Przedrukowujemy wymianę listów między Gustawem Herlingiem-Grudzińskim a Arcybiskupem Józefem Życińskim, opublikowaną w miesięczniku Więź 2/1998. Sugestia publikacji tej korespondencji w Zwojach pochodzi od Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Mamy nadzieję, iż Abp. Józef Życiński przyjmie z zadowoleniem swój list w Internecie. Teksty obu listów otrzymałem elektronicznie od Pani Joanny Suchożebrskiej.   (AMK)




LIST DO ARCYBISKUPA
JÓZEFA ŻYCIŃSKIEGO

METROPOLITY LUBELSKIEGO





GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI


     Księże Arcybiskupie, korespondencyjnie znamy się od około dziesięciu lat, znacznie dłużej zaś z wzajemnych lektur. I jedno, i drugie wzmacniało we mnie z każdym rokiem przekonanie, że w wielu sprawach nasze myśli, uczucia i reakcje są dość zbliżone. To samo przekonanie przebijało z listów Księdza Arcybiskupa.

     Kiedy więc redaktor Więzi Cezary Gawryś zaproponował mi, za zaszczytną dla mnie zgodą Księdza Arcybiskupa, dwugłos na łamach miesięcznika na jakiś wybrany i ważny dla nas temat, przyjąłem jego propozycję z radością i satysfakcją. Jako wzór takiego dialogu Redaktor Gawryś podsunął wydaną ostatnio we Włoszech (przez czasopismo Liberal) książeczkę In cosa crede chi non crede? - W co wierzy ten co nie wierzy). Jest to wymiana listów pomiędzy Arcybiskupem Mediolanu, Kardynałem Carlo Martinim, i głośnym pisarzem włoskim Umberto Eco. Pomyślałem natychmiast, że właśnie ta książeczka winna być nie tylko wzorem, ale i tematem naszego dialogu. Dodam en passant, że Kardynał Martini zdaje się przywiązywać dużą wagę do podobnych dialogów. W znanym włoskim periodyku Micromega ukazała się nie tak dawno jego rozmowa z laickim (i lewicowym) filozofem Massimo Cacciarim, burmistrzem Wenecji. Przeczytałem ją dwukrotnie z wielką uwagą, podziwiając ogromne wykształcenie filozoficzne obu rozmówców, ale równocześnie ubolewając w duchu nad własnym niedokształceniem filozoficznym.

     Książka składa się z czterech krótkich dialogów. Przywiązuję szczególną wagę do ostatniego i na nim zamierzam się skoncentrować, ale poczuwam się wobec czytelnika do obowiązku pobieżnego streszczenia pierwszych trzech, aby dać mu od razu pewne pojęcie, o czym i jak dyskutują włoski purpurat i przyszły włoski (prawdopodobnie) "noblista." Umberto Eco, o czym też należy uprzedzić czytelników Więzi, jest nie tylko powieściopisarzem, lecz także profesorem Uniwersytetu w Bolonii (jako semiolog).

     Pierwszy dialog rozpoczyna Eco refleksją o "laickiej obsesji Apokalipsy." Pisarz ryzykuje twierdzenie, że myśl o końcu czasów jest dziś bardziej typowa dla świata laickiego niż dla świata chrześcijańskiego.

     Świat chrześcijański czyni z niego przedmiot medytacji, świat laicki natomiast udaje co prawda, że go ignoruje, lecz w rzeczywistości obsesyjnie nim żyje. Nie jest to wszakże postawa całego świata laickiego, jego część zwraca się po chrześcijańsku ku Nadziei. Do Nadziei nawiązuje Kardynał Martini: W każdej Apokalipsie zawarty jest wielki ładunek Utopii z Nadziei, połączony wszelako z rozpaczliwą niewiarą, w teraźniejszość. Nadzieja więc łączy obu rozmówców. Mówiąc to, Kardynał podkreśla różnicę między "końcem" (la fine) i "celem" (il fine). Więcej nawet - Nadzieja według niego sprawia, że myśl o "końcu" może się przekształcić w myśl o "celu."

     Umberto Eco wprowadza również drugi dialog. Wprowadza go pytaniem: Kiedy zaczyna się życie ludzkie? Czyli problem aborcji. Jestem zdania (powiada), że narodziny dziecka są rzeczą cudowną, są naturalnym cudem, który wymaga zgody. A przecież: Nie śmiałbym narzucić nikomu tej mojej pozycji etycznej. Sądzę, że istnieją straszne chwile, o których mało wiemy, i w których kobieta ma prawo powziąć autonomiczną decyzję dotyczącą jej uczuć, jej przyszłości. Stając na takim stanowisku (antyabortysty z zasady, abortysty w wyjątkowych wypadkach), Eco skupia się na postawionym na wstępie pytaniu. Nie ma wątpliwości, że życie ludzkie zaczyna się od pierwszej chwili zawiązania płodu w łonie matki. Ale nie jest dla niego początkiem życia ludzkiego samo nasienie (przypomina, że w Genesis grzech Kaina potępiony jest wyraźnie Bożym przekleństwem, podczas gdy grzech Onana pociąga za sobą jego śmierć naturalną za uchylenie się od zainicjowania nowego życia). Jakkolwiek nie mówi o tym wprost, nacisk przenosi się na przyzwolenie używania środków antykoncepcyjnych, jako sposobu wykluczającego z góry groźbę aborcji. Życie ludzkie uczestniczy w życiu Boga, odpowiada Kardynal Martini. Odpowiedź, moim zdaniem, jest elegancka, lecz zbyt wyniosła i w praktyce omija problem. A problem istnieje. Do dialogu dodam, że możliwość dopuszczenia środków antykoncepcyjnych brał w rachubę pod koniec swego krótkiego pontyfikatu Jan Paweł I. Wiadomo o tym z fragmentu wspomnień jego sekretarza osobistego w tygodniku katolickim Il Sabato.

     W trzecim dialogu Eco wciąż jeszcze zabiera głos jako pierwszy. Mówi o mężczyznach i kobietach według Kościoła. Naturalnie chodzi o kapłaństwo kobiet. Opowiada się za. Używa argumentu, że pozycja współczesnej kobiety jest dziś zupełnie inna, niż była niegdyś; i zmienia się z dnia na dzień, w bardzo szybkim tempie. Odpadają stopniowo wszystkie opory i obawy, które działały w przeszłości przeciw kapłaństwu kobiet. Kardynał Martini replikuje już w tytule swojej wypowiedzi w trzecim dialogu; Kościół nie zaspokaja oczekiwań, celebruje tajemnice. Niech mi wolno będzie powiedzieć otwarcie, że lektura wypowiedzi Kardynała pozostawia w czytelniku osobliwe wrażenie: nie chcąc z takich czy innych względów przytaknąć argumentacji swego rozmówcy (do czego byłby może skłonny), Kardynał tajemnicą blokuje oczekiwanie. Na długo?

     W ten sposób doszliśmy do czwartego i ostatniego dialogu, który interesuje mnie najbardziej; i który, mam nadzieję, sprowokuje nasz dialog. Jestem głęboko przekonany, że także dla Księdza Arcybiskupa kluczem tej książeczki będzie spojrzenie kardynała włoskiego i pisarza włoskiego na zagadnienie etyki katolickiej i etyki laickiej. W naszej epoce, określonej przez Kardynała Martiniego (w podsumowaniu dialogów, które zamyka książeczkę, w podsumowaniu "na jeden głos") epoką "zagadki zła."

     Ale zanim przejdę do czwartego dialogu, cofnę się wstecz, daleko wstecz, do roku 1949, kiedy to zająłem się podobnym tematem w szkicu Dwie świętości, ogłoszonym w londyńskich Wiadomościach i przedrukowanym teraz w Godzinie cieni, ósmym tomie moich "Pism zebranych".

     Dwie świętości to świętość katolicka w powieściach Grahama Greene'a, zwłaszcza w jego powieści meksykańskiej The Power and the Glory, i świętość laicka w Dżumie Alberta Camusa. Wydawało mu się w tej chwili, że zostać świętym to prosta sprawa, trzeba tylko trochę samozaparcia i odwagi - tak rozmyśla ksiądz meksykański w powieści Greene'a, wychodząc w celi na dziedziniec więzienny, by stanąć w obliczu plutonu egzekucyjnego. Nie, nie taka prosta sprawa. Czy był świętym? Nie - jeśli świętość jest aktem wiary. Był mieszaniną odważnego i wiernego Kościołowi księdza w okresie polowania czerwonych na duchownych i grzesznika w życiu codziennym.

     - Rzecz w tym. - powiedział prawie od niechcenia Tarrou z Dżumy Camusa, że chciałbym nauczyć się jak zostać świętym. Na co doktor Rieux, ofiarny i bohaterski lekarz szpitala w zadżumionym Oranie: Ale przecież pan nie wierzy w Boga. Właśnie! odparł Tarrou, z pozoru cynik i lekkoduch, a naprawdę, jeden z rewolucyjnych świętych laickich. Czy można być świętym bez Boga? Oto jest zagadnienie, w gruncie rzeczy jedyne zagadnienie, z którym ciągle się zmagam. Wie pan - powiedział doktor Rieux - ja osobiście odczuwam więcej solidarności z pokonanymi niż ze świętymi. Przypuszczam po prostu, że heroizm i świętość nie przemawiają do mnie. Interesuje mnie jedno: być człowiekiem. - No tak - zakonkludował Tarrou. Pragniemy prawdopodobnie tego samego, tylko ja jestem mniej ambitny.

     Szkic o "Dwóch świętościach" wywołał sporo polemik; między innymi nieżyjąca już pisarka katolicka Maria Winowska dała mi, o ile pamiętam, grzecznie do zrozumienia, że przesadzam stawiając świętość laicką wyżej od katolickiej. W jakiejś mierze było to prawdą, ale tylko w jakiejś mierze - w rzeczywistości zależało mi na tym, aby je zrównać, postawić obok siebie. Także więc uradowało mnie i napełniło dumą, gdy w roku 1982 na placu świętego Piotra, podczas oficjalnej kanonizacji O. Maksymiliana Kolbe (wielkiego grzesznika przed wojną, jak wiemy z eseju Jana Józefa Szczepańskiego Święty w tomie Przed nieznanym trybunałem) usłyszałem z ust Jana Pawła II słowa zrównujące katolickiego świętego Ojca Kolbe i laickiego świętego Janusza Korczaka.

     Wracam do czwartego dialogu. Otwiera go Kardynał Martini wypowiedzią zatytułowaną Gdzie znajduje laik światło dobra? Tytuł wypowiedzi Eco jest odpowiedzią na to pytanie: Gdy wkracza na scenę inny, rodzi się etyka. Istota poglądu Kardynała tkwi w zdaniu: co jest podstawą godności ludzkiej, jeśli nie fakt, że każdy jest osobą otwartą na coś większego i wyższego od siebie. Jądro myślenia Eco kryje się w twierdzeniu: jak nas uczą najbardziej nawet laickie gałęzie ludzkiej wiedzy, to inny, to jego spojrzenie, określa nas i formuje (nawiasem mówiąc, Eco jest tu trochę spokrewniony z Gombrowiczem, ale głęboko spokrewniony z Conradem, jego etyka laicka zbliża się do conradowskiej zasady godności ludzkiej).

     Kości są rzucone. Kardynał Martini posuwa się aż do cytowania książki teologa Hansa Kunga Projekt etyki światowej: Moralność, normy i wartości etyczne muszą wiązać bezwarunkowo (a nie tylko, gdy to wygodne), a więc uniwersalnie (wszystkie klasy i rasy). Ludzkie jest utrzymywane właśnie o tyle, o ile jest oparte na Boskim. Stało się jasne, że jedynie bezwarunkowość może zobowiązywać w sposób absolutny, jedynie Absolut może wiązać w sposób absolutny.

     Coś większego i wyższego od osoby ludzkiej, Absolut, w końcu Bóg. A Eco? Nie cofa się przed przytoczeniem paradoksalnego okrzyku swego przyjaciela: Papież Jan XXIII musi być ateuszem. Tylko ten co nie wierzy w Boga, może tak kochać swoich bliźnich. Po czym: Osoba, która nie przeżyła nigdy doświadczenia transcendencji, albo je utraciła, potrafi nadać sens własnemu życiu i własnej śmierci, znajdując pociechę tylko w miłości do innych. I wreszcie Etyka Spinozy: Wiemy dobrze, że Bóg Spinozy nie jest ani transcendentalny, ani osobisty.

     Jakże tedy ma dla siebie znaleźć miejsce autor szkicu Dwie świętości, który stawiał co najmniej na równi świętość katolicką i laicką, ze skłonnością do wywyższenia drugiej? Sytuacje ekstremalne nie przyznają mu racji. Posłużmy się przykładem łagrów sowieckich i kacetów hitlerowskich. Wielki Warłam Szałamow, przysięgły ateista (choć syn duchownego prawosławnego), pisze w jednym ze swoich Opowiadań kołymskich, że łagry były egzaminem moralnym, i 99% więźniów tego egzaminu nie zdało; w owym jednym procencie znakomitą większość stanowili wierzący. Więzień Oświęcimia, wybitny pisarz włoski Primo Levi, jeśli nie ateista, to w każdym razie agnostyk, mówi coś podobnego w książce I sommersi e i salvati. Zatem w sytuacjach ekstremalnych etyka laicka zdaje się ustępować etyce religijnej. Zdaje się ustępować, lecz w niewielu choćby wypadkach znajduje jednak oparcie w ludzkiej godności i prawości, w wierności pewnym niepodważalnym zasadom, bez wiary w Boga czy Absolut.

     Jest bardzo ważne - powiada Kardynał Martini - aby istniał wspólny grunt dla laików i wierzących na planie etyki, w imię współpracy dla dobra człowieka, sprawiedliwości i pokoju. Pozwalam sobie zgłosić tu pewną propozycję, która być może spotka się z aprobatą Księdza Arcybiskupa. Kluby Inteligencji Katolickiej odegrały chlubnie znaczną rolę w okresie panowania komunizmu, lecz w Polsce niepodległej ta rola straciła, z natury rzeczy, swoje znaczenie. Na ich miejscu powinny powstawać Stowarzyszenia Etyczne lub Towarzystwa Etyki, stwarzając ów "wspólny grunt" do działania dla przedstawicieli etyki katolickiej i etyki laickiej. Świat, w którym żyjemy, świat niepowstrzymanego i przerażającego wzrostu Zła, bardzo tego potrzebuje. Piszę to nie tylko jako autor , którego Krzysztof Pomian (w przedmowie do francuskiego wydania Dziennika pisanego nocą) określił, jako pisarza zwróconego w stronę manicheizmu na użytek naszych czasów?. Piszę to jako autor, który ma wzrok wyostrzony na rosnące z dnia na dzień zagrożenie etyczne.

     Dobrze jest pomyśleć o patronach takiej inicjatywy. Mam przed oczami parę zmarłych patronów i dwóch żywych. Para zmarłych patronów to profesor Maria Ossowska, której wykładów o "Normach Moralnych" słuchałem tuż przed wojną na warszawskim Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego; oraz paryski pallotyn ksiądz Józef Sadzik, którego widywałem i z którym długo niekiedy rozmawiałem w Paryżu podczas mojego każdego "miesiąca lafickiego." Dwaj żywi patroni to z jednej strony profesor Leszek Kołakowski, a z drugiej obecny Metropolita Lubelski.


Gustaw Herling-Grudziński
Neapol, 1 grudnia 1997








Copyright © 1997-
2007 Zwoje