
Jak funkcjonował Układ Warszawski? Ograniczę się do kilku spraw związanych z wojskową częścią tej organizacji i jedynie w pierwszych latach jej istnienia. W tym właśnie czasie miałem możność zapoznać się bezpośrednio z funkcją i działalnością tzw. naczelnego dowództwa. Tak zwanego, w rzeczywistości bowiem co najmniej do końca lat sześćdziesiątych nie istniały żadne struktury organizacyjne, ani podstawy prawne, sankcjonujące instytucje nazywane naczelnym dowództwem i sztabem zjednoczonych sił zbrojnych.
Za narodziny wojskowego pionu Układu Warszawskiego można uważać tajne posiedzenie Komisji ds. Wojskowych, które odbyło się w dniach powołania sojuszu w Warszawie 12 maja 1955 roku (jak wiadomo 5 maja tego roku RFN została przyjęta do NATO). Uczestniczyli w tym posiedzeniu ministrowie wojskowi państw sygnatariuszy. Z Polski marszałek Konstanty Rokossowski z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim (ale to pewnie dlatego, ze posiadał on stopień generała brygady).
Zespół sowiecki natomiast liczył sześć osób. Przewodniczył naradzie - zapewne żeby uniknąć zarzutu o dominacji Rosjan - minister obrony Czechosłowacji gen. Alexej Czepiczka. Protokolantem z ramienia polskiego sztabu generalnego byłem ja.
Na tym posiedzeniu marszałek Konstanty Żukow podał po prostu do wiadomości, iż naczelnym dowódcą Układu będzie marszałek Iwan Koniew (co zresztą było zapowiedziane przez Rosjan znacznie wcześniej), a szefem sztabu zjednoczonych sił zbrojnych - gen. armii Aleksiej I. Antonow. Po czym nader ogólnikowo poinformował zebranych, jakie wojska sygnatariuszy wejdą w skład tych sił. Ani słowa jednak o wojskach sowieckich. O ile wiem, tą tajemnicą sowiecki sztab generalny nie dzielił się z sojusznikami do końca istnienia układu.
Posiedzenie Komisji Wojskowej trwało dokładnie 30 minut, od godziny 16:00 do 16:30. Warto tu jeszcze dodać, że wszystkie dokumenty stanowiące o powołaniu Układu Warszawskiego i związanych z nim międzynarodowych instytucji zostały przywiezione przez delegację sowiecką w formie ostatecznej; sygnatariuszom pozostawało tylko przetłumaczenie ich na języki narodowe. I ta metoda była stosowana przez lata, na kolejnych sesjach układu.
Gdy w rok później zjechało do Moskwy sześciu przedstawicieli sztabów generalnych państw-sygnatariuszy (bez Albanii), mogli się tylko przekonać, ze cały system dowodzenia siłami zbrojnymi układu był zwykłym kamuflażem, maskującym sprawowanie wszystkich funkcji kierowniczych wyłącznie przez sowiecki sztab generalny. Układ Warszawski był tylko formalnym usankcjonowaniem tej integracji, jaka istniała od 1945 roku. Żaden akt prawny nie regulował uprawnień naczelnego dowództwa ani też zadań i uprawnień przedstawicieli wojskowych państw sojuszniczych. Funkcja tych sześciu ludzi, mających umiędzynarodowić sztab zjednoczonych sił, sprowadzała się do kontaktu ze swymi ministrami, przy czym kontakt telefoniczny mógł się odbywać jedynie z telefonu zastępcy szefa sztabu gen. płk. Nikołaja Gusjewa, i to przy jego - w czasie rozmowy - obecności.
Dwa i pół roku urzędowałem w tym sztabie, nie wiedząc do końca, gdzie znajduje się gabinet naczelnego dowódcy, a urzędował on o piętro wyżej. Tylko żeby przejść z piętra na piętro w sowieckim sztabie generalnym, trzeba było mieć specjalną przepustkę.
Naczelny Dowódca Układu zawsze pozostawał podkomendnym swojego rosyjskiego ministra, a szef sztabu zjednoczonych sił - zastępcy szefa sztabu Armii Czerwonej. Jego funkcją właściwą było kierowanie X Zarządem tego sztabu. Zarząd istniał od dobrych kilku lat przed powołaniem układu i był pośrednikiem jedynie we współpracy wojskowej różnych agend sowieckich nie tylko z państwami europejskimi, ale również z krajami pozostającymi w zasięgu wpływów Związku Sowieckiego: Koreą Północną, Wietnamem, Kubą i - do pewnego czasu - Chinami. Zarządowi temu podlegali wszyscy doradcy wojskowi, również ci, którzy uczestniczyli w wojnach domowych w Afryce. Nazwa "sztab zjednoczonych sił" funkcjonowała tylko na użytek publiczny.
Najistotniejsze jednak było to, że ów sztab, czyli X Zarząd, nie dysponował żadną komórką planowania strategicznego, nie zajmował się studiami o charakterze strategicznym, ani też nie dysponował żadnym zespołem zdolnym do sprawowania funkcji dowódczych i koordynujących w wypadku użycia sił zbrojnych. Tak więc rząd sowiecki mógł bez żadnego ryzyka występować co pewien czas z "pokojową inicjatywą" o rozwiązanie NATO i Układu Warszawskiego, nie tracąc - gdyby do tego doszło - niczego.
W tej sytuacji, w 1968 roku, podczas interwencji w Czechosłowacji "wspólna" jakoby i "uzgodniona" inwazja była przygotowana nie w Naczelnym Dowództwie, lecz w Głównym Zarządzie Operacyjnym sowieckiego sztabu i przeprowadzona nie pod kierownictwem marszałka Iwana Jakubowskiego (ówczesnego naczelnego dowódcy układu), lecz dowódcy sowieckich wojsk lądowych gen. armii Iwana Pawłowskiego, z jego sztabem, a nie sztabem gen. Aleksieja I. Antonowa.
Jeśli chodzi o stosunki panujące w Naczelnym Dowództwie, to były one takie, że Rosjanie otrzymywali regularnie wszelkie informacje na temat wojsk sprzymierzonych, ich organizacji, uzbrojenia, dyslokacji; znane im były plany mobilizacyjne i czynności państw sojuszniczych przewidywane na czas wojny. Nie dzielił się jednak ani informacjami o stanie swoich sił zbrojnych, ani swoimi na czas wojny zamierzeniami. Nie istniał też w tamtym czasie (1956-1958) przepływ informacji tego rodzaju nawet między poszczególnymi członkami sojuszu.
W świetle takich stosunków, a szczególnie wobec rygorystycznie przestrzeganej przez Rosjan zasady, aby nie ujawniać nikomu z sojuszniczych państw danych armii sowieckiej, można podziwiać wiedzę, jaką dysponowały kraje Paktu Atlantyckiego już w latach pięćdziesiątych o organizacji, rozmieszczeniu, uzbrojeniu i stanach osobowych wojsk Układu Warszawskiego. Dane te były publikowane w roczniku Military Balance, wydawanym przez londyński Instytut Badań Strategicznych, a także w innych opracowaniach. Znałem je i mogę stwierdzić, że dotyczące Polski różniły się minimalnie od stanów prawdziwych, a czasami nie różniły się w ogóle.
Nie znam źródeł, z jakich czerpano te informacje, nie ulega jednak wątpliwości, ze pomocni byli w tym oficerowie, którzy zbiegli na Zachód. Liczne były ucieczki z NRD, z Węgier po 1956 roku, z Czechosłowacji po 1968 roku (z wiceministrem, jeśli się nie mylę, szefem Głównego Zarządu Politycznego armii), jak również z innych państw układu.
Z Polski były takich dziesiątki. Niektórzy dysponowali rozeznaniem nie tylko w polskich siłach zbrojnych, że wspomnę na przykład płk. Pawła Monata, szefa wydziału attachatów w polskim wywiadzie, który zbiegł w 1958 roku. Monat nawiązał współpracę z wywiadem amerykańskim będąc attache wojskowym w Waszyngtonie (czytałem jego wspomnienia wydane w USA) i kontynuował ją przez kilka lat po powrocie do kraju. W odpowiednim momencie opuścił Polskę bez trudu, albowiem on sam i jego rodzina posiadali paszporty dyplomatyczne, więc nikt im w wyjeździe nie przeszkodził.
Wspomnę jeszcze, że w sierpniu 1981 roku zbiegł do Niemiec gen. Leon Dubicki. Przez cztery lata sprawował on funkcję dowódcy artylerii w Pomorskim Okręgu Wojskowym, miał dostęp do planu operacyjnego armii nadmorskiej, którą ten okręg wystawiał w wypadku wojny. Później był zastępca szefa biura studiów sztabu generalnego, w którym to ośrodku rozpatrywano między innymi różne warianty wojny Układu Warszawskiego z Zachodem.
Zabrał ze sobą różne dokumenty, które kopiował, lub przepisywał w pracy. W Niemczech jeździł przez dłuższy czas z ochroną, był też w Stanach Zjednoczonych. W 1992 roku Najwyższy Sąd Wojskowy uniewinnił go orzekając, że zarzut szpiegostwa okazał się bezprzedmiotowy, a materiały jakie wywiózł, nie miały cech tajności. Na stałe zamieszkał w Niemczech, ale już po uniewinnieniu kilkakrotnie przyjeżdżał do Polski. Kilka tygodni temu został zamordowany w Berlinie w niewyjaśnionych jeszcze okolicznościach. Niedawno odbył się jego pogrzeb w Warszawie.
Wszyscy ci ludzie - a także inni, których nie wymieniłem - byli skazani na karę śmierci, poza - nie wiedzieć czemu - gen. Leonem Dubickim, którego skazano na 12 lat więzienia. Przekazując dane wywiadom zachodnim o polskim wojsku i o Układzie Warszawskim, na miarę swoich możliwości, przyczyniali się również oni do osłabienia warszawskiego sojuszu. Ale jak dotychczas rehabilitowano tylko dwóch (oprócz obecnego tu pana Ryszarda Kuklińskiego).
Oczywiście żaden z nich nie posiadał wiedzy o wojsku tak wszechstronnej i skondensowanej jak pan Ryszard Kukliński. Żaden też nie miał możliwości dotarcia do tajemnic wojskowych innych krajów układu, a już szczególnie sowieckiego sztabu generalnego, z wyjątkiem tych, które znajdowały się u nas.
Na przykład trasy, po jakich byłyby przemieszczane przez Polskę wojska sowieckie na zachód; w wypadku wojny - cel wyjątkowo wdzięczny dla bombardowań. Ale muszę powiedzieć, że znając tamtejszy system zabezpieczeń i paranoiczny lęk przed ujawnianiem czegokolwiek, dość sceptycznie odnoszę się do możliwości zdobycia takich tajemnic u źródeł, z uwagi na to chociażby, że w sztabie sowieckim tylko nieliczni mieli dostęp do dokumentów specjalnej wagi. Chyba, że panu Ryszardowi Kuklińskiemu udało się pozyskać informatora z tej wąskiej grupy.
Ryszard Kukliński potwierdził, że od strony wojskowej międzynarodowe kierownictwo układu było tworem fikcyjnym, właściwie do dnia jego rozwiązania. Układ powstał w odpowiedzi na zaproszenie Związku Sowieckiego do NATO, zgłoszone Chruszczowowi przez ministra spraw zagranicznych RFN. Trzeba było jakoś się z tego wykręcić - taką opinię przedstawił.Po inwazji na Czechosłowację w 1968 roku X Zarząd powiększono o niewielkie zespoły oficerów z państw sojuszniczych, a w 1980 roku Moskwa zdecydowała się nawet na przekazanie temu zarządowi niektórych funkcji operacyjnych zastrzeżonych dotychczas dla innych, aby fikcja nabrała przynajmniej jakichś cech sztabu zjednoczonych sił zbrojnych. Niemniej płk Kukliński stwierdził, że wszystkie decyzje zasadnicze nadal pozostawały w rękach Rosjan.
W odtworzeniu planów wojny z Zachodem pomagała Kuklińskiemu analiza ćwiczeń zespołowych, którymi zajmował się, i w których sam z urzędu uczestniczył, a także fragmenty dokumentów operacyjnych, jakimi - siłą konieczności - dzielił się sztab sowiecki z polskim (np. mapa z trasami transportu wojsk sowieckich przez Polskę)
Obecny na panelu prof. Zbigniew Brzeziński podkreślił, że dostarczane Amerykanom informacje były niezwykle cenne. Gen. Pióro wspomina jego słowa:
Przyczyniły się do rozszerzenia wiedzy o zamierzeniach Rosjan i Układu Warszawskiego w wypadku konfliktu zbrojnego w Europie. Były też autorytatywnym potwierdzeniem znanego w amerykańskich kołach wojskowych faktu, że Rosjanie, rozgrywając na mapach ofensywę przeciw Zachodowi, od pierwszego dnia użyliby broni jądrowej, nie licząc się z następstwami. W planach Paktu Północno-atlantyckiego była to ostateczność.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||