
Szczęśliwy traf chciał, że mieszkający w sąsiedniej kamienicy mój kardiolog skrócił w tym roku swój urlop. Był moim kardiologiem, stał się niebawem także moim przyjacielem. Poznaliśmy się w szpitalu San Paolo, tam był prymariuszem na wydziale kardiologii, gdzie z jego polecenia wylądowałem kilka lat temu po ostrym zawale (pamiętam jego diagnozę: infarto acuto). Trzy tygodnie leczenia wystarczyły, aby mnie odesłał do domu. Odtąd przychodził co jakiś czas, coraz rzadziej, na badania. Tak narodziła się nasza przyjaźń. Doktor R. był zamiłowanym czytelnikiem, po każdej więc wizycie lekarskiej zostawał u mnie na kawę i rozmowę (kawę pił tylko on, jak czekałem, aż dostanę na nią pozwolenie). Bliskie sąsiedztwo sprawiło, że widywałem go też czasem na ulicy; jednym z przepisanych mi przez niego lekarstw były długie spacery w pogodne dnie, przeważnie na płaskim bulwarze nadmorskim.
Spotkany u schyłku sierpnia na placyku, którym schodziłem zwykle nad morze, doktor R. zmarszczył się na wiadomość o moich ukłuciach. Ustaliliśmy godzinę jego wizyty. Zbadał mnie jak zwykle bardzo dokładnie, długo odczytywał taśmę elektrokardiogramu. "Nie ma powodu do niepokoju - powiedział w końcu - jakkolwiek dzisiejszy kardiogram jest gorszy od poprzedniego." (W teczce, na jego życzenie, przechowywałem wszystkie wyniki badań od chwili zawału). "Według mnie - dodał po namyśle - wskazany byłby miesiąc dodatkowego odpoczynku". Uśmiechnął się, gdy zaoponowałem, że wracam właśnie z wakacji. I wyjaśnił: "Mam na myśli całkowite oderwanie się od codziennego życia i od codziennej (wiem o tym dobrze) pracy". Po czym przedstawił swój plan.
Rodzina R. posiada mały domek w Morodi, u stóp wzgórz Matese, w odległości siedemdziesięciu kilometrów od Neapolu. Mieszka tam jego brat, od dość dawna chory poważnie na serce, z siostrą, która się nim opiekuje. Domek połączony jest telefonem ze szpitalem w Piedimonte d'Alife, gdzie kardiologiem jest jego przyjaciel, niegdyś kolega uniwersytecki na medycynie w Neapolu. Wszystkiego sześć kilometrów. Jego siostra może w każdej chwili zadzwonić albo do szpitala, albo do prywatnego mieszkania przyjaciela swego brata. A izolacja w rodzinnym domku znakomicie wpływa na stan chorego. Jeżeli się zgodzę, zaproponuje mnie jako gościa swemu rodzeństwu. Nudnawo tam trochę, on sam wpada niestety do Morodi rzadko i na krótko; z czego wynika, że trzeci do rozmów i spacerów jest na wagę złota. "Mój chory brat - dorzucił - był kiedyś docentem na anglistyce w Bari. Jest starym kawalerem, przywiązanym do siostry, starej panny."
La Bella Morodi, piękne Morodi, tak nazywano w okolicach wioskę, do której w niedzielny poranek przywiózł mnie z Neapolu doktor R. Wioskę? Raptem siedem domków rozrzuconych w płytkim, miskowatym wgłębieniu na zielonej równinie. Swój przydomek zawdzięcza "piękne" Morodi rozmaitości tła i oprawy. Na horyzoncie, nad miasteczkiem Piedimonte d'Alife, widać łańcuch wzgórz Matese, dalej lekko zamglone szczyty Miletto i Boiano; między Morodi i Piedimonte płynie rzeka Volturno. Droga przecinająca Morodi prowadzi w kierunku Zatoki Gaetańskiej i trzech nadmorskich miejscowości Mondragone, Formii i Gaety. Niewiele brakowało, bym poczuł się w dobrze znanych z wojny stronach, na północny zachód dość blisko jest do Monte Cassino.
Para mieszkańców była na spacerze, usiedliśmy więc w ogródku kwiatowo-warzywnym w skleconej byle jak altance. Okazało się, że drzwi domku nie były zamknięte na klucz, weszliśmy więc do środka. Nie czuło się tu ręki kobiecej, albo też nie była ona w stanie zapanować nad usposobieniem mężczyzny. Chaos panował wszędzie, z wyjątkiem schludnej kuchni. W saloniku i pokoju mieszkalnym (dwa łóżka) na dole walały się książki, albumy, gazety; sytuację ratowały trochę reprodukcje znanych obrazów, przypięte pineskami do ścian. Wewnętrzne schody były na szczęście niskie. Pokój na pięterku był już przygotowany dla mnie, czysty i również obity reprodukcjami malarskimi. Pod dużym oknem stał solidny stół, po przeciwnej stronie szeroki tapczan. Między "moim" pokojem i rupieciarnią zdołano zainstalować prysznic i umywalnię. Widok z okna obejmował cały prawie horyzont pięknego Morodi, aż do dwóch szczytów górskich.
Wróciliśmy do altanki. Słuchałem najpierw z roztargnieniem, a potem z rosnącą uwagą wywodu doktora R. Jego chory brat cierpiał w Neapolu na bezsenność, niebezpieczną u kardiaków. Kiedy trzy lata temu rodzeństwo przyjechało na kilka letnich tygodni do omijanego dotąd przez całą rodzinę Morodi, bezsenność znikła jak ręką odjął. Wtedy zdecydowano przenieść ich tutaj na stałe. Przypuszczalnie skrzyżowanie podgórskiego powietrza z podmuchami wiatru od morza miało, w tym właśnie punkcie, właściwości szczególnie kojące czy odprężające. Co więcej, Paolo (brat doktora) sypiał w Neapolu i źle, i bez snów, a w Morodi sny nawiedzały go regularnie, działając (jak twierdził) krzepiąco, wzbogacając jakby choć trochę jego nudne i jałowe życie. Doktor R. zaśmiał się: "Trafił pan do rejonu żyznego onirycznie."
Nie odpowiedziałem śmiechem na jego śmiech. Sny były dla mnie zjawiskiem poważnym, czytałem o nich sporo, nawet z pewną łapczywością. Uderzył mnie pogląd jednego z licznych autorów, że sen jest półśmiercią; że śniąc, stajemy, czy raczej zawisamy, między życiem i śmiercią. Czego dowodem miała być ucieczka snów natychmiast po przebudzeniu; pozostawiały po sobie chaotyczne strzępy, przy ostrej świadomości (zdaniem autora), że pełny sen był bardzo długi i bogaty i w jakiś osobliwy sposób pokonywał prawa czasu, jak puszczony w przyspieszonym tempie stary film. Co do mnie, śniłem niezbyt często i owe rzadkie sny przywykłem uważać za oznakę dobrego samopoczucia.
Na ścieżce wiodącej do domu pojawiła się para gospodarzy, powoli wracających z porannego spaceru. Szli dziwnie, podpierając się nawzajem splecionymi mocno ramionami i ciałami przyrośniętymi do siebie w górze pod ostrym kątem; coś i kogoś mi przypominali; nie wiedziałem, co i kogo, nagle jednak przebiegł mi po plecach dreszcz i poczułem ścisk gardła. Wyszliśmy na powitanie rodzeństwa, mój towarzysz powtarzał wśród uścisków i pocałunków: Caro Paolo, Cara Monica.
Paolo i Monica byli prawie rówieśnikami po pięćdziesiątce, rok różnicy między starszą siostrą i młodszym bratem. Fizycznie wydawali się bliźniakami: więcej niż szczupli oboje, o pociągłych, jak wyciosanych z drzewa, twarzach; siwi i niezgrabni w ruchach, poruszali się chodem typowym dla platfusów. Monica była rozmowna, miła, "ciepła" w obejściu, dobra, nie znała słów skargi czy narzekań, w brata wpatrywała się z uwielbieniem. Paolo, milkliwy i chwilami wręcz opryskliwy, oczytany i inteligentny, całym swoim zachowaniem skarżył się na los, który ciężką chorobą serca przeciął jego dość błyskotliwą karierę uniwersytecką. Łagodniał wpatrując się przy stole w siostrę, albo podczas wzajemnego prowadzenia się pod rękę na spacerach. Wciąż męczyło mnie pytanie, co i kogo mi przypominają. Aż do postawienia późnym wieczorem na stole, po uprzednim zgaszeniu świateł pod sufitem i w ścianach, dużej lampy naftowej z zielonym kloszem. Nie było jej potrzeby, domek miał przyzwoitą i przesadnie nawet rozgałęzioną sieć elektryczną. Było jej pragnienie.
Przed laty mój młody przyjaciel i tłumacz uraczył mnie długim łańcuszkiem argumentów, które zmierzały do wykazania, że wynalazek elektryczności zubożył malarstwo i literaturę. W malarstwie Andrzej operował reprodukcjami obrazów Georges de la Toura ("świeca jest ich główną postacią"), w literaturze opowiadaniami przy zapalonej świecy (koniecznie w wagonie kolejowym!). Rozmowa toczyła się pół żartem, pół serio, ale pod uśmiechami i dowcipnymi powiedzonkami kryła się warstwa prawdy. I ta warstwa prawdy skłaniała ludzi, w ich życiu prywatnym, do instynktownego oświetlania wieczoru świecami i lampami naftowymi, naturalnie po wyłączeniu prądu. Inaczej, odrobinę zagadkowo, wyglądały twarze; stawały się bogatsze ruchy ludzi. Wolno to nazwać szukaniem, na domową skalę, innego wymiaru.
Właśnie wtedy krzyknąłem w duchu: "Ależ oczywiście, Stefan i Alicja w Grodnie!".
Zima 1940 w Grodnie. Znalazłem skromnie płatną pracę w (pełna nazwa) Pierwszym Państwowym Teatrze Kukiełkowym Zachodniej Białorusi pod kierownictwem Władysława Jaremy, w warsztacie stolarskim, który zajmował się wycinaniem, montażem, malowaniem i kostiumowaniem drewnianych aktorów. Praca płatna słabo, lecz z ważną wtedy zaletą przynależności do "kolektywu robotniczego," upoważniającego do stołówki i do kartek na chleb; jak też załatwiającego przydział zarekwirowanych mieszkań.
W Grodnie, prócz przyjaciół i znajomych w polskim "kolektywie robotniczym", miałem kontakt osobisty dany mi w Warszawie. Mój brat, adwokat warszawski, przyjaźnił się z adwokatem T. z Grójca pod Warszawą, który w Grodnie w okresie jeszcze przedwojennym zdołał urządzić, w wydziale budowlanym zarządu miejskiego, młodszego brata i młodszą siostrę, absolwentów Politechniki w Warszawie. Brzmi to trochę tak, jakby chodziło o nieporadne dzieci. I w pewnym sensie nieporadnymi dziećmi byli Stefan i Alicja, rodzeństwo na styku trzydziestki i czterdziestki, tak zżyte i nierozłączne od lat uniwersyteckich, że złośliwi mówili o "białym małżeństwie."
Natychmiast po urządzeniu się w teatrzyku grodzieńskim poszedłem pod wskazany adres na przedmieściach. Ich pokój podobny był raczej do komórki, oczyszczonej drewutni, niż do normalnego pokoju mieszkalnego. Mieszkali w nim nie z braku pieniędzy i urzędowego przydziału, lecz "z zasady." Dużą część zarobionych pieniędzy oddawali na jakieś cele społeczne. Nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem, nie widziałem podobnych im "ideowców" (komunizowali jeszcze na studiach w Warszawie). A ponieważ w "czerwonym Grodnie" czuli się szczęśliwi, wizyta osobnika o takich poglądach jak moje, była owiana grzeczny chłodem. Miałem wrażenie, że żegnali mnie z westchnieniem ulgi, jakkolwiek z wszelkimi pozorami uprzejmości. Więc nie ponawiałem tej wizyty, widywałem tylko czasem na ulicy Stefana i Alicję, przytulonych do siebie, idących wolnym krokiem dokładnie tak jak Paolo i Monica. Tyle że zimą 1940 w Grodnie ten chód usprawiedliwiały oblodzone trotuary.
Wpadłem do nich po paru miesiącach późnym wieczorem, w chwili gdy szef "kolektywu" dał mi do zrozumienia, że wyjdzie mi na zdrowie natychmiastowy wyjazd ("na jakiś czas przynajmniej") z Grodna. Z nie ukrywaną niechęcią pozwolili mi przenocować na podłodze; nie sądzę, by nazajutrz złożyli gdzie trzeba donos. W każdym razie nie powiedziałem im, dokąd jadę (do Sokółki). Dowiedzieli się chyba, że wylądowałem w końcu w więzieniu grodzieńskim, ale nie próbowali odezwać się do mnie.
A przecież, mimo wszystko, ze wzruszeniem przypomniałem sobie parę z Grodna, siedząc nocą przy oknie na pięterku w Morodi; parę spowinowaconą z moimi gospodarzami tak, jak gdyby istniała na świecie specjalna rasa braci i sióstr, zrośniętych w uścisku, związanych "białym małżeństwem," człapiących przed siebie krokiem kaczek.
Wrzesień był tego roku pogodny, noc za otwartym szeroko oknem była jasna, niebo rozgwieżdżone; pod każdym, najdalszym, lecz widocznym drzewem, można było usiąść w myślach i podrzemać oparłszy się plecami o pień. Podobnej ciszy nie użyczał los w Neapolu. Budziła słynną francuską angoise, jak pierwsza noc po moim każdorazowym przyjeździe do Maisons-Laffitte.
W kościele w Piedimonte d'Alife wybiła druga, położyłem się do łóżka, odpychając od siebie zasłyszaną opowieść o śmierci Stefana i Alicji. Zasnąłem wreszcie. I wówczas okazało się, u samego progu mojego pobytu w pięknym Morodi, że przyjechałem istotnie do "rejonu żyznego onirycznie."
Wkrótce po wojnie spotkany przypadkowo w Rzymie mieszkaniec Grodna opowiedział mi, że wkroczenie Niemców do miasta w końcu czerwca 1941 zaczęło się od masakry pokazowej (mój rozmówca uciekł wtedy na tamtą stronę Bugu). Wyznaczono prowizoryczne getto dla Żydów, na dziedzińcu więzienia rozstrzeliwano komunistów. Owszem, słyszał o parze inżynierów z wydziału budowlanego. Rozstrzelano ich podobno w pierwszej kolejce, pod murem oddzielającym więzienie od ulicy. Pamiętałem ten mur, wiosną i latem 1940 w celi więzienia grodzieńskiego wpatrywaliśmy się weń jak urzeczeni przez otwór w kracie nieszczelnie zasłoniętego okna, usiłując okrzykami dosięgnąć rzadkich przechodniów ulicznych.
Ale nie to odżyło w moim pierwszym śnie w Morodi. Sen nie tylko (jak już wspomniałem) pokonuje prawa czasu i bywa podobny do rozpędzonego filmu, ale nadzwyczajnie egzemplifikuje i uwypukla zdarzenia zwane przez freudystów "resztkami jawy." Stefan i Alicja szli tym swoim zwykłym chodem, przyciśnięci do siebie, pod eskortą zbrojną Niemców. Jeden ze strażników próbował ich rozłączyć uderzeniem lufy, jakby chciał przeciąć węzeł. Nadaremnie. Węzeł był mocny i mocny pozostał do urwistego i wysokiego brzegu niemeńskiego. Znałem to miejsce, nasz "kolektyw robotniczy" teatru kukiełkowego lubił tam w niedziele lepić bałwany ze śniegu i strącać je przed odejściem do rzeki zamarzniętej na obu brzegach.
Strażnicy niemieccy zepchnęli w dół eskortowaną parę; trzymała się dalej za ręce, ale nie mogła już zachować całej swej zwykłej pozycji. Stefan pociągnął Alicję w kierunku wstęgi wodnej na środku rzeki. Nie było w tym niczego, poza panicznym odruchem ucieczki. Wpadli do wody, zanurzyli się i wypłynęli na powierzchnię z podniesionymi do góry, splecionymi dłońmi. Widziałem we śnie, jak strażnicy do nich kilkakrotnie strzelali. Trafili w końcu, bo wygładziła się wstęga wodna.
Obudziłem się w tym momencie, dzień był już biały, słyszałem odgłosy dochodzące z kuchni. "Pójdę na górę - powiedziała Monica - może już nie śpi, a stygnie śniadanie."
Nasz tryb życia ujednolicił się szybko. O dziesiątej rano byliśmy gotowi do wymarszu na spacer zdrowotny. Trasa była ciągle ta sama. Trzy kilometry szerokiej i dobrze ubitej drogi, aż do skrzyżowania z szosą rozwidlającą się niebawem do Cassina i nad Zatokę Gaetańską. Na skrzyżowaniu rosła rozłożysta pinia, tam odpoczywaliśmy przed drogą powrotną; w oddali, w okolicach Mondragone, rozpościerały się pola wypasu bawołów, okręg białego sera bawolego mozzarella. Przyjemna pogoda - nie za gorąco - sprzyjała długim spacerom. Szliśmy wolno, ja chwilami obok sczepionego rodzeństwa, a chwilami za. Do domu wracaliśmy o pierwszej i kładliśmy się na łóżkach bez obiadu. Urządzaliśmy sobie lekki podwieczorek o trzeciej, aby o czwartej Monica mogła nas swoją sześćsetką wywieźć w dalsze okolice. Kolacja była późna i obfitsza, potem do północy ciągnęły się rozmowy przy zielonej lampie. Rozmawialiśmy, głównie Paolo i ja, o literaturze. Monica na ogół milczała, w jej wzroku wlepionym w brata czaił się miłosny timore reverenziale. Przed zaśnięciem czytałem godzinkę w łóżku, zdaje się, że Paolo o wiele dłużej. Z półeczki ściennej nad moim łóżkiem wyjąłem i położyłem na nocnym stoliku dwie książki: tomik gospodarza, wydany tuż przed jego chorobą, o związkach Faulknera z Szekspirem; i Pierwszą miłość Turgieniewa w przekładzie angielskim (jedynym, zdaje się) Isaiah Berlina.
Doktor R. odwiedził nas dwukrotnie, raz spędził z nami niedzielę, a raz przyjechał po południu w dzień powszedni. Po zbadaniu obu chorych wyraził pełne zadowolenie. "A nie mówiłem - zwrócił się do mnie przy pożegnaniu - że pobyt w Morodi dobrze panu zrobi?" Po czym do siostry: Mi raccomando, Monica, giornate molto tranquille. I ze śmiechem do całej trójki: E sogni d'oro. Moje sny w pięknym Morodi nie były "złote." Ale mimo "żyznego onirycznie rejonu" nie nawiedzały mnie noc w noc.
W całej, topornej raczej i bardzo zarozumiałej teorii snów Freuda, jedna rzecz jest pewna, choć też nie zawsze. Mam na myśli impuls "resztek świadomości i jawy." Sprawdził się w moim pierwszym śnie. I sprawdził w drugim.
Któregoś dnia wczesnym wieczorem, wracając z wycieczki samochodem do Formii, zatrzymaliśmy się w pustej kawiarni w Castel Volturno, oryginalnej, bo zbudowanej nad rzeką na wzniesieniu brzegu. W niewielkiej od nas odległości siedziała młoda Mulatka, gołe nogi zanurzywszy w wodzie. W szarówce odcinała się wyraźnie jej głowa z szopą drucianych włosów; i jej twarz była bez wyrazu. Przyszła tu prawdopodobnie z pobliskiego obozu dla "kolorowych" emigrantów. Nie zwracała na nas uwagi, oczy wtopiła w żółtawe fale rzeki. Naraz wstała i w sukience weszła do wody. Pomyśleliśmy, że chce ukraść kilka rybek trzepoczących się w sieci podrywki, która tu stała zawsze, wbita przez kogoś drążkiem w gliniasty brzeg. Ale nie. Ominęła podrywkę i najpierw zapadła się po szyję, a potem znikła pod wodą. Monica zaalarmowała właścicieli kawiarni, którzy z krzykiem wybiegli na ulicę. Dziewczynę wyciągnięto za mostem na tamtym brzegu. Zapadła ciemność, w pośpiechu ruszyliśmy do Morodi.
Po drodze przeżuwałem mój zapis w dzienniku z wilii Bożego Narodzenia 1972 roku. Co sprawiło, że włożyłem ten właśnie tom do torby z książkami, zabranej do Morodi? Zbieg okoliczności? Jak mój przyjaciel K., nie wierzę w zbiegi okoliczności. Na pięterku, w łóżku już, odczytywałem ten zapis po wielekroć.
"Za czasów mego dzieciństwa z suchedniowskiego miasteczka zaczęła zimą przychodzić nad nasz berezowski staw młoda dziewczyna Ester, malutka i brzydka, w lichym wytartym paletku, z zasuszoną twarzyczką w czepcu kudłatych włosów. Ale oczy, jakie miała wspaniałe, głębokie i smutne oczy! Po raz pierwszy przyszła w wieczór wigilijny, postała przed domem, słowem nie odpowiedziała na zaproszenie i w śniegu ostrożnym drobnym kroczkiem podreptała na groblę. Mój starszy brat wybiegł za nią zbyt późno, znikła wśród drzew. Odtąd zjawiała się niemal codziennie, przesiadywała na grobli, zapuszczała się na łąkę, podobno nocami całymi snuła się dokoła stawu nieczuła na mróz, nigdy nie pukając do żadnych drzwi. Mówiło się, że jest chora na "czarną melancholię," rodzina przestała się nią interesować, dawano jej po prostu jeść i pogrzać się przy piecu, gdy wracała do domu. Stopniowo przywykliśmy do jej obecności, a raczej nieobecności, bo trudno inaczej określić wzrok godzinami utkwiony w lodowej tafli stawu. Nikt o nic nie pytał, nikomu nie przeszkadzała, niekiedy tylko chłopi żegnali się niepostrzeżenie na jej widok. Z nastaniem wiosny znalazła sobie miejsce na styku grobli z łąką, gdzie duża kępa tataraku i sitowia otoczona była łachą nenufarów na płytkiej stosunkowo wodzie, chociaż o zdradliwym mulistym dnie. Któregoś dnia wczesnym wieczorem, w pełni lata, pastuch ze wzgórza nad rzeką zobaczył Ester wchodzącą w ubraniu do wody z wyciągniętymi przed siebie rękami. Oddalała się wolno od brzegu, naraz zanurzyła się gwałtownie, zapadnia mułu wciągnęła ją pod wodę. Chłopak wszczął raban, zbiegli się ludzie, wyłowiono ją jednak bosakami dopiero w południe. Byłem dzieckiem, ale nie zapomnę wyrazu rozpogodzenia, a może i szczęścia na jej białosinej twarzy. Po wielu latach rozmawiałem o niej często w miasteczku. W jej życiu nie zaszło nic takiego, co by pozwalało domyślać się "konkretnej przyczyny tragedii" lub zapewniać o "łagodnej odmianie obłędu." Etykietkę "czarna melancholia" przyklejono swoistemu ślubowi milczenia. Milczała, zawsze milczała, dziś podejrzewam, że z zabobonnego prawie lęku przed samym językiem. Czy nazwać nie znaczy okraść? Wiedzą coś o tym trapiści i poeci. Jeśli, jak sądzę, miała duszę religijną, to nie wierzyła, że "na początku było Słowo." Wykluczam samobójstwo? Tak. Człowiek zabija siebie z zemsty, z gniewu, z nienawiści, ze wszystkiego co pakujemy do worka rozpaczy, nie z miłości. Według mnie jej milczenie było znakiem religijnego zakochania w świecie. Tego letniego dnia zanurzyła się naturalnym gestem w dziele stworzenia, nie przeczuwając, że w nim utonie. A może daję się ponosić słowom? Może okradam nimi biedną topielicę z czegoś nam nie znanego?".
Mógłbym zapewne dorzucić parę przyczynków do wiedzy onirycznej, do onirologii, czyli psychologii snów i do oniromancji, czyli interpretacji snów połączonej z wróżbiarstwem sennym.
Istnieje mianowicie, według mojego doświadczenia, a ściślej - może zaistnieć okres przygotowawczy, jak gdyby sceniczna zagrywka przed kurtyną, poprzedzająca podniesienie kurtyny. Ktoś może to nazwać po prostu sennym prologiem, po którym rozpoczyna się właściwy dramat. W każdym razie coś podobnego zdarzyło się w moim przypadku. W ciągu dwóch nocy po incydencie nad rzeką Volturno zjawiała się w moich krótkich snach Ester o cudownych oczach i skudłanych włosach, nieruchoma i zanurzona po głowę w wodzie stawu, między liśćmi nenufaru. Zdawała się patrzeć na mnie w zadumie, w jej oczach przemknął się raz cień żalu i smutku. Obraz był za każdym razem migawką, nawet szczególne prawa czasu sennego nie dawały mu dłuższego trwania. Zapalał się i natychmiast gasł, tak wolno go określić. Ale był właśnie przygotowaniem do wielkiego snu. W tydzień po samobójczej próbie Mulatki zapadłem przed szarzejącym już świtem w sen bardzo głęboki, taki, który ociera się o samo dno (nie wiem dno czego, ale wiem, że sny mają swoje dno). Stałem na suchedniowskim moście, między żydowskim miasteczkiem i kościołem. Oparty o poręcz mostu, nie byłem w stanie oderwać od niej rąk; były przyrośnięte, rzecz prawie zwyczajna w snach, gdzie motyw paraliżu nóg, unieruchomienia rąk, zesztywniałej szyi jest na ogół stałym elementem wizji onirycznej. Żydowskie miasteczko płonęło, uliczkami przebiegali żołnierze niemieccy z małymi ręcznymi miotaczami płomieni, mieszkańcy wyskakiwali z okien lub wybijali zaryglowane drzwi, ogień rozszerzał się, ale powstrzymywała go płytka i wąska struga w rzeczce. Przed kościołem stał tłum i przyglądał się pożarowi: niesamowity był widok ludzi, którzy spletli wszyscy ramiona na piersiach. Naraz otworzyło się okienko na stryszku w środkowym domku i wyfrunęła z niego, dosłownie wyfrunęła, Ester. Jak ptak poszybowała ku niebu, poruszając ramionami niby skrzydłami czy płetwami. W jej wzburzonej czuprynie pełgał zaprószony ognik. Takie postacie, nad żydowską dzielnicą Witebska, malował Chagall. I oto stało się coś nieoczekiwanego. Gdy znalazła się na wysokości kościoła, w tłumie odbił się od ziemi ksiądz z założonymi na piersiach rękami, rozłożył je szeroko, pomachał nimi i wzbił się szybko w górę, tak szybko, że zbliżył się do Ester.
Obudziłem się, sen był bogaty, lecz ulotny, słońce nie zdołało jeszcze wygrzebać się na dobre zza dwóch szczytów na widnokręgu.
W połowie września, u progu jesiennego ochłodzenia, wstał dzień więcej niż ciepły, prawie upalny. Zaroiły się pewnie kąpieliska nad morzem, na plażach Gaety i Sperlongi. Ciągnęła mnie wycieczka na Monte Cassino, ale nie mieli na nią ochoty Paolo i Monica. Stanęło na tym, że pojadę sam ich sześćsetką i wrócę po południu. Dla nich nienaruszalna była tradycja porannych pieszych spacerów. Pojechałem przez Venafro, naszą bazę przed bitwą. Około południa byłem na klasztornym wzgórzu i zacząłem schodzić na cmentarz. Był opustoszały, tylko w najwyższym rzędzie krzątała się jakaś stara kobieta. Wspiąłem się tam powoli, ostrożnie, i byłem już blisko niej, gdy poczułem ukłucie w okolicach serca i w lewym przedramieniu, pierwsze od przyjazdu do Morodi. Usiadłem na ogrodzeniu najbliższego grobu i sięgnąłem do kieszeni koszuli po pastylkę. "Co ci to?" - zapytała stara kobieta, jakbyśmy znali się od dawna. "Chcesz ciepłej herbaty? Mam tu termos". Odpowiedziałem, że już mi przeszło. Wróciła do swojej krzątaniny, obwieszała krzyż różańcami, wkopywała pod nim wyjęty z doniczki kwiatek i bez przerwy powtarzała: "Wituś, Wituś, synku kochany." Nie było prawdą, że mi przeszło. Pamiętałem z dawnych wizyt na cmentarzu, że z boku na wysokości najwyższego rzędu, za wąskim rowem, był obszerny i miękki płat rośliny z gatunku wrzosów. Położyłem się na nim wygodnie, wierzchołek drzewa dawał cień, osłaniający od coraz gorętszego słońca. Zażyłem jeszcze jedną pastylkę. Teraz przeszło naprawdę.
Dopiekające ostro w godzinie południowej słońce sprzyja płyciutkiej drzemce, którą Włosi lepiej nazywają dormiveglia, senne czuwanie. Ułożyłem się tak, by mieć przed oczami całe zbocze cmentarne. Stara kobieta schodziła właśnie w dół i pomachała mi ręką. Dormiveglia rodzi widzenia, rodzi je w warstwie nadsennej. Widzeniem pierwszym, przez szparę w przymrużonych oczach, było kotłowisko bitwy. Skłębione, chaotyczne, niemożliwe do jakiego takiego uładzenia, czy choćby objęcia. To pewne, że wyciągnąłem się obecnie w rejonie bunkrów wyborowych strzelców niemieckich. Leżałem zaś podczas bitwy na dość wysokim punkcie obserwacyjnym, oznaczonym dziś obeliskiem. Im bardziej mrużyły mi się oczy i węższa stawała się szpara, tym wyraźniejsze było pierwsze widzenie. Jakże dziwne, zważywszy, że nie był to przecież sen! Widziałem padających żołnierzy, jak podcinanych kosą śmierci, na każdym padającym wyrastał natychmiast krzyż grobowy. Widzenie przemieniło się w bezsensowne widowisko, cała bitwa ukazała mi się nagle w groteskowym świetle; mnie, który byłem z niej zawsze dumny. The Sound and the Fury, wyszeptałem tytuł powieści Faulknera, którą mój gospodarz z Morodi zestawiał z Szekspirem w swoim jedynym tomiku anglistycznym przed chorobą.
Ani się spostrzegłem, jak wybiła czwarta. Wyruszyłem spod Opactwa o wpół do piątej, zjazd z Góry Klasztornej był gładki, ale w dole wpadłem w długi i gęsty korek. Zmierzchało, gdy się z niego wreszcie wydobyłem. Błyskawicznie opadł mnie lęk.
Od wielu już lat nie prowadziłem samochodu, dokładnie od dnia, w którym na jakieś dwie godziny przed dojazdem do wytyczonego na trasie noclegu ciemności okryły ziemię i uprzytomniły mi, że jak głęboko ukryty zarazek wyniosłem był z łagru sowieckiego "kurzą ślepotę." Nic nie widziałem na szosie, a siedząca obok mnie osoba, nie mając pojęcia o szoferce, mogła tylko służyć mi jako para pożyczonych oczu. Dojechaliśmy cudem do celu, ja okryty potem i bliski zemdlenia położyłem głowę na kierownicy i długo tak siedziałem. Sprzedałem wtedy mój samochód, bo bezsensowna jest jazda ze wzrokiem przylepionym do zegarka.
Jechałem teraz powoli na samym skraju szosy, nie zważając na zirytowane trąbienie z tyłu i czując jak opanowuje mnie obawa, że stan wzmagającego się napięcia odbije się na moim sercu. Równocześnie zaś - jakże zaskakujące bywają reakcje ludzkie! - pod powiekami odżywały po latach zatarte obrazy łagru zimą, kiedy wcześnie zapadał wieczór. Brodzenie "kurzych ślepców" wąskimi, oblodzonymi ścieżkami z kuchni obozowej do baraków. Często potykali się i wypuszczali z rąk drogocenne kociołki z zupą, chwilkę macali dokoła śnieg w nadziei ich odzyskania, szybko tracili tę nadzieję i szli potykając się i ślizgając do najbliższego baraku, który jak na urągowisko rzadko był ich barakiem. Bali się już wyjść z cudzego baraku, siadali w przedsionku i oparci o ściany, zasypiając na krótko od czasu do czasu, oczekiwali białego północnego świtu i przebudzenia obozu przed formowaniem się brygad na wartowni. Być może, cierpienia zadawane więźniom przez łagry sowieckie nabierały szczególnej wymowy w losie "kurzych ślepców."
Bóg jeden wie, jak udało mi się dojechać do Morodi o dziewiątej wieczorem. Paolo i Monica siedzieli przy stole z zapaloną lampą naftową, ale z kolacją czekali na mnie. Na szczęście w szafce stała ledwie napoczęta butelka whisky. Wypiłem dużą szklankę bez wody i siadłem do stołu. Poczułem się zaraz na tyle lepiej, że moje przesadne trochę nadrabianie miną nie wzbudziło żadnych podejrzeń.
I nadrabiając miną, wszcząłem z gospodarzem rozmowę o jego książeczce. Nie byłem szczery w moich pochlebnych sądach, dbałem tylko o to, by nie zwęszył, że chcę mu po prostu zrobić przyjemność. Ale próżność autorów nie zna granic. Rozpogodził się i też poprosił o szklaneczkę whisky, gdy dowodziłem obłudnie pionierskiego charakteru jego pracy. W rzeczywistości napisał (po angielsku) typową robótkę anglistyczną, taką jak podobne robótki polonistyczne czy romanistyczne - pełne cytatów, naciągnięte, pedantyczne, dłubackie. Wszystko oparte było na tytule powieści Faulknera The Sound and the Fury, zapożyczonym z piątego aktu Makbeta: It is a tale told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing. Sam Faulkner zresztą, któremu ten tytuł zasugerował przyjaciel, miał do końca wątpliwości, czy motto z Szekspira wiernie oddaje zamiar jego "ponurej historii szaleństwa i nienawiści." Przy grubym nadużywaniu licencji komparatystyki można było jedynie (w paru zdaniach!) powiedzieć, że twórczość Faulknera przeniknął szekspirowski chaos, jazgot "świata out of joint," a w najwyższej mierze owo signifying nothing. Poza tym minął okres zachwytów nad Faulknerem, czasów, w których Sartre nazywał go "Bogiem."
Byłem prawie pijany tej nocy, zwaliwszy się na łóżko. Onirologia (okrywa się zielenią i kwieciem ta gałąź wiedzy?) niech zechce przyjąć do wiadomości bardzo rzadkie zjawisko różnych wizji sennych, które się pokrywają, albo co najmniej zachodzą na siebie. Szybko (czułem we śnie krótkość czasu) zaszły na siebie dwa obrazy: pobojowisko pod Monte Cassino i śniegiem zasypany łagier sowiecki z brodzącymi "kurzymi ślepcami". Chwilami wydawało się, że "kurzy ślepcy" wpadają do grobów, i natychmiast wyrastają na nich krzyże. Tuż przed przebudzeniem nasunął się na okamgnienie i błyskawicznie znikł trzeci obraz, obozowa Trupiarnia, szereg bladych ludzi, leżących na pryczach w łachmanach, pogrążonych w przedśmiertnym odrętwieniu.
Nadszedł ostatni tydzień września. Wciąż ciepły, ale z jesiennymi już podmuchami wiatru. Ustaliliśmy wyjazd do Neapolu, bez czekania na doktora R., w rannych godzinach 1 października - ja do domu, Paolo i Monica w odwiedziny do bardzo starych rodziców. Kontynuowaliśmy przedpołudniowe spacery, natomiast po południu siedzieliśmy w domu. Wygrzewałem się w słońcu na leżaku w altance, czytając raz po razie Pierwszą miłość Turgieniewa, piękne opowiadanie, które Isaiah Berlin przetłumaczył zachwycony na angielski dla czystej przyjemności.
Pierwaja liubow! Znałem ją dobrze z dawnych lektur w oryginale rosyjskim i w przekładzie polskim. Znałem je, bo w jakiejś mierze było opowiadaniem z mojego życia. Szesnastoletni Wladimir Pietrowicz był na letnisku pod Moskwą zakochany w dużo starszej od siebie Zinaidzie, z którą romansował, w której kochał się właściwie z wzajemnością, jego ojciec. Pierwsza miłość oślepia, do tego stopnia oślepia, że wiotczeją i zamieniają się w coś odwrotnego naturalne uczucia syna do ojca.
Tak, miałem wtedy tyleż samo lat, szesnaście, i po śmierci matki przeniosłem się z Kielc do Suchedniowa, gdzie mieszkał samotnie i zajmował się berezowskim młynem mój ojciec. Na krótko przed moimi przenosinami ojciec zaprosił jako gospodynię czterdziestoletnią Ewę, bardzo daleką i bardzo ubogą kuzynkę. Była przystojna, ale nie urodziwa, małomówna aż do przesady, niekiedy wręcz robiła wrażenie niemej.
Niebawem stała się więcej niż gospodynią ojca. Przeżywałem najtrudniejszy u chłopca wiek, fizyczną szamotaninę. Podczas wieczornego posiłku (dojeżdżałem na cały dzień pociągiem do kieleckiego gimnazjum) nie spuszczałem z Ewy oczu, czułem rosnącą niechęć do ojca, gdy skinąwszy w milczeniu głową wzywał po kolacji Ewę do sypialni. Zauważył moje wzburzenie, bo kazał mi zamieszkać osobno w małym domku nad stawem, między młynem i upustem. Tam towarzyszyło mi tylko przebieranie końskich nóg w stajni na podwórzu pod domkiem.
Pewnej nocy usłyszałem cichy, lecz uparty stukot w okiennicę. Nie powiedziała ani słowa, położyła się w moim łóżku i przyciągnęła mnie do siebie. Czym jest dla szesnastoletniego chłopca miłosne wtajemniczenie? Burzą. W moim wypadku burza łączyła miłość z nienawiścią. Ewa była u mnie może godzinę, odtąd przychodziła każdej nocy blisko świtu. W ojcowskim domu nic w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że jest także moją kochanką. Unikała mojego wzroku, rzadko odzywała się do mnie, po kolacji szła z moim ojcem do sypialni. Coraz trudniej było mi powściągać gniew na ojca, jak młodemu bohaterowi Pierwszej miłości.
W następnym roku zdałem maturę i postanowiłem spędzić lato w Berezowie przed wyjazdem na studia w Warszawie. Pod koniec września lunęły nieprzerwane deszcze, wezbrał staw, woda wlewała się do mojego domku i potokiem spływała na podwórze, do stajni i do stodoły. Nocą ojciec załomotał do mojej okiennicy. Należało szybko podnieść stawidła na upuście. Klęczeliśmy obok siebie, szarpiąc się z łańcuchami, które ciągnęły stawidła do góry z pomocą zębatych kół. Nie, nie pamiętam, co wtedy czułem, oparty ramieniem o jego ramię. Ale było to z pewnością coś w rodzaju zamroczenia pomieszanego z wściekłością. Stawidła podniosły się wreszcie ze zgrzytem, dołem lunęła fala dennej wody na platformę z wyślizganych desek pod upustem. Wstaliśmy, ojciec próbował mnie objąć. Wymknąłem się z tego uścisku, ojciec spojrzał na mnie zdziwiony.
W parę dni później Ewa odwiozła mnie bryczką na stację, na pospieszny do Warszawy. Przed stacyjnym podjazdem zatrzymała na pustej szosie bryczkę i pocałowała mnie w usta bez słowa. Taki był koniec mojej pierwszej miłości. I tak to wyglądało w rzeczywistości, z precyzją niezwykłą w odległych wspomnieniach. Ale sen w pięknym Morodi, w przeddzień powrotu do Neapolu, był inny i straszny. Nie mogłem go dokładnie uchwycić w nagłym zamazaniu, widziałem w nim jednak ojca porwanego przez strugę rwącej wody i ciśniętego o deski platformy pod upustem. Wiedziałem, co to znaczy, co zaszło w moim śnie, skoro obudziłem się z suchym łkaniem podobnym do czkawki. I z bólem serca, na który piękne Morodi miało być przecież lekarstwem.
Zanim została opiekunką chorego brata, Monica była assistente sociale. Zdaje się, że tylko w krajach zachodniej Europy wprowadzono to zajęcie, które kobiety głównie zobowiązuje do nieustannego ruchu: do pomocy rodzinom, w których matka i żona jest częściowo sparaliżowana, do kurateli nad wykolejonymi chłopcami i dziewczętami, etc. Monica była "pomocnicą społeczną" piętnaście lat, lubiła swoje czynności i podtrzymywała wiele przyjaźni w "branży." Zaprzyjaźniona była między innymi z nową wicedyrektorką zakładu dla chorych umysłowo i nerwowo w Santa Maria Capua Vetere. Tam zaplanowała dłuższy postój w drodze do Neapolu. Nie musiała nam tłumaczyć, dlaczego jej przyjaciółka była nową wicedyrektorką. Znaliśmy z zeszłorocznych gazet skandal w zakładzie, policyjne dochodzenie odnośnie okoliczności śmierci czterech pacjentów, skierowanie na drogę sądową odpowiedzialności całego starego zarządu wraz z pielęgniarzami, nominację nowego zarządu. Pamiętaliśmy opisy z fotografiami w największym dzienniku neapolitańskim, przerażające opisy zaniedbania, brudu, zaszczurzenia, nie mytych naczyń, pobitych pacjentów, często przykutych do łóżek łańcuchami, lub z rękami związanymi w przegubach postronkami. Utkwił mi szczególnie w pamięci wyraz twarzy niektórych pacjentów, z odciskiem zwierzęcego strachu. Jedną z kar było odbieranie odzieży. Pod ścianami siedzieli ludzie nadzy, mężczyźni i kobiety.
Pod rządami nowej administracji i nowego zespołu lekarzy nastąpiła, według zapewnień Moniki, znaczna zmiana na lepsze. Wiedziała o tym od swojej przyjaciółki, a teraz zamierzała zweryfikować zmianę naocznie.
Posiedzieliśmy chwilkę w gabinecie wicedyrektorki, po czym zaprowadziła nas do dużej sali zwanej rekreacyjną. Albo zaskoczyła ją nasza wizyta (chociaż Monica zatelefonowała do niej rano z Morodi), albo jakiekolwiek przygotowania dawały bardzo krótkotrwałe rezultaty. Dość, że pod ścianami snuły się rozczochrane figury starszych przeważnie kobiet i mężczyzn, czasem półnagich, a w kilku wypadkach nagich, to przystawały w bezruchu, to przysiadały albo rozkładały się na podłodze, z przymkniętymi jak we śnie oczami lub z nie kończącymi się wybuchami gardłowego śmiechu. Śmiechom towarzyszyły niesamowite miny, jakby w rozmowie z samymi sobą. A czasem rozlegał się głośny bełkot, nic nie znaczący. Nikt nie zauważał naszej czwórki, bądź udawał, że nie zauważa. Dwoje pacjentów nie panowało nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Jakiś mężczyzna usiłował przycisnąć półnagą kobietę, która ze śmiechu przeszła w krzyk. Przypomniał mi się najpierw znany film Formana, potem zaś pomyślałem, że gdyby w Boskiej Komedii była część Ziemia, pobudziłaby wyobraźnię poety i czytelnika do podobnych widzeń. Zwłaszcza, że ozwał się nagle tupot na schodach wiodących w dół i do sali rekreacyjnej zaczęli napływać dziesiątkami nowi pacjenci, teraz przeważnie nadzy. Otoczyli nas, wypychali nas z chichotem w kierunku drzwi wyjściowych. Wycofywaliśmy się tyłem. Blada wicedyrektorka powiedziała: Scusate, non a facile. Równie jak ona blady Paolo szepnął do siostry: "Jedźmy do domu". Wychodząc, spostrzegłem dopiero teraz mosiężną tabliczkę po prawej stronie drzwi z napisem: Villa Sogno, Willa Sen.
Monica, prowadząc samochód do Neapolu, miała zwilgotniałe oczy i nie mogła opanować drżenia rąk na kierownicy. Jej pobladłego brata ułożyliśmy na tylnym siedzeniu z poduszką pod głową. Jechaliśmy wolno dla uniknięcia wstrząsów na starawej szosie. W duchu oblazły mnie zdania, powtarzające się z uporem aż do przyjazdu do Neapolu: "Sny w pięknym Morodi! Tak różne, a przecież stopione na zawsze w jeden obraz, który jak czarna krew wypełnił moje chore serce."
marzec-kwiecień 1997

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||