
Napisał kiedyś Zew Szeps:
Zaprzestań, zaprzestań,
nie roztaczaj obrazów.
Już dawno, jak to się stało,
już dawno jak to się działo
w mrocznej głębokiej dolinie.
Było to dawno temu,
w jakiejś krainie,
bardzo dawno temu -
kiedyś w Polsce.
Pięćdziesiąt kilka lat temu tamta Polska poszła z dymem krematoriów hitlerowskich na polskiej ziemi, na oczach w większości bezsilnych ale i bezwolnych, obojętnych Polaków. Na tej polskiej ziemi wymordowano kilka milionów obywateli Rzeczypospolitej, niewinnych i bezbronnych ludzi, wśród nich kobiety, starców, dzieci.
Pozostają ciągle po tym dwa bolesne, trudne do zatarcia ślady: często uzasadniony, aczkolwiek często i poddany emocjom żal Żydów do Polaków oraz głęboki niepokój moralny Polaków, przynajmniej tych wrażliwych. Na tym tle, po obu stronach dochodzi do krzywdzących, zwykle irracjonalnych uogólnień, niekiedy zasilających się wzajemnie jakby w zaklętym kole.
Jednym z ważnych odbić sumienia narodu jest poezja jego poetów. Można by oczekiwać, że właśnie poezja polska i żydowsko-polska odezwie się sygnałem, głosem sumienia. Tak, odezwała się w ciągu tych wszystkich lat, zarówno Zagłady jak i po Zagładzie. Ale nie odezwała się niestety tak licznie i głośno, jak można by tego oczekiwać.
Poniżej przedstawiamy wybór wierszy w języku polskim o Zagładzie, poetów o nazwiskach zarówno bardzo znanych jak i mniej znanych ogółowi. Nazywamy tę antologię "wyborem," ale wydaje się, iż niewiele pozostało polskich wierszy o Zagładzie, które nie zostają tutaj zamieszczone.
Andrzej Kobos i Iwona Opoczyńska

|
W zaplombowanych wagonach Jadą krajem imiona, a dokąd tak jechać będą, a czy kiedy wysiędą nie pytajcie, nie powiem, nie wiem. Imię Natan bije pięścią o ścianę, imię Izaak śpiewa obłąkane, imię Sara wody woła dla imienia Aaron, które umiera z pragnienia. Nie skacz w biegu, imię Dawida. Tyś jest imię skazujące na klęskę, nie dawane nikomu, bez domu, do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie. Syn niech imię słowiańskie ma, bo tu liczą włosy na głowie, bo tu dzielą dobro od zła wedle imion i kroju powiek. Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech. Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech i przedrzeźnia kół stukanie na torach. Chmura z ludzi nad krajem szła, z dużej chmury mały deszcz, jedna łza, mały deszcz, jedna łza, suchy czas. Tory wiodą w czarny las. Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan. Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań. Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę. |

Matka:
Londyn, 4 listopada 1941 |
|
I gdzież jest drugie miasto tak liśćmi pokryte, Jakby strzechą zielonej wokoło dachówki Kasztany - pień obok pnia - Nokturn cienisty za dnia - Duszno, grząsko... Pod każdą z ławek srebrna, deszczowa kałuża; Na ławce - profesor z książką, Na drugiej - hrabina w pince-nez, A na trzeciej żydowska dziewczynka, jak róża... Tyle ich było pięknych. Ach, róże nieszczęsne ! |
|
I pewnego dnia przyszła mamusia i zabrała mnie do innego mieszkania, gdzie musiałem do mamusi mówić "pani." Czasem zapominałem do mamusi mówić "pani" i wtedy mamusia była bardzo zdenerwowana. A mnie tak trudno było przyzwyczaić się do tego, tak ciężko, że czasami musiałem szepnąć na ucho mamusi kilka razy: "Mamusiu, mamusiu, mamusiu." I pytałem: "Mamusiu, a jak się skończy wojna, to czy będę mógł mówić do ciebie głośno - 'mamusiu' "? Oto wersety z Najnowszego Testamentu. W nim sześć milionów kart zwęglonych, a w ocalałych przegląda się od lat czerwony świecznik pożaru. A są też świadectwa rzeczy. W lustrze fryzjera brodaty przestrach wzbudził kręgi coraz szersze, szersze, jak w smutnej wodzie zielonej, i rozsadziły tamten świat. Nie zostało nawet odbicie. Posłałbym panu, panie Chagall, choćby mały odłamek lustra, ale one są już głęboko w warstwie umarłej ery, a koło nich dostatek kości, którym bardzo na tym zależy, aby trochę pomilczeć o nich, leżących we wszystkich niewiadomych miejscach, i odmawiać za nie głośno słowo Mamele. Dziecko bardzo bało się śmierci. Tuliło się do matki i pytało: "Mamusiu, czy śmierć bardzo boli?" Matka płakała i mówiła: "Nie, tylko chwileczkę" - i tak ich zastrzelili. I powstały nowe pustynie: piaski Majdanka, Sobiboru, wydmy Treblinki i Bełżca, gdzie wiatr układa na wieczny spoczynek nie krzemień, mikę, piaskowiec - zmielone w żarnach starych mórz - ale wapień i węgiel ludzkiego rodu zrównanego z ziemią. Ja - człowiek, ja syn tej ziemi, ja - nie spalony ich brat jeszcze widzę, jak pana kogut oślepły chroni ogryzki ludzkich spraw i w ostatnim dniu zniszczenia unosi się nad popiołami. |

|
Ten chłopiec ze zdjęcia ghetta został gwiazdą dokumentalnych albumów, filmowych kadrów, za duża czapka spada na oczy jak Wszechświat na wątłe barki. Mały chłopiec już się nie boi, od ponad pół wieku odgrywa tę samą rolę, ręce podniesione do góry, esesman mierzy w plecy, kto uwierzy w gwiazdy konające w oczach dziecka, tylko niebieska gwiazda na białej opasce jest prawdziwa. |

|
Mały Chaim zbudował Ścianę Płaczu z kilku drewnianych klocków, mocniejszą i wyższą, niż mur na ulicy Bonifraterskiej. Za tą ściana nie słychać ujadania policyjnych psów, ani zawodzenia zmęczonej ulicy ghetta, nawet najcelniejsze strzały z rkm-u nie mogą jej rozwalić, bo przy ścianie Bóg słucha jak mały Chaim opłakuje zburzoną świątynię dzieciństwa, pogańscy barbarzyńcy nie oszczędzili nawet szmacianego klowna z czerwonym nosem, ani wytartego pluszowego misia, ani tej drewnianej huśtawki w ogródku, w którym bawią się teraz inne dzieci. Dziecinny pokój z wesołymi firankami pozostał za murem na ulicy Bonifraterskiej, mały Chaim ma tylko kilka drewnianych klocków, z których buduje Ścianę Płaczu. |

|
Wchodzę w mrok zapleśniały starych ulic, archeolog przeddziejowych czasów. Noc rozkłada ramiona, jakby chciała utulić zwiędłe światła martwego szabasu. Dłoń wyciągam, długo szukam: - gdzie kirkut ? Oczy ślepią kłęby chmur kosmatych... Wzgórze kurczy się jak chasyd na nędzarskim wyrku pod wzniesioną prawicą zatraty. Tu, gdziem wszystkie kamienie przed wiekiem wydeptał, cień zbrodniarza w każdej bramie się czai i jęk plącze się w przedświtu szeptach: - Och, Sabaoth, Sabaoth Elohaim ! Szumi wiatr, w ostrzejszą wrasta nutę, na gałęziach samobójczo się wiesza. Niebo w burzy nad rozbitym kirkutem - rozszlochana, zrozpaczona rzesza. Rozdarto świętą ziemię aż do samych trzewi, aż do głębi. Potrzaskano kamienne serca lwów i gołębi. Na nic bunt i lament się przydał, łaski u Jehowy nie wykołatał. Nie ostała się, nie ostała się proca Dawida wobec złości silnego Goliata. Nie wstał mściwy Rabbi z siedmioma synami, buchnął krzyk mordowanych i zamilkł. Teraz wracam, proch grobowców stopami gniotę, staję, oglądam się za cmentarzem, za Jeszybothem, biegnę Rynkiem, Podzamczem, Lubartowską, krew do ust i oczu się klei... Nie ma ich, wyszli z swoją śmiercią i troską w krematoriów dym, ku Judei. Którzyście mi nie skąpili przyjaźni, których wraz ze mną widok świata drażnił, szlachetni buntem i gniewem rozumni; którzyście z getta, znad stronic Talmudu rwali się w górę i czekali cudu na krwawej ziemi, tej krążącej trumnie; których jedynie z daleka pozdrowić mogłem, gdy zguba ku Izraelowi szła w huku butów i w kolczastych drutach, cóż wam w ostatniej godzinie zostało, jeśli nie dumnej rozpaczy zuchwałość, krzykiem z wnętrzności na wieki wypruta ?! W nikczemnym wieku, co puszcza na przetarg i krew, i wolność, bezsilny poeta kogo powstrzyma wizja takich zgonów ? Jakim przerazić słowem czy melodią ? Tylko w popiele nam siadać i podjąć El mole rachmin nad grobem milionów. |

|
Od pokoleń synowie i córki Sar i Salomonów A potem ich dzieci - Sary i Salomony tamtych Sar i Salomonów Siedzieli w miasteczku czyniąc wrzawę. Jedli cebulę czosnek rybę Po swojemu żenili się i umierali Pisali do Lublina do Palestyny listy - Bali się swego Boga Ciułali pieniądze Chwalili przeklinali Tamtejsze niebo okoliczne lasy - Chałaciarsko kupiecka Bidoto-arystokracja. - Nie pamiętam urodziłem się zbyt późno Nie widziałem Dnia - kiedy rozstąpiła się Ziemia I pochłonęła wszystkich - Co do jednej duszy - Wszystko cokolwiek zostało Z ich ciał Ale pamiętam tamtą - opowiadaną Żydówkę w bogatym futrze Jak biegła przez podwórze szczuta psami - Wóz drabiniasty pełen trupów Ciągnący w stronę kirkutu Pamiętam tamtego - opowiadanego chłopca Zastrzelonego na rogu Świętej Anny (Niewiele większy niż ty, mówiła Babka) Przypominam sobie nawet szczegół - Jak wylała się zupa i jak potoczył się Garnek, z którym biegł Tamtem Mały - Nie spalone domy Naprawiono odmalowano Ktoś zamieszkał Resztę zasypał piasek. Biegałem po rumowiskach Starałem się wyobrazić sobie Zrozumieć - dlaczego ? Jacy mogli być tamci - Oni Rówieśnicy ? - Nikt znikąd nie przyjechał Bo pewnie nigdzie nie istnieje nikt Kto by tam - do nikogo przecież Po co miał przyjechać ? Nie ma cmentarza - Miejsce zarosło Jedna dżungla - Tarnina, głóg, berberys To nie figura, żaden chwyt poetycki Doprawdy - same kolczaste I cierniowate... - Moja opowiedziana mi pamięć Przedziera się wśród zarośli. |
|
Pojechałem by zobaczyć gdzie palono ludzi Pojechałem by zaczerpnąć z substancji ich śmierci Pojechałem zobaczyć jak przytomna ziemia Zachowuje się po skończonej rzezi Pamięć moja wyczulona na liryzm popiołu Nie może już żyć inną obfitością. |
|
Pszczoły obudowują czerwoną wątrobę, Mrówki obudowują czarną kość, Rozpoczyna się rozdzieranie, deptanie jedwabi, Rozpoczyna się tłuczenie szkła, drzewa, miedzi, niklu, srebra, pian Gipsowych, blach, strun, trąbek, liści, kul, kryształów - Pyk! Fosforyczny ogień z żółtych ścian Pochłania ludzkie i zwierzęce włosie. Pszczoły obudowują plaster płuc, Mrówki obudowują białą kość, Rozdzierany jest papier, kauczuk, płótno, skóra, len, Włókna, materie, celuloza, włos, wężowa łuska, druty, Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament. Jest już tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez liści Ziemia. Powoli, drążąc tunel, posuwa się strażnik-kret Z małą czerwoną latarką przypiętą na czole. Dotyka ciał pogrzebanych, liczy, przedziera się dalej, Rozróżnia ludzki popiół po tęczującym oparze, Popiół każdego człowieka po innej barwie tęczy. Pszczoły obudowują czerwony ślad, Mrówki obudowują miejsce po moim ciele. Boję się, tak się boję strażnika kreta. Jego powieka obrzmiała jak u patriarchy, Który siadywał dużo w blasku świec Czytając wielką księgę gatunku. Cóż powiem mu, ja Żyd Nowego Testamentu, Czekający od dwóch tysięcy lat na powrót Jezusa? Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu I policzy mnie między pomocników śmierci: Nieobrzezanych. |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||