
Drogi Panie Gustawie,
Z radością podejmuję propozycję wymiany myśli z Autorem, którego tak bardzo cenię za wielki realizm w ocenie bolesnych kart najnowszej historii Polski. Odnajdywana w Pańskich tekstach lekcja krytycznego realizmu ma szczególną wartość, gdy wiele osób, z którymi ongiś dzieliliśmy wspólny szlak wędrówki, znalazło sobie obecnie nowych towarzyszy drogi, inne zaś przyjęły postawy sugerujące, że dla zachowania humanistycznej wizji świata naczelną cnotę winna stanowić naiwność albo też (przejściowy przynajmniej) zanik pamięci. Z tych samych powodów cenię przywołanie w Pańskiej korespondencji nazwiska Leszka Kołakowskiego. Jego odpowiedzialność intelektualna stanowi niezbyt częste zjawisko w epoce, w której wiele salonów ceni przede wszystkim lokalną wersję intellectual correctness, stawiając błyskotliwy slogan nad elementarną troskę o związki wynikania logicznego. Jego uczciwe osobiste obrachunki z marksistowską przeszłością winny prowadzić do wyrzutów sumienia u tych wszystkich, którzy z etapu umysłu zniewolonego ostro weszli w stadium sumienia znieczulonego, uznając wszelkie kwestie moralne za przejaw moralistyki w złym guście. Te dwie racje sprawiły, że kiedy w lipcu ubiegłego roku zakończyłem me wykłady w Oksfordzie, pierwszą czynnością, którą podjąłem, było wyszukanie w książce telefonicznej numeru telefonu do Kołakowskich, by móc złożyć im wizytę i powiedzieć, jak bardzo bliskie moim poglądom pozostają niektóre oceny formułowane przez Pana Leszka.
Jestem przekonany, że w obecnej epoce wielkiego przyśpieszenia zdarzeń i widocznego rozmycia podstawowych kategorii etycznych jest nam szczególnie potrzebna międzyludzka solidarność aksjologiczna, w której - bez względu na dzielące nas różnice - będziemy poszukiwać dziedziny wspólnego zatroskania o te wartości, bez których może zostać zubożona i okaleczona wielka tradycja znamienna dla istot opatrywanych dumnym mianem animal rationale. Potrzebę tej solidarności między wszystkimi ludźmi dobrej woli widać szczególnie wyraziście, gdy patrzy się na przemiany kulturowe obecnej epoki. Pańskie osobiste doświadczenia życiowe uczyły Pana zarówno etyki, jak i metafizyki "metodą empiryczną," gdy osobiste doświadczenie "innego świata" łagrów ukazywało prawdę, którą trudniej było uznać francuskim recenzentom specjalizującym się w akademickim dzieleniu włosa na czworo. Moje pokolenie, formowane już całkowicie w epoce budowy "najpiękniejszego z ustrojów," wzrastało w klimacie, w którym żywa była pamięć zarówno hitlerowskiej, jak i stalinowskiej wersji totalitaryzmu. W ramach obowiązkowych lektur szkolnych czytaliśmy Medaliony Nałkowskiej z opisaną tam przerażającą wersją pragmatyzmu, który w ramach troski o estetykę księgozbioru pozwalał na wykorzystanie ludzkiej skóry do oprawy książek. W ciągu zaledwie trzydziestu lat, które minęły od tamtych lektur, wypracowano nowe wersje pragmatyzmu, uwolnione od wcześniejszych metafizycznych dreszczy i inspirowane całkowicie odmienną wersją estetyki. W tej nowej perspektywie, kiedy chcę w supersamie kupić szampon do włosów, odnajduję na tym samym stoisku szeroki wybór charakterystycznie opakowanych kosmetyków, do których produkcji użyto składników z tkanek dzieci zabitych przed narodzeniem. Chciałem niedawno sprawdzić, jakie składniki wymienia się wśród produktów wykorzystanych do produkcji podobnych kosmetyków. W nadruku umieszczonym na pakowaniu dominowała informacja: "produkt nie był testowany na zwierzętach." Otrzymujemy tutaj gorzką wersję współczesnego humanizmu, w której zasady humanitarnego działania rozciąga się jedynie na świat zwierząt niższych, ignorując istoty opatrywane mianem homo sapiens. Ta szokująca postać miłości do zwierząt pozostaje wymownym przejawem intelektualnych przemian epoki, w której miejsce dawnej metafizyki zła zajęła kosmetyka naskórka.
Nie wolno nam się obrażać na rzeczywistość i trzeba szukać dialogu także z tymi, którzy skłonni byliby pisać "Medaliony pragmatyków?, zastępując w nich kategoriami estetycznymi wszelkie wartościowania moralne. Musimy jednak mieć świadomość tego, iż płynący czas będzie pogłębiał wiele niepokojących zjawisk, które pojawiają się jako zagrożenia i wyzwania chwili obecnej. Dokonująca się obecnie rewolucja informacyjna może pochłonąć jeszcze więcej ofiar niż uczyniła to rewolucja październikowa. Zazwyczaj porównuje się przemiany przyniesione przez Internet do zmian spowodowanych przez wynalezienie druku przez Gutenberga. Problem w tym, iż zastosowania druku przebiegały jako długotrwały i względnie powolny proces rozłożony w czasie. Zakupowi książek towarzyszyły poważne wydatki, lektura publikacji wymagała zaś pewnych predyspozycji intelektualnych, m.in. umiejętności czytania. Dziś można być półanalfabetą i korzystać z dobrodziejstw stwarzanych przez telewizję satelitarną czy Internet. Wystarczy umieć operować przyciskiem pilota albo odpowiednio "kliknąć" myszką, stosownie do sugestii oferowanych przez graficzne ikony widoczne na monitorze. W atmosferze informacyjnego przesytu można chłonąć do oporu kulturowy bigos, w którym wartościowe programy mieszają się z reklamową propagandą, artystycznym kiczem czy zwykłym szumem informacyjnym. W perspektywie tej można łatwo "zaobrazkować się" na śmierć, zacierając różnice między kolorową rzeczywistością wirtualną a szarym światem naszej codziennej egzystencji. Kulturowa papka, która znacznie silniej angażuje siatkówkę oka niż szare komórki mózgu, może łatwo generować postawy intelektualne, w odniesieniu do których nawet określenie "półinteligent" okaże się niezasłużonym komplementem.
Nawet osoby, które nie podzielają kompleksu humanisty przerażonego przez komputer, czują jak wiele jakościowo nowych zagrożeń pojawia się w tej sytuacji. Czasem piszą do mnie listy, proponując, aby Kościół na wzór imprimatur praktykowanego w publikacjach książkowych wprowadził internetur, wspierając swym autorytetem niektóre z opracowań dostępnych w Internecie. Mój sceptycyzm wobec podobnych propozycji wyrasta nie tylko z zastrzeżeń językowych co do łacińskiego charakteru wprowadzanych neologizmów. Obawiam się, iż rozciąganie tradycyjnych praktyk na jakościowo nowe zjawiska może nam poprawiać samopoczucie, w praktyce pozostanie jednak bardzo mało skuteczne. Dlatego też znacznie bardziej sensowna wydaje mi się zawarta w Pańskim liście propozycja, aby w kręgu intelektualnych wpływów Kościoła uwzględniać konsekwencje płynące z wcześniejszych doświadczeń KIK-ów. Może nie inwestowałbym w samą zmianę nazwy, natomiast podjąłbym tam szerokie dyskusje na temat stanu polskich sumień i hierarchii wartości. Środowiska Klubów Inteligencji Katolickiej potrafiły skutecznie przeciwdziałać ideologicznemu praniu mózgów, kształtując postawy niezależności intelektualnej i szacunku dla praw człowieka wówczas, gdy wartości te - delikatnie mówiąc - nie cieszyły się nadmiarem miłości ze strony przedstawicieli totalitarnej władzy. Dziś, gdy ci sami przedstawiciele epatują swoją platoniczną miłością do Europy, liberalizmu, demokracji, a nawet socjaldemokracji, potrzeba nam wspólnot krytycznej refleksji, byśmy nie dopuścili do nowej formy totalitaryzmu salonowego, w którym więzi towarzyskie stają się ważniejsze od uzasadnionych ocen i od elementarnego poczucia moralnej odpowiedzialności za dramaty najnowszej historii.
Nikt z nas nie dysponował prostymi środkami, które pozwoliłyby w warunkach wolnej Polski zachować ostrość etycznego widzenia pokomplikowanych polskich losów. Niektóre formacje, kontynuując styl Orwella, który zawsze był im bliski, usiłują obecnie konsekwentnie wnosić retusze historyczne za pośrednictwem rozmywania podstawowych pojęć. Niektórzy ze znanych liberałów zapragnęli zademonstrować swą wolność przez stylowe picie bruderszaftu z Kainem, sugerując, iż najstosowniejszym zajęciem umożliwiającym złagodzenie dramatu niewinnej krwi Abla okazuje się właśnie picie bruderszaftów. Agresja wyzwalana w wewnętrznych walkach kanapowych partii skutecznie prowadziła do niszczenia autorytetów tych, którzy nie chcieli się związać z żadną kanapą albo nawet mieli odwagę twierdzić, iż nie interesuje ich kanapa jako taka. Doszło jeszcze do tego poczucie zagubienia i bezsilności środowisk odreagowujących boleśnie tę wersję chrześcijaństwa obrządku prywatnego, w którym nauczanie Ojca Świętego usiłuje się traktować ex aequo z komentarzami politycznymi ojca Rydzyka. Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której szczególnie cenne okazuje się poszukiwanie duchowej solidarności ze wszystkimi, których łączy wiara w możliwość wyrazistych rozróżnień między dobrem i złem moralnym, wiernością i zdradą, świadectwem prawdy a popisem demagogii. Cieszę się, że to poszukiwanie podstawowej człowieczej solidarności możemy zapoczątkować na łamach Więzi, miesięcznika, którego młodą ekipę redakcyjną szczególnie cenię zarówno za niezależność intelektualną, jak i za umiejętność podejmowania ważnych i trudnych problemów współczesności.
W naszych poszukiwaniach musimy przyjąć jako stan normalny to, iż wiele kwestii będzie ustawicznie różnić także ludzi dobrej woli. O niektórych naszych różnicach wspomniałem w naszej wcześniejszej korespondencji. Jest dla mnie całkowicie zrozumiałe, że Umberto Eco i kardynał Martini różnią się poglądami co do kapłaństwa kobiet. Dziwiłbym się, gdyby było inaczej. Także cytowane zdanie odmawiające transcendencji Bogu Spinozy nie dla wszystkich bynajmniej jest oczywiste. W ostatnim roku uczestniczyłem w dwóch sesjach naukowych, podczas których broniono tez dokładnie przeciwnych i sugerowano, że to powierzchowne rozumienie Spinozjańskiego Deus sive natura prowadzi do przypisywania Spinozie w dziedzinie filozofii Boga poglądów, od których był on bardzo daleki. Z przytoczonych przez Pana opinii, najtrudniej byłoby mi zrozumieć motywy, które sprawiły, że przyjaciel Umberta Eco posunął się do sugestii, iż tylko ateista może kochać swoich bliźnich. Wersja przewodniej siły w kochaniu bliźnich budzi moje opory z kilku powodów. Staram się jednak wniknąć, jak bardzo różne mogą być doświadczenia świata, których następstwem pozostają później tak skrajne sformułowania. Przy dobrej woli i zastosowaniu metodologii znanej z kart Małego księcia można usiłować przezwyciężyć te różnice, aby poszukiwać środków ochrony tych podstawowych wartości, które zespalają chrześcijaństwo z tradycją sokratejską oraz z dziedzictwem Oświecenia.
We współczesnych polemikach można znaleźć głębokie niespójności w ocenie tradycji oświeceniowej. Z jednej strony usiłuje się w stylu postmodernistów deprecjonować rozum, naukę i tzw. wartości absolutne, z drugiej strony przedstawia się tolerancję i szacunek dla mniejszości jako niekwestionowalną wartość absolutną. Lyotard kwestionuje możliwość prowadzenia między systemowego dialogu, ale twierdzi, że absolutnie w każdym systemie należy uznać amerykańską interwencję w Wietnamie za moralne zło. Wspólna refleksja nad podobnymi niekonsekwencjami mogłaby złagodzić zapał tych sympatyków popularnego sloganu, którzy z wpływowych nurtów przyswoili sobie głównie ogólniki głoszące, iż wszystko jest względne, tzw. prawda stanowi zaś wynik kulturowych uwarunkowań i grozi nam nową formą imperializmu intelektualnego.
Głębokie sprzeczności między praktyką i teorią Oświecenia były widoczne od samych jego początków. Rewolucja Francuska sławiła braterstwo i niosła śmierć braciom z Wandei, którzy okazywali mniejszy zapał do podziwiania jej haseł. W imię idei wolności zapełniano więzienia, aby zaś zasadzie równości nadać konkretny sens empiryczny, zaczęto szeroko stosować gilotynę jako instrument eliminujący lokalne nierówności. O kryzysie idei oświeceniowych można było więc mówić od momentu ich narodzin. Być może wynikiem przesytu i znudzenia naszej epoki jest to, iż właśnie obecnie skierowano ostrze krytyki w stronę tych zasad, które pozostają tak ważne dla dziedzictwa kultury europejskiej. Po szoku, jakiego dostarczyły nam krematoria Oświęcimia i łagry Kołymy, wiele osób pytało, czy można jeszcze uprawiać metafizykę po Oświęcimiu i rozwijać sztukę po Kołymie. Pół wieku później okazało się, że nie tylko można, ale nawet z programową autoironią można zacierać różnice między metafizyką i tekstem kabaretowym, między dziełem sztuki i kiczem, oprawcą i ofiarą, pisarzem i pismakiem. Postawy, którym poświęcił Pan wiele cierpkich uwag na kartach Dziennika pisanego nocą, przedstawiając sfrustrowane środowiska zachodniej lewicy - usiłuje się usprawiedliwiać obecnie w naszym życiu kulturalnym podnosząc je do rangi symboli postępu i wyzwolenia. Osobiście ufam, iż pozostaną one przejawem fascynacji na krótki dystans. Nie pocieszajmy się jednak zbytnio parametrami czasowymi i pamiętajmy, że faszyzm niemiecki również nie trwał długo. Przeciwdziałanie jego złu było jednak o tyle łatwe, że rasistowskie idee nawet po przykryciu retoryką Ubermenscha jawiły się jako prymitywna postać zła. W retoryce współczesnego relatywizmu zło zostaje zbanalizowane i okryte głęboką warstwą zdroworozsądkowych sloganów wyciszających wewnętrznie.
Mimo to wierzę, iż w wielu środowiskach przetrwała niezmiennie wrażliwość moralna, która nadaje dodatkowy sens podejmowanej przez nas wymianie myśli. Podczas różnorodnych spotkań z przedstawicielami świata nauki widzę, z jak wielkim rezonansem przyjmowane jest przez nich przesłanie Jana Pawła II do twórców kultury i nauki. Pod jego wpływem odzyskują wiarę w siebie ci, którzy czują się kompetentni w dziedzinie fizyki czy matematyki, nie chcą natomiast występować w roli autorytetów z zakresu etyki. Dopiero papieskie słowa, broniące sensu, harmonii i życia, umocniły w nich przekonanie, iż nie są osamotnieni w swych poglądach sięgających tradycji, którą symbolizują imiona Sokratesa i Jezusa.
Przywodzę na pamięć jedno z moich spotkań ze środowiskiem akademickim z Wydziału Filozofii Uniwersytetu w Buenos Aires. Dominowali w nim przedstawiciele fenomenologii, który to kierunek nie jest szczególnie bliski mym zainteresowaniom. Z początku byliśmy symetrycznie onieśmieleni. Ja dlatego, że nie znałem realiów Argentyny, w której znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Oni, pozbawieni bliższych więzi z Kościołem, obawiali się, żeby nie popełnić jakiegoś językowego faux pas przez to, że na przykład nazwą ekscelencję eminencją albo, co gorsza, odwrotnie. Dopiero, gdy zapytałem o wpływy ideologii lewicy w środowiskach akademickich Argentyny, przełamane zostały wcześniejsze opory. W pełnych pasji i bólu sformułowaniach przedstawiano mi dramat środowisk, które zamiast wnikliwej analizy intelektualnej praktykują propagandowy slogan. Od krytyki sloganu pełnego zachwytów dla głębi myśli Lenina i Trockiego moi rozmówcy przeszli w stronę oceny substytutów racjonalnej refleksji proponowanych w postmodernizmie. Słuchając ich krytycznych uwag na temat lokalnych fascynacji Michelem Foucault czy Richardem Rortym miałem wrażenie, że znamy się od dawna i że zarówno moi agnostyczni rozmówcy i ja jako biskup należymy do tej samej rodziny ludzkiej kształtowanej przez wartości, które rozwijały się w kręgu kultury śródziemnomorskiej.
Wierzę, iż podobna więź może współcześnie jednoczyć wiele środowisk, które dostrzegają, iż znudzenie generujące apoteozę sloganu i bezmyślności może nieść zagrożenia nie mniejsze od tych, które znamy z najbardziej dramatycznych kart najnowszej historii.
Refleksje te wpisuję do komputera wieczorową porą w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Z radia płynie śpiew kolęd zwiastujący pokój wszystkim ludziom dobrej woli, liturgia zaś dzisiejszego dnia przypomina św. Szczepana, pierwszego chrześcijańskiego męczennika, dla którego prawda nie była teoretycznym abstraktem, gdy płacił za nią cenę życia. Myśląc o bogactwie treści zawartych w Pańskim liście, ufam, iż przez wspólną refleksję uda się nam poszerzyć krąg osób dobrej woli, które w osobistym świadectwie godności i prawdy nie cofną się przed żadną ceną.
Pozdrawiam Pana bardzo serdecznie i życzę, by Pańskie bogactwo doświadczenia i przemyśleń wyniesionych z "innego świata" pozwoliło czynić nasz obecny świat bardziej ludzkim.
abp Józef Życiński
Lublin, 26 grudnia 1997
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||