Aksamitem i zlotem swietnieja ksiegarnie,
Aksamitna publicznosc po ksiazki sie garnie;
A ksiegarz ceniac towar, jako mu sie zdawa,
Zlocistymi wyrazy sypie jak z rekawa;
I nam, ktorzy do druku gotujemy skrypta,
Do spartanskiej polewki dana soli szczypta.
Dzieki Bogu i za to - a czy pamietacie,
Kiedy w panskim palacu i w szlacheckiej chacie
Starczyl za wszystkie ksiazki wilenski kalendarz,
A za wszystkie gazety wioskowy arendarz ?
Dzis cala Litwa czyta, dzis wszystko jest znane,
Wiec pytasz sam u siebie: Kto sprawil te zmiane ?
* * *

Patrzcie! Ja go wam wskaze: Przyparty do sciany
Stoi Zyd siwobrody, okryty w lachmany,
Oczy krwawe, zamglone, zgrzybialosc na twarzy,
Pod pacha kilka ksiazek. To Nestor ksiegarzy!
Nie szydzcie z tej postaci! Lat szescdziesiat blisko,
Jak zajal przy tej scianie swoje stanowisko,
I przechodniom zalecal bibule i szmaty,
Za miedziana monete dal zloto oswiaty.
Gdy wielka piesn i madrosc Hellady i Romy
Gorowala nad naszej madrosci atomy,
Kiedy w slowie Platona, w Horacego nucie
Znajdowano Wielkosci i Piekna poczucie,
On sprzedawal lacinska ksiazeczke in quarto,
Zabrudzona z poczatku, a z konca odarta.
Sprzedal za kilka groszy i w dodatku powie:
"Niech pan czyta szczesliwie, niech sluzy na zdrowie."
Zdrowie-z bylo w tych ksiazkach slowo wrzace czynem,
Naczytawszy sie Rzymian, byles Rzymianinem,
Duch olbrzymial w potege, oplywal w rozkoszy
Za uboga zaplata kilkunastu groszy.
A nedzarz, co to sprzedal, patrz jak blogo leci
Kupic czarnego chleba dla zony i dzieci!
Jak za ten czarny chlebek, plon swojego zniwa,
Panu Bogu dziekczynne psalmy wyspiewywa!
* * *
Pogadajmy z nim sami. Wspomnial czasy mlode,
Westchnal, oparl na kiju osiwiala brode,
Otarl czerwone oczy:
"Panicze ! panicze !
Tyle dobrego zdrowia i setnych lat zycze,"
Ile przez moje rece przeszlo za lat dawnych
Prawdziwych Elzewirow w pergamin oprawnych !
Czy to raz profesorska figura zgarbiona
Placila po dukacie listy Cycerona ?
Za Plautusa, choc prawda inkunabul stary,
Pan Groddeck mi zaplacil az cztery talary,
A ja tylko sprzedajac sciskam ramionami,
Bo na co im te ksiazki, kiedy pisza sami ?
Rarytne byly czasy! a ksiazek ogromy,
Groddeck, Czacki, Sniadeccy popisali tomy,
Dziela choc naukowe szly jak asygnata,
Duzo ich sprzedawalem w staroswieckie lata !
Czy zyja, czy pomarli, daj Boze im zdrowie !
Kupowali je hurmem, akademikowie.
Niejeden z nich dostapil slawy literata,
Lub wielkiego lekarza przed obliczem swiata;
Niejeden tego doszedl przez mego Homera,
Ze dzis jezdzi kareta i ubogich wspiera.
Toz wszystko moje dzieci ! moge mowic smialo,
W moich to oczach roslo, w moich rozumialo.
A byl to lud ubogi, obciazony praca,
Niejeden chcialby kupic... a tu nie ma za co !
Niejeden - tych paniczow dobrze mam w pamieci -
Targuje, zwraca ksiazke, a lza mu sie kreci.
To ja tak mysle sobie: No! szkoda mi dzieci,
Dam na kredyt lub w zamian literackich smieci,
Od Baki do Newtona wszystko mi sie przyda.
A poczciwi panicze pokochali Zyda,
Grosz powoli, lecz ciagle, do worka sie saczy,
Az przyszedlem na koniec do nowej oponczy.
W zamian dostawalem grube folijaly:
Rejow, Wujkow, Paprockich, Stryjkowych zbior caly,
Lazarzow, Piotrkowczykow wydania bogate,
I pamietam tytuly, pamietam ich date.
Nie chwalac sie, znam druki krakowskie najrzadsze,
Ze czasem i w Bentkowskim omylke dopatrze.
Niepoplatny byl towar, malo znany komu,
To ja... z pietra na pietro... od domu do domu...
Obnosze, pokazuje, rarytnosc dowodze,
Wypchna mnie przez drzwi jedne, ja drugimi wchodze:
Bo z biedy coz mam poczac ? dla kawalka chleba
Jasnym panom oswiate narzucac potrzeba.
I troche rozbudzilem do ksiazek ochote:
Kolonskiego Kromera sprzedam za dwa zlote;
Jeszcze wyzszej w mym handlu dochodzily ceny
Stuletnie kalendarze i Nowe Ateny;
Najwyzej stal Paprocki - bo tam bylo ryte
Jaki herb dla lokaja, jaki na karete.
A choc mi czasem szkoda gotyckich rupieci,
Coz zrobic? mysle sobie - to na chleb dla dzieci.
No !... pana Mickiewicza zablysnela chwala;
Ale juz postarzalem... broda posiwiala,
Rece znuzone dzielmi Tacyta, Plutarcha,
Wsparlem ot na tym kiju, stary patriarcha;
I nieraz gdy ksiazeczke roznosilem mala,
Samemu na ten towar patrzec sie nie chcialo;
Bo do czego to warto? tom taki niespory !
Jam przywykl do in folio lub quarto majori.
Co w tym to pobladzilem, bo to dobre dziela !
Wallenrodom i Dziadom Litwa przyklasnela.
Czy pan wiesz? byly cuda, co i sen nie marzy:
W pol godziny sprzedalem dziesiec egzemplarzy !
A wziawszy dziesiec zlotych raduje sie dusza :
"Ha ! to musi byc wiekszy od Horacyjusza !"
Pamietam jakby dzisiaj, gdy w rzewnej podziece
Autorowi Grazyny calowalem rece...
Lecz poczalem ubozec: Czas placi, czas traci...
Nowe kramnice ksiazek otwarli bogaci,
A w kazdej pelno ludzi, ciekawosc ich zdjela,
Kazdy sie dopytuje o najnowsze dziela;
A ja najstarszy ksiegarz, com sprawil te zmiane,
Stoje, zgarbiwszy plecy i podpieram sciane.
Co staremu do tego, czy wilgoc czy slota ?
Zalecam przechodzacym romans Walter-Skota.
Egzemplarz niekompletny... coz ja biedny zrobie ?
Pan Joachim wyjechal, pan Mickiewicz w grobie...
Pamietam ich, pamietam... ja zylem z ich darow.
Teraz juz nie sprzedaje tak dobrych towarow...
Skarlal czas, pokarleli nasi literaci,
Ale, jak mowia ludzie: czas placi, czas traci.
Bog mi czterdziestoletnia wynagrodzi prace,
Odzyskam na Kraszewskim, co na innym strace.
"Kupujcie go panowie ! sprzedaje niedrogo,
Bo biedne moje wnuki z glodu pomrzec moga."
* * *
Wtem kareta ksiegarza po bruku sie toczy,
I blotem zabryzgala slepe starca oczy.
Otarl zbolale oczy i podniosl je w gore
"Och ! na co ja stworzylem te literature ?!"
1859, Wilno
|