Kończymy (chwilowo) trójodcinkowy wybór wierszy Wacława Iwaniuka. Poprzednie odcinki cyklu ukazały się w Zwojach 7 i w Zwojach 8. Następny artykuł w bieżących Zwojach przynosi krytyczny tekst Janusza Kryszaka o poezji Wacława Iwaniuka.  (AMK)




POETYCKIE OBRAZY WACŁAWA IWANIUKA   (III)





WACŁAW IWANIUK




* * *

Jeżeli ziemi przypisano noc
Jeżeli trawy mają zejść nam z oczu
Jeżeli mamy stracić wiarę w zieleń
Jeżeli drzewa wywiozą do pieców
I ptakom każą uciekać za morze
Jeżeli kwiaty umrą bez powodu
Odcięta gałąź opróżni powietrze
Słodkie owoce przedziurawi robak
To co z człowiekiem stanie się? Co z nami
Po przebudzeniu?
Powiedz - co?



ARKA

U stóp moich jest kałuża łez
i wiem że wkrótce nastąpi potop
że zapadnę się
we własną słotę.

Ziemia rozstąpi się pode mną
zejdę w nią klinem swego ciała
plecionką mięśni
gliwicami kości.

Bez busoli wejdę
w kamień
w kolczastą ciemność
arką swego ciała
rozrzuconą po świecie.



PRZEZ IGIELNE UCHO

Widzę jeszcze góry skaliste spiętrzone w żółte bryły
po górach kroczą wielbłądy mają skrzydła garbów na grzbietach
wśród chmur bladowełnistych wyrastają przed nami
i wchodzą w niedomknięty sezam zielonego lasu -
z drobnych świateł w powietrzu ułożę ruchomy zielnik
pór roku - które pękając zapadną się w skrzela jarów
ziemia pozostanie podziobana grobami
moje ręce w rękawiczkach kory
zmiele ogień jutrzejszym wiatrom na uciechę -

śledzę gwiazdy z takim napięciem
jakby to były oczy dojrzałych drzew
wiszące na wielkich cytrynowych pniach -
do nich prowadzą schody w górę i schody w dół
nie ma wcale drabin opartych na zenicie
ani Jakuba ni drobnych szympansów
zawieszonych na własnych ogonach jak ciężkie owoce
jest tylko noc
i wielbłądy przeciskające się
przez igielne ucho



* * *

Zaledwie kilka słów rozpłatało ciemność,

krew różowieje
rozkwitają mięśnie
pościel oddycha klejnotami ciał

Dziś ona jest już inna
i ja nie ten sam.
Stała się chytra
jak jaszczurka w trawie.
Milczy nie mówi słowa
ja o nic nie pytam.
Chowa przede mną uśmiech
na który nie czekam.

Milczymy jak dwa groby
zakupione wcześniej.



CIĄGLE SIĘ BOJĘ

Ciągle się boję że przedwczesna noc
obejmie mnie w południe ramieniem ciemności.
Że czas zaprze się mnie, podstawiając nogę -
Przewrócę się na promieniu i z wargą przy ziemi
będę pił, jakbym nigdy przedtem
nie smakował dna samotności.
Otoczony zapomnianą ciszą
W miękkim baroku wzgórza i cierpliwych roślin
zapomnę o groźbie ziemi.
Jej delikatność wchodzi w moje ciało
szeptem garbatych okwieconych róż
o roziskrzonych płatkach. Cierniem melancholii
ranią krajobraz pinie. Ich pokręcone upałami ciała
twarze płaskie i ciemne
otacza cisza utlenionych wzgórz.

Wkoło w aureoli płonie kolumna lata
i noc swą włosiennicą upada na ziemię.

Kto z nas nie kocha tej architektury
Nie wspina się po schodach wiszących w powietrzu
które pobiela pianą bliski oddech morza?
Czyż nie lepiej schronić się w ustronne wnętrza,
nakryć strąkiem kamienia, wmieszać w krzyk marmuru,
śledzić ćmy - forpoczty aniołów - szalejące w gruzach -
i ruchem świętych rozkładać w żalu ręce?
Nie wierzyć nieba metalicznym ogniom
gdy wabi kwiatem i czuli się wierszem; podszyte mgłami
drży w kroplistych potach.
Poeci - patrząc - są tu jak pielgrzymi
wiedzą że ich ponownie oszukano. Boją się cnoty.

Kruche powietrze łamie się pod słowem
Kamienne fale rozsypuje piasek
Winnica spada lawiną w zatokę.
I nic nie pozostało po spalonym dniu
oprócz ruin opisanych w szkolnych podręcznikach
które poeci nazywają klęską.
A uproszony wiersz choć idzie na kolanach
i nie wyjawia lecz łagodzi słowem
choćby zamienił się w anachoretę -
wierząc - wciąż będzie tu nieporozumieniem.



LUSTRO

Przybliżam twarz do lustra ale lustra nie ma
Szukam rysów mych dłonią, ale nie mam dłoni.
Pod turkusowym niebem które nie płowieje
Czysta jak lilia Rózia powraca z kościoła.
Wiem, że się w cnotach zanurza jak paw
Pilnuje własnej dumy jak prządka kądzieli
Jeśli mówi, orkiestra instrumentów gra w niej
Jak w parku na Powiślu w słoneczną niedzielę.
Wspominam tamte czasy zamienione w wiór
Z drzewa które się spóźnia nietoperz ulata.
Pod góre po kamieniach prosto na Krakowskie
Przedmieście, biegnie Tamka wyboistym krokiem.
Chciałbym tam być, ktoś słowo ponagla do ucha
Pragnie istnieć, o lustro, pomóż mi wyjść z siebie.
Niestety, błądzę jak król Lear, palce są mi wzrokiem
I byle wiersz ojczysty przebija mnie na wskroś.
Chwytam, co mam pod ręką. Może sucha gałąź
Połamana wiatrami, wskaże mi kierunek.
O, ślepy królu Learze, z niedołężnym ciałem
Jak długo można być ślepym i nie wiedzieć o tym.



NIE PIJĘ Z CUDZYCH WARG

Mnie żadne dyktando nie splamiło jeszcze
Nie piję z cudzych warg choćby były kwiatem.
W uszach mam własne dzwony, pamięć nimi targa
A słowo powtarza, to co mówi ziemia.








Copyright © 1997-2007 Zwoje