SNY W PIEKNYM MORODI





GUSTAW HERLING-GRUDZINSKI



     Po powrocie z letnich wakacji, w ostatnich dniach sierpnia, poczulem czestsze niz zwykle, choc jak dawniej przelotne, uklucia w lewym ramieniu i w okolicach serca. Dawniej znikaly po wsunieciu malenkiej pastylki pod jezyk. Teraz konieczne byly dwie pastylki.

     Szczesliwy traf chcial, ze mieszkajacy w sasiedniej kamienicy moj kardiolog skrocil w tym roku swoj urlop. Byl moim kardiologiem, stal sie niebawem takze moim przyjacielem. Poznalismy sie w szpitalu San Paolo, tam byl prymariuszem na wydziale kardiologii, gdzie z jego polecenia wyladowalem kilka lat temu po ostrym zawale (pamietam jego diagnoze: infarto acuto). Trzy tygodnie leczenia wystarczyly, aby mnie odeslal do domu. Odtad przychodzil co jakis czas, coraz rzadziej, na badania. Tak narodzila sie nasza przyjazn. Doktor R. byl zamilowanym czytelnikiem, po kazdej wiec wizycie lekarskiej zostawal u mnie na kawe i rozmowe (kawe pil tylko on, jak czekalem, az dostane na nia pozwolenie). Bliskie sasiedztwo sprawilo, ze widywalem go tez czasem na ulicy; jednym z przepisanych mi przez niego lekarstw byly dlugie spacery w pogodne dnie, przewaznie na plaskim bulwarze nadmorskim.

     Spotkany u schylku sierpnia na placyku, ktorym schodzilem zwykle nad morze, doktor R. zmarszczyl sie na wiadomosc o moich ukluciach. Ustalilismy godzine jego wizyty. Zbadal mnie jak zwykle bardzo dokladnie, dlugo odczytywal tasme elektrokardiogramu. "Nie ma powodu do niepokoju - powiedzial w koncu - jakkolwiek dzisiejszy kardiogram jest gorszy od poprzedniego." (W teczce, na jego zyczenie, przechowywalem wszystkie wyniki badan od chwili zawalu). "Wedlug mnie - dodal po namysle - wskazany bylby miesiac dodatkowego odpoczynku". Usmiechnal sie, gdy zaoponowalem, ze wracam wlasnie z wakacji. I wyjasnil: "Mam na mysli calkowite oderwanie sie od codziennego zycia i od codziennej (wiem o tym dobrze) pracy". Po czym przedstawil swoj plan.

     Rodzina R. posiada maly domek w Morodi, u stop wzgorz Matese, w odleglosci siedemdziesieciu kilometrow od Neapolu. Mieszka tam jego brat, od dosc dawna chory powaznie na serce, z siostra, ktora sie nim opiekuje. Domek polaczony jest telefonem ze szpitalem w Piedimonte d'Alife, gdzie kardiologiem jest jego przyjaciel, niegdys kolega uniwersytecki na medycynie w Neapolu. Wszystkiego szesc kilometrow. Jego siostra moze w kazdej chwili zadzwonic albo do szpitala, albo do prywatnego mieszkania przyjaciela swego brata. A izolacja w rodzinnym domku znakomicie wplywa na stan chorego. Jezeli sie zgodze, zaproponuje mnie jako goscia swemu rodzenstwu. Nudnawo tam troche, on sam wpada niestety do Morodi rzadko i na krotko; z czego wynika, ze trzeci do rozmow i spacerow jest na wage zlota. "Moj chory brat - dorzucil - byl kiedys docentem na anglistyce w Bari. Jest starym kawalerem, przywiazanym do siostry, starej panny."

     La Bella Morodi, piekne Morodi, tak nazywano w okolicach wioske, do ktorej w niedzielny poranek przywiozl mnie z Neapolu doktor R. Wioske? Raptem siedem domkow rozrzuconych w plytkim, miskowatym wglebieniu na zielonej rowninie. Swoj przydomek zawdziecza "piekne" Morodi rozmaitosci tla i oprawy. Na horyzoncie, nad miasteczkiem Piedimonte d'Alife, widac lancuch wzgorz Matese, dalej lekko zamglone szczyty Miletto i Boiano; miedzy Morodi i Piedimonte plynie rzeka Volturno. Droga przecinajaca Morodi prowadzi w kierunku Zatoki Gaetanskiej i trzech nadmorskich miejscowosci Mondragone, Formii i Gaety. Niewiele brakowalo, bym poczul sie w dobrze znanych z wojny stronach, na polnocny zachod dosc blisko jest do Monte Cassino.

     Para mieszkancow byla na spacerze, usiedlismy wiec w ogrodku kwiatowo-warzywnym w skleconej byle jak altance. Okazalo sie, ze drzwi domku nie byly zamkniete na klucz, weszlismy wiec do srodka. Nie czulo sie tu reki kobiecej, albo tez nie byla ona w stanie zapanowac nad usposobieniem mezczyzny. Chaos panowal wszedzie, z wyjatkiem schludnej kuchni. W saloniku i pokoju mieszkalnym (dwa lozka) na dole walaly sie ksiazki, albumy, gazety; sytuacje ratowaly troche reprodukcje znanych obrazow, przypiete pineskami do scian. Wewnetrzne schody byly na szczescie niskie. Pokoj na pieterku byl juz przygotowany dla mnie, czysty i rowniez obity reprodukcjami malarskimi. Pod duzym oknem stal solidny stol, po przeciwnej stronie szeroki tapczan. Miedzy "moim" pokojem i rupieciarnia zdolano zainstalowac prysznic i umywalnie. Widok z okna obejmowal caly prawie horyzont pieknego Morodi, az do dwoch szczytow gorskich.

     Wrocilismy do altanki. Sluchalem najpierw z roztargnieniem, a potem z rosnaca uwaga wywodu doktora R. Jego chory brat cierpial w Neapolu na bezsennosc, niebezpieczna u kardiakow. Kiedy trzy lata temu rodzenstwo przyjechalo na kilka letnich tygodni do omijanego dotad przez cala rodzine Morodi, bezsennosc znikla jak reka odjal. Wtedy zdecydowano przeniesc ich tutaj na stale. Przypuszczalnie skrzyzowanie podgorskiego powietrza z podmuchami wiatru od morza mialo, w tym wlasnie punkcie, wlasciwosci szczegolnie kojace czy odprezajace. Co wiecej, Paolo (brat doktora) sypial w Neapolu i zle, i bez snow, a w Morodi sny nawiedzaly go regularnie, dzialajac (jak twierdzil) krzepiaco, wzbogacajac jakby choc troche jego nudne i jalowe zycie. Doktor R. zasmial sie: "Trafil pan do rejonu zyznego onirycznie."

     Nie odpowiedzialem smiechem na jego smiech. Sny byly dla mnie zjawiskiem powaznym, czytalem o nich sporo, nawet z pewna lapczywoscia. Uderzyl mnie poglad jednego z licznych autorow, ze sen jest polsmiercia; ze sniac, stajemy, czy raczej zawisamy, miedzy zyciem i smiercia. Czego dowodem miala byc ucieczka snow natychmiast po przebudzeniu; pozostawialy po sobie chaotyczne strzepy, przy ostrej swiadomosci (zdaniem autora), ze pelny sen byl bardzo dlugi i bogaty i w jakis osobliwy sposob pokonywal prawa czasu, jak puszczony w przyspieszonym tempie stary film. Co do mnie, snilem niezbyt czesto i owe rzadkie sny przywyklem uwazac za oznake dobrego samopoczucia.

     Na sciezce wiodacej do domu pojawila sie para gospodarzy, powoli wracajacych z porannego spaceru. Szli dziwnie, podpierajac sie nawzajem splecionymi mocno ramionami i cialami przyrosnietymi do siebie w gorze pod ostrym katem; cos i kogos mi przypominali; nie wiedzialem, co i kogo, nagle jednak przebiegl mi po plecach dreszcz i poczulem scisk gardla. Wyszlismy na powitanie rodzenstwa, moj towarzysz powtarzal wsrod usciskow i pocalunkow: Caro Paolo, Cara Monica.

     Paolo i Monica byli prawie rowiesnikami po piecdziesiatce, rok roznicy miedzy starsza siostra i mlodszym bratem. Fizycznie wydawali sie blizniakami: wiecej niz szczupli oboje, o pociaglych, jak wyciosanych z drzewa, twarzach; siwi i niezgrabni w ruchach, poruszali sie chodem typowym dla platfusow. Monica byla rozmowna, mila, "ciepla" w obejsciu, dobra, nie znala slow skargi czy narzekan, w brata wpatrywala sie z uwielbieniem. Paolo, milkliwy i chwilami wrecz opryskliwy, oczytany i inteligentny, calym swoim zachowaniem skarzyl sie na los, ktory ciezka choroba serca przecial jego dosc blyskotliwa kariere uniwersytecka. Lagodnial wpatrujac sie przy stole w siostre, albo podczas wzajemnego prowadzenia sie pod reke na spacerach. Wciaz meczylo mnie pytanie, co i kogo mi przypominaja. Az do postawienia poznym wieczorem na stole, po uprzednim zgaszeniu swiatel pod sufitem i w scianach, duzej lampy naftowej z zielonym kloszem. Nie bylo jej potrzeby, domek mial przyzwoita i przesadnie nawet rozgaleziona siec elektryczna. Bylo jej pragnienie.

     Przed laty moj mlody przyjaciel i tlumacz uraczyl mnie dlugim lancuszkiem argumentow, ktore zmierzaly do wykazania, ze wynalazek elektrycznosci zubozyl malarstwo i literature. W malarstwie Andrzej operowal reprodukcjami obrazow Georges de la Toura ("swieca jest ich glowna postacia"), w literaturze opowiadaniami przy zapalonej swiecy (koniecznie w wagonie kolejowym!). Rozmowa toczyla sie pol zartem, pol serio, ale pod usmiechami i dowcipnymi powiedzonkami kryla sie warstwa prawdy. I ta warstwa prawdy sklaniala ludzi, w ich zyciu prywatnym, do instynktownego oswietlania wieczoru swiecami i lampami naftowymi, naturalnie po wylaczeniu pradu. Inaczej, odrobine zagadkowo, wygladaly twarze; stawaly sie bogatsze ruchy ludzi. Wolno to nazwac szukaniem, na domowa skale, innego wymiaru.

     Wlasnie wtedy krzyknalem w duchu: "Alez oczywiscie, Stefan i Alicja w Grodnie!".

     Zima 1940 w Grodnie. Znalazlem skromnie platna prace w (pelna nazwa) Pierwszym Panstwowym Teatrze Kukielkowym Zachodniej Bialorusi pod kierownictwem Wladyslawa Jaremy, w warsztacie stolarskim, ktory zajmowal sie wycinaniem, montazem, malowaniem i kostiumowaniem drewnianych aktorow. Praca platna slabo, lecz z wazna wtedy zaleta przynaleznosci do "kolektywu robotniczego," upowazniajacego do stolowki i do kartek na chleb; jak tez zalatwiajacego przydzial zarekwirowanych mieszkan.

     W Grodnie, procz przyjaciol i znajomych w polskim "kolektywie robotniczym", mialem kontakt osobisty dany mi w Warszawie. Moj brat, adwokat warszawski, przyjaznil sie z adwokatem T. z Grojca pod Warszawa, ktory w Grodnie w okresie jeszcze przedwojennym zdolal urzadzic, w wydziale budowlanym zarzadu miejskiego, mlodszego brata i mlodsza siostre, absolwentow Politechniki w Warszawie. Brzmi to troche tak, jakby chodzilo o nieporadne dzieci. I w pewnym sensie nieporadnymi dziecmi byli Stefan i Alicja, rodzenstwo na styku trzydziestki i czterdziestki, tak zzyte i nierozlaczne od lat uniwersyteckich, ze zlosliwi mowili o "bialym malzenstwie."

     Natychmiast po urzadzeniu sie w teatrzyku grodzienskim poszedlem pod wskazany adres na przedmiesciach. Ich pokoj podobny byl raczej do komorki, oczyszczonej drewutni, niz do normalnego pokoju mieszkalnego. Mieszkali w nim nie z braku pieniedzy i urzedowego przydzialu, lecz "z zasady." Duza czesc zarobionych pieniedzy oddawali na jakies cele spoleczne. Nigdy w zyciu, ani przedtem, ani potem, nie widzialem podobnych im "ideowcow" (komunizowali jeszcze na studiach w Warszawie). A poniewaz w "czerwonym Grodnie" czuli sie szczesliwi, wizyta osobnika o takich pogladach jak moje, byla owiana grzeczny chlodem. Mialem wrazenie, ze zegnali mnie z westchnieniem ulgi, jakkolwiek z wszelkimi pozorami uprzejmosci. Wiec nie ponawialem tej wizyty, widywalem tylko czasem na ulicy Stefana i Alicje, przytulonych do siebie, idacych wolnym krokiem dokladnie tak jak Paolo i Monica. Tyle ze zima 1940 w Grodnie ten chod usprawiedliwialy oblodzone trotuary.

     Wpadlem do nich po paru miesiacach poznym wieczorem, w chwili gdy szef "kolektywu" dal mi do zrozumienia, ze wyjdzie mi na zdrowie natychmiastowy wyjazd ("na jakis czas przynajmniej") z Grodna. Z nie ukrywana niechecia pozwolili mi przenocowac na podlodze; nie sadze, by nazajutrz zlozyli gdzie trzeba donos. W kazdym razie nie powiedzialem im, dokad jade (do Sokolki). Dowiedzieli sie chyba, ze wyladowalem w koncu w wiezieniu grodzienskim, ale nie probowali odezwac sie do mnie.

     A przeciez, mimo wszystko, ze wzruszeniem przypomnialem sobie pare z Grodna, siedzac noca przy oknie na pieterku w Morodi; pare spowinowacona z moimi gospodarzami tak, jak gdyby istniala na swiecie specjalna rasa braci i siostr, zrosnietych w uscisku, zwiazanych "bialym malzenstwem," czlapiacych przed siebie krokiem kaczek.

     Wrzesien byl tego roku pogodny, noc za otwartym szeroko oknem byla jasna, niebo rozgwiezdzone; pod kazdym, najdalszym, lecz widocznym drzewem, mozna bylo usiasc w myslach i podrzemac oparlszy sie plecami o pien. Podobnej ciszy nie uzyczal los w Neapolu. Budzila slynna francuska angoise, jak pierwsza noc po moim kazdorazowym przyjezdzie do Maisons-Laffitte.

     W kosciele w Piedimonte d'Alife wybila druga, polozylem sie do lozka, odpychajac od siebie zaslyszana opowiesc o smierci Stefana i Alicji. Zasnalem wreszcie. I wowczas okazalo sie, u samego progu mojego pobytu w pieknym Morodi, ze przyjechalem istotnie do "rejoniu zyznego onirycznie."

     Wkrotce po wojnie spotkany przypadkowo w Rzymie mieszkaniec Grodna opowiedzial mi, ze wkroczenie Niemcow do miasta w koncu czerwca 1941 zaczelo sie od masakry pokazowej (moj rozmowca uciekl wtedy na tamta strone Bugu). Wyznaczono prowizoryczne getto dla Zydow, na dziedzincu wiezienia rozstrzeliwano komunistow. Owszem, slyszal o parze inzynierow z wydzialu budowlanego. Rozstrzelano ich podobno w pierwszej kolejce, pod murem oddzielajacym wiezienie od ulicy. Pamietalem ten mur, wiosna i latem 1940 w celi wiezienia grodzienskiego wpatrywalismy sie wen jak urzeczeni przez otwor w kracie nieszczelnie zaslonietego okna, usilujac okrzykami dosiegnac rzadkich przechodniow ulicznych.

     Ale nie to odzylo w moim pierwszym snie w Morodi. Sen nie tylko (jak juz wspomnialem) pokonuje prawa czasu i bywa podobny do rozpedzonego filmu, ale nadzwyczajnie egzemplifikuje i uwypukla zdarzenia zwane przez freudystow "resztkami jawy." Stefan i Alicja szli tym swoim zwyklym chodem, przycisnieci do siebie, pod eskorta zbrojna Niemcow. Jeden ze straznikow probowal ich rozlaczyc uderzeniem lufy, jakby chcial przeciac wezel. Nadaremnie. Wezel byl mocny i mocny pozostal do urwistego i wysokiego brzegu niemenskiego. Znalem to miejsce, nasz "kolektyw robotniczy" teatru kukielkowego lubil tam w niedziele lepic balwany ze sniegu i stracac je przed odejsciem do rzeki zamarznietej na obu brzegach.

     Straznicy niemieccy zepchneli w dol eskortowana pare; trzymala sie dalej za rece, ale nie mogla juz zachowac calej swej zwyklej pozycji. Stefan pociagnal Alicje w kierunku wstegi wodnej na srodku rzeki. Nie bylo w tym niczego, poza panicznym odruchem ucieczki. Wpadli do wody, zanurzyli sie i wyplyneli na powierzchnie z podniesionymi do gory, splecionymi dlonmi. Widzialem we snie, jak straznicy do nich kilkakrotnie strzelali. Trafili w koncu, bo wygladzila sie wstega wodna.

     Obudzilem sie w tym momencie, dzien byl juz bialy, slyszalem odglosy dochodzace z kuchni. "Pojde na gore - powiedziala Monica - moze juz nie spi, a stygnie sniadanie."

     Nasz tryb zycia ujednolicil sie szybko. O dziesiatej rano bylismy gotowi do wymarszu na spacer zdrowotny. Trasa byla ciagle ta sama. Trzy kilometry szerokiej i dobrze ubitej drogi, az do skrzyzowania z szosa rozwidlajaca sie niebawem do Cassina i nad Zatoke Gaetanska. Na skrzyzowaniu rosla rozlozysta pinia, tam odpoczywalismy przed droga powrotna; w oddali, w okolicach Mondragone, rozposcieraly sie pola wypasu bawolow, okreg bialego sera bawolego mozzarella. Przyjemna pogoda - nie za goraco - sprzyjala dlugim spacerom. Szlismy wolno, ja chwilami obok sczepionego rodzenstwa, a chwilami za. Do domu wracalismy o pierwszej i kladlismy sie na lozkach bez obiadu. Urzadzalismy sobie lekki podwieczorek o trzeciej, aby o czwartej Monica mogla nas swoja szescsetka wywiezc w dalsze okolice. Kolacja byla pozna i obfitsza, potem do polnocy ciagnely sie rozmowy przy zielonej lampie. Rozmawialismy, glownie Paolo i ja, o literaturze. Monica na ogol milczala, w jej wzroku wlepionym w brata czail sie milosny timore reverenziale. Przed zasnieciem czytalem godzinke w lozku, zdaje sie, ze Paolo o wiele dluzej. Z poleczki sciennej nad moim lozkiem wyjalem i polozylem na nocnym stoliku dwie ksiazki: tomik gospodarza, wydany tuz przed jego choroba, o zwiazkach Faulknera z Szekspirem; i Pierwsza milosc Turgieniewa w przekladzie angielskim (jedynym, zdaje sie) Isaiah Berlina.

     Doktor R. odwiedzil nas dwukrotnie, raz spedzil z nami niedziele, a raz przyjechal po poludniu w dzien powszedni. Po zbadaniu obu chorych wyrazil pelne zadowolenie. "A nie mowilem - zwrocil sie do mnie przy pozegnaniu - ze pobyt w Morodi dobrze panu zrobi?" Po czym do siostry: Mi raccomando, Monica, giornate molto tranquille. I ze smiechem do calej trojki: E sogni d'oro. Moje sny w pieknym Morodi nie byly "zlote." Ale mimo "zyznego onirycznie rejonu" nie nawiedzaly mnie noc w noc.

     W calej, topornej raczej i bardzo zarozumialej teorii snow Freuda, jedna rzecz jest pewna, choc tez nie zawsze. Mam na mysli impuls "resztek swiadomosci i jawy." Sprawdzil sie w moim pierwszym snie. I sprawdzil w drugim.

     Ktoregos dnia wczesnym wieczorem, wracajac z wycieczki samochodem do Formii, zatrzymalismy sie w pustej kawiarni w Castel Volturno, oryginalnej, bo zbudowanej nad rzeka na wzniesieniu brzegu. W niewielkiej od nas odleglosci siedziala mloda Mulatka, gole nogi zanurzywszy w wodzie. W szarowce odcinala sie wyraznie jej glowa z szopa drucianych wlosow; i jej twarz byla bez wyrazu. Przyszla tu prawdopodobnie z pobliskiego obozu dla "kolorowych" emigrantow. Nie zwracala na nas uwagi, oczy wtopila w zoltawe fale rzeki. Naraz wstala i w sukience weszla do wody. Pomyslelismy, ze chce ukrasc kilka rybek trzepoczacych sie w sieci podrywki, ktora tu stala zawsze, wbita przez kogos drazkiem w gliniasty brzeg. Ale nie. Ominela podrywke i najpierw zapadla sie po szyje, a potem znikla pod woda. Monica zaalarmowala wlascicieli kawiarni, ktorzy z krzykiem wybiegli na ulice. Dziewczyne wyciagnieto za mostem na tamtym brzegu. Zapadla ciemnosc, w pospiechu ruszylismy do Morodi.

     Po drodze przezuwalem moj zapis w dzienniku z wilii Bozego Narodzenia 1972 roku. Co sprawilo, ze wlozylem ten wlasnie tom do torby z ksiazkami, zabranej do Morodi? Zbieg okolicznosci? Jak moj przyjaciel K., nie wierze w zbiegi okolicznosci. Na pieterku, w lozku juz, odczytywalem ten zapis po wielekroc.

     "Za czasow mego dziecinstwa z suchedniowskiego miasteczka zaczela zima przychodzic nad nasz berezowski staw mloda dziewczyna Ester, malutka i brzydka, w lichym wytartym paletku, z zasuszona twarzyczka w czepcu kudlatych wlosow. Ale oczy, jakie miala wspaniale, glebokie i smutne oczy! Po raz pierwszy przyszla w wieczor wigilijny, postala przed domem, slowem nie odpowiedziala na zaproszenie i w sniegu ostroznym drobnym kroczkiem podreptala na groble. Moj starszy brat wybiegl za nia zbyt pozno, znikla wsrod drzew. Odtad zjawiala sie niemal codziennie, przesiadywala na grobli, zapuszczala sie na lake, podobno nocami calymi snula sie dokola stawu nieczula na mroz, nigdy nie pukajac do zadnych drzwi. Mowilo sie, ze jest chora na "czarna melancholie," rodzina przestala sie nia interesowac, dawano jej po prostu jesc i pogrzac sie przy piecu, gdy wracala do domu. Stopniowo przywyklismy do jej obecnosci, a raczej nieobecnosci, bo trudno inaczej okreslic wzrok godzinami utkwiony w lodowej tafli stawu. Nikt o nic nie pytal, nikomu nie przeszkadzala, niekiedy tylko chlopi zegnali sie niepostrzezenie na jej widok. Z nastaniem wiosny znalazla sobie miejsce na styku grobli z laka, gdzie duza kepa tataraku i sitowia otoczona byla lacha nenufarow na plytkiej stosunkowo wodzie, chociaz o zdradliwym mulistym dnie. Ktoregos dnia wczesnym wieczorem, w pelni lata, pastuch ze wzgorza nad rzeka zobaczyl Ester wchodzaca w ubraniu do wody z wyciagnietymi przed siebie rekami. Oddalala sie wolno od brzegu, naraz zanurzyla sie gwaltownie, zapadnia mulu wciagnela ja pod wode. Chlopak wszczal raban, zbiegli sie ludzie, wylowiono ja jednak bosakami dopiero w poludnie. Bylem dzieckiem, ale nie zapomne wyrazu rozpogodzenia, a moze i szczescia na jej bialosinej twarzy. Po wielu latach rozmawialem o niej czesto w miasteczku. W jej zyciu nie zaszlo nic takiego, co by pozwalalo domyslac sie "konkretnej przyczyny tragedii" lub zapewniac o "lagodnej odmianie obledu." Etykietke "czarna melancholia" przyklejono swoistemu slubowi milczenia. Milczala, zawsze milczala, dzis podejrzewam, ze z zabobonnego prawie leku przed samym jezykiem. Czy nazwac nie znaczy okrasc? Wiedza cos o tym trapisci i poeci. Jesli, jak sadze, miala dusze religijna, to nie wierzyla, ze "na poczatku bylo Slowo." Wykluczam samobojstwo? Tak. Czlowiek zabija siebie z zemsty, z gniewu, z nienawisci, ze wszystkiego co pakujemy do worka rozpaczy, nie z milosci. Wedlug mnie jej milczenie bylo znakiem religijnego zakochania w swiecie. Tego letniego dnia zanurzyla sie naturalnym gestem w dziele stworzenia, nie przeczuwajac, ze w nim utonie. A moze daje sie ponosic slowom? Moze okradam nimi biedna topielice z czegos nam nie znanego?".

     Moglbym zapewne dorzucic pare przyczynkow do wiedzy onirycznej, do onirologii, czyli psychologii snow i do oniromancji, czyli interpretacji snow polaczonej z wrozbiarstwem sennym.

     Istnieje mianowicie, wedlug mojego doswiadczenia, a scislej - moze zaistniec okres przygotowawczy, jak gdyby sceniczna zagrywka przed kurtyna, poprzedzajaca podniesienie kurtyny. Ktos moze to nazwac po prostu sennym prologiem, po ktorym rozpoczyna sie wlasciwy dramat. W kazdym razie cos podobnego zdarzylo sie w moim przypadku. W ciagu dwoch nocy po incydencie nad rzeka Volturno zjawiala sie w moich krotkich snach Ester o cudownych oczach i skudlanych wlosach, nieruchoma i zanurzona po glowe w wodzie stawu, miedzy liscmi nenufaru. Zdawala sie patrzec na mnie w zadumie, w jej oczach przemknal sie raz cien zalu i smutku. Obraz byl za kazdym razem migawka, nawet szczegolne prawa czasu sennego nie dawaly mu dluzszego trwania. Zapalal sie i natychmiast gasl, tak wolno go okreslic. Ale byl wlasnie przygotowaniem do wielkiego snu. W tydzien po samobojczej probie Mulatki zapadlem przed szarzejacym juz switem w sen bardzo gleboki, taki, ktory ociera sie o samo dno (nie wiem dno czego, ale wiem, ze sny maja swoje dno). Stalem na suchedniowskim moscie, miedzy zydowskim miasteczkiem i kosciolem. Oparty o porecz mostu, nie bylem w stanie oderwac od niej rak; byly przyrosniete, rzecz prawie zwyczajna w snach, gdzie motyw paralizu nog, unieruchomienia rak, zesztywnialej szyi jest na ogol stalym elementem wizji onirycznej. Zydowskie miasteczko plonelo, uliczkami przebiegali zolnierze niemieccy z malymi recznymi miotaczami plomieni, mieszkancy wyskakiwali z okien lub wybijali zaryglowane drzwi, ogien rozszerzal sie, ale powstrzymywala go plytka i waska struga w rzeczce. Przed kosciolem stal tlum i przygladal sie pozarowi: niesamowity byl widok ludzi, ktorzy spletli wszyscy ramiona na piersiach. Naraz otworzylo sie okienko na stryszku w srodkowym domku i wyfrunela z niego, doslownie wyfrunela, Ester. Jak ptak poszybowala ku niebu, poruszajac ramionami niby skrzydlami czy pletwami. W jej wzburzonej czuprynie pelgal zaproszony ognik. Takie postacie, nad zydowska dzielnica Witebska, malowal Chagall. I oto stalo sie cos nieoczekiwanego. Gdy znalazla sie na wysokosci kosciola, w tlumie odbil sie od ziemi ksiadz z zalozonymi na piersiach rekami, rozlozyl je szeroko, pomachal nimi i wzbil sie szybko w gore, tak szybko, ze zblizyl sie do Ester.

     Obudzilem sie, sen byl bogaty, lecz ulotny, slonce nie zdolalo jeszcze wygrzebac sie na dobre zza dwoch szczytow na widnokregu.

     W polowie wrzesnia, u progu jesiennego ochlodzenia, wstal dzien wiecej niz cieply, prawie upalny. Zaroily sie pewnie kapieliska nad morzem, na plazach Gaety i Sperlongi. Ciagnela mnie wycieczka na Monte Cassino, ale nie mieli na nia ochoty Paolo i Monica. Stanelo na tym, ze pojade sam ich szescsetka i wroce po poludniu. Dla nich nienaruszalna byla tradycja porannych pieszych spacerow. Pojechalem przez Venafro, nasza baze przed bitwa. Okolo poludnia bylem na klasztornym wzgorzu i zaczalem schodzic na cmentarz. Byl opustoszaly, tylko w najwyzszym rzedzie krzatala sie jakas stara kobieta. Wspialem sie tam powoli, ostroznie, i bylem juz blisko niej, gdy poczulem uklucie w okolicach serca i w lewym przedramieniu, pierwsze od przyjazdu do Morodi. Usiadlem na ogrodzeniu najblizszego grobu i siegnalem do kieszeni koszuli po pastylke. "Co ci to?" - zapytala stara kobieta, jakbysmy znali sie od dawna. "Chcesz cieplej herbaty? Mam tu termos". Odpowiedzialem, ze juz mi przeszlo. Wrocila do swojej krzataniny, obwieszala krzyz rozancami, wkopywala pod nim wyjety z doniczki kwiatek i bez przerwy powtarzala: "Witus, Witus, synku kochany." Nie bylo prawda, ze mi przeszlo. Pamietalem z dawnych wizyt na cmentarzu, ze z boku na wysokosci najwyzszego rzedu, za waskim rowem, byl obszerny i miekki plat rosliny z gatunku wrzosow. Polozylem sie na nim wygodnie, wierzcholek drzewa dawal cien, oslaniajacy od coraz goretszego slonca. Zazylem jeszcze jedna pastylke. Teraz przeszlo naprawde.

     Dopiekajace ostro w godzinie poludniowej slonce sprzyja plyciutkiej drzemce, ktora Wlosi lepiej nazywaja dormiveglia, senne czuwanie. Ulozylem sie tak, by miec przed oczami cale zbocze cmentarne. Stara kobieta schodzila wlasnie w dol i pomachala mi reka. Dormiveglia rodzi widzenia, rodzi je w warstwie nadsennej. Widzeniem pierwszym, przez szpare w przymruzonych oczach, bylo kotlowisko bitwy. Sklebione, chaotyczne, niemozliwe do jakiego takiego uladzenia, czy chocby objecia. To pewne, ze wyciagnalem sie obecnie w rejonie bunkrow wyborowych strzelcow niemieckich. Lezalem zas podczas bitwy na dosc wysokim punkcie obserwacyjnym, oznaczonym dzis obeliskiem. Im bardziej mruzyly mi sie oczy i wezsza stawala sie szpara, tym wyrazniejsze bylo pierwsze widzenie. Jakze dziwne, zwazywszy, ze nie byl to przeciez sen! Widzialem padajacych zolnierzy, jak podcinanych kosa smierci, na kazdym padajacym wyrastal natychmiast krzyz grobowy. Widzenie przemienilo sie w bezsensowne widowisko, cala bitwa ukazala mi sie nagle w groteskowym swietle; mnie, ktory bylem z niej zawsze dumny. The Sound and the Fury, wyszeptalem tytul powiesci Faulknera, ktora moj gospodarz z Morodi zestawial z Szekspirem w swoim jedynym tomiku anglistycznym przed choroba.

     Ani sie spostrzeglem, jak wybila czwarta. Wyruszylem spod Opactwa o wpol do piatej, zjazd z Gory Klasztornej byl gladki, ale w dole wpadlem w dlugi i gesty korek. Zmierzchalo, gdy sie z niego wreszcie wydobylem. Blyskawicznie opadl mnie lek.

     Od wielu juz lat nie prowadzilem samochodu, dokladnie od dnia, w ktorym na jakies dwie godziny przed dojazdem do wytyczonego na trasie noclegu ciemnosci okryly ziemie i uprzytomnily mi, ze jak gleboko ukryty zarazek wynioslem byl z lagru sowieckiego "kurza slepote." Nic nie widzialem na szosie, a siedzaca obok mnie osoba, nie majac pojecia o szoferce, mogla tylko sluzyc mi jako para pozyczonych oczu. Dojechalismy cudem do celu, ja okryty potem i bliski zemdlenia polozylem glowe na kierownicy i dlugo tak siedzialem. Sprzedalem wtedy moj samochod, bo bezsensowna jest jazda ze wzrokiem przylepionym do zegarka.

     Jechalem teraz powoli na samym skraju szosy, nie zwazajac na zirytowane trabienie z tylu i czujac jak opanowuje mnie obawa, ze stan wzmagajacego sie napiecia odbije sie na moim sercu. Rownoczesnie zas - jakze zaskakujace bywaja reakcje ludzkie! - pod powiekami odzywaly po latach zatarte obrazy lagru zima, kiedy wczesnie zapadal wieczor. Brodzenie "kurzych slepcow" waskimi, oblodzonymi sciezkami z kuchni obozowej do barakow. Czesto potykali sie i wypuszczali z rak drogocenne kociolki z zupa, chwilke macali dokola snieg w nadziei ich odzyskania, szybko tracili te nadzieje i szli potykajac sie i slizgajac do najblizszego baraku, ktory jak na uragowisko rzadko byl ich barakiem. Bali sie juz wyjsc z cudzego baraku, siadali w przedsionku i oparci o sciany, zasypiajac na krotko od czasu do czasu, oczekiwali bialego polnocnego switu i przebudzenia obozu przed formowaniem sie brygad na wartowni. Byc moze, cierpienia zadawane wiezniom przez lagry sowieckie nabieraly szczegolnej wymowy w losie "kurzych slepcow."

     Bog jeden wie, jak udalo mi sie dojechac do Morodi o dziewiatej wieczorem. Paolo i Monica siedzieli przy stole z zapalona lampa naftowa, ale z kolacja czekali na mnie. Na szczescie w szafce stala ledwie napoczeta butelka whisky. Wypilem duza szklanke bez wody i siadlem do stolu. Poczulem sie zaraz na tyle lepiej, ze moje przesadne troche nadrabianie mina nie wzbudzilo zadnych podejrzen.

     I nadrabiajac mina, wszczalem z gospodarzem rozmowe o jego ksiazeczce. Nie bylem szczery w moich pochlebnych sadach, dbalem tylko o to, by nie zweszyl, ze chce mu po prostu zrobic przyjemnosc. Ale proznosc autorow nie zna granic. Rozpogodzil sie i tez poprosil o szklaneczke whisky, gdy dowodzilem obludnie pionierskiego charakteru jego pracy. W rzeczywistosci napisal (po angielsku) typowa robotke anglistyczna, taka jak podobne robotki polonistyczne czy romanistyczne - pelne cytatow, naciagniete, pedantyczne, dlubackie. Wszystko oparte bylo na tytule powiesci Faulknera The Sound and the Fury, zapozyczonym z piatego aktu Makbeta: It is a tale told by an idiot, full of sound and fury, signifying nothing. Sam Faulkner zreszta, ktoremu ten tytul zasugerowal przyjaciel, mial do konca watpliwosci, czy motto z Szekspira wiernie oddaje zamiar jego "ponurej historii szalenstwa i nienawisci." Przy grubym naduzywaniu licencji komparatystyki mozna bylo jedynie (w paru zdaniach!) powiedziec, ze tworczosc Faulknera przeniknal szekspirowski chaos, jazgot "swiata out of joint," a w najwyzszej mierze owo signifying nothing. Poza tym minal okres zachwytow nad Faulknerem, czasow, w ktorych Sartre nazywal go "Bogiem."

     Bylem prawie pijany tej nocy, zwaliwszy sie na lozko. Onirologia (okrywa sie zielenia i kwieciem ta galaz wiedzy?) niech zechce przyjac do wiadomosci bardzo rzadkie zjawisko roznych wizji sennych, ktore sie pokrywaja, albo co najmniej zachodza na siebie. Szybko (czulem we snie krotkosc czasu) zaszly na siebie dwa obrazy: pobojowisko pod Monte Cassino i sniegiem zasypany lagier sowiecki z brodzacymi "kurzymi slepcami". Chwilami wydawalo sie, ze "kurzy slepcy" wpadaja do grobow, i natychmiast wyrastaja na nich krzyze. Tuz przed przebudzeniem nasunal sie na okamgnienie i blyskawicznie znikl trzeci obraz, obozowa Trupiarnia, szereg bladych ludzi, lezacych na pryczach w lachmanach, pograzonych w przedsmiertnym odretwieniu.

     Nadszedl ostatni tydzien wrzesnia. Wciaz cieply, ale z jesiennymi juz podmuchami wiatru. Ustalilismy wyjazd do Neapolu, bez czekania na doktora R., w rannych godzinach 1 pazdziernika - ja do domu, Paolo i Monica w odwiedziny do bardzo starych rodzicow. Kontynuowalismy przedpoludniowe spacery, natomiast po poludniu siedzielismy w domu. Wygrzewalem sie w sloncu na lezaku w altance, czytajac raz po razie Pierwsza milosc Turgieniewa, piekne opowiadanie, ktore Isaiah Berlin przetlumaczyl zachwycony na angielski dla czystej przyjemnosci.

     Pierwaja liubow! Znalem ja dobrze z dawnych lektur w oryginale rosyjskim i w przekladzie polskim. Znalem je, bo w jakiejs mierze bylo opowiadaniem z mojego zycia. Szesnastoletni Wladimir Pietrowicz byl na letnisku pod Moskwa zakochany w duzo starszej od siebie Zinaidzie, z ktora romansowal, w ktorej kochal sie wlasciwie z wzajemnoscia, jego ojciec. Pierwsza milosc oslepia, do tego stopnia oslepia, ze wiotczeja i zamieniaja sie w cos odwrotnego naturalne uczucia syna do ojca.

     Tak, mialem wtedy tylez samo lat, szesnascie, i po smierci matki przenioslem sie z Kielc do Suchedniowa, gdzie mieszkal samotnie i zajmowal sie berezowskim mlynem moj ojciec. Na krotko przed moimi przenosinami ojciec zaprosil jako gospodynie czterdziestoletnia Ewe, bardzo daleka i bardzo uboga kuzynke. Byla przystojna, ale nie urodziwa, malomowna az do przesady, niekiedy wrecz robila wrazenie niemej.

     Niebawem stala sie wiecej niz gospodynia ojca. Przezywalem najtrudniejszy u chlopca wiek, fizyczna szamotanine. Podczas wieczornego posilku (dojezdzalem na caly dzien pociagiem do kieleckiego gimnazjum) nie spuszczalem z Ewy oczu, czulem rosnaca niechec do ojca, gdy skinawszy w milczeniu glowa wzywal po kolacji Ewe do sypialni. Zauwazyl moje wzburzenie, bo kazal mi zamieszkac osobno w malym domku nad stawem, miedzy mlynem i upustem. Tam towarzyszylo mi tylko przebieranie konskich nog w stajni na podworzu pod domkiem.

     Pewnej nocy uslyszalem cichy, lecz uparty stukot w okiennice. Nie powiedziala ani slowa, polozyla sie w moim lozku i przyciagnela mnie do siebie. Czym jest dla szesnastoletniego chlopca milosne wtajemniczenie? Burza. W moim wypadku burza laczyla milosc z nienawiscia. Ewa byla u mnie moze godzine, odtad przychodzila kazdej nocy blisko switu. W ojcowskim domu nic w jej zachowaniu nie wskazywalo na to, ze jest takze moja kochanka. Unikala mojego wzroku, rzadko odzywala sie do mnie, po kolacji szla z moim ojcem do sypialni. Coraz trudniej bylo mi powsciagac gniew na ojca, jak mlodemu bohaterowi Pierwszej milosci.

     W nastepnym roku zdalem mature i postanowilem spedzic lato w Berezowie przed wyjazdem na studia w Warszawie. Pod koniec wrzesnia lunely nieprzerwane deszcze, wezbral staw, woda wlewala sie do mojego domku i potokiem splywala na podworze, do stajni i do stodoly. Noca ojciec zalomotal do mojej okiennicy. Nalezalo szybko podniesc stawidla na upuscie. Kleczelismy obok siebie, szarpiac sie z lancuchami, ktore ciagnely stawidla do gory z pomoca zebatych kol. Nie, nie pamietam, co wtedy czulem, oparty ramieniem o jego ramie. Ale bylo to z pewnoscia cos w rodzaju zamroczenia pomieszanego z wsciekloscia. Stawidla podniosly sie wreszcie ze zgrzytem, dolem lunela fala dennej wody na platforme z wyslizganych desek pod upustem. Wstalismy, ojciec probowal mnie objac. Wymknalem sie z tego uscisku, ojciec spojrzal na mnie zdziwiony.

     W pare dni pozniej Ewa odwiozla mnie bryczka na stacje, na pospieszny do Warszawy. Przed stacyjnym podjazdem zatrzymala na pustej szosie bryczke i pocalowala mnie w usta bez slowa. Taki byl koniec mojej pierwszej milosci. I tak to wygladalo w rzeczywistosci, z precyzja niezwykla w odleglych wspomnieniach. Ale sen w pieknym Morodi, w przeddzien powrotu do Neapolu, byl inny i straszny. Nie moglem go dokladnie uchwycic w naglym zamazaniu, widzialem w nim jednak ojca porwanego przez struge rwacej wody i cisnietego o deski platformy pod upustem. Wiedzialem, co to znaczy, co zaszlo w moim snie, skoro obudzilem sie z suchym lkaniem podobnym do czkawki. I z bolem serca, na ktory piekne Morodi mialo byc przeciez lekarstwem.

     Zanim zostala opiekunka chorego brata, Monica byla assistente sociale. Zdaje sie, ze tylko w krajach zachodniej Europy wprowadzono to zajecie, ktore kobiety glownie zobowiazuje do nieustannego ruchu: do pomocy rodzinom, w ktorych matka i zona jest czesciowo sparalizowana, do kurateli nad wykolejonymi chlopcami i dziewczetami, etc. Monica byla "pomocnica spoleczna" pietnascie lat, lubila swoje czynnosci i podtrzymywala wiele przyjazni w "branzy." Zaprzyjazniona byla miedzy innymi z nowa wicedyrektorka zakladu dla chorych umyslowo i nerwowo w Santa Maria Capua Vetere. Tam zaplanowala dluzszy postoj w drodze do Neapolu. Nie musiala nam tlumaczyc, dlaczego jej przyjaciolka byla nowa wicedyrektorka. Znalismy z zeszlorocznych gazet skandal w zakladzie, policyjne dochodzenie odnosnie okolicznosci smierci czterech pacjentow, skierowanie na droge sadowa odpowiedzialnosci calego starego zarzadu wraz z pielegniarzami, nominacje nowego zarzadu. Pamietalismy opisy z fotografiami w najwiekszym dzienniku neapolitanskim, przerazajace opisy zaniedbania, brudu, zaszczurzenia, nie mytych naczyn, pobitych pacjentow, czesto przykutych do lozek lancuchami, lub z rekami zwiazanymi w przegubach postronkami. Utkwil mi szczegolnie w pamieci wyraz twarzy niektorych pacjentow, z odciskiem zwierzecego strachu. Jedna z kar bylo odbieranie odziezy. Pod scianami siedzieli ludzie nadzy, mezczyzni i kobiety.

     Pod rzadami nowej administracji i nowego zespolu lekarzy nastapila, wedlug zapewnien Monici, znaczna zmiana na lepsze. Wiedziala o tym od swojej przyjaciolki, a teraz zamierzala zweryfikowac zmiane naocznie.

     Posiedzielismy chwilke w gabinecie wicedyrektorki, po czym zaprowadzila nas do duzej sali zwanej rekreacyjna. Albo zaskoczyla ja nasza wizyta (chociaz Monica zatelefonowala do niej rano z Morodi), albo jakiekolwiek przygotowania dawaly bardzo krotkotrwale rezultaty. Dosc, ze pod scianami snuly sie rozczochrane figury starszych przewaznie kobiet i mezczyzn, czasem polnagich, a w kilku wypadkach nagich, to przystawaly w bezruchu, to przysiadaly albo rozkladaly sie na podlodze, z przymknietymi jak we snie oczami lub z nie konczacymi sie wybuchami gardlowego smiechu. Smiechom towarzyszyly niesamowite miny, jakby w rozmowie z samymi soba. A czasem rozlegal sie glosny belkot, nic nie znaczacy. Nikt nie zauwazal naszej czworki, badz udawal, ze nie zauwaza. Dwoje pacjentow nie panowalo nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Jakis mezczyzna usilowal przycisnac polnaga kobiete, ktora ze smiechu przeszla w krzyk. Przypomnial mi sie najpierw znany film Formana, potem zas pomyslalem, ze gdyby w Boskiej Komedii byla czesc Ziemia, pobudzilaby wyobraznie poety i czytelnika do podobnych widzen. Zwlaszcza, ze ozwal sie nagle tupot na schodach wiodacych w dol i do sali rekreacyjnej zaczeli naplywac dziesiatkami nowi pacjenci, teraz przewaznie nadzy. Otoczyli nas, wypychali nas z chichotem w kierunku drzwi wyjsciowych. Wycofywalismy sie tylem. Blada wicedyrektorka powiedziala: Scusate, non a facile. Rownie jak ona blady Paolo szepnal do siostry: "Jedzmy do domu". Wychodzac, spostrzeglem dopiero teraz mosiezna tabliczke po prawej stronie drzwi z napisem: Villa Sogno, Willa Sen.

     Monica, prowadzac samochod do Neapolu, miala zwilgotniale oczy i nie mogla opanowac drzenia rak na kierownicy. Jej pobladlego brata ulozylismy na tylnym siedzeniu z poduszka pod glowa. Jechalismy wolno dla unikniecia wstrzasow na starawej szosie. W duchu oblazly mnie zdania, powtarzajace sie z uporem az do przyjazdu do Neapolu: "Sny w pieknym Morodi! Tak rozne, a przeciez stopione na zawsze w jeden obraz, ktory jak czarna krew wypelnil moje chore serce."


marzec-kwiecien 1997










Copyright © 1997-1999 Zwoje