WSPÓŁ-ZEK SASZY





IZABELLA WRÓBLEWSKA


     Jerzy Węgierski ma dziś 83 lata. Jest emerytowanym profesorem i doktorem habilitowanym Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. W swojej specjalności opublikował trzy ksiażki i około 150 artykułów naukowych. Jednocześnie jest jednym z wielu cichych bohaterów Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna.

     W tym monumentalnym dziele Sołżenicyna nazwisko Jerzego Węgierskiego wymienione jest dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy autor opisuje osoby, które

     "w świecie ludzi zniwelowanych, pozbawionych cech własnych osobowości, zachowały pełnię ognia wewnętrznego. [...]

    Zdarzyło się, że chciałeś na budowie zmierzyć, ile właściwie muru przybyło. Biegniesz więc do dziesiętnika, też zeka - żeby poprosić o składaną miarkę. Miarki tej dziesiętnik pilnuje jak oka w głowie, a nie zna cię przecież z twarzy, brygad tu wiele. A jednak ten skarb ci ufnie powierza (jak na obóz - to po prostu idiotyzm!). A kiedy mu tę miarkę zwracasz, jeszcze ci pięknie podziękuje.

     Jak też takie dziwadło może być dziesiętnikiem w obozie? Mówi z akcentem. Ach, okazuje się, że to Polak, nazywa się Jerzy Węgierski. Jeszcze o nim usłyszymy."

     Węgierski mieszkał w obozie gułagu razem z przyszłym Noblistą w jednym baraku. Pracowali w tej samej brygadzie. Jest człowiekiem, o którym nienawykły do pochwał Sołżenicyn pisał, opisując strajk głodowy więźniów. A sytuacja była wówczas bardzo trudna, ponieważ z każdym dniem ubywało strajkujących. Z walki o swoje prawa rezygnowali kolejno mieszkańcy baraku. W końcu jedynym człowiekiem zdecydowanym na kontynuację głodówki był zek Jerzy Węgierski. Sołżenicyn tak o tym napisał:

    "I tu zrozumiałem, co to jest polska duma - i na czym polega sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania [...]. Gdybyśmy wszyscy byli tak dumni i nieustępliwi - to jaki tyran by się ostał? [...]

     Polak, inżynier Jerzy Węgierski [...] odsiadywał ostatni, dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego złego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy i wyrozumiały. A teraz - twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością, donośnie: "Brygadzisto!, mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę!"

     Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany - i nie wstał. Myśmy w nocy poszli jeść - a ten nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty - nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności."

* * *

     Ostatnio w krakowskim Dzienniku Polskim ukazał się wywiad z Profesorem Jerzym Węgierskim. Wywiad przeprowadził i historię jego życia przypomniał Krzysztof Maćkowski. *)

     Jerzy Węgierski urodził się we Lwowie 83 lata temu. Chociaż mieszkał tam prawie trzydzieści lat, nie uważa się za typowego lwowiaka. Jego ojciec był warszawiakiem, a matka krakowianką, dlatego nie ma nawet typowego lwowskiego akcentu. Kiedy chodził do lwowskiego liceum myślał o studiach polonistycznych. Ale przed humanistą rysowały się wówczas trudne perspektywy ze względu na panujące bezrobocie. Poszedł więc na Politechnikę Lwowską, co jak się okazało, bardzo mu w życiu pomogło. Dzięki temu w obozach sowieckich mógł pracować jako technik.

     Zaraz po studiach, na rok przed wojną, znalazł pracę na budowie zakopiańskiej stacji kolejowej. Tam przyszło zafascynowanie górami, przyszły wspinaczki po Tatrach. Pamięta, kiedy pod koniec sierpnia roku 1939 bawiący w Zakopanem prezydent Mościcki i wojskowi z jego świty zapewniali, że Polsce nic nie zagrażało.

     Tymczasem juz rankiem pierwszego września w biurze na stacji w Zakopanem nie działały nawet telefony. Zdecydował się powrócić do Lwowa. Gehennna Września. Zatarasowane bydłem drogi, ludzie na wozach konnych, z całym swoim dobytkiem, w panice uciekający na wschód.

     Wreszcie upragniony Lwów. Węgierski wspomina:

     "Za najbardziej tragiczny moment początku wojny uważaliśmy wkroczenie do Lwowa Armii Czerwonej. To brudne, słabo uzbrojone wojsko wydawało się nam śmieszne i godne pogardy, nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy ze skuteczności NKWD."

     Miał się o tym przekonać dopiero kilka lat później. Na razie związał się z niepodległościowym podziemiem. Wkrótce potem był już żołnierzem ZWZ/AK. W 1944 roku brał udział w Akcji "Burza".

     Po latach starał się przywrócić pamięć o AK-owcach z Ziemi Lwowskiej. Od końca lat 60-tych zbierał materiały dokumentujące ich walkę. Spisywał na maszynie relacje, gromadził zdjęcia, wszystko oprawiał u znajomego introligatora. I przyszedł czas, kiedy mógł już te materiały opublikować w dwóch książkach: W lwowskiej Armii Krajowej i Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941. **)

     Ale to było później. Wcześniej, bo w lutym 1945 roku, w ostatnich miesiącach wojny został aresztowany przez NKWD. O torturach wspomina niechętnie. Od tamtego czasu nie słyszy na jedno ucho. Przypomina dziś, że przed laty popełnił zbrodnię. Pomimo tego, że walczył przeciwko Niemcom, z rzekomo sojuszniczą wówczas Armią Czerwoną, za "przynależność do nielegalnej organizacji działającej na terenie Ukraińskiej Republiki Sowieckiej" otrzymał wyrok 10 lat łagru.

     Początkowo został zesłany do obozu we Lwowie, potem do Połowinki na Uralu. Tam pracował przy budowie tamy z konstrukcji żelbetowych i kamieni. Z zawodowego punktu widzenia było to dla niego bardzo ciekawe przedsięwzięcie. Poza tym piękna okolica, tajga, śnieg na stokach. Ale zdrowie mu nie dopisywało, był nawet "pensjonariuszem" miejscowego szpitala. Po wyjściu pracował w obozowym biurze projektów.





     Od 1947 roku przez ponad półtora roku przebywał w Saratowie, gdzie więźniowie budowali fabrykę. Do dzisiaj nie wie co tam miano produkować. W 1949 roku na terenie Związku Sowieckiego powstały specjalne łagry przeznaczone dla więźniów politycznych, tzw. Spec-obozy. Regulamin w nich był mniej surowy, niż w obozach katorżniczych, ale bardziej ostry niż w zwykłych.

     Trafił do miejscowości Spassk. Z obozu codziennie wywożono dwa samochody trupów. Jemu udało się przeżyć. We wrześniu 1949 roku nastąpiła kolejna zmiana: łagier w Ekibastuzie i praca w kopalni węgla. Pokład grubości 100 metrów, kilkanaście metrów pod powierzchnią. Tam poznał Sołżenicyna.

     W obozie była jakaś tajna organizacja, złożona głównie z członków UPA, która zajmowała się unieszkodliwianiem donosicieli. Kiedy donosiciele schronili się w obozowym więzieniu, część więźniów chciała podpalić budynek. Sowieckie władze rozkazały strzelać do każdego, kto pojawił się poza barakiem. Kiedy zginęły osoby postronne, wśród więźniów spontanicznie zapadła decyzja głodówki - protestu przeciwko strzelaniu do ludzi i warunkom panującym w obozie.

     Strażnicy rozpoczęli represje, izolując poszczególne brygady. Z dnia na dzień ubywało głodujących i w pewnym momencie z protestu zrezygnowała brygada Sołżenicyna. Dziś wspomina Węgierski: "Wkurzyłem się, kiedy Sasza [Sołżenicyn - IW] powiedział mi, że kończymy protest i idziemy na kolację. Zostałem."

     Po głodówce trafił do więzienia w Dżezkazganie. Ciężko chorował, nie mógł nic jeść. Był bliski śmierci. Na szczęście felczerem był tam Ukrainiec. I to nie dość, że krajan ze Lwowa, to jeszcze z tej samej ulicy. Aby ratować Węgierskiego odważnie sfałszował wyniki badań i dzięki temu chorego zabrano do lepszego szpitala, gdzie jakoś udało mu się wydobrzeć.

     Potem wrócił do więzienia, które dziś dobrze wspomina. Siedział z paroma zawodowymi bandytami. Nazywano ich "lordami." Byli pewnego rodzaju arystokracją obozową i nie wypadało im nawet ciężko pracować.

     Po śmierci Stalina i Berii zlikwidowano Spec-obozy i więźniom zaczęto nawet płacić za pracę. Z wypłaty potrącano oczywiście koszty utrzymania, zresztą podobno sprawiedliwie. Dawano też nieco lepsze jedzenie. Dziś Węgierski uważa, że miał szczęście. Obozy, w których przebywał znacznie różniły się warunkami od tych opisywanych przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

     Na wolność wyszedł w sierpniu 1954 roku i osiedlił się w Kazachstanie. Tam się ożenił i postawił domek. Domek stawiało się w jeden dzień, prosto z ziemi. Rok później zaczęła się repatriacja Polaków z terenów Związku Sowieckiego. Do Lwowa nie miał po co wracać, przyjechał pociągiem na Śląsk. Tam przebywali jego koledzy z Politechniki Lwowskiej. Pomogli mu znaleźć zajęcie. Pracował w biurach projektów górniczych, kierował zakładem naukowo-badawczym instytutu resortowego Polskich Kolei Państwowych w Katowicach. Doktoryzował się na Wydziale Górniczym Politechniki Śląskiej, habilitował na Wydziale Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Działał w "Solidarności." Na początku stanu wojennego przeszedł na emeryturę.

* * *

     Listy od Aleksandra Sołżenicyna trzyma w domowym archiwum. Większość z lat 1963 i 1964, ostatni z lat siedemdziesiątych. Mówi:
     "Wspominam go jako bardzo sympatycznego człowieka. Cały czas prowadził notatki, coś tam sobie zapisywał. W obozie obowiązywała zasada, że nikt się nikogo nie wypytywał, co robi, czym się zajmuje. Myślałem, że może jest rusycystą i spisuje sobie więzienny żargon.

     Sam nie pamiętałem go z nazwiska. Kiedy na początku lat 60-tych przeczytałem w jednym z tygodników kilka odcinków Jednego dnia Iwana Denisowicza, opisywana rzeczywistość obozowa wydała mi się bardzo bliska. Wreszcie uświadomiłem sobie: przecież to jest obóz w Ekibastuzie! Nazwisko Sołżenicyn nic mi jednak nie mówiło. Dopiero jak zobaczyłem fotografię autora - poznałem. To był Sasza."

     Napisał od razu do Sołżenicyna list. Jakiś czas potem ten przysłał mu egzemplarz Jednego dnia, drukowany w Roman Gazieta w 1963 roku z dedykacją i pozdrowieniami w środku.

     Kilka lat później Węgierski wyjechał służbowo do Moskwy i spotkał się z rodziną rosyjskiego pisarza. Już wtedy dowiedział się, że Sasza zamierzał o nim napisać w swojej kolejnej książce, ale obawiał się, że może mu tym zaszkodzić. W końcu i tak napisał.

     Profesor Węgierski czyta książki rosyjskich twórców w oryginale. Uważa, że język rosyjski jest w zasadzie nieprzekładalny, w szczególności jeśli chodzi o specyficzny obozowy żargon i piętrowe metafory.

     Kiedy za prezydentury Lecha Wałęsy pojechał do Katynia, miał się tam spotkać z Sołżenicynem. Autor Archipelagu Gułag zaproszenie przyjął, kiedy dowiedział się, że przyjedzie Węgierski. W ostatniej chwili jednak zrezygnował. Jerzy Węgierski uważa dziś, że Sołżenicyn jest wielkim człowiekiem, ale w ostatnich latach stał się narodowym prorokiem Rosji i być może już teraz nie napisałby tak ciepłych słów o nim samym.



*) Dziennik Polski 73 (16 346), Kraków 27 marca 1998, str. 44.

**) Jerzy Węgierski, W lwowskiej Armii Krajowej, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989, str. 315;
Jerzy Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941, Editions Spotkania, Warszawa 1991, str. 432.








Copyright © 1997-2007 Zwoje