
Od roku 1953 opublikował kilkanaście tomików wierszy w polskich wydawnictwach emigracyjnych. W Kraju, w wyniku zapisu cenzury, utwory jego nie były publikowane aż do późnych lat osiemdziesiątych.
Znakomita, chociaż często przygnębiająca i pesymistyczna poezja Wacława Iwaniuka koncentruje się głównie wokół rozważań nad losem, wojną, zbrodniami i ofiarami totalitaryzmów - nazistowskiego i stalinowskiego, złem ludzkim, samotnością, pesymizmem emigracji. Wiersze Wacława Iwaniuka, bardzo interesujące artystycznie, są malarskie, wręcz wizyjne. To jakby gra między słowem i kreowanym przy pomocy słowa bardzo plastycznym obrazem.
Rozpoczynamy od rozważań Iwaniuka nad losem ludzkim; w następnych wydaniach Zwojów przedstawimy inne wątki jego poezji oraz esej Janusza Kryszaka, znanego historyka literatury o twórczości Wacława Iwaniuka. (AMK, IO)

|
Moja mowa jest pajęczyną dźwięków. Gdy listopad zabiera mnie na instrumentach pustych, idę poprzez trawy i trawy wylękłe, śpiewam jak pustolistne drzewo i rozmawiam z sercem, jedynym podróżnym, z powietrzem, którego nie mogę ująć w dłoń. Tyle śpiewów jeszcze mnie czeka, a każdy z nich jest cichszy, zasupłany w bojaźń i dręczące zdanie. Wczoraj żyłem na lichym przyczółku księżyca, wczoraj mieszkałem w drobnym biegu mrówki, w klaskaniu chłodnej nocy, w kołataniu żab, które są jak uparcie fałszujące struny. Pogubiłem toboły snów, zdania skąpane w trudzie, o ostrych raniących rymach. Zgasiłem ciepłe rumieńce. Na mych wargach siedli grabarze, grają w karty i zbijają trumny, ścielą słomę, jak płótna na rosie, moszcząc zgonem każde spojrzenie. A westchnieniem, jak mocnym gwoździem, ciszą usta, soczyste fale. Przemawiałem do warg niewiernych, jak do roślin, którym zmysły odjęto, by się czepiali falujących dymów, by chwytali obłoki pachnące, by w ogniu mej piekarni myli twarz i ręce, sięgając po chleb który śpiewa, modli się - mówi pacierze, jak staruszki w siedliszczach lubelskich, przy traktach, gdzie rosną kościoły i lipy stare w legendy. Powtarzam swoje żale w szeptach celniczych, ślepe myśli jak dłonie łączę, a gdy wieczór nadejdzie, pełny jak flaszka mleka, odczytam ten wiersz ponownie: trawom - by go mogły przenucić, drzewom - by go przewiały w obłokach, i rosie - by go w źrenicy swojej przemyła. Wiersz, który zaczyna się niepokojem a kończy lękiem. Który nie ma zenitu południa, a jednak żyję ułomny i ślepy, wolą mego serca. Wacław Iwaniuk |
|
Piszę jakbym rozmawiał z aniołem wędrownym, który w pocie i kurzu idzie jak przystało na Anioła Stróża a skrzydła niepotrzebne, związane w tobołek, niesie z czołem wesołym. Piszę jakbym zwoływał do siebie kontrasty, by ogień na liściach wzniecać i między jedną pieśnią a drugą zielonym deszczem traw rozmawiać z pulchną nocą. Piszę jakbym chodził z lilipucią świecą od brzasku do brzasku i zbierał gwiazdy gasnące. Piszę - budując jak dziecko na ruchomym piasku. Piszę paznokciem po skórze, po sercu, by nie biło osowiałym truchtem. Piszę po powietrzu z miękkiego lazuru. Piszę, gromadząc rozbite okruchy, i pergamin, nieposłuszny gestom, zapełniam strugą słów. Piszę - więc jestem ! Piszę, żyjąc z palcem na ustach. Między mną a godziną, którą dzień rozkłębia, nie ma nic, nic być nie może oprócz pustki - która słowa moje wyziębia. Gdy pyzate księżyce na kartkach lirycznych, chwalą znanym nam ruchem swój szalbierczy dzień, ja, z dala od słów lirycznych, blask do blasku przymierzam słowo słowem rozjaśniam i piszę - jakbym trzymał na dłoni otwarty liść ziemi. Wacław Iwaniuk |
|
Od dzieciństwa byliśmy razem. Spotykałem się z nim jak sąsiad z sąsiadem Latem siadywaliśmy na miedzy wśród wysokich zbóż I patrząc kłosom w źrenice, myśleliśmy głośno Jakie zapowiadają się zbiory. Zrywałem wtedy najładniejszy kłos Smukłym ruchem kładłem go na dłoni Gładząc jego gotycką kibić. On Pochylony liczył ziarna pod wypukłą łuską I świętym palcem dotykał mej dłoni Na której zapisywał nieznanym mi pismem Mój wkład w dobrobyt ziemi. Po trawie pełzał wolno śliniąc się winniczek Wchodził w szeroko rozłożony łopian I zadłubany usypiał w skorupie. Błyszczące ciała dżdżownic Wychodziły na chłodny spacer z podziemnych korytarzy. Nawet księżyc zajęty podlewaniem traw Upuszczał rosę w środku uniesienia Stawał na chwilę, mrużył oczy I zza węgła chmury podpatrywał nas. Siedzieliśmy: on i ja, na miedzy; Kępy drzew poniżej horyzontu Podobne były do drobnych smyczkowych kwartetów, Łąki rozmawiały symfonicznym chórem. Z niewidzialnego dna unosiła się para Przestraszonym stadem kuropatw. Ich nerwowy lot Przypominał chaos perkusji; biegły na oślep Nie mogąc się pozbierać. Leżałem licząc gwiazdy; ich niebieska pościel Przypominała barokowe wnętrza królewskiego tronu: Błyszczące korony, buławy, przyłbice z płomieni Wysadzane bursztynem tarcze. On pochylony nad dłonią Jak kuglarz, którego zręczność myli oczy, Niewidzialnym ruchem kierował firmamentem. Wacław Iwaniuk |
|
W korcu maku wszystkie ziarna podobne są do siebie, tylko moje ziarno wydaje mi się bardziej ziarniste od innych. Wacław Iwaniuk |
|
Widziałem obrazy Van Gogha : wyrastały na ścianie - ludzie nie chcieli patrzeć, zakrywali oczy. On gwałtownymi ruchami tłumaczył powietrze, wykręcał drzewom ręce w stawach, deptał ogień i zieleni nie chciał wybaczyć. Widziałem wkoło obrazy. Jedne stały obok, inne odeszły zapatrzone w siebie - Pyszne, z ogniem południowym w oczach. Widziałem obrazy martwe, pokryte ramami, te które uschły i te które rosły obarczone skrzydłami, jak roślina tlenem. Widziałem obrazy w samotnym kostnieniu, niedoświetlone uwagą i słowem - z rzęs im spadały łzy gdy je mijano. Stał tam również słonecznik o liściach gwałtownych w koronie mocniejszej od błyszczących słów i rósł na oczach do nieba by upokorzyć słońce. Widziałem również prowansalskie twarze w piwiarni gdzie pito wino pod suchym drzewem pinii - Kamienie wkopane w rynek po pas i saboty przekupek które tam i sam niosły barchanem obłożone ciała. Miały ręce splecione na brzuchu i pełne podołki pomarańcz. Takie właśnie widziałem obrazy Van Gogha. Ale w ścianę uderzył grom i Van Gogha nakryła przepaść. Wyszedł wtedy z miasteczka i poddał się ziemi. Widziałem poskręcane dusze fioletowych drzew, rowy pełne lawy nakryte ogniem, niebyt kwiatów, wołanie roślin - i zenit. Tak za bramami miasta przyszło trzęsienie ziemi i malarz zapadł się w ogień. Widziałem gładkie twarze snobów zapatrzone w siebie. Wiszące na ścianie obrazy, skarlałe od otoczenia - i Van Gogha ukrzyżowanego. Wacław Iwaniuk |
|
Chciałbym uciec bo trwoga niszczy Ale nie ma dla mnie ucieczki Chciałbym usiąść na jakimś brzegu Chciałbym oprzeć głowę o kamień Przyjąć w oczy łagodny promień Zamknąć w sobie czas przed odejściem. Ale nie mam już dawnych źrenic Ale nie mam już dawnych stóp Moje ciało mnie opuściło Odszedł mnie mój własny czas. Wacław Iwaniuk |
|
Ostateczność ? Bądźmy ostateczni, Bądźmy ziemi naszej głośnym krzykiem, Gdy nas zmielą kamienie wieczności Pozostanie Norwidowski liryk. Wacław Iwaniuk |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||