
Odwiedził mnie we śnie. Nachylił się nad ciemną wodą jeszcze ciemniejszym cieniem.
- Jestem Domenico Theotocopoulos - zwany El Greco - powiedział nerwowo. - Maluję obraz "Śmierć i pogrzeb ludzkości." Chcę abyś mi pozował.
- Abym ci pozował? Do czego? Do czego? - zapytałem z dna ciemnej pościeli.
- Do jednego z tych, którzy czuwają u śmiertelnego węzgłowia.
- Ja nie czuwam. Ja śpię.
- Śpisz! Śpisz! - El Greco zachwiał nade mną rękami ekspresyjnymi jak gałęzie oliwek. - Śpisz, kiedy kończy się świat?
- Świat kończy się ciągle, umiera bezustannie jak ja. Umiera w śnie życia - broniłem się przeciw cieniom jego rąk wydłużanym przez wodę.
- Jesteś ślepy jak kret. Na Toledo nadciąga burza. Zimne błyskawice krają marmurowe niebo. Rozpadlina Tagu zgubiła dno. W murach Alkazaru puszcza odwieczne spoiwo. W spoiwie rozprzęgają się ziarna piasku. W ziarnach piasku atomy wyskoczyły z wieczystych orbit. Słyszysz ryk wody lecącej na oślep? Słyszysz przeraźliwy syk rozpadającej się materii? Słyszysz eksplozję wszechświata?
- Nic nie słyszę. To jest przywidzenie. Pavor nocturnus. Ja śpię. Módl się i śpij. Śpij także.
El Greco jeszcze gwałtowniej powiał kończynami o zluźnionych przegubach. W wodzie snu cienie tego ruchu splątały się jak gałęzie na wietrze.
- Patrz na mój obraz. Człowiek podpala świat. Człowiek zabija siebie. Człowiek zabija Boga.
- Bluźnisz, El Greco. Nie można zabić Boga, jeśli sam tego nie chce.
- Mówisz jak mój przyjaciel z Salamanki Don Diego de Covarrubias. Ten uczony muł je, trawi, czyta Averroesa i zaraz zapomina co przeczytał. A ja mieszkam na skraju przepaści i widzę wszystko. Widzę świat na wskroś jak niebarwione szkło.
- Spadnij, spadnij - chciałem kupić spokój. - Jest dość miejsca na dnie sennej rzeki.
- Mówisz jak Dona Geronima, matka mojego syna - oślica Balaama nie troszczy się o nic poza posłaniem i zastawą na stole. Jeden proboszcz z Santo Tome mnie pojmuje. Spowiadam się u niego co dzień, bo nie zawsze daje mi rozgrzeszenie. A ty czemu bronisz się nawiedzeniu przez świętą trwogę?
- Śpię. Jestem jak mumia z otwartymi oczami, jak ktoś, kto nie zwierając powiek, spada w otchłań. Patrzę we śnie na rozkład mojego ciała.
- Ludzkość rozkłada się jak ścierwo na lipcowym słońcu. Świat wybucha jak zapalony iskrą nabój. Ja to maluję. Chcę aby ta katastrofa była ciałem twojego ciała, czujnością twego czuwania.
- Dla duszy ciało jest katastrofą, a przecież dusza może się zbawić tylko przez ciało.
- I przez ciało może być potępiona, skazana na ogień bez koloru, bez początku, końca i granic. Potępienie idzie na ziemię, ogień idzie na ziemię.
- Powiedziane jest w Piśmie: - rzekłem bezwolnie - i będzie trwała ziemia póki będą wracały wschody i odchodziły zachody.
- Odbieram ci tę pociechę. To nie słońce i gwiazdy i księżyc świecą tej ziemi ale twoje i moje oczy. Ziemia istnieje przez twój sen i moje bezsenne czuwanie wśród palących cieni i kolorów zimnych jak zorza borealna. Gdy zgasną światła źrenic, nie będzie ziemi.
Poczułem nagle lekkość pchającą z dołu ku powierzchni, podobną lekkości pęcherza wypełnionego powietrzem.
- Daj mi spać - powiedziałem prosząco. - Daj mi spać. Nie mąć błyskawicami wody, która mnie ogarnia jak macica płód. Pozwól mi się nie lękać.
- Teraz mnie prosisz - krzyknął namiętnie El Greco. - A jeszcze przed chwilą szydziłeś ze mnie jak Dona Geronima i Don Diego.
- Klęska jest pewna. Zbudzenie w śmierci jest nieodwołalnie zapisane w Księdze Anioła. Pozwól mi spać. Czego chcesz ode mnie?
- Chcę abyś widział to co widzę na tym obrazie, co maluję w przerażeniu i rozpaczy.
- Wiem, pamiętam. "Zimne błyskawice krają marmurowe niebo. Rozpadlina Tagu zgubiła dno. W murach Alkazaru..."
- Powtarzasz jak papuga, mówisz to jak pacierz - zawołał z furią El Greco.
- Czegóż więcej chcesz, jeśli wiem, jeśli pamiętam.
- Chcę, żeby to się stało ciałem twego ciała. żebyś się zbudził, żebyś padł w popłochu na kolana, unurzał czoło w prochu ziemi i pozował mi do obrazu, który się spełnia nieuchronnie.
- Chcesz, żebym umarł przed śmiercią. A może to ty ulegasz złudzeniom. Może ciebie zwodzi strach. Może to ty jesteś niecierpliwy.
- Może, może, może.
- Prorokować nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest trwać we śnie. Jest żyć. Od czasu, kiedy cię pogrzebano w Santo Tome...
- To nieprawda - przerwał El Greco. - Nigdy mnie tam nie pogrzebano.
- Od czasu kiedy cię tam miano pochować, na długo przedtem i długo potem, wielu ulegało panice wyobraźni, pokusie prorokowania. Wielu sypało w oczy żrącym miałem ruin. Na ruinach drzewa sieją się same, wśród drzew rosną nowe mury. To co jest, nie jest gorsze, nie jest lepsze niż było. Tak będzie zawsze. Życie jest kryzysem. Kultura jest nieustannym kryzysem. Nie ma nic prócz kryzysu.
- Zaczynasz mówić mulim głosem, chrząkać jak muł z Salamanki - natrząsał się El Greco.
Oczy mu teraz fosforycznie płonęły. Od tych płomieni mnożyły się płonące plamy na powierzchni i z każdej opadał ciężki słup sięgający aż do dna.
- Trwajmy we śnie - powiedziałem pokornie. - Czuję ołów na oczach, czuję ołów na sercu. Na nogach, na rękach. Opadam na dno, opadam na dno. O, senne posłanie, łoże godowe...
Gdy dotknąłem dna, płonące słupy zgasły. El Greco był znowu tylko cieniem, wysokim drzewem chwiejącym się nad wodą we wszystkie strony.
- Będziesz przeklęty za nieczułość, za lenistwo serca, za ślepotę oczu - smagał wodę biczami cieni.
- Daj mi spać. Może się już nie zbudzę. Może zbudzą się inni do innego świata. Do przemienionych ludzi.
Jakże nierozumna jest twoja pociecha.
- To nie pociecha. To właśnie rozpacz. Pragnę, aby nią ocalił się twój obraz. Daj mi spać. Daj mi spać.
El Greco zamierzył się gwałtownie, że noc weszła w noc: jednym ruchem zdarł płótno i ciemną zasłonę, która mnie okrywała.
Zbudziłem się z krzykiem. Za oknami kłębiła się gorąca, ruda, bezkształtna mgła - jak po dopełnieniu się kosmicznej apokalipsy.
Wiadomości 34/334, 24 sierpnia 1952
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||