

|
Nareszcie mogę powiedzieć wszystko od A do Z nie plamiąc się brudnym słowem. Nie mogę wam przyrzec radosnej lektury ani odpoczynku nad książką moich wierszy. Chciałbym by zdania te były łagodniejsze ale nie mogę się zmusić. Tak bardzo wierzę w to co mówię że gotów jestem poddać się próbie ognia. Słowo raz powiedziane pozostanie i będzie świecić lub kopcić uzdrawiać lub czadzić całe pokolenia. Ode mnie przeto zależy jak zakiełkuje i co wyda apostołów czy zauszników. Ruchome piaski pod stopą To żadna dla mnie nowina choć wśród Kainów i Abel się zdarza. Usunięte z oczu szkielety pomordowanych dalej wołają o sprawiedliwość. Zatruta jest nasza ziemia. |
|
Nie módl się, Apostole, o zbawienie Rzymu: w legendy zapomniane dziś już nikt nie wierzy. Historia nie pamięta gallijskich olbrzymów, bo Rzym czasów dzisiejszych nie nad Tybrem leży. Jeżeli szelest słowa jest wyznaniem wiary i serce mu wtóruje rytmem krwi czerwonej, to po co ci powracać do legendy starej, uwielbiać Rzym, cezarów i rzymskie legiony? Wróć raczej do spraw naszych. My też jak poganie, mamy w księdze Historii niezatarte strony. Niczego nie nauczą nas twoi Rzymianie, a w zbrodniach palmę wzięły germańskie legiony. Nasze matki też dzieci składały w ofierze i ginęły palone w świetnych krematoriach. Więc, powiedz, Apostole, ale powiedz szczerze, w czymże może dorównać nam twoja historia ? Kiedy z twojego słowa treść świecąca bije, nasza mowa jest kłamstwem i brudem splamiona. Ty nie wiesz ile strachu moje serce kryje, bo twój Tybr był błękitny! Mój: Wisła czerwona! Ty wierzyłeś miłości, a ja prawdy szukam rozumem. Twoją wiarą kurtyn nie rozwalim. Ja muszę iść po ziemi, nie po mlecznych łukach, w snach moich wciąż Warszawa tak jak Rzym się pali. Jak groźnie dziś Historia w laur się oplata, lecz kolor mej żałoby swej barwy nie zmienił. Nie Rzym mnie dziś obchodzi, lecz zbawienie świata, którego dławi śmiercią zaraza Czerwieni. Jeżeli, Apostole, chcesz pomóc mej trwodze, to zapomnij o sobie - ratuj nasze Rzymy. I nie ucz nas rozpaczy, ale wiary wodza, wiary w świat, o którego zbawienie walczymy. Nie w Rzym! Naszych czasów już nic nie zagłuszy, ni muzyka Wagnera, ni lutnia Puszkina. Jeśli więc, Apostole, chcesz mnie słowem wzruszyć, daj mi oręż na zbrodnię, która się zaczyna. |
|
Dziwny to kraj Ta nasza Kartagina Jak medalion wiszący U szyi Bałtyku A schowany Pod butem Rosji Z niego prowadziły kiedyś Drogi w Oświecenie Do Rzymu Do Florencji W Norwidowski dom A dziś Starym gościńcem Wiedzie na Syberię Dziwny to kraj Smutny to kraj Ciemny przedsionek w Azję W przepaść. |
|
Ale u progu tak zwanego czyśćca co zobaczymy. Święty Piotr gruby jak sierżant policji, z rewolwerem kluczy za pasem, każe wszystkim ustawić się rzędem. Tak jak się to robi w wojsku lub w więzieniu i złożyć ziemski raport. Ci w nowych ubraniach, prosto od krawca będą chyba żałować wydanych pieniędzy. Ubrania ułożymy w kostkę u wylotu stóp. Patrząc na naszą bieliznę nie jeden się uśmiechnie, tyle w niej pomysłowej mody. Warga Piotra uniesie się i upadnie Ale nie wyda głosu. Wyuczonym zdaniem każe zdjąć bieliznę. Kostki pod pianą koszul tracą wojskowy rytm, ich bezład dodaje nam cywilnej otuchy. Tylko wstydliwe miejsca zasłaniamy dłońmi zgodnie z zakorzenioną w nas moralną zasadą. Ciała nasze są tak przestraszone iż boją się zetknięcia z powietrzem. Ich nagość nigdy jeszcze nie była wydana na tak otwartą pastwę. Teraz u progu tak zwanego czyśćca nie czują już w sobie ani ewangelicznego żaru ani świętego terroru, gdy słyszą głos Piotra: Panowie, proszę do gazu. A święty Piotr po wojnie uciekł do Egiptu. |
|
Na osiwiałe w ciągu jednej nocy Na wywiezione w bydlęcych wagonach Na ten popiół w który nasze matki Odchodziły bez pożegnania Na ich dłonie ciągle obecne. O egzotyko wybielonych rowów Gdzie się nad ciałem lituje tylko biel O słowa, rodzące się z uporem Pełne jak Prometeusz przykute do warg Podróżujące cieniem po rubieżach Z obolem ciszy ołowiu na wargach O zatłoczone hermetyczne sny. |
|
Adam. I Ewa narodzona z żebra ciepła jeszcze, kusi nagim ciałem Leżąc, daje Adamowi jabłko które on posłusznie weźmie i zje, jej mąż i kochanek Potem zapamiętają okrutny gniew Boga i Jego słowa które mimo lat potopów wojen obozów i pieców przetrwały do dziś by nas Piekłem straszyć. |
|
Ptakom naszym dzieje się krzywda; Gdyby miały ręce Mogłyby nosić rewolwery Porywać samoloty I podkładać bomby Pod gniazda z pisklętami wrogów. Tak jak to robią ludzie. |

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||