WARIACJE NA TEMAT
WIELKIEJ UCIECZKI





GUSTAW HERLING-GRUDZINSKI


  1. Czy byla to rzeczywiscie Wielka Ucieczka, jak czyta sie w niektorych biografiach? Czy Wielki byl tylko Uciekajacy, Lew Nikolajewicz Tolstoj, i korzystal z przywileju swej Wielkosci, ktora zyje (lub wydaje sie, ze zyje) we wszystkich jego postepkach? Nie odpowiemy na to pytanie az do chwili, gdy Uciekajacy, zatoczywszy szerokie i bledne kolo, polozy w agonii glowe brodatego Apostola na poduszce w mieszkaniu zawiadowcy stacji Astapowo.



  2. Rok 1910 zaczal sie zlowrozbnie. Tolstoj zapisal w swoim dzienniku pod data 13 stycznia, w zwiazku z przejsciem komety Halleya w bliskosci Ziemi:
    "Kometa zamierza opanowac Ziemie, unicestwic swiat i zniszczyc wszystkie materialne owoce mojej dzialalnosci i dzialalnosci wszystkich. Co dowodzi, ze wszystkie dzialania materialne, oraz ich rzekome nastepstwa materialne, nie maja sensu. Sens posiada jedynie dzialalnosc duchowa."

         Probka przebieglego egotyzmu, lekko zabarwionego poczuciem wlasnej wartosci, jesli nie megalomanii. Jakiez to materialne owoce dzialalnosci Tolstoja? Jasna Polana, moskiewski dom na Chamownikach, konta w bankach. Lecz nie wszystko to zginie w odmetach bezsensu, zmiecione ogonem komety. Ocaleja owoce dzialalnosci duchowej Tolstoja, jego ksiazki i jego apostolskie nauczanie. Wobec tych wartosci jestes bezsilna, kometo Halleya.

         Oceniajac ex post, po tym, co sie stalo u schylku roku 1910, widac w kazdym razie Tolstoja w zaciskajacych sie kleszczach. Przeczucia. Przeczuwal zapewne, obdarzony intuicja profetyczna Wielkiego Pisarza (ktora szla w parze z dziecinna naiwnoscia i latwowiernoscia starca po osiemdziesiatce), ze w jego egzystencji zajda w koncu brzemienne zmiany, jakby ostateczne podliczenie bolesnych, z kazdym rokiem bolesniejszych, ran zadawanych mu przez zycie z zona w Jasnej Polanie.

         Moze nie nazbyt scisla jest ta liczba mnoga "rany." Rana byla jedna, otwarta, poszerzajaca sie i jatrzaca: sama Sofia Andrejewna, Sonia.

         Co jeszcze kilka lat temu bylo tylko Krzyzem Panskim, niesionym w miare cierpliwie "w imie swietych walorow rodziny," stalo sie petla, ktora byle drobna nawet klotnia zaciskala na szyi, wywolujac dusznosc, szamotanie sie jak na stryczku, naplyw krwi do oczu.

         Wlasciwie "swiete walory rodziny" marnialy wciaz w jego sercu i umysle, chociaz rzadkie zjazdy rodzinne robily zen patriarche w otoczeniu licznych i doroslych juz dzieci, o ktorych nie mogl wcale powiedziec, ze sa mu jednakowo bliskie w cieple ojcowskiej milosci. Kochal Aleksandre (Sasze) i Sergieja (Sierioze), a reszte obejmowal swoistym stopniowaniem: od obojetnych do nie lubianych, badz wrogich; i odplacali mu podobnymi uczuciami. Nie zeby, jak bywa czasem w duzych rodzinach, potomstwo rozpadlo sie na dwa obozy, "dzieci ojca" i "dzieci matki." Wszystkie dzieci, z takimi czy innymi niuansami osobistymi, staly naprzeciw dwojga gleboko poroznionych rodzicow; zacieklych i zapieklych we wzajemnej niecheci (kto wie, czy nie daloby sie okresami powiedziec: nienawisci).

         Drzazga, powodujaca nieustanny proces ropienia, byla Sonia. Zyl juz z nia czterdziesci osiem lat (prawie "zlote gody"), byla od niego mlodsza o pietnascie lat. Zacieral sie stopniowo we wspomnieniach okres po slubie, lata gwaltownej, frenetycznej namietnosci. U obojga, ale szczegolnie u niego, pobudliwego, jeszcze w poznej starosci zamraczanego przelotnie pozadaniem. Ona, wyzywszy sie, urodziwszy tuzin dzieci, skoncentrowala sie na nowej namietnosci: chciala, by byl jej absolutna, wylaczna wlasnoscia. Usilowala polozyc reke na wszystkim, co posiadal i stworzyl. Sledzila go bez przerwy, dniem i noca, w "domowym wiezieniu" (jego nazwa) wykradala jego dzienniki intymne (ukrywal je w swoich luznych butach z cholewami), pilnowala kont bankowych i rodzinnych majetnosci, walczyla z kazdym, kto byl mu zanadto drogi. Z Czertkowem, na przyklad, z biegiem lat jego jedynym przyjacielem. Za gardlo trzymala agentow finansowych, bez pardonu utracala jego nadmierne wydatki, weszyla, czy i jakim zmianom ulega pierwotny testament. Histerycznym atakiem powitala wiadomosc poufna, ze zapisal jej i dzieciom tylko Jasna Polane, z pieknym domem i rozleglymi posiadlosciami ziemskimi, a majatek w pieniadzach przeznaczyl na cele uniwersalne. Nekala go tak dlugo, az skapitulowal. Nalegala, by agenci literaccy utrzymywali stosunki wylacznie z nia. Moze nie zdawala sobie z tego sprawy, ale w glebi serca liczyla na to, ze nagiego, ogoloconego ze wszystkiego, zlozy go do grobu, jak zdjety z postumentu pomnik narodowy. Gotowa byla nawet zalac jego grob potokami lez. W jakis sposob szczerymi. Gdyz w jej niepohamowanej chciwosci byla domieszka starych reminiscencji milosnych. Ach, jak kochal, jak jej zimne z natury cialo przemienial w plonaca zagiew! Jako mloda dziewczyna, zanim poprosil o jej reke, nie podejrzewala, ze milosc fizyczna zdolna jest rozniecic taki pozar zmyslow.

         Miala teraz szescdziesiat siedem lat (on osiemdziesiat dwa), byla lekko otyla i ociezala, a jednak zdolala ocalic resztke niewiescich powabow. I nawet te resztke obracala w instrument oplatywania meza. Zdarzalo sie ostatnio, mimo wieku, ze ulegal pasji nagle i na krotko, bral w posiadanie jej bezwolne cialo, a ona myslala, ze wzrasta w ten sposob sila jej wladania. Mylila sie, bylo wprost przeciwnie. Prawda bowiem byla taka, ze przy calej swojej pobudliwosci seksualnej nienawidzil seksu, uwazal go za domene diabla. Gdy ona patrzyla na niego nazajutrz po kazdym rzadkim zblizeniu erotycznym z udawana czuloscia, on opuszczal oczy, nie mogl powstrzymac drzenia calego ciala i wybiegal ze sniadalnego pokoju, aby godzinami wloczyc sie bez celu po ogrodzie, po lakach, po groblach, omijajac jedynie sasiednie wioski. Wiedzial dlaczego. Z jaka gorycza i trwoga patrzyl z daleka na ciche, spokojne chaty, na zony i corki muzikow, krzatajace sie w zagrodach! Bywalo, ze z tego kolowania wracal do domu dopiero przed polnoca; bywalo tez, ze podczas tego kolowania, przy dziennym swietle, przysiadal na niskim pniu obcietego drzewa, wyciagal zeszyt wetkniety za cholewe i pisal, pisal, zapominajac w goraczce o plynacym czasie.

  3. Napisal opowiadanie Diabel w roku 1889, dopisal inna wersje zakonczenia w pare lat pozniej, calosc ukryl pod obiciem fotela w pracowni, wraz z paczka listow do zony. Zalezalo mu, by Sonia nie przeczytala Diabla (ukazal sie drukiem dopiero po jego smierci). Pokrywajac fotele nowa cerata w roku 1907, Sofia Andrejewna listy przeczytala, a opowiadanie zignorowala. Listy nie byly doreczone adresatce, jeden z nich donosil po raz pierwszy o decyzji ucieczki z Jasnej Polany. Dom nazywal w listach, na przemian, "domowym wiezieniem" i "domem kompromisu," a o swojej pracowni pisal jako o "tratwie," ktora niegdys zamierzal "przeplynac ocean zycia od urodzenia do smierci", aby zamiar poniechac, odkad zrozumial, ze musi "tratwe" porzucic przed doplynieciem do ostatniego portu.

         Szkoda, ze Sonia zrezygnowala z lektury Diabla. Byla to nowela autobiograficzna o opetaniu przez diabla seksu. Rzecz zdarzyla sie przed slubem, role diabla odegrala mloda i urodziwa chlopka Aksinja (mezatka), z ktora mial dziecko. Ale diabel nie opuscil go nigdy, nie byl jedynie cieniem niedostepnym pierwszej czesci - jego zycia (do malzenstwa), ktora oznaczala poganski triumf wiary w nature, w przyrodzona harmonie swiata, w racje ciala. Nawet gdy stal sie prorokiem swoistego chrzescijanstwa laickiego, glosicielem milosci do innych, wyznawca ascezy, heroldem oswiecenia ludowego, przekonanym populista, wrogiem (werbalnym) bogactwa, czcicielem kobiety "duchowej," nawet wowczas przyznal w dzienniku, ze oba te elementy - zwycieska natura i pokorna duchowosc - zyly w nim jak "pies i kot w klatce jednej budy."

         Pamietal o tym zawsze, stad jego opuszczone oczy, ilekroc ocieral sie wzrokiem o wioske ze stawem. Podczas tradycyjnych spacerow porannych (godzina ruchu przed chwyceniem za pioro), zamyslony, niepomny swego slubowania duchowego, zachodzil niekiedy do wioski. Mezczyzni byli w polu, otwarte okna w chatach pozwalaly ogladac jak na wystawie kobiety, zony i corki. Mial na tyle powsciagliwosci (i wstydu), ze omijal chaty, w ktorych bawily sie dzieci, albo kobieta pracujaca przy kuchni co jakis czas wprawiala noga w ruch kolebke ze spiacym niemowleciem. Ale jego oczy powlekaly sie ocma, w skroniach tetnila krew, drzenie poruszalo rece, fala ciepla rozlewala sie w calym ciele, na widok samotnej i przystojnej kobiety w chacie. Odpowiadal na jej unizony poklon i pozdrowienie, wchodzil do chaty pod pretekstem prosby o szklanke wody, bral po wypiciu gospodynie lub jej mloda corke bez ceregieli i bez slowa, wychodzil z chaty, jak ktos, kto mial wlasnie chwile czasu tylko na zaspokojenie pragnienia. I bylo to zaspokojenie pragnienia, lecz nie woda byla jego przedmiotem. Wracal do domu szybko, skracal sobie droge, prawie pedzac na przelaj, zgarbiony i z opuszczona glowa mogl przypominac grzesznika, umykajacego z kosciola po nieudanej spowiedzi.

  4. Nadszedl historyczny dzien 27 pazdziernika 1910 roku. Nic nie zapowiadalo dramatycznych wypadkow. Lew Nikolajewicz wstal wczesnie, wyszedl na zwykly poranny spacer w parku, poprawil list do zony na zelazny juz temat ich kryzysu rodzinnego, popracowal troche nad zaczeta rozprawka o socjalizmie, ktora przestala mu sie naraz podobac, przysiagl sobie, ze usiadzie niebawem do pisania pilnego tekstu o karze smierci. Zasmucil go brak energii intelektualnej, lecz poczul nagly wzrost energii fizycznej. Wezwal doktora Duszana Makowickiego, slowackiego przyjaciela i lekarza domowego, zaproponowal mu przejazdzke konna. Ruszyli w droge. Tolstoj galopowal jak szalony (uwielbial wiatr, smagajacy twarz w pedzie), znowu (jak to bywalo czesto w ostatnich miesiacach) zdumial sie, ogarniany wzbierajacym poczuciem mlodosci, na przekor wiekowi. Dosiadlszy ulubiona klacz Dzlire, kul ja wciaz ostrogami. Wytrzymala trudna trase, szesnascie wiorst, gleboki wawoz i zamarzniety strumien po drodze, bardzo stromy podjazd po przeciwnej stronie wawozu. Makowicki zatrzymal sie na dnie wawozu, wygladalo na to, ze ochwacil mu sie kon, trzeba bylo zrezygnowac z dalszej jazdy i reszte sil zachowac na powrot. Ale siedzac pod sterczacym glazem obok dyszacego konia, widzial dobrze Tolstoja na szczycie tamtej strony wawozu.



         Widzial go obok dziewczyny zdaje sie, a nie doroslej kobiety, ktora na progu samotnej drewutni, daleko od wsi, przebierala zmarzniete pewnie buraki i zdrowe wrzucala do wnetrza komorki. Widzial tez, jak Lew Nikolajewicz podniosl ja z ziemi i wprowadzil do srodka. Dzlire czekala cierpliwie, przywiazana do drzewa. Jak dlugo to trwalo? Moze dziesiec minut. Tolstoj wypadl raptownie z drewutni, wskoczyl jak wcielony diabel na swoja Dzlire, i w nieprzytomnym galopie, roztracajac kamienie na sciezce zjazdowej, zblizal sie do Duszana, po czym wyminal go i pognal do domu, z siwa broda rozczapierzona na wietrze. Makowicki wgramolil sie na oslabionego konia i truchcikiem podazyl za nim. Przedtem jednak odwrocil sie i spojrzal na komorke na szczycie wawozu. Dziewczyna siedziala kolo burakow, wyraznie chowajac twarz w dloniach.

         Wrocili do Jasnej Polany wieczorem, Duszan dlugo po Lwie Nikolajewiczu. Tolstoj zjadl sam przygotowana dla niego na stole kolacje. W dzienniku zapisal, jak Samuel Pepys: "Nic do zanotowania; choc wydaje sie to smutne, jest w rzeczywistosci dobre." Zgasil w pracowni swiece i przeszedl do swojej sypialni. Na godzine zasnal, zmeczony wysilkiem jazdy konnej, ale po polnocy obudzil sie i mruknal pod nosem: "Znowu utytlany przez diabla w blocie."

         Ilekroc osaczaly go takie chwile wstretu niemal do samego siebie (a osaczaly go nie raz), usilowal oczyscic sie lektura swego opowiadania Czelowieczeskoje i Bozeskoje. Napisal Ludzkie i Boskie na przelomie 1904 i 1905, oglosil opowiadanie w roku 1906, chociaz pomysl siegal roku 1897.

         Rzecz dzieje sie w latach siedemdziesiatych, "w okresie najwiekszego nasilenia walki rewolucjonistow przeciw rzadowi." Zostaje zatwierdzony wyrok smierci na dwudziestopiecioletniego studenta Swietloguba. "Mlodzieniec czysty, goracy, urodziwy, zycie cale strawil w sluzbie ludu, byl wrogiem wszelkiej przemocy, zabojstwa." W noc przed egzekucja pisze w celi listy do najblizszych i czyta Ewangelie, "dusze majac przepelniona radoscia." Na egzekucje wychodzi usmiechniety i do serca przyciska Ksiazke. Z okna innej celi patrzy z przejeciem na te scene stary chlop raskolnik, "szukajacy prawdziwej wiary i odrzucajacy ikony". Chcialby wiedziec, jaka to wiara dala mlodziencowi sile isc na smierc z taka pogoda. Za ostatnie uciulane ruble przekupuje dozorcow wieziennych, byle tylko chwilke porozmawiac z towarzyszem powieszonego. "Jestes tej samej wiary co Swietlogub?" "Tak, tej samej wiary." Chlop klania mu sie do samych nog: "Powiedz mi, co to za wiara. Od trzydziestu lat szukam prawdziwej wiary, zobaczylem ja dopiero u twojego mlodego towarzysza. Na Boga, zlituj sie, powiedz, co to za wiara." Rewolucjonista opowiada o krwiopijcach, ktorzy wymyslili Boga, by oklamywac narod i uczyc go pokory, dodaje na zakonczenie, ze czas ich wszystkich wyrznac. Starzec slucha, wzdychajac, potem pada na kolana. "Nie ukrywaj, powiedz prawde". "Mowie prawde, taka jest nasza wiara." "I taka byla wiara Swietloguba?" "Dokladnie taka." "To nieprawda, z taka wiara nie mozna tak umierac." Krecac glowa, raskolnik wychodzi z celi rewolucjonisty.

         Wszyscy komentatorzy tworczosci pisarza podkreslaja, ze nie mogl czytac tego opowiadania nie placzac. Plakal i teraz. Ale stracilo wlasciwosci puryfikacyjne. Przeciwnie - rozjatrzylo go jeszcze bardziej, stalo sie kropla, przepelniajaca czare wstretu do siebie. Wciaz wspominajac przejazdzke konna, powtarzal glosno w nocnej ciszy: "Klebowisko sprzecznosci, klebowisko sprzecznosci". Nie byl nim takze opanowany bohater opowiadania Diabel, ktory w jednej wersji epilogu strzela do siebie, a w drugiej do chlopskiej kochanki, zdolnej opetac nieszczesnego seksem?

         Polozyl sie na lozku i znowu zasnal. O trzeciej w nocy obudzily go ostrozne kroki w pracowni, sasiadujacej z sypialnia. Ze swieca w reku Sofia Andrejewna przetrzasala jego archiwum. Po czym, wynoszac pod pacha plik papierow, podreptala na palcach do swojej sypialni. Usiadl na lozku, szarpany gniewem; zbieralo mu sie na wymioty. "Odkladalem ten zamiar - pomyslal - ale nie ma innego wyjscia. Trzeba uciekac." Czy miarke przebrala wyprawa konna poprzedniego dnia, czy kradziez Soni, przylapanej na goracym uczynku? Czy po prostu owa wzbierajaca fala poplatanych i pogmatwanych sprzecznosci? Nie mialo to juz znaczenia, znaczenie mialo jedynie ostateczne postanowienie ucieczki. Zapalil swiece na biurku i zasiadl do pisania listu pozegnalnego do zony. "Moj wyjazd sprawi ci przykrosc. Boleje nad tym, lecz postaraj sie zrozumiec mnie i wierz mi, ze inaczej nie moglem... Robie tylko to, co robia tysiace starych ludzi, stojacych nad grobem. Prawie zawsze szukaja ucieczki w klasztorach, zrobilbym to samo, gdybym wierzyl w to, w co wierzy sie w klasztorach. Ale nie wierzac, po prostu ratuje sie wyjazdem. Odczuwam potrzebe samotnosci. Blagam, nie szukaj mnie, nie waz sie jechac do mnie, jesli dowiesz sie, gdzie jestem. Twoj przyjazd pogorszylby twoja i moja sytuacje... Dziekuje ci za czterdziesci osiem lat uczciwego zycia ze mna... Nie wspominaj mnie zle, jak ja nie bede wspominal zle ciebie."



         O czwartej obudzil corke Sasze i Duszana Makowickiego. Sasza obudzila Warware, maszynistke pisarza. Drzal, by przygotowan do ucieczki nie uslyszala zona. Duszan i Sasza spakowali z pomoca Warwary walizy. Sasza miala oddac matce list ojca. O szostej Tolstoj byl gotow, zabral ze soba smieszna sume 39 rubli. Noc "byla czarna jak atrament." Lew Nikolajewicz ciagle obawial sie poscigu. Karoca ruszyla blotnista i przemarznieta droga. Po jakims czasie w mijanych wioskach zapalano stopniowo swiece i piecyki, z kominow wypelzal dym, niebo poszarzalo przed switem. Tolstoj zapytal: "Gdzie mozna jechac, zeby byc daleko?". Duszan zaproponowal Besarabie, mial tam znajomych. Tolstoj puscil propozycje mimo uszu i milczal juz do konca, do stacji kolejowej Jasenki-Szczokino na linii Moskwa - Kursk. Byl swiadom, ze rozpoczyna ucieczke bez konca. Siedzial w kacie karety, owiniety w plaszcz z kapturem, w czapie nasunietej na oczy. Opuscil glowe na duza, biala brode, zakrywajaca mu cala piers. Raz podniosl i odwrocil glowe: spojrzeniem pozegnal sie z Jasna Polana. Mimo rozmaitych wyjazdow i podrozy, byla jego swiatem przez osiemdziesiat dwa lata. Byla rzeczywiscie? Miescila jego utopie, jego sprzecznosci, jego napiecia i rozczarowania? Chcial byc Apostolem i nie umial nim byc, chcial, lecz nie potrafil nasladowac Franciszka z Asyzu, chcial uciec ze swego domu i pozostac w nim, chcial panowac nad miloscia-nienawiscia do zony i do zycia. Uciekac - znaczy tez zawsze uciekac od samego siebie, wiedzac, ze to niemozliwe, gdyz (jak zauwazyl slusznie Seneka) w ucieczce czy tylko w podrozy "wiezie sie ze soba wlasnie samego siebie."

         Przyjechali na stacje Jasenki-Szczokino o siodmej rano, byl juz dzien. Dzien 28 pazdziernika 1910 roku.

  5. Ze Szczokina mozna bylo jechac we wszystkich kierunkach. Przede wszystkim do Tuly, ale nawet na poludnie linia Moskwa - Kursk, a potem Kursk - Charkow i z Charkowa w strone Rostowa; a dalej ku Krymowi i Kaukazowi, ku miejscom jego bujnej mlodosci, tropami jego przygod i milostek. Ciagnelo go to i zarazem napelnialo lekiem. Nie, nie, jego ucieczka nie byla poscigiem za utraconym czasem lat mlodzienczych. Lepiej wsiasc do pociagu na zachod, w kierunku Kozielska i Samordina. W Samordino mieszkala jego mlodsza siostra, Maria, ulubiona siostra, ktora go zawsze najlepiej rozumiala. Do licznych sprzecznosci przylaczyla sie nowa: uciekac daleko, jak najdalej, i jednoczesnie krazyc wokol Jasnej Polany. Albo: uciekac i nie uciekac, skrzyzowac - jak? - dal z bliskoscia. W praktyce oznaczalo to trase zygzakowata.

         Spieszyl sie, roslo w nim widmo scigajacej go zony. Wsiadl z Duszanem do pociagu Gorbaczewo - Kozielsk z postojem w Bielowie. Zasypial na krotko, drzemal, budzac sie co chwile, dreczylo go pytanie: "Co teraz robi Sofia Andrejewna?"

         Na wiadomosc o ucieczce meza pobiegla nad staw, na przybrzezny mostek. Stamtad skoczyla w ubraniu do glebokiej wody. Biegnacy za nia zdolali ja szybko wyciagnac na brzeg. Niebawem, osuszona i przebrana, przystapila do dziela, czyli do rozsylania dzieci i sluzby na pobliskie stacje i do zasypywania depeszami adresow czysto hipotetycznych.

         Tolstoj i Duszan wysiedli na stacji Gorbaczewo. Nie wiedzial, co dalej. Wreszcie zdecydowal sie na pociag do Kozielska. Dusil sie w przedziale trzeciej klasy, wolal stanac na otwartej platformie wagonu. Wiatr, wiatr! Mijane drzewa! Znowu - nie na dlugo - odzyskal poczucie sensownosci swojej ucieczki. W Bielowie wysiedli i poszli do bufetu. Tam rozpoznano natychmiast "cara z Jasnej Polany." Przed trzecim dzwonkiem wrocili do pociagu. Tolstoj zapytal siedzacego obok muzika, jak mozna sie dostac do pustelni w Optino i do Samordina. Chlop, uslyszawszy mnisiego habitu? Zbaw dusze, moj stary, zostan w klasztorze na zawsze."

         Do Kozielska dotarli po poludniu. Do pustelni w Optino bylo piec kilometrow, do Samordina dwadziescia. Wynajal najpierw tarantas do pustelni. Kazal woznicy zatrzymac sie przed zajazdem, kierowanym przez mnicha. Dostal wygodny pokoj, wyciagnal sie nareszcie na kozetce. Przedtem zamowil woznice na nastepny dzien. Postanowil odwiedzic siostre w Samordinie. W sekretnym kontakcie byl tylko z corka Sasza. Nadal do niej depesze i wyslal list. Depesze podpisal Nikolajew, w liscie prosil ja o dostarczenie Braci Karamazow, esejow Montaigne'a i powiesci Maupassanta. Poprawil mu sie humor, ale przespal noc niespokojnie, podniecony.

  6. Starzec w klasztorze prawoslawnym (Starzec Zosima u Dostojewskiego) byl czyms w rodzaju polswietego, reprezentowal boska czystosc duchowa i ludzka madrosc. Do slawnych Starcow wybierali sie, pokonujac niekiedy ogromne przestrzenie, religijni pielgrzymi w stanach zwatpienia i rozterki. W Pustelni Optynskiej bylo ich dwoch - slawnych, bardzo starych i schorowanych. Przyjmujac w swoich klasztornych celach patnikow - rzadko i nielicznych - podnosili ich w oczach zwyklych wiernych. "Rozmawialem dlugo ze Starcem" znaczylo tyle, co "zostalem wyrozniony, spotkal mnie wielki honor."

         Krotki (juz czwarty z kolei) pobyt Tolstoja w Optinie zostawil w nim zle wspomnienie. Nie zeby mu nie okazywano dowodow czci i milosci, przeciwnie, na kazdym kroku, gdy przemykal sie uliczkami w poszukiwaniu mieszkania (na stale), witaly go pozdrowienia i glebokie uklony. Pomysl zamieszkania w miasteczku otaczajacym Pustelnie przyszedl mu nagle, jak polowiczna odpowiedz na rade muzika w pociagu. Przez chwile pomyslal, ze to wlasnie moze byc kres jego ucieczki: daleko i blisko do Jasnej Polany, pod bokiem ukochana siostra w Samordinie, powietrze przesycone religijnym skupieniem, atmosfera sprzyjajaca medytacji i pisaniu. Ale na przeszkodzie stanela rzecz, ktora niby odbicie wlasnej twarzy w lustrze odslonila jej rysy nazbyt wstydliwe i brzydkie, aby chcial je sobie w pelni uprzytomnic, jakkolwiek zdawal sobie z nich podswiadomie i niejasno sprawe. Znalazl szybko mieszkanie, wplacil zaliczke, decyzje osiedlenia sie w Optinie zachowal w tajemnicy, ale uczucie zadowolenia zaklocal jeden brak: pytal przechodniow o dwoch Starcow w Pustelni, dowiadywal sie, ze nie opuszczaja juz swoich cel, zapewnial nie pytany, ze nie smie naruszac ich samotnych rozmyslan, ich modlitw w samotnosci; i ze nie chce tez, mimo woli, wystawiac na uciazliwa probe ich starczej kruchosci podkopywanej przez choroby. Lustro szeptalo: nie mowisz calej prawdy. Ale odwracal od lustra twarz, rozdrazniony i jak gdyby zawstydzony, bez pelnej swiadomosci, co ten nieuchwytny wstyd powodowalo. Teskniac do skromnosci i ewangelicznej prostoty, odpychal od siebie najlzejsze podejrzenia o obecnosc pychy w sercu. A jednak bylo to prawda: podskornie, wsrod nieustannych tlumaczen, dlaczego nie zamierza niepokoic Starcow, oczekiwal sygnalu, ze to oni pragna zapukac do drzwi jego (Apostola, nie religijnego swietego, Mentora Duchowego i Moralnego) mieszkania, ktore miedzy innymi po to wlasnie wynajal. Nie wyznana otwarcie pycha pozostawila w nim osad czegos gorzkiego. Na prozno usilowal pracowac w swoim pokoju, nie wychodzil mu szkic o karze smierci. Wiadomosci z Jasnej Polany przywiezione przez Aleksieja Sergiejenko, sekretarza Czertkowa, wraz z listem Czertkowa ("jedynego przyjaciela"), wytracily go jeszcze bardziej z odzyskanej, zdawaloby sie, rownowagi. Byl napiety, opowiadal dokola, ze czuje sie dobrze w Optinie, ze wynajal mieszkanie (ktore juz byl w poludnie wymowil), brnal dalej w malych klamstwach, niby to "czekal na zaproszenie Starcow", a w rzeczywistosci sam odwiedzil po cichu jednego z nich, Ojca Josifa. Przed szosta wsiadl do zamowionej karety i ruszyl do Samordina. Towarzyszyli mu Makowicki i Sergiejenko. Padal snieg, jesien stawala sie coraz surowsza. Po drodze nie udalo sie towarzyszom Tolstoja sklonic go do rozmowy. Milczal i myslal bez przerwy o sposobie wyjscia z sytuacji wlasnej i zony. Nie widzial zadnego. Przeciez musi byc jakies wyjscie! "Najwazniejsze nie grzeszyc, a potem zobaczymy, bedzie, co bedzie".

  7. Samordino bylo pokryte wysokim sniegiem. Zostawil towarzyszy podrozy w zajezdzie i kazal woznicy jechac do klasztoru, w ktorym jego mlodsza siostra, Maria, byla zakonnica, dysponujsc w obrebie murow klasztornych wlasnym mieszkaniem. Dwukrotnie zamezna, miala piecioro dzieci. Kochala brata z wzajemnoscia, co jej nie przeszkadzalo czulosc zaprawiac pewna surowoscia. Lew Nikolajewicz widzial w niej madra i doswiadczona kobiete, liczyl sie bardzo z jej zdaniem. "Liowa, jestem szczesliwa, ze cie widze, ale domyslam sie, co to znaczy. Zle w domu?". Odpowiedzial krotko: "Strasznie." Zachecila go do wynurzen. Sluchala uwaznie i rownoczesnie, patrzac na niego przenikliwym wzrokiem, rysowala w myslach jego portret: "Wiem o nim wszystko. Za mlodu lubil kobiety, wojne, gre w karty, salony i pieniadze. Po kryzysie mistycznym w roku 1881 zapragnal byc Apostolem, kuszowal z zona, aby placic za to niesmakiem, kochal dzieci, lecz uwazal je (z wyrzutami sumienia) za owoc grzechu. Nienawidzil seksu, a przeciez podobalo mu sie zawsze wstepowac do chlopskich izb i szybko robic, co chcial, z samotnymi wiesniaczkami, tesknil do ubostwa, otoczony sluzba i dobrobytem, rozkochany w koniach, planowal ucieczke z Jasnej Polany, nie mogl jednak zyc bez zony, organizatorki jego zycia, jego pracy i jego dochodow, jego dworu zaludnionego goscmi i admiratorami."

         Czczony, slawny brat nie mogl teraz powstrzymac potoku skarg i rekryminacji, jak przed ucieczka nie mogl juz dluzej wytrzymac swojej "domowej niewoli." Pozwolila mu opowiadac, wiedziala, ze musi sie wyladowac. I istotnie ulzyla mu wysluchana przez siostre spowiedz. Na tyle, ze zaswitala mu nagle w glowie mysl o osiedleniu sie w Samordinie az do smierci. Uzalil sie z placzem: "Jestem chory, mialem atak serca." Podsumowal swoje zycie z Sonia, nie spostrzegajac sie, ze cytuje samego siebie z Sonaty Kreutzerowskiej: "Ona udawala, ja musialem udawac, ze jej wierze. Okropne, okropne." Maria wtracila: "Takze ona jest chora" Na co jej brat: "Wiem, wiem, ale co moglem na to poradzic?"

         Spowiedz przywrocila mu apetyt. Zjadl ze smakiem kolacje z siostra i siostrzenica, opowiadal o roznych rzeczach, smial sie, zartowal. W klasztornym domu noclegowym dla gosci umocnil sie w postanowieniu wynajecia mieszkania w Samordinie. Nazajutrz zanotowal w dzienniku, ze usnal ze slowami: "Dopomoz mi, Boze".

  8. Rano, jak przedtem w Optinie, znalazl bez trudu w Samordinie mieszkanie, wynajal je i wplacil zaliczke. Zapowiedzial gospodarzom, ze wprowadzi sie jutro, 31 pazdziernika, w niedziele. Ucieszyl go pomysl stworzenia w Samordinie miniatury Jasnej Polany. Chwilowo zachowal i wynajecie mieszkania, i swoj pomysl w sekrecie. Okolo poludnia poczul sie senny i oslabiony, zapisal wiec w dzienniku: "Zyje, ale nie calkiem."

         Po poludniu, zgodnie z obietnica, poszedl na czaj do Marii. Dokladnie w tej samej chwili zajechala przed klasztor karoca z Sasza i Warwara. Przywiozly zle wiadomosci i listy od jego synow. Wzmogl sie poscig kierowany przez Sonie, synowie usilowali go w dramatycznych slowach naklonic do powrotu.

         Zasiedli dokola samowaru; dobrze widzieli na jego twarzy zmiany. Sasza odwazyla sie powiedziec: "Wszystko ulozy sie dobrze." Zachnal sie na ulubiona corke: "Wszystko uklada sie zle i ulozy jeszcze gorzej." Wstal, narzucil na ramiona futro i poszedl do zajazdu; za nim dreptal zatrwozony Makowicki. Tolstoj powzial trzy decyzje: nie wroce do Jasnej Polany; zrezygnuje z mieszkania w Samordinie; uciekne daleko, jak najdalej. Z Makowickim pochylil sie nad mapami. Uzgodnili wyjazd koleja do Nowoczerkaska, gdzie mieszkala druga corka Marii, zona wysokiego urzednika. Moze ten urzednik zalatwi im paszport do Rumunii. W przeciwnym razie pojada na Kaukaz. Tak czy owak, czekala ich dluga trasa, blisko dwa tysiace kilometrow. Napisal ostatni, stanowczy list do Soni. Odmowil zjedzenia kolacji i zamknal sie w swoim pokoju. O trzeciej nad ranem zapukal do sasiednich drzwi: "Jedziemy, jedziemy." Duszan, Sasza i Warwara z nim, Sergiejenko do Optiny po pozostawione tam rzeczy. Nie chcial czekac. Wybral pociag z Kozielska na Poludnie, przed osma rano. Mial mocne wrazenie, ze dopiero teraz zaczela sie prawdziwa ucieczka. Dotad bylo zygzakowate krazenie wokol Jasnej Polany.

         W pociagu bylo malo pasazerow. Zajeli w czworke pusty przedzial, zapalili grzejnik spirytusowy i postawili na nim zimna herbate. Tolstoj nie czul sie wypoczety, przenikalo go zimno, nie zdjal plaszcza podbitego futrem. Przez okno obserwowal lasy, laki, rzeczki, uciekajace stacje kolejowe; nie wiedzial, ze na owych stacjach telegrafy wyciskaja pasemkiem uderzen komunikaty o jego ucieczce; a gazety, rosyjskie i zagraniczne, pelne sa najswiezszych wiadomosci o nim. Pociag pedzil w kierunku doliny Donu. Gdy wjechali w krajobraz Donu, zostawiajac za soba rejon dotychczasowego zycia Tolstoja, odetchnal i odprezyl sie. Wszystkimi myslami biegl na Poludnie, w strone Kaukazu, krainy mlodosci. Wkrotce pociag otrze sie wprost o Don, w Liskach zatoczy maly luk i dotknie przelotnie Wolgi.

         Kaukaz, ojczyzna Kozakow i Hadzi Murata, zrodlo niepohamowanej Potegi Zycia. To ona, potega zycia, byla dla Tolstoja najwazniejsza, to ona szydzila z nieprzewidywalnej i rozumnej rzekomo Historii, naznaczonej ukrytym gleboko i niewidzialnym znakiem przeznaczenia. Do jego ksiazek slawiacych potege zycia nalezala takze Wojna i pokoj. Przypomnial sobie prostego soldata Platona Karatejewa, rownego w swej chlopskiej madrosci generalowi Kutuzowowi, usmiechal sie wzruszony do cieni Bezuchowa i rannego ksiecia Andrieja, wpatrujacego sie w gwiazdziste niebo na polu bitwy pod Austerlitz. Odzywal, podziwiajac Potege Zycia. Dorownuje jej sila Potega Smierci? Zbliza sie chwila, w ktorej sam dowie sie o tym ostatecznie.

         Nie lubil nigdy pociagow, nawet w tym, co pisal, pociagi wiazal z rozpacza, z ponurymi wizjami. Tym byly w zyciu Anny Kareniny, a zabojca zony Pozdnyszew z Sonaty Kreutzerowskiej ciagnal swoj nie konczacy sie monolog konfesyjny w przedziale wagonu kolejowego, za tlo majac miarowy stukot kol na szynach. Po co napisal Sonate? Zaplanowal ja przed slubem z Sonia, jako cos w rodzaju rekolekcji prematrymonialnych. A po latach zdecydowal sie wreszcie napisac ja, wysluchawszy w Jasnej Polanie utworu Beethovena w wykonaniu syna i skrzypka Lasoty (oczywiscie, z placzem, muzyka zawsze wyciskala mu z oczu strumienie lez). No i co wyjrzalo na swiat po miesiacach pisarskiej ciazy? W Rosji Sonata byla zaczytywana i namietnie dyskutowana, jego zameczala ostrzejsza z roku na rok reakcja obrzydzenia. Oszalalem? Swiat w rekach "skopcow" i kobiet wykastrowanych na arabska modle? Nie tylko oszalal, ustami Pozdnyszewa opisal w gruncie rzeczy wlasne zycie erotyczne i malzenskie, moralizujac, pouczajac z hipokryzja pozbawiona wszelkiego juz umiarkowania, wszelkich hamulcow wstydu. Dzisiaj jeszcze Sonata oblepiala go jak gruba i przesiaknieta brudem koszula.

         O czwartej pociag zatrzymal sie w Wolowie. Kupili bilety do Rostowa, mogli - gdyby chcieli - wysiasc w Nowoczerkasku, na ostatniej stacji przed Rostowem. Tolstoj byl bardzo spokojny, podyktowal Saszy wpis do dziennika o Bogu i czlowieku. Tyle tylko, ze bylo mu coraz chlodniej. Nie rozgrzewala go herbata ani fala powietrza w ocieplonym przedziale. Ale byl z siebie dumny, zdawalo mu sie, ze jedzie z twarza wystawiona zimna przylaczyly sie dreszcze, ze ogarnela go dziwna sennosc, z jego twarzy nie znikal usmiech zadowolenia i dumy. Pod wieczor, o piatej, nasilily sie dreszcze, mial 38 stopni goraczki. W godzine pozniej temperatura podskoczyla do 40 stopni. Makowicki zrozumial, ze rosnace zimno nocy zaatakowalo oskrzela i chore pluca. Zaproponowal odpoczynek na najblizszej stacji. Tolstoj odmowil. Pociag wszedl w strefe sniezycy, Tolstoj oddychal z trudem, wzmogly sie dreszcze, chwilami nie zdawal sobie sprawy, gdzie jest. Okryli go drugim futrem, znowu blagali, by zgodzil sie wysiasc na kolejnej stacji. I znowu odmowil. Wygladalo na to, ze nie chcial sie rozstac ze stukotem kol na szynach. Puls bil coraz szybciej, podnosil sie slupek rteci w termometrze. Nie bylo chwili do stracenia. Makowicki naradzil sie z Sasza, zaklinal Tolstoja, zbyt juz oslabionego, by cokolwiek powiedziec. Lekarz wysiadl na malej stacji Astapowo. Pobiegl do zawiadowcy. Zatrzymano pociag. Tolstoja wprowadzono do poczekalni dla kobiet. Zawiadowca, Iwan Ozolin, nie wiedzial, co robic. Ochlonawszy troche, zaofiarowal dwa pokoje w swoim mieszkaniu. Zebral sie tlum ciekawych, ktorzy zdejmowali nakrycia glow i zginali sie w poklonach, gdy doktor i zawiadowca prowadzili pod rece Tolstoja do mieszkania. Do pokoju, sluzacego rodzinie Ozolina za salonik, wstawiono lozko i zapalono w nim wszystkie swiatla; rozebranego Tolstoja ulozono pod pierzyna, przygasiwszy swiatla. Patrzac na walizy pod sciana, slyszac cichy stukot telegrafu i glosniejszy kol na szynach, byl pewien, ze ucieczka trwa. Nie stracil przytomnosci, przeciwnie - poprosil o swoj dziennik. W ostatnim zapisie pomieszal Samordino z Astapowem, odnotowal postoj w Sarapowie. Zawiadowca przyniosl mu szklanke goracego wina. Potem wszyscy wyszli, zostal sam z corka. Mial ochote na sen. Obudzil sie o polnocy, przywolal siedzaca w polmroku corke, zapytal, czy jutro rusza dalej. Zamiast jej odpowiedzi, zadyszany i rozpalony, zadowolil sie slabym echem pedzacych przez Astapowo noca i o swicie pociagow. A wiec uciekal dalej, oby jak najdalej.

  9. Agonia wlokla sie szesc dni, umarl wczesnym ranem 7 listopada. 1 listopada stracil przytomnosc, co pozwolilo nazajutrz oczekujacej w specjalnym pociagu Soni wejsc do pokoju umierajacego meza (dopoki byl przytomny, lekarze byli temu przeciwni). 3 listopada odzyskal na bardzo krotko, na godzine moze, przytomnosc. Nikt z obecnych o tym nie wiedzial, bo nieznacznie tylko otworzyl oczy. Zrozumial natychmiast, ze umiera. Przez szparki w oczach zobaczyl znana mu dobrze scene; scene z jego opowiadania o Iwanie Iljiczu. Oto zona i dzieci, placzac i tulac sie do siebie, coraz to podchodza do lozka i czasem klekaja, by ucalowac jego rece. Nie czul juz grubej i brudnej koszuli pod pierzyna. Czyzby go rozebrali do naga? Byl spokojny i szczesliwy, jak nigdy dotad szczesliwy, lecz nie stac go bylo na usmiech. Naturalnie! Moj Iwan Iljicz slusznie pomyslal, ze nie ma smierci. Jakaz to Potega Smierci, gdy w naglej jasnosci przechodzi sie spokojnie na tamten brzeg. Smierc jest bezradna, teraz juz wiedzial o tym na pewno, nie moze sie rownac z Potega Zycia. Brak tylko tego ostatniego slupa swiatla, w jakie zagesci sie cala dookolna jasnosc. Ale nadejdzie, nadejdzie w ostatniej chwili, w takt ostatnich slow "nie ma smierci."

         Stracil znowu przytomnosc, zdazyl jednak zobaczyc jeszcze przez szparki w oczach, wyraznie az do olsnienia, tych, ktorzy przyszli, aby go pozegnac. Spojrzal z czuloscia na Warware i Sierioze; i - bez niecheci - na Sonie.

         Kiedy umarl nareszcie, w szarowce switu jego glowa Apostola, Capa i Lisa (wedlug okreslenia jednego z biografow), z broda rozlozona szeroko na obie strony poduszki, wygladala powleczona bladoscia, niemal jaskrawa biela, jak glowa starozytnego posagu, ktory wlasnie odkryto w wykopaliskach i oczyszczono napredce z ziemi.

  10. Wiec byla to Wielka Ucieczka? Czy Wielki byl Uciekajacy? Raczej to drugie, gdyz u kresu zycia, po jego przesledzeniu i podsumowaniu, Tolstoj uciekl od samego siebie, a nie z Jasnej Polany. Stary i madry Seneka wiedzial, ze to niemozliwe, a jednak... A jednak Wielki Uciekajacy odwazyl sie siegnac po niemozliwe, wlasnie dlatego, ze udalo mu sie pokonac smierc.

Styczen 1998
Gustaw Herling-Grudzinski








Copyright © 1997-1999 Zwoje