
29 kwietnia 1998 roku w sali magistratu krakowskiego odbyła się konferencja prasowa pułkownika Ryszarda Kuklińskiego.
Podczas konferencji prasowej Pułkownik podkreślił, ze jego działanie było jedynie wyrazem nastrojów panujących wówczas w armii PRL, szczególnie w środowisku, które zajmowało się opracowaniem planów i scenariuszy przyszłej wojny w Europie:
Najbardziej radykalne środowisko niepodległościowe mieliście państwo w siłach zbrojnych PRL, w Ludowym Wojsku Polskim.
Ryszard Kukliński nie zgodził się na wyrażenie swojego sądu na temat generała Jaruzelskiego. Uczestniczenie w planach wojny zaczepnej nazwał jednak przestępstwem wojennym. Na temat członków komunistycznych władz Polski, którzy gotowi byli te plany bez wahania wykonywać powiedział:
Uważam, że zbrodnia powinna być nazwana zbrodnią i odpowiedzialni za zbrodnię powinni być potępieni, ukarani lub choćby wskazani.
Powiedział też, że nie spodziewa się żadnych działań ze strony Rosji:
Wręcz przeciwnie, najwięcej podziękowań przyszło do mnie od ludzi z Rosji. U nich ten system trwał dłużej niż w Polsce i dotknął ich boleśniej. Lubię Rosjan i nie jestem ich wrogiem.
Zapytany, czy znając cenę, jaką zapłacił, zdecydowałby się na taki krok po raz drugi, pułkownik Kukliński, po chwili wzruszenia, odpowiedział:
Chyba tak. Śmierć moich synów nie jest najważniejsza, najważniejszy jest odbiór społeczny czynu, który, w moim rozumieniu, od początku był poświęcony temu krajowi.
Za najważniejszą rzecz, jaką dała mu wizyta w Polsce uznał uśmiechy i gesty sympatii ze strony nieznanych mu ludzi spotykanych na ulicy, a częściej widzianych z samochodu, za plecami ochrony, przechodniów. Na wspomnienie o tym uśmiechnął się:
To jest właśnie to, co wróciło mnie mojemu krajowi.
Wieczorem 29 kwietnia na spotkaniu z krakowskimi naukowcami powiedział m. in.:
Spędziłem dziewięć i pół roku na swoim cichym froncie i z każdym dniem byłem silniejszy. Ale widziałem ocean potrzeb i skromne możliwości takiego pułkownika, jak ja. W 1981 roku, pomimo silnych napięć psychicznych, czułem się świetnie. Przez te niespełna dziewięć lat wolnej Polski stało się ze mną to, co widzicie Państwo - skóra i kości. Jestem wrakiem człowieka.
Wiele pytań, zadanych przez pracowników nauki, dotyczyło sytuacji i nastrojów panujących w 1981 roku w Ludowym Wojsku Polskim.
Wojsko jest powołane do obrony kraju. I nasze wojsko było w swej masie patriotyczne. Szkoda tylko, że ten patriotyzm został wykorzystany przeciw narodowi. Żołnierze rozumieli wprowadzenie stanu wojennego jako obronę narodu przeciw Sowietom. Tymczasem takiego zagrożenia wtedy już nie było.
Zapytany, jak jego zdaniem zachowałaby się armia w przypadku wkroczenia wojsk sowieckich, Kukliński odpowiedział:
Gdyby był jakikolwiek rozkaz, to staralibyśmy się tu sowietów nie wpuścić. Tylko takiego rozkazu nikt z ówczesnego kierownictwa by nie wydał.
Pułkownik apelował, żeby w dyskusji rozgraniczać rolę generalicji i dowództwa od roli wojska jako całości:
Wojsko nie jest instytucją do dyskusji. Mogą być desperackie próby wyłamywania się, ale gdy padnie rozkaz - wszyscy pójdą do przodu.
Mówiąc o swojej współpracy z amerykańskim wywiadem, Kukliński stwierdził, że miał dużo szczęścia, bo jako opiekuna przydzielono mu człowieka w podobnym wieku i o podobnych zainteresowaniach - człowieka z którym prywatnie przyjaźni się do dziś. Amerykanie zdecydowanie odrzucili jego propozycję współpracy z innymi osobami "gotowymi do poświęceń" w polskim wojsku.
Kukliński bronił stanowiska rządu USA w momencie, gdy w Polsce zmierzano do wprowadzenia stanu wojennego.
Amerykanie mieli z pierwszej ręki informacje o zagrożeniach wobec "Solidarności," ale mieli także informacje od przywódców "Solidarności," że władza leży na ulicy. Pojawiały się też dezinformacje. Oni po prostu mi nie wierzyli, że to jest kwestia minut.
Jedno z bardziej drażliwych pytań dotyczyło postawy Wojska Polskiego podczas wizyty Pułkownika w kraju. Kukliński mówił:
[?] To jest psychologia stada. Oni czują się zagrożeni na swoich pozycjach i trzymają innych w karbach. Miałem sygnały, także z Krakowa, że oficerowie chcieliby się ze mną spotkać, ale boją się skutków tego. Poza tym, oni też nie są poinformowani, nie wiedzą, co ja zrobiłem, a czego nie.
W moim życiorysie nie ma tajemnic. Wszystko, co państwa interesuje, w miarę swych możliwości będę się starał opowiedzieć. Szczerze, otwarcie. Są pewne materie, w których tkwi interes Stanów Zjednoczonych. W tych obszarach będę poruszał się dużo trudniej. Ale wszystko, co dotyczy moich działań - tu nie ma pytań tabu...Po raz pierwszy od 300 lat stajemy twardo na obu nogach w nowej strukturze bezpieczeństwa. Byłoby zbyt wiele powiedzieć, że jest w tym jakaś moja zasługa. Nie mogę sobie tego przypisać. Również nie byłem pierwszy, i może nawet najlepszy wśród tych, którzy prowadzili ten kraj do wolności. I do tych struktur. Tym niemniej, byłem na początku tej trudnej drogi. Była bardzo trudna, ale prowadziła nas do tego celu, którego finał nastąpił ostatniej nocy [30 kwietnia 1998] w czasie głosowania w Senacie [Stanów Zjednoczonych].
Jestem bardzo szczęśliwy. To potwierdza słuszność drogi, na którą przed ponad 25 laty wkroczyłem. Ale to Polska, to naród polski sprawił, że fundamenty sowieckiej władzy na peerelowskim gruncie zostały zburzone. Bez tego wkładu nie byłoby zmian w Europie. Nie byłoby wolności Polski. Nie byłoby decyzji akceptującej nas jako członka NATO.
Tu niech mi będzie wolno wspomnieć o tych, którzy walczyli z ogromną piramidą biurokratyczną w Stanach Zjednoczonych. Całą duszą i sercem zaangażował się profesor Zbigniew Brzeziński - były doradca prezydenta USA d/s bezpieczeństwa. Znam jego rolę w jednym z najbardziej dramatycznych momentów dla Polski, kiedy jego interwencja spowodowała to, że prezydent Carter po raz pierwszy od kryzysu kubańskiego uruchomił czerwoną linię do Kremla. Z interwencją, żeby nie wkraczali Sowieci.
Drugą osobą niewątpliwie jest słynny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański. Z uwagi na jego legendę, nazwisko, drzwi się przed nim otwierają. On bardzo silnie zaangażował się na rzecz przystąpienia Polski do NATO. Jest też trzecia osoba, o roli której kraj na pewno mało wie. Jest to ambasador Rzeczypospolitej w Stanach Zjednoczonych Jerzy Koźmiński. Ten człowiek jeździł po biurach senatorów, rozmawiał, przekonywał ich.
Pierwszym wstrząsem było powstanie "Solidarności." Ja w tym czasie byłem na bardzo newralgicznym stanowisku w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. Pełniłem obowiązki szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego LWP. Przez mój Zarząd szły właściwie wszystkie dyrektywy, decyzje przeciwko temu rodzącemu się najpiękniejszemu - w moim przekonaniu - narodowo-społecznemu ruchowi w nowożytnej historii. W historii ludzkości od czasów Spartakusa.
W czasie misji, która na siebie przyjąłem, z każdym dniem czułem się właściwie silniejszy. Prawie dziesięć lat to nie była łatwa misja. Każda nadzieja na pozyskanie czegoś, co osłabiało Związek Sowiecki, dawała mi ogromną siłę. Właściwie po dziewięciu latach ja czułem się już tytanem, psychicznie i fizycznie niezwykle silnym. Ale od tego czasu upłynęło już tyle lat.
Te dziewięć lat niepodległości wyniszczyło mnie zupełnie. Ja jeszcze mówię, staram się dać z siebie wszystko, ale właściwie to już jest tylko skorupa. Może nie dlatego, że straciłem dwóch synów, ale że było mi ciężko znieść tak potworne oskarżenia, jakie tutaj płynęły z kraju. Gdy właściwie nie dano mi szansy bronić się.
Nawet wysłannik pana prezydenta Wałęsy powiedział mi: "Pan jest zdrajcą. Wszystko, co możemy dla pana zrobić, to niech Pan napisze podanie do Pana Prezydenta o ułaskawienie. Pan Prezydent obiecał, że rozpatrzy."
Zaproponowałem stawienie się bez listu żelaznego na proces pod dwoma warunkami: pierwszy - że będzie proces jawny, z dostępem wszystkich mediów krajowych i zagranicznych, i drugi - że sąd będzie miał do dyspozycji dokumenty, które ja wskażę. Ja zostałem skazany bez żadnych dowodów. Było ponad 800 stron w tych aktach. Żeby skazać na śmierć człowieka bez żadnego dowodu i żeby pięciu ministrów sprawiedliwości patrzyło do tej teczki i nie znalazło powodu do złożenia rewizji nadzwyczajnej? Dopiero Prezes Sądu Najwyższego [Adam] Strzembosz zareagował.
Pytacie, czy w roku 1981 była przygotowywana ingerencja wojsk sowieckich w Polsce ? Z wiedzy, którą w tym czasie posiadałem, wynikało, że takiego zagrożenia nie było. Gen. Jaruzelski zobowiązał się wobec Moskwy wprowadzić stan wojenny już na wiosnę. Tyle, że nie było na to sił, "Solidarność" była za silna, więc ten moment policyjno-wojskowego uderzenia był przesuwany. Rosjanie ciągle naciskali, ale oni wcale nie szykowali się do interwencji. Zresztą, powiem państwu taki szczegół, o którym dotąd publicznie nie mówiłem. Wiemy o interwencji prezydenta Cartera poprzez gorącą linię.
Kiedy prezydentem był Ronald Reagan, ta polityka szła wieloma kanałami, i kanałem oficjalnym, i kanałami niekonwencjonalnymi, ale bardzo skutecznymi. Kiedy były symptomy, że na wiosnę 1981 roku może dojść do konfrontacji, to ambasador sowiecki w Waszyngtonie dowiedział się z poufnych źródeł, że w takiej sali, gdzie prezydent podejmuje najbardziej ważne rozmowy i decyzje, że tam padło słowo, że jeśli Sowieci wejdą do Polski, to Stany Zjednoczone przejdą do - po angielsku to się mówi "horizontal confrontation" - że rozpoczną horyzontalną konfrontację.
Nikt nie miał pojęcia, co to jest za diabeł. Sowieci nawet przypuszczali, że to Reagan zwariował, że może nawet się posunąć do ataku nuklearnego. Wiele wskazuje na to, że to ich powstrzymywało od wkroczenia w 81 roku. Również byli bardzo silnie związani w Afganistanie. W 81 roku mieli słowo pana generała Jaruzelskiego. Mieli przedstawione gotowe plany. Ja byłem jednym z tych, którzy te dokumenty im przedstawiali. Opłaciło się im to zrobić polskimi rękoma, nie angażować swoich sił, aby nie antagonizować świata zachodniego.
Takiej groźby ja przynajmniej nie widziałem. Był tylko jeden przypadek, kiedy oni mogli sobie na to pozwolić - kiedy operacje polskie by się załamały. Jeżeli Polska stanęłaby w wojnie domowej, jeżeli by polskich sił nie starczyło, to wtedy by na pewno wkroczyli. Ich sztab funkcjonował identycznie jak w przypadku inwazji na Czechosłowację. Funkcjonował w Legnicy. Mieli nasze plany i śledzili przebieg działań, kalkulowali to. Pomyślna ta operacja powstrzymywała ich od tego.
Jeśli idzie o agenta we władzach "Solidarności". To jest bardzo wrażliwy temat. Ja go nie rozwiąże. To sama "Solidarność" i społeczeństwo musi rozwiązać. Nadszedł już czas, że my musimy wiedzieć, kto jest kto. To nie może być tak, jak na filmie Zorro. Pojawia się Zorro, a okazuje się, że to nie ten Zorro, to jest zupełnie inny Zorro. Te maski trzeba zdjąć. Z tym smrodkiem - przepraszam za użycie takiego stwierdzenia - można żyć, bo od tego nikt jeszcze nie umarł. Ale to jeszcze nie jest świeże powietrze. Nas stać na to, żeby te sprawę powoli do końca wyjaśnić. Warto wspomnieć, co mówił gen. Kiszczak, że społeczeństwo byłoby zaszokowane, gdyby wiedziało, kto faktycznie jest...
Ponieważ moje wiadomości pochodzą nie z archiwów, nie chciałbym kogoś skrzywdzić i nie mogę sobie pozwolić na to, by obciążać kogokolwiek winą, która opiera się tylko na jakimś kontekście, okolicznościach czy też informacjach, które miałem wówczas z MSW z Zarządu I od płk. Pawlikowskiego i jego pomocników. Ale uważam, ze ten kraj będzie w końcu wiedział. A jeżeli nie, to będzie wielka strata...
A teraz dlaczego nie ostrzegłem "Solidarności" ?
Ja, przekazując Stanom Zjednoczonym tę informację, chciałem osiągnąć jeden cel - zapewnienie warunków zewnętrznych do rozstrzygnięć wewnątrz kraju. Mnie chodziło o zapewnienie warunków, żeby do nas Sowieci nie wkroczyli, żeby sie nie powtórzyła tragedia węgierska. Na "Solidarności" mi bardzo zależało. To był ruch - jak już mówiłem - najpiękniejszy w nowożytnej historii.
To nie jest hipokryzja z mojej strony. Ale dwa cele "Solidarności" wykluczały się: bezpieczeństwo tego ruchu i zachowanie jego całości. Gdyby takie ostrzeżenie doszło, to co, cofnęlibyście się państwo ? Gdybyście mieli świadomość, że będzie stan wojenny - cofnęlibyście się ? Jeślibyście się cofnęli, to znaczy, że komuniści osiągnęliby swój skutek.
To są hipotetyczne pytania. Zresztą ja miałem taką pewność, że Amerykanie, którzy mieli powszechny dostęp do tego ruchu, będą podejmowali próby wpływania na jego strategię, taktykę. Ale oni byli bardzo ostrożni. I mieli rację. Gdyby coś takiego wyszło, byłby to pretekst do zniszczenia "Solidarności" i uzasadnienia, że jest sterowana z zagranicy.
13 września 1981 roku było posiedzenie Komitetu Obrony Kraju, na którym, na podstawie decyzji Jaruzelskiego, MON i MSW wystąpiły zjednoczonym frontem do Kani, aby wymusić na nim decyzję polityczną o stanie wojennym. Tam padło słowo, że jest zdrada, że "Solidarność" jest poinformowana w szczegółach, łącznie z kryptonimem "Wiosna." Tym kryptonimem posługiwało się ścisłe kierownictwo MON i ja to hasło znałem, ja je nadałem.
Do dzisiaj nie wiem, czy był to bluff, aby spowodować skruszenie Kani, czy też rzeczywiście coś się działo. Czy Amerykanie przekazali komuś wiadomość i to doszło do Kiszczaka. Jednym słowem - to nie obawa przed aresztowaniem, ale obawa przed tragedią typu węgierskiego powstrzymywała mnie i stronę amerykańską w bardzo ostrożnym operowaniu tymi przygotowaniami do stanu wojennego.
Ja wiem, że wielu z państwa może mieć do mnie żal, że jak dostałem się za granicę, wtedy powinienem pójść do rozgłośni Radia Wolna Europa i powiedzieć, co się faktycznie dzieje. I ja bym tak przypuszczalnie zrobił, gdybym kierował się tylko stanem emocji. One nie były mi obce.
Ja się trząsłem cały, bo wiedziałem, że te stalowe walce będą was bardzo mocno przyciskały do ziemi. Ale nie mogłem się kierować emocjami. Ten stan wojenny był zapięty na ostatni guzik. I właściwie chodziło tylko o to, by przycisnąć ten guzik. Chodziło o prowokację - zdaje się, że ślady prowokacji są w Radomiu - żeby znaleźć jakiś pretekst do uderzenia.
Ja sobie nie mogłem na to pozwolić. Wydawało mi się, że jeśli ten sygnał ode mnie dojdzie i będzie nagłośniony przez Amerykę i wolny świat, to będzie zachęceniem do oporu. "Solidarność" zabarykaduje się w fabrykach, zakładach pracy, uczelniach. I wtedy dojdzie do potwornej konfrontacji. Bo kierownictwu będzie zależeć na wielkim sukcesie, będą nerwy, strzały. Byłoby takich sytuacji jak w "Wujku" tysiące. I że sił polskich nie starczy, że Rosjanie będą musieli wejść, bo byli do tego gotowi. I to wszystko może się skończyć katastrofą. Dlatego też ostrzeżenia nie poszły.
Ja wiedziałem, że byli ludzie, którym śniła się "noc długich noży," i byli gotowi te metody stosować. Ale byli też ludzie, którzy widzieli to inaczej, mniej więcej tak jak stan wojenny przebiegł. Wydaje mi się, że była to cena, którą zapłaciło społeczeństwo. Ale była to też cena, którą zapłacił komunizm. Stan wojenny dowiódł nam Polakom i światu, że komunizm opiera swoje istnienie na czołgach i transporterach opancerzonych. I to było ostatnie - że tak powiem - źdźbło, które przewróciło komunizm...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||