

|
Jeżeli ziemi przypisano noc Jeżeli trawy mają zejść nam z oczu Jeżeli mamy stracić wiarę w zieleń Jeżeli drzewa wywiozą do pieców I ptakom każą uciekać za morze Jeżeli kwiaty umrą bez powodu Odcięta gałąź opróżni powietrze Słodkie owoce przedziurawi robak To co z człowiekiem stanie się? Co z nami Po przebudzeniu? Powiedz - co? |
|
U stóp moich jest kałuża łez i wiem że wkrótce nastąpi potop że zapadnę się we własną słotę. Ziemia rozstąpi się pode mną zejdę w nią klinem swego ciała plecionką mięśni gliwicami kości. Bez busoli wejdę w kamień w kolczastą ciemność arką swego ciała rozrzuconą po świecie. |
|
Widzę jeszcze góry skaliste spiętrzone w żółte bryły po górach kroczą wielbłądy mają skrzydła garbów na grzbietach wśród chmur bladowełnistych wyrastają przed nami i wchodzą w niedomknięty sezam zielonego lasu - z drobnych świateł w powietrzu ułożę ruchomy zielnik pór roku - które pękając zapadną się w skrzela jarów ziemia pozostanie podziobana grobami moje ręce w rękawiczkach kory zmiele ogień jutrzejszym wiatrom na uciechę - śledzę gwiazdy z takim napięciem jakby to były oczy dojrzałych drzew wiszące na wielkich cytrynowych pniach - do nich prowadzą schody w górę i schody w dół nie ma wcale drabin opartych na zenicie ani Jakuba ni drobnych szympansów zawieszonych na własnych ogonach jak ciężkie owoce jest tylko noc i wielbłądy przeciskające się przez igielne ucho |
|
Zaledwie kilka słów rozpłatało ciemność, krew różowieje rozkwitają mięśnie pościel oddycha klejnotami ciał Dziś ona jest już inna i ja nie ten sam. Stała się chytra jak jaszczurka w trawie. Milczy nie mówi słowa ja o nic nie pytam. Chowa przede mną uśmiech na który nie czekam. Milczymy jak dwa groby zakupione wcześniej. |
|
Ciągle się boję że przedwczesna noc obejmie mnie w południe ramieniem ciemności. Że czas zaprze się mnie, podstawiając nogę - Przewrócę się na promieniu i z wargą przy ziemi będę pił, jakbym nigdy przedtem nie smakował dna samotności. Otoczony zapomnianą ciszą W miękkim baroku wzgórza i cierpliwych roślin zapomnę o groźbie ziemi. Jej delikatność wchodzi w moje ciało szeptem garbatych okwieconych róż o roziskrzonych płatkach. Cierniem melancholii ranią krajobraz pinie. Ich pokręcone upałami ciała twarze płaskie i ciemne otacza cisza utlenionych wzgórz. Wkoło w aureoli płonie kolumna lata i noc swą włosiennicą upada na ziemię. Kto z nas nie kocha tej architektury Nie wspina się po schodach wiszących w powietrzu które pobiela pianą bliski oddech morza? Czyż nie lepiej schronić się w ustronne wnętrza, nakryć strąkiem kamienia, wmieszać w krzyk marmuru, śledzić ćmy - forpoczty aniołów - szalejące w gruzach - i ruchem świętych rozkładać w żalu ręce? Nie wierzyć nieba metalicznym ogniom gdy wabi kwiatem i czuli się wierszem; podszyte mgłami drży w kroplistych potach. Poeci - patrząc - są tu jak pielgrzymi wiedzą że ich ponownie oszukano. Boją się cnoty. Kruche powietrze łamie się pod słowem Kamienne fale rozsypuje piasek Winnica spada lawiną w zatokę. I nic nie pozostało po spalonym dniu oprócz ruin opisanych w szkolnych podręcznikach które poeci nazywają klęską. A uproszony wiersz choć idzie na kolanach i nie wyjawia lecz łagodzi słowem choćby zamienił się w anachoretę - wierząc - wciąż będzie tu nieporozumieniem. |
|
Przybliżam twarz do lustra ale lustra nie ma Szukam rysów mych dłonią, ale nie mam dłoni. Pod turkusowym niebem które nie płowieje Czysta jak lilia Rózia powraca z kościoła. Wiem, że się w cnotach zanurza jak paw Pilnuje własnej dumy jak prządka kądzieli Jeśli mówi, orkiestra instrumentów gra w niej Jak w parku na Powiślu w słoneczną niedzielę. Wspominam tamte czasy zamienione w wiór Z drzewa które się spóźnia nietoperz ulata. Pod góre po kamieniach prosto na Krakowskie Przedmieście, biegnie Tamka wyboistym krokiem. Chciałbym tam być, ktoś słowo ponagla do ucha Pragnie istnieć, o lustro, pomóż mi wyjść z siebie. Niestety, błądzę jak król Lear, palce są mi wzrokiem I byle wiersz ojczysty przebija mnie na wskroś. Chwytam, co mam pod ręką. Może sucha gałąź Połamana wiatrami, wskaże mi kierunek. O, ślepy królu Learze, z niedołężnym ciałem Jak długo można być ślepym i nie wiedzieć o tym. |
|
Mnie żadne dyktando nie splamiło jeszcze Nie piję z cudzych warg choćby były kwiatem. W uszach mam własne dzwony, pamięć nimi targa A słowo powtarza, to co mówi ziemia. |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||