żyda aresztowanego przez francuskiego żandarma, wywiezionego do niemieckiego obozu śmierci, który cudem uciekł z transportu po to tylko, by zostać przez polskiego chłopa wydany ukraińskim askarom, fakt, że narody owe, prócz polowania na Żydów, toczyły między sobą walkę na śmierć i życie, musiał mieć drugorzędne znaczenie. W kwestii Żydów bowiem zwaśnione nacje rozumiały się znakomicie.
Tego doświadczenia - mieszaniny przerażenia, samotności, wyobcowania i lodowatej nienawiści - nie zrozumie chyba nikt, kto wówczas nie był tropiony. Następnym pokoleniom Żydów w Europie łatwiej je jednak pojąć niż innym ludziom. Otrzymaliśmy w spadku wyostrzony wzrok i słuch - i brak złudzeń. Odnotowujemy każde "Jude raus" na warszawskiej ulicy, każdą demonstrację neonazistów w Niemczech, każdy głos oddany na Le Pena we Francji. Wiemy, że nasze tutejsze świadectwa obywatelstwa mogą mieć ograniczoną trwałość. Dlatego, choć nie tylko dlatego, Izrael jest i pozostanie nam tak bliski. Tylko tam mamy stałe, nieusuwalne, niepodważalne prawo do życia.
Młodzi Izraelczycy nie mają za sobą tej szkoły. Udział w Marszu Żywych to ich pierwsza podróż do jądra ciemności. Do miejsca, które nie mniej niż gotyckie katedry i uniwersyteckie czytelnie jest wyrazem istoty Europy. I gdy słyszą - a słyszą - gwizdy i wyzwiska, gdy na ich autokary padają kamienie, to wiedzą, że wtedy i teraz jest pod pewnym względem tak samo. Że Europa, ludobójcza Europa, raz jeszcze pokazuje Żydom swą prawdziwą twarz.
Takie zarazem jest przesłanie Marszu. Jego organizatorzy chcą, by uczestnicy nabrali przekonania, że Polska, że Europa - to śmierć, a Izrael - zmartwychwstanie. Chcą nadal, jak głosił klasyczny syjonizm, "zanegować diasporę," jedyny wyjątek czyniąc dla amerykańskiej, której sukcesu z niczym, od czasu wygnania Żydów z Hiszpanii, nie da się porównać. To zanegowanie diaspory, ta wrogość wobec Żydów, którzy wybierają pozostanie w Europie, godzi w nas, europejskich Żydów, i nas obraża.
Ale wiemy przecież, że organizatorzy Marszu mylą się jedynie w tym, że zdają się twierdzić, iż tu już zawsze tak będzie. My nasz relatywny optymizm opieramy na przeświadczeniu, że tu tak zawsze być nie musi. Wiemy jednak, że może. Wiemy też, że organizatorzy Marszu mniej byliby pewni wyjątkowości amerykańskiej diaspory, gdyby swój marsz poprowadzili przez Harlem. Zawsze jest niebezpieczni prowadzić bogate dzieci przez biedny kraj.
Zwłaszcza gdy się je uczy kraj ten lekceważyć, pogardzać nim. Haniebne zwroty o nienawiści do Polaków za ich udział w okrucieństwach wojny zostały wreszcie w tym roku usunięte z broszur, które dostają uczestnicy. To sukces tych wszystkich, którzy zdania te publicznie potępili - w tym polskich Żydów, a także, w jakimś stopniu, redakcji Midrasza. Sukces ten jest zarazem przejawem czegoś ważniejszego: sam Marsz się zmienia. W roku ubiegłym po raz pierwszy na ceremonii otwarcia przemówiła młoda polska Żydówka, Ruta Śpiewak. Dotąd my, polscy Żydzi, traktowani byliśmy podejrzliwie: jako durnie, a być może odszczepieńcy. Jak inaczej wytłumaczyć, że Żyd z własnej woli pozostaje w takim miejscu ?
Nie będę tłumaczył. Powiem tylko, że większość ludzi, których kocham, tu właśnie żyje. I to przesądza o mojej decyzji.
W tym roku po raz pierwszy organizatorzy Marszu zgodzili się, by wzięła w nim udział grupa nieżydowskiej polskiej młodzieży. Nie wiem, czy po stronie polskiej jest wystarczające zrozumienie dla wymiaru tego gestu. Ból, którego doświadczamy, myśląc o Auschwitz, czując Auschwitz każdym ścięgnem duszy, idąc drogą z Auschwitz do Birkenau po ziemi przemieszanej z prochami całego narodu, jest czymś tak dojmującym, że nic nigdy nie zdoła go ukoić. Ten Marsz, choć publiczny, jest najbardziej intymną z żydowskich spraw. W tym roku po raz pierwszy nie-Żydzi zostają do tej intymności dopuszczeni. Dlatego po prostu, że zrozumiano, iż dalsza odmowa oznacza odrzucenie ich bólu, zniewagę ich cierpienia i woli solidarności.
Ale trzeba brutalnie powiedzieć, że różnicy między nami to nie znosi. Polski naród - dzięki Bogu, bo nie dzięki sojusznikom - nie został wymordowany. Istnieje. Jest częścią Europy, która podczas swej - trwającej z przerwami pół wieku - wojny domowej zawsze znajdowała czas, by mordować Żydów. Nie ma, rzecz jasna, zbiorowej odpowiedzialności za czyny. Ale jest - za historię.
A historia Europy jest chrześcijańska. Stwierdzenie takie budzić musi protest, gdy jest stawiane jako norma, pozostaje jednak prawdziwe jako opis. I symbolem tej chrześcijańskiej Europy jest krzyż. Ten, który góruje nad obozowym murem. Ten, o który trwa kolejny już, straszliwie bolesny i straszliwie niebezpieczny oświęcimski konflikt.
W doświadczeniu europejskich Żydów chrześcijaństwo przygotowało grunt pod Zagładę. Ten krzyż w Auschwitz to w naszych oczach znak prześladowców, nie ofiar. Wzniesienie go na cmentarzu żydowskich ofiar chrześcijańskiej Europy nas znieważa. Słowa te należy traktować jak najbardziej dosłownie. Sądzę, że chrześcijanie maja tyle samo szans, by przekonać Żydów, iż krzyż jest w istocie symbolem miłości, co - mutatis mutandis - Żydzi, by przekonać Palestyńczyków, że gwiazda Dawida jest znakiem bezbronnych i prześladowanych. A przecież tamten konflikt trwa pół wieku, nie tysiąc lat, i nie było w nim systematycznych mordów ni ludobójstwa.
To muszą zrozumieć chrześcijanie. A Żydzi ?
My musimy zrozumieć dwie rzeczy - i z żadną nie będzie nam łatwo. Po pierwsze, że krzyż został postawiony nie przeciwko nam. Po drugie, że został postawiony dla ważnych chrześcijańskich racji.
Dla większości Żydów to, co się dzieje w Auschwitz i Birkenau, ich dotyczy i do nich jest adresowane. Polska, nie-żydowska martyrologia tego miejsca jest im niemal nie znana. Doświadczał tego wielokrotnie np. senator Władysław Bartoszewski, który, gdy mówił za granicą, że jest byłym więźniem Auschwitz, słyszał w odpowiedzi: - Nie wiedziałem, że pan jest Żydem.
Dla Żydów Auschwitz jako miejsce ich Zagłady jest symbolem tak potężnym, że nie ma tam miejsca na inne znaki, treści, czy wartości. Musimy zrozumieć, że dla Polaków Auschwitz jest symbolem ich martyrologii. To, że jako naród ucierpieli nieporównanie mniej niż Żydzi, nie ma tu wiele do rzeczy. Z uczuciami jednej i drugiej strony nie ma co dyskutować. Ten krzyż nas znieważa - ale nie po to został wzniesiony.
Został wzniesiony, by upamiętnić miejsce, gdzie jedni Europejczycy-chrześcijanie mordowali innych chrześcijan-Europejczyków. Chrześcijański krzyż jest dla chrześcijan właściwym sposobem upamiętniania takich miejsc. Nie jest jednak czymś właściwym na żydowskim cmentarzu.
Jak z tego wyjść ? Nie wiem. Być może rację miała pewna kobieta, która podczas audycji radiowej na żywo zaproponowała, żeby wobec tego wywieźć stąd te żydowskie prochy do Izraela. Dodała, że chrześcijanie chętnie złożą się na pokrycie kosztów tej operacji. Słuchałem jej z napiętą uwagą - w nadziei, że usłyszę w jej głosie nienawiść, która by uzasadniała niewiarygodną podłość tej propozycji. Ale nie. Moja radiowa rozmówczyni była przekonana, że mówi z jak najlepszą wolą znalezienia kompromisu.
Tyle tylko, że nie da się tego zrobić. Nie usuniemy z ziemi, wody, powietrza Europy naszych prochów, spalonych w ogniu europejskich pieców dla ludzi. Zostaniemy tu - choć czasem myślimy, jedni i drudzy, że lepiej byłoby móc się rozstać. Zostaniemy tu, podobnie jak - znów mutatis mutandis - pusty grób Jezusa z Nazaretu pozostanie w sercu Jerozolimy, choć właśnie na swojej ziemi Żydzi woleliby nie widzieć krzyży. Nikt jednak ich z Jerozolimy nie wyrzuca.
W Auschwitz - miejscu śmierci nie jednego Żyda, lecz miliona - krzyży jednak być nie powinno.
Nie ma dobrego rozwiązania, jest jednak precedens. W Auschwitz, w celi śmierci Maksymiliana Kolbe, jest jego kaplica i wiszą tam krzyże. Nikogo nie znieważają, bo przychodzą tu tylko ci, którzy pragną widzieć krzyże w tym miejscu. Mnie nie przeszkadza w modlitwie świadomość, że one tam są. Mnie w modlitwie w Auschwitz przeszkadza świadomość tego, gdzie jestem.
Krzyż - mniejszy, nie górujący nad obozem - byłby w oświęcimskiej żwirowni zniewagą tylko dla tych, którzy chcą być znieważeni. Którzy odszukaliby go, by potwierdzić swą wrogość i ból.
Rozumiem ich uczucia. Rozumiem też uczucia tych, których rażą krzyże na wieżyczce kościoła w Brzezince, znakomicie widoczne z krematorium w Birkenau. Ale kościół ten, inaczej niż oświęcimski krzyż, nie stoi na terenie obozu. Krzyże nie są ośmiometrowej wysokości. Jest jakaś granica tego, czego możemy realistycznie żądać w imię naszego bólu.
A więc musimy rozmawiać. Negocjować terminy i rozmiary, porównywać szkodliwość politycznych konfrontacji i koszta ustępstw. Próżno chyba liczyć, ze niestosowność całego sporu, że niewłaściwość obecności krzyża w takim miejscu będzie zrozumiana sama przez się. Propozycja zbiorowej wywózki popiołów jako sposobu załatwienia sprawy pokazuje, jak dalece - ponad pół wieku po wygaśnięciu pieców - Auschwitz nadal zatruwa ludzkie dusze. Antysemickie wystąpienia czołowego dotąd katolickiego rzecznika dialogu pokazują, że nie jest to jedynie kwestia braku wiedzy czy wykształcenia.
Nie możemy na to, jak Naczelny Rabin Polski, powiedzieć: stanowisko tamtej strony nas "nie obchodzi." Obchodzić musi, nawet - zwłaszcza - jeżeli uważamy je za niesłuszne czy nie do przyjęcia. Negocjujmy na chłodno, sprawdzajmy granice możliwych kompromisów. Ale nie miejmy już złudzeń, że negocjujemy w oparciu o te same wartości. Inne mamy doświadczenia i inaczej widzimy świat.
I to właśnie jest klęska. Dla Żydów i dla Europy. Okazuje się bowiem, że Auschwitz - miejsce, do którego każdy winien podchodzić z przeraźliwą zgrozą w sercu, którego bramy winno się przekraczać tylko za cenę skrajnego wysiłku duszy, w którym nikt nie śmiałby pozostawić swojego znaku czy godła - został oswojony. Wspólnym wysiłkiem masowej turystyki do Disneylandu, horroru i politycznych rozgrywek w tym miejscu toczonych, udało się zagłuszyć trwogę zeń bijącą.
A winniśmy czuć ją stale. Właśnie brak trwogi winien budzić trwogę. Bo wiemy już, że to było możliwe. Jedynie trwoga stanowi barierę, tak niepewną i kruchą, przeciw powrotowi koszmaru. Niekoniecznie przeciw Żydom: są Romowie, Bośniacy, imigranci. Gdy Europejczycy nie boją się sami siebie, bać się powinni wszyscy inni.
Marsz Żywych wyjdzie przez bramę główną obozu i skręci w lewo, ku Brzezince. Plecami do krzyża, którego tego dnia strzec będą szczególnie czujne oddziały policji. Prosto ku wysypiskom ludzkich popiołów w Birkenau. A potem zaszlochają wspólnie i zapalą znicze. A potem odjadą i odlecą - i odetchną, i odżyją.
Niczego z tego nie będą w stanie uczynić Żydzi i nie-Żydzi, mieszkańcy ziemi popiołów.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||