Poniższy artykuł ukazał się w londyńskich Wiadomościach w roku 1963, w dwudziestą rocznicę Powstania w Ghetcie Warszawskim. Przedrukowujemy z niego obszerne fragmenty, które zawierają istotne informacje oraz interesującą interpretację heroicznej tragedii Ghetta Warszawskiego.   (AMK)




O POWSTANIU
W GHETCIE WARSZAWSKIM
- INACZEJ




SAMUEL ERLICH


     Niemal wszędzie, gdziekolwiek rozmowa zejdzie na temat powstania w Ghetcie Warszawskim, można się spotkać z utartymi już lecz wciąż żywo nurtującymi nas pytaniami:

Konieczność zmobilizowania jak najszerszych rzesz społeczeństwa do walki z okupantem oraz powszechny entuzjazm jaki w toku wojny i w latach następnych budziło bohaterstwo okazane przez żołnierzy i partyzantów w walce z hitleryzmem, długo nie pozwalały przyznawać, że istniały okoliczności, w których podjęcie walki było niemożliwe.

[...]

     Spróbujmy zastanowić się dlaczego ludność Ghetta Warszawskiego (a dotyczy to także innych ghett) nie stawiła oporu hitlerowcom w toku akcji likwidacyjnej latem 1942 roku.

     Znany historyk Profesor Bernard Mark w swojej monografii Walka i zagłada warszawskiego ghetta (Wyd. MON, Warszawa 1959) podaje, że przywódcy żydowskiego ruchu oporu widzieli następujące trzy przyczyny

  1. perfidna taktyka hitlerowców, którzy czynili wszystko by ukryć swoje prawdziwe zamiary przed ludnością żydowską;
  2. Polityka Judenratu, który "nie dawał wiary wiadomościom pochodzącym z kół polskich, wskazującym na śmiertelne niebezpieczeństwo grożące żydowskiej ludności Warszawy w formie likwidacji przynajmniej 300,000 Żydów, i dementował je jako szkodliwe i niedorzeczne...";
  3. "...Żydom w Ghetcie opadły ręce, było poczucie osamotnienia. W następstwie niechęci i osamotnienia trudno zdobyć się na czyn..."

     Profesor Mark, podobnie jak wielu innych historyków i publicystów, podaje jeszcze jedną przyczynę: apatię wynikłą na tle głodu i wyczerpania.

     Mało się mówi o - moim zdaniem - zasadniczej przyczynie: społeczeństwo żydowskie w ghettach było w pełni świadome ogromu przemocy wroga. Do jesieni 1942 hitleryzm święcił swoje największe triumfy. Ruch oporu w krajach okupowanych, także i w Polsce, był jeszcze bardzo słaby. Hitlerowcy przystąpili do masowego wytępiania ludności żydowskiej zanim ponieśli klęskę pod Stalingradem. Pomocy armii sprzymierzonych nie można się było spodziewać. Nie można też było liczyć na pomoc dopiero co organizującego się ruchu oporu. A przecież zorganizowanie zbrojnego wystąpienia wymagało czasu, chociażby do nagromadzenia nawet najbardziej skromnych ilości, nawet najbardziej prymitywnej broni. Czasu tego nie było.

     Wystąpienie niezorganizowanego tłumu, który by - jak to sugeruje Emanuel Ringelblum (wybitny i zasłużony historyk, twórca podziemnego archiwum Ghetta Warszawskiego) - rzucił się "...na Niemców z nożami, drągami, łopatami, tasakami... oblewał ich... kwasem solnym, roztopioną smołą, gorącą wodą..." oznaczałoby niewątpliwie rzeź, z której nikt nie wyszedłby żywy; a jest rzeczą wątpliwą, czy Niemcy, uzbrojeni w karabiny maszynowe, działa, czołgi i samoloty, ponieśliby jakiekolwiek istotne straty.

     W tej sytuacji nie pozostało nic innego, tylko łudzić się, że nadchodzące wieści o masowym wytępieniu Żydów są nieprawdziwie. Bo też - posłużmy się jeszcze raz słowami Ringelbluma: "Normalnie myślącym ludziom trudno było przyswoić sobie myśl, że może się znaleźć na kuli ziemskiej rząd mieniący się europejskim, który będzie mordował miliony niewinnych ludzi."

     Świadomość beznadziejnego położenia, braku jakichkolwiek, chociażby najbardziej minimalnych szans w walce, którą trzeba było podjąć samotnie w sercu hitlerowskiego imperium, była zasadniczą przyczyną niepodejmowania oporu zbrojnego przez Ghetto Warszawskie.

     Wprawdzie żydowski literat Jehoszua Perle, autor napisanej w październiku 1942 kroniki pierwszej likwidacji w Ghetcie Warszawskim, twierdził, że "...można było się bronić, i nie dać się wyrżnąć. Gdyby wszyscy Żydzi wyszli z domu, gdyby wszyscy Żydzi przedarli się przez mur, gdybyśmy zaleli wszystkie ulice Warszawy, żydowskie i nieżydowskie, z okrzykami, z siekierami, kamieniami, tasakami, to wystrzelano by spośród nas dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy - trzystu tysięcy nie zastrzelono by za jednym zamachem..."

     Cytat ten mimo początkowego wniosku "...można było się bronić..." wyraźnie mówi o beznadziejnej sytuacji. Ani przeznaczeni na śmierć jeńcy wojenni, ani więźniowie obozów koncentracyjnych różnych narodowości nie dokonali tego cudu, jakim jest próba zbiorowego wyjścia przez mur czy druty kolczaste naprzeciw karabinom maszynowym. Nie dokonali tego też Żydzi w Ghetcie, wśród których przecież nie byli sami młodzi mężczyźni, lecz także kobiety, dzieci, starcy i dziesiątki tysięcy chorych wskutek głodu i epidemii. Co więcej, szczęśliwe przedarcie się przez mur nie oznaczało przecież osiągnięcia ziemi obiecanej. Niebezpieczeństwo było niewiele mniejsze za murami Ghetta, gdzie urządzić się mogli tylko nieliczni.

     W podziemnym archiwum Ghetta znaleziono dokumenty z rozmów, które przywódcy ruchu oporu przeprowadzali z różnymi ludźmi w celu zorientowania się w nastrojach ludności. Oto wyjątek z rozmowy w końcu 1942 roku komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej Mordechaja Anielewicza z przypadkowym rozmówcą, który oczywiście nie wiedział kim był Anielewicz.

     Anielewicz pyta:
     - Powiedzcie mi, co zrobilibyście gdyby znowu przyszli na wasz teren, by was zabrać

     Oto odpowiedź:
     - Co znaczy co bym zrobił? Wtedy nie trzeba będzie żadnej agitacji. Zebrałbym wszystkich moich kompanów, wzięlibyśmy topory, łomy, młoty i poszlibyśmy do piwnic albo zabarykadowalibyśmy się w mieszkaniu, niech przychodzą! Niech walą karabinem maszynowym w prawo i w lewo - co mi zrobią, gdy będę ukryty za drzwiami? A który z nich wsadzi głowę do pokoju - wtedy już mój. Dziesięciu z nich padnie od mojego topora. Może ja będę jedenasty. Ale tak przynajmniej warto umrzeć.

     Nie trzeba udowadniać, jak bardzo mylił się autor tej wypowiedzi. Jakim schronieniem są drzwi przed działem lub miotaczem ognia? Jak można jednym toporem zabić dziesięciu wrogów nacierających w wozach pancernych? Jak wreszcie zapewnić wyżywienie dla dziesiątków tysięcy ludzi w odizolowanym, oblężonym ghetcie?

     O tym, jak bardzo beznadziejne było położenie, doskonale zdawali sobie sprawę przywódcy ruchu oporu. Cytowany już Ringelblum zanotował uwagę: "Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem z poległym podczas akcji kwietniowej komendantem Organizacji Bojowej, członkiem Rady Naczelnej Haszomer Hacair, organizacji żydowskiego harcerstwa, Anielewiczem. Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie Ghetta i szopów [fabryk ghettowskich], był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji ghetta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie znał nawet miejsca ich wiecznego spoczynku."

     A oto wypowiedź innego przywódcy Organizacji Bojowej [Ari Winklera] w rozmowie z Henrykiem Wolińskim, referentem do spraw żydowskich przy Komendzie Głównej Armii Krajowej:

     - My nie chcemy ratować swojego życia. Z nas żaden żywy nie wyjdzie. My chcemy ratować ludzką godność.

     Warunki w Ghetcie wyłączały możliwość ocalenia nawet minimalnego odsetka społeczeństwa w razie stawiania zbrojnego oporu. Zbyt miażdżąca była przewaga wroga, w pełni zdecydowanego całkowicie wytępić ludność żydowską. Mimo to przystąpiono do organizowania oporu zbrojnego. Czyniono to nie z myślą o ocaleniu kogokolwiek, lecz w imię godności ludzkiej i narodowej, z myślą o zadaniu nieprzyjacielowi strat, nawet jeśliby miały one być jak najbardziej nikłe.

     Trzeba z całym naciskiem stwierdzić, że zorganizowanie oporu zbrojnego w warunkach Ghetta Warszawskiego (i innych ghett) wymagało ogromnego, nieludzkiego wprost wysiłku. Wielkim zagadnieniem było nabycie z zewnątrz i wprowadzenie go Ghetta każdej sztuki, nawet najgorszej broni palnej, a z jeszcze poważniejszymi trudnościami wiązało się wyprodukowanie na miejscu każdego kilograma materiału wybuchowego. Zmobilizowanie społeczeństwa do tak ogromnego wysiłku, który nie rokował szansy ocalenia, nie było łatwe. Z pewnością nie było to możliwe w roku 1942, gdy społeczeństwo żydowskie w Warszawie nie było jeszcze w pełni przekonane o najgorszych zamiarach hitlerowców. A przecież hitleryzm rozporządzał doskonałym aparatem propagandowym i czynił wszystko by ukryć prawdę i wprowadzić Żydów w błąd co do oczekującego ich losu.

Historia nie zna wypadku żeby w okolicznościach dających się porównać z warunkami w ghettach - ktokolwiek, jakakolwiek grupa społeczna czy narodowościowa zdołała zorganizować opór zbrojny, nie licząc wypadków sporadycznego oporu indywidualnego.

[...]

     Przy wnikliwej analizie historii zagłady różnych narodów w dziejach znajdziemy analogie do okresu drugiej wojny światowej, a wszystkie świadczą o tym, że nikt i nigdy nie zorganizował oporu zbrojnego z pełną świadomością całkowitej beznadziejności tej walki i niemożliwości osiągnięcia żadnego celu.

     A jednak w Ghetcie Warszawskim wybuchło powstanie, podobnie jak zresztą na mniejszą skalę w niektórych innych ghettach. Co więc umożliwiło zorganizowanie oporu zbrojnego w tak niezwykłych warunkach Jaki był sens walki z góry skazanej na niepowodzenie?

     Zasadnicza przyczyną, dzięki której powstanie stało się możliwe, było to, że ghetta, które stawiły opór zbrojny, nie były całkowicie izolowane od świata. Kontakt z polskim ruchem oporu był utrzymywany. Nabycie broni, wprawdzie w minimalnych ilościach - było możliwe. Bez tych kontaktów do powstania by nie doszło. Świadczy o tym - bardzo dobitnie - przykład Ghetta Łódzkiego, drugiego największego skupiska ludności żydowskiej w okupowanej Polsce. Niemcy włączyli Łódź bezpośrednio do Trzeciej Rzeszy, skutkiem czego Ghetto podlegało innej administracji niż ghetta w tzw. Generalnym Gubernatorstwie. Łódzkie Ghetto izolowano od miasta w sposób bardziej bezwzględny niż wiele obozów koncentracyjnych. W konsekwencji, mimo dużej liczebności organizacji ruchu oporu, mimo jej radykalnego charakteru - nie było tam warunków do zorganizowania zbrojnego oporu.



     Zastanówmy się z kolei nad sensem powstania w Ghetcie Warszawskim. Ukazują go dokumenty lewicowo-syjonistycznych grup wchodzących w skład Żydowskiej Organizacji Bojowej; czytamy w nich następujące charakterystyczne oświadczenie "Jesteśmy jednym ogniwem w ogólnym łańcuchu zmagań z wrogiem..." Stanowimy samym faktem istnienia, część ogólnego frontu antyhitlerowskiego i pomagamy w walce z wrogiem.?

     Jest to oświadczenie bardzo wymowne. Wiele podobnych oświadczeń złożyli żydowscy komuniści, syjoniści i bundowcy, którzy wchodzili w skład kierownictwa Organizacji Bojowej. Dla nich wszystkich z głęboko ideowych, choć nie zawsze z tych samych powodów, nie mógł być obojętny wynik walki "ogólnego frontu antyhitlerowskiego," nawet gdy byli przekonani, że sami końca tej walki nie dożyją. Dlatego zdecydowali się wnieść swój skromny wkład do tej walki. Widzieli więc możliwość osiągnięcia w walce realnego celu.

     I nie pomylili się. Cel swój osiągnęli. Powstanie w Ghetcie Warszawskim w pewnej mierze było wkładem do walki "ogólnego frontu antyhitlerowskiego." Wybuch powstania w niezwykle trudnych warunkach Ghetta zrobił silne wrażenie wśród społeczeństwa polskiego i żydowskiego i z pewnością wpłynął pozytywnie na "morale" bojowe żołnierzy i partyzantów, przede wszystkim żydowskich i polskich.

     Wpływ powstania w ghetcie na aktywizację oporu społeczeństwa oraz "morale" żołnierzy jest oczywiście czynnikiem niewymiernym, przypuszczalnym. Jednak istnieje także inny, całkowicie realny miernik, który świadczy o wkładzie Ghetta Warszawskiego do walki z hitleryzmem. Są to straty zadane okupantowi. Dokładne liczby nie są znane. Różne źródła podają rozmaite dane, w większości jednak niewiele od siebie odbiegają. Możemy zatem przyjąć pewną średnią: 300-400 zabitych i około tysiąca rannych. Dla uproszczenia powiedzmy sobie: w wyniku Powstania w Ghetcie Warszawskim wyginął jeden batalion hitlerowski. Sądzę, że będziemy wówczas bardzo bliscy prawdy.

[...]

     Rzecz jasna, w normalnych warunkach - o zwycięstwie, o osiągnięciu celu świadczą nie tylko straty zadane nieprzyjacielowi, lecz przede wszystkim stosunek strat własnych do strat nieprzyjaciela. Ghetto Warszawskie było tragicznym wyjątkiem. Straty własne zupełnie się nie liczyły. Każdy żołnierz był z góry skazany na stracenie. Powstanie w Ghetcie Warszawskim osiągnęło swój cel. Był to akt zbrojny, którego sensu w żadnym wypadku nie można sprowadzić do aktu rozpaczy. Osiągnięcie tego nie było możliwe przed rokiem 1943.

[...]

     Bojownicy Żydowskiej Organizacji Bojowej, którzy w niewiarygodnie trudnych warunkach chwycili za broń, bezsprzecznie zasługują na najwyższe uznanie i ich pamięć pozostanie nam zawsze droga. Uznanie to jednak nie powinno rzucać cienia na pamięć tych, którzy ginęli nie mając nawet takich skromnych możliwości stawienia oporu zbrojnego. Nie powinno też przyćmiewać pamięci i przesłaniać wysiłku innych, dziesiątków tysięcy żołnierzy i partyzantów pochodzenia żydowskiego, którzy w toku kampanii wrześniowej, w partyzantce, w szeregach wojska polskiego na wschodzie i na zachodzie, pod Lenino i Monte Cassino oddali życie za sprawę wyzwolenia Polski.


Wiadomości 25/899, Londyn 23 czerwca 1963








Copyright © 1997-2007 Zwoje