Rozpoczynamy w Zwojach cykl tekstów prezentujących poezję Wacława Iwaniuka (ur. 1915, zm. 2001), wybitnego poety polskiego mieszkającego w Toronto od roku 1948. Wacław Iwaniuk debiutował w Polsce przed wojną w ugrupowaniu poetyckim "Drugiej Awangardy." Podczas wojny był żołnierzem w kampanii wrześniowej, w bitwie o Narwik, więźniem w Hiszpanii oraz żołnierzem I Dywizji Pancernej gen. Maczka.




Od roku 1953 opublikował kilkanaście tomików wierszy w polskich wydawnictwach emigracyjnych. W Kraju, w wyniku zapisu cenzury, utwory jego nie były publikowane aż do późnych lat osiemdziesiątych.

Znakomita, chociaż często przygnębiająca i pesymistyczna poezja Wacława Iwaniuka koncentruje się głównie wokół rozważań nad losem, wojną, zbrodniami i ofiarami totalitaryzmów - nazistowskiego i stalinowskiego, złem ludzkim, samotnością, pesymizmem emigracji. Wiersze Wacława Iwaniuka, bardzo interesujące artystycznie, są malarskie, wręcz wizyjne. To jakby gra między słowem i kreowanym przy pomocy słowa bardzo plastycznym obrazem.

Rozpoczynamy od rozważań Iwaniuka nad losem ludzkim; w następnych wydaniach Zwojów przedstawimy inne wątki jego poezji oraz esej Janusza Kryszaka, znanego historyka literatury o twórczości Wacława Iwaniuka. (AMK, IO)

 




POETYCKIE OBRAZY WACŁAWA IWANIUKA   (I)

 




WIERSZ

Moja mowa jest pajęczyną dźwięków.
Gdy listopad zabiera mnie na instrumentach pustych,
idę poprzez trawy i trawy wylękłe,
śpiewam jak pustolistne drzewo
i rozmawiam z sercem, jedynym podróżnym,
z powietrzem, którego nie mogę ująć w dłoń.

Tyle śpiewów jeszcze mnie czeka,
a każdy z nich jest cichszy,
zasupłany w bojaźń i dręczące zdanie.
Wczoraj żyłem na lichym przyczółku księżyca,
wczoraj mieszkałem w drobnym biegu mrówki,
w klaskaniu chłodnej nocy, w kołataniu żab,
które są jak uparcie fałszujące struny.

Pogubiłem toboły snów,
zdania skąpane w trudzie,
o ostrych raniących rymach.
Zgasiłem ciepłe rumieńce.
Na mych wargach siedli grabarze,
grają w karty i zbijają trumny,
ścielą słomę, jak płótna na rosie,
moszcząc zgonem każde spojrzenie.
A westchnieniem, jak mocnym gwoździem,
ciszą usta, soczyste fale.

Przemawiałem do warg niewiernych,
jak do roślin, którym zmysły odjęto,
by się czepiali falujących dymów,
by chwytali obłoki pachnące,
by w ogniu mej piekarni myli twarz i ręce,
sięgając po chleb który śpiewa,
modli się - mówi pacierze,
jak staruszki w siedliszczach lubelskich,
przy traktach, gdzie rosną kościoły
i lipy stare w legendy.

Powtarzam swoje żale w szeptach celniczych,
ślepe myśli jak dłonie łączę,
a gdy wieczór nadejdzie, pełny jak flaszka mleka,
odczytam ten wiersz ponownie:
trawom - by go mogły przenucić,
drzewom - by go przewiały w obłokach,
i rosie - by go w źrenicy swojej przemyła.

Wiersz, który zaczyna się niepokojem
a kończy lękiem.
Który nie ma zenitu południa,
a jednak żyję ułomny i ślepy,
wolą mego serca.

Wacław Iwaniuk





PISZĘ

Piszę jakbym rozmawiał z aniołem wędrownym,
który w pocie i kurzu
idzie jak przystało na Anioła Stróża
a skrzydła niepotrzebne, związane w tobołek,
niesie z czołem wesołym.
Piszę jakbym zwoływał do siebie kontrasty,
by ogień na liściach wzniecać
i między jedną pieśnią a drugą
zielonym deszczem traw rozmawiać z pulchną nocą.
Piszę jakbym chodził z lilipucią świecą
od brzasku do brzasku
i zbierał gwiazdy gasnące.
Piszę - budując jak dziecko na ruchomym piasku.
Piszę paznokciem po skórze,
po sercu, by nie biło osowiałym truchtem.
Piszę po powietrzu z miękkiego lazuru.
Piszę, gromadząc rozbite okruchy,
i pergamin, nieposłuszny gestom,
zapełniam strugą słów.
Piszę - więc jestem !
Piszę, żyjąc z palcem na ustach.
Między mną a godziną, którą dzień rozkłębia,
nie ma nic, nic być nie może oprócz pustki -
która słowa moje wyziębia.

Gdy pyzate księżyce na kartkach lirycznych,
chwalą znanym nam ruchem swój szalbierczy dzień,
ja, z dala od słów lirycznych,
blask do blasku przymierzam
słowo słowem rozjaśniam
i piszę -
jakbym trzymał na dłoni otwarty liść ziemi.

Wacław Iwaniuk





Z MOJEJ "KSIĘGI RODZAJÓW"

Od dzieciństwa byliśmy razem.
Spotykałem się z nim jak sąsiad z sąsiadem
Latem siadywaliśmy na miedzy wśród wysokich zbóż
I patrząc kłosom w źrenice, myśleliśmy głośno
Jakie zapowiadają się zbiory.
Zrywałem wtedy najładniejszy kłos
Smukłym ruchem kładłem go na dłoni
Gładząc jego gotycką kibić. On
Pochylony liczył ziarna pod wypukłą łuską
I świętym palcem dotykał mej dłoni
Na której zapisywał nieznanym mi pismem
Mój wkład w dobrobyt ziemi.
Po trawie pełzał wolno śliniąc się winniczek
Wchodził w szeroko rozłożony łopian
I zadłubany usypiał w skorupie.
Błyszczące ciała dżdżownic
Wychodziły na chłodny spacer z podziemnych korytarzy.
Nawet księżyc zajęty podlewaniem traw
Upuszczał rosę w środku uniesienia
Stawał na chwilę, mrużył oczy
I zza węgła chmury podpatrywał nas.
Siedzieliśmy: on i ja, na miedzy;
Kępy drzew poniżej horyzontu
Podobne były do drobnych smyczkowych kwartetów,
Łąki rozmawiały symfonicznym chórem.
Z niewidzialnego dna unosiła się para
Przestraszonym stadem kuropatw. Ich nerwowy lot
Przypominał chaos perkusji; biegły na oślep
Nie mogąc się pozbierać.
Leżałem licząc gwiazdy; ich niebieska pościel
Przypominała barokowe wnętrza królewskiego tronu:
Błyszczące korony, buławy, przyłbice z płomieni
Wysadzane bursztynem tarcze. On pochylony nad dłonią
Jak kuglarz, którego zręczność myli oczy,
Niewidzialnym ruchem kierował firmamentem.

Wacław Iwaniuk





W KORCU MAKU

W korcu maku
wszystkie ziarna
podobne są do siebie,
tylko moje ziarno
wydaje mi się
bardziej ziarniste
od innych.

Wacław Iwaniuk





WIDZIAŁEM OBRAZY VAN GOGHA

Widziałem obrazy Van Gogha : wyrastały na ścianie -
ludzie nie chcieli patrzeć, zakrywali oczy.
On gwałtownymi ruchami tłumaczył powietrze,
wykręcał drzewom ręce w stawach, deptał ogień
i zieleni nie chciał wybaczyć.

Widziałem wkoło obrazy. Jedne stały obok,
inne odeszły zapatrzone w siebie -
Pyszne, z ogniem południowym w oczach.
Widziałem obrazy martwe, pokryte ramami,
te które uschły i te które rosły
obarczone skrzydłami, jak roślina tlenem.

Widziałem obrazy w samotnym kostnieniu,
niedoświetlone uwagą i słowem -
z rzęs im spadały łzy gdy je mijano.
Stał tam również słonecznik o liściach gwałtownych
w koronie mocniejszej od błyszczących słów
i rósł na oczach do nieba
by upokorzyć słońce.

Widziałem również prowansalskie twarze
w piwiarni gdzie pito wino pod suchym drzewem pinii -
Kamienie wkopane w rynek po pas
i saboty przekupek które tam i sam
niosły barchanem obłożone ciała.
Miały ręce splecione na brzuchu
i pełne podołki pomarańcz.

Takie właśnie widziałem obrazy Van Gogha.

Ale w ścianę uderzył grom i Van Gogha nakryła przepaść.
Wyszedł wtedy z miasteczka i poddał się ziemi.
Widziałem poskręcane dusze fioletowych drzew,
rowy pełne lawy nakryte ogniem,
niebyt kwiatów, wołanie roślin -
i zenit.
Tak za bramami miasta przyszło trzęsienie ziemi
i malarz zapadł się w ogień.

Widziałem gładkie twarze snobów zapatrzone w siebie.
Wiszące na ścianie obrazy, skarlałe od otoczenia -
i Van Gogha ukrzyżowanego.

Wacław Iwaniuk





CHCIAŁBYM UCIEC BO TRWOGA NISZCZY

Chciałbym uciec bo trwoga niszczy
Ale nie ma dla mnie ucieczki
Chciałbym usiąść na jakimś brzegu
Chciałbym oprzeć głowę o kamień
Przyjąć w oczy łagodny promień
Zamknąć w sobie czas przed odejściem.
Ale nie mam już dawnych źrenic
Ale nie mam już dawnych stóp
Moje ciało mnie opuściło
Odszedł mnie mój własny czas.

Wacław Iwaniuk





OSTATECZNOŚĆ

Ostateczność ?
Bądźmy ostateczni,
Bądźmy ziemi naszej głośnym krzykiem,
Gdy nas zmielą kamienie wieczności
Pozostanie Norwidowski liryk.

Wacław Iwaniuk










Copyright © 1997-2007 Zwoje