Pod koniec roku 1997 ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne w podkarpackiej miejscowości Czarne piękna książka Andrzeja Stasiuka p.t. Dukla.

W swoim nowym zbiorze poetyckich opowiadań pisarz stara się znaleźć odpowiedź na nie nowe pytanie: jak zatrzymać działanie czasu. Jest to subtelne przyglądanie się rzeczywistości i jakby docieranie do jej sedna. Książkę wzbogacają interesujące grafiki Kamila Targosza. Forma edytorska jest niecodziennie wysmakowana. Za tę książkę, z początkiem marca 1998, Andrzej Stasiuk został jednym z trojga (obok Zygmunta Kubiaka i niemieckiej pisarki o pseudonimie Leonie Ossowski) nagrodzonych przez XVIII Poznański Przegląd Nowości Wydawniczych.

W marcowych Zwojach zamieszczamy opowiadanie wiosenne z Dukli - na czasie.   (AMK)




ŚWIĘTO WIOSNY





ANDRZEJ STASIUK



     Kiedy żaby wychodzą spod ziemi i ruszają w poszukiwaniu stojących wód to znak, że zima już opada z sił. Białe jęzory leżą jeszcze w ciemnych żlebach, lecz ich dni są policzone. Woda ledwo się mieści w potokach i nawet przez ściany domu słychać ten ruchliwy i monotonny szum. Wśród czterech żywiołów tylko ziemia nie ma swego głosu.

     Ale miało być o żabach, a nie o żywiołach. No więc wyłażą ze swych nor i wędrują do rowów i kałuż, do nieruchomej i cieplejszej wody. Ich ciała przypominają grudki lśniącej gliny. Jeśli dzień jest słoneczny, to łąka ożywa: dziesiątki, setki żab ciągną w górę pochyłości. Właściwie tego nie widać, bo ich skóra ma odcień podobny do burej barwy zeszłorocznych traw. Wzrok chwyta jedynie światło i ruch. Są jeszcze półśpiące i zimne, więc skaczą wolno, wysiłek od wysiłku dzieli długi odpoczynek. Jeżeli słońce świeci pod odpowiednim kątem, to ich podróż jest szeregiem krótkich błysków. Zapalają się i gasną jak błędne ogniki w środku dnia. Ale już wtedy łączą się w pary. Żabia krew, jak wiadomo ma temperaturę reszty świata, więc gdy w pogodny, lecz przyprószony szronem poranek brną przez plamy cienia, to niewykluczone, że w ich żyłach przetacza się czerwony lód. Lecz już wtedy jedna szuka drugiej, lgną do siebie w tak przedziwny dwugłowy i ośmionogi sposób, że Tosia woła - Patrzcie! Żaba niesie żabę!

*

     To wszystko dzieje się w przydrożnym rowie. Przez cały dzień słońce nagrzewa wodę i dopiero późnym popołudniem bezlistne wierzby rzucają na taflę nieregularną siatkę cieni. Nie ma tu żadnego odpływu, wiatr tu nie dociera, żaden strumień nie wypływa, lecz powierzchnia wody jest żywa i gęsta. Przypomina grzbiet wielkiego węża połyskuje, mieni się, odbija światło, chłodny blask ślizga się, rozpływa, rozszczepia i nie zastyga nawet na chwilę.

     Najpierw są to tylko żaby. Jedne ciemnobrązowe, brunatne, prawie czarne, z tygrysim prążkowaniem na bladożółtych żabich udach, i drugie większe, w kolorze wypalonej i zakurzonej gliny - te w wodzie lekko czerwienieją, nabierają ciepłych tonów i widać, że wykonane są z mięsa. Pary łączą się w czwórki, samotnicy przytulają się do par, potem robią się z tego ósemki, dziesiątki, powstają żabie kule o niepoliczalnej liczbie nóg. Przypominają dziwne zwierzęta z początku czasów, gdy formy życia były jeszcze nie ukształtowane, gdy trwał jeszcze eksperyment z materialnymi wyrazami bytu.

     Wkrótce pojawia się skrzek. Najpierw przejrzysty jak zgęstniała woda, potem robi się go coraz więcej i więcej i osiąga odcień świetlistego granatu. Woda znika zupełnie, bezwładna, nieforemna substancja sięga do samego dna rowu i wystraszone cieniem nadchodzącego człowieka żaby nurkują niezgrabnie z wysiłkiem. Śliska, rtęciowa w swoim ciężarze i bezwładzie materia wypycha je na powierzchnię. Temu wszystkiemu towarzyszy dźwięk podobny do podwodnego burczenia w brzuchu.

*

     Gdy jest już po wszystkim, niebo pozostaje błękitne od końca do końca. Równie nieruchoma jest powierzchnia wody. Żaby odeszły, pozostał tylko skrzek i ciała tych, które nie przeżyły. Unoszą się na wznak, mają białe brzuchy, z pyszczków snują się im bladoróżowe nitki wnętrzności niczym jakieś wyrafinowane odmiany wodorostów. I to jest znak, ze wiosna już nadeszła.


Dukla








Copyright © 1997-2007 Zwoje