POLSKA POEZJA ZAGLADY





Polska drugiej polowy konczacego sie stulecia, stulecia ludobojstwa, pozostala Polska bez Zydow. Zostali oni doszczetnie wymazani z krajobrazu polskiego. Zgineli w Holocauscie zgotowanym im przez piekielna ideologie nazizmu. Zgineli jak zadna inna nacja, tylko dlatego, ze byli Zydami. Nieomal tysiacletnia historia Zydow w Polsce skonczyla sie i nie odzyje. Polacy bez Zydow sa juz innymi Polakami, a i Zydzi bez Polakow sa juz innymi Zydami.

Napisal kiedys Zew Szeps:

Zaprzestan, zaprzestan,
nie roztaczaj obrazow.
Juz dawno, jak to sie stalo,
juz dawno jak to sie dzialo
w mrocznej glebokiej dolinie.
Bylo to dawno temu,
w jakiejs krainie,
bardzo dawno temu -
kiedys w Polsce.

Piecdziesiat kilka lat temu tamta Polska poszla z dymem krematoriow hitlerowskich na polskiej ziemi, na oczach w wiekszosci bezsilnych ale i bezwolnych, obojetnych Polakow. Na tej polskiej ziemi wymordowano kilka milionow obywateli Rzeczypospolitej, niewinnych i bezbronnych ludzi, wsrod nich kobiety, starcow, dzieci.

Pozostaja ciagle po tym dwa bolesne, trudne do zatarcia slady: czesto uzasadniony, aczkolwiek czesto i poddany emocjom zal Zydow do Polakow oraz gleboki niepokoj moralny Polakow, przynajmniej tych wrazliwych. Na tym tle, po obu stronach dochodzi do krzywdzacych, zwykle irracjonalnych uogolnien, niekiedy zasilajacych sie wzajemnie jakby w zakletym kole.

Jednym z waznych odbic sumienia narodu jest poezja jego poetow. Mozna by oczekiwac, ze wlasnie poezja polska i zydowsko-polska odezwie sie sygnalem, glosem sumienia. Tak, odezwala sie w ciagu tych wszystkich lat, zarowno Zaglady jak i po Zagladzie. Ale nie odezwala sie niestety tak licznie i glosno, jak mozna by tego oczekiwac.

Ponizej przedstawiamy wybor wierszy w jezyku polskim o Zagladzie, poetow o nazwiskach zarowno bardzo znanych jak i mniej znanych ogolowi. Nazywamy te antologie "wyborem," ale wydaje sie, iz niewiele pozostalo polskich wierszy o Zagladzie, ktore nie zostaja tutaj zamieszczone.

Andrzej Kobos i Iwona Opoczynska





WISLAWA SZYMBORSKA


JESZCZE

W zaplombowanych wagonach
Jada krajem imiona,
a dokad tak jechac beda,
a czy kiedy wysieda
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.

Imie Natan bije piescia o sciane,
imie Izaak spiewa oblakane,
imie Sara wody wola dla imienia
Aaron, ktore umiera z pragnienia.

Nie skacz w biegu, imie Dawida.
Tys jest imie skazujace na kleske,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciezkie.

Syn niech imie slowianskie ma,
bo tu licza wlosy na glowie,
bo tu dziela dobro od zla
wedle imion i kroju powiek.

Nie skacz w biegu. Syn bedzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora
Nie skacz. Noc sie rozlega jak smiech
i przedrzeznia kol stukanie na torach.

Chmura z ludzi nad krajem szla,
z duzej chmury maly deszcz, jedna lza,
maly deszcz, jedna lza, suchy czas.
Tory wioda w czarny las.

Tak to, tak, stuka kolo. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wolan.
Tak to, tak. Obudzona w nocy slysze
tak to, tak, lomotanie ciszy w cisze.

* * *





ANTONI SLONIMSKI


GHETTO WARSZAWSKIE
Rozmowa Matki z Synem

Matka:
Tam za murem jest droga i szosa,
Ktora prosto prowadzi w niebiosa,
A przez niebo plynie wielka rzeka,
A ta rzeka, pamietasz z daleka,
Plyna biale ogromne okreta...
Syn:
Pamietam.
Matka:
Tam za murem jest ogrod irysow,
Liscie srebrne a platki z jaspisu.
Bialy tyton, co pachnie o zmierzchu,
Gdy sie idzie wieczorem ta sciezka,
A w dzien trawa tam pachnie i mieta...
Syn:
Pamietam.
Matka:
A pod drzewem wsrod kwiatow jabloni
Stoja: Zofia, Tadeusz, Antoni.
Maja biale niedzielne ubrania,
A na bryczce Jaroslaw i Hania,
A wsrod nich ja stoje usmiechnieta,
Czy pamietasz synu?
Syn:
Nie pamietam.
Chociaz czasem ze snu mnie obudzi
Cien i obraz oslably jak echo,
Nie pamietam juz twarzy i ludzi,
Nie pamietam twojego usmiechu.
Mow mi matko o drzewach i krzakach,
Tam za murem szumiacych, za brama,
Mow o gwiazdach, kamieniach i ptakach
Lecz o ludziach juz nie mow mamo.

Londyn, 4 listopada 1941


* * *


MARIA JASNORZEWSKA-PAWLIKOWSKA


PLANTY

I gdziez jest drugie miasto tak liscmi pokryte,
Jakby strzecha zielonej wokolo dachowki
Kasztany - pien obok pnia -
Nokturn cienisty za dnia -
Duszno, grzasko...
Pod kazda z lawek srebrna, deszczowa kaluza;
Na lawce - profesor z ksiazka,
Na drugiej - hrabina w pince-nez,
A na trzeciej zydowska dziewczynka, jak roza...
Tyle ich bylo pieknych. Ach, roze nieszczesne !

* * *


JERZY FICOWSKI


LIST DO MARCA CHAGALLA

(fragment)

2

I pewnego dnia przyszla mamusia i zabrala mnie do innego mieszkania,
gdzie musialem do mamusi mowic "pani." Czasem zapominalem
do mamusi mowic "pani" i wtedy mamusia byla bardzo zdenerwowana.
A mnie tak trudno bylo przyzwyczaic sie do tego, tak ciezko,
ze czasami musialem szepnac na ucho mamusi kilka razy:
"Mamusiu, mamusiu, mamusiu."
I pytalem:
"Mamusiu, a jak sie skonczy wojna, to czy bede mogl mowic
do ciebie glosno - 'mamusiu' "?


Oto wersety z Najnowszego Testamentu.
W nim szesc milionow kart zweglonych,
a w ocalalych przeglada sie od lat
czerwony swiecznik pozaru.
A sa tez swiadectwa rzeczy.
W lustrze fryzjera
brodaty przestrach
wzbudzil kregi coraz szersze, szersze,
jak w smutnej wodzie zielonej,
i rozsadzily tamten swiat.
Nie zostalo nawet odbicie.

Poslalbym panu, panie Chagall,
chocby maly odlamek lustra,
ale one sa juz gleboko
w warstwie umarlej ery,
a kolo nich dostatek kosci,
ktorym bardzo na tym zalezy,
aby troche pomilczec o nich,
lezacych we wszystkich niewiadomych
miejscach, i odmawiac za nie
glosno slowo Mamele.


Dziecko bardzo balo sie smierci. Tulilo sie do matki i pytalo:
"Mamusiu, czy smierc bardzo boli?" Matka plakala i mowila:
"Nie, tylko chwileczke" - i tak ich zastrzelili.


I powstaly nowe pustynie:
piaski Majdanka, Sobiboru,
wydmy Treblinki i Belzca,
gdzie wiatr uklada na wieczny spoczynek
nie krzemien, mike, piaskowiec -
zmielone w zarnach starych morz -
ale wapien i wegiel
ludzkiego rodu zrownanego z ziemia.
Ja - czlowiek, ja syn tej ziemi,
ja - nie spalony ich brat
jeszcze widze, jak pana kogut osleply
chroni ogryzki ludzkich spraw
i w ostatnim dniu zniszczenia
unosi sie nad popiolami.

* * *





IWONA OPOCZYNSKA


ZA DUZA CZAPKA

Ten chlopiec ze zdjecia ghetta zostal gwiazda
dokumentalnych albumow, filmowych kadrow,
za duza czapka spada na oczy jak Wszechswiat
na watle barki.

Maly chlopiec juz sie nie boi,
od ponad pol wieku odgrywa te sama role,
rece podniesione do gory,
esesman mierzy w plecy,
kto uwierzy w gwiazdy konajace w oczach dziecka,
tylko niebieska gwiazda na bialej opasce
jest prawdziwa.

* * *





IWONA OPOCZYNSKA


MUR

Maly Chaim zbudowal Sciane Placzu
z kilku drewnianych klockow,
mocniejsza i wyzsza, niz mur
na ulicy Bonifraterskiej.

Za ta sciana nie slychac ujadania policyjnych psow,
ani zawodzenia zmeczonej ulicy ghetta,
nawet najcelniejsze strzaly z rkm-u
nie moga jej rozwalic, bo przy scianie
Bog slucha jak maly Chaim oplakuje
zburzona swiatynie dziecinstwa,
poganscy barbarzyncy nie oszczedzili
nawet szmacianego klowna z czerwonym nosem,
ani wytartego pluszowego misia,
ani tej drewnianej hustawki w ogrodku,
w ktorym bawia sie teraz inne dzieci.

Dziecinny pokoj z wesolymi firankami
pozostal za murem na ulicy Bonifraterskiej,
maly Chaim ma tylko kilka drewnianych klockow,
z ktorych buduje Sciane Placzu.

* * *





JOZEF LOBODOWSKI


BALLADA LUBELSKA

(fragment)

Wchodze w mrok zaplesnialy starych ulic,
archeolog przeddziejowych czasow.

Noc rozklada ramiona, jakby chciala utulic
zwiedle swiatla martwego szabasu.

Dlon wyciagam, dlugo szukam:
- gdzie kirkut ?

Oczy slepia kleby chmur kosmatych...
Wzgorze kurczy sie
jak chasyd na nedzarskim wyrku
pod wzniesiona prawica zatraty.

Tu, gdziem wszystkie kamienie przed wiekiem wydeptal,
cien zbrodniarza w kazdej bramie sie czai
i jek placze sie w przedswitu szeptach:
- Och, Sabaoth, Sabaoth Elohaim !

*

Szumi wiatr, w ostrzejsza wrasta nute,
na galeziach samobojczo sie wiesza.
Niebo w burzy nad rozbitym kirkutem -
rozszlochana, zrozpaczona rzesza.

Rozdarto swieta ziemie az do samych trzewi,
az do glebi.
Potrzaskano kamienne serca lwow i golebi.
Na nic bunt i lament sie przydal,
laski u Jehowy nie wykolatal.
Nie ostala sie, nie ostala sie proca Dawida
wobec zlosci silnego Goliata.

Nie wstal msciwy Rabbi z siedmioma synami,
buchnal krzyk mordowanych i zamilkl.
Teraz wracam, proch grobowcow stopami gniote,
staje, ogladam sie
za cmentarzem, za Jeszybothem,
biegne Rynkiem, Podzamczem, Lubartowska,
krew do ust i oczu sie klei...

*

Nie ma ich, wyszli z swoja smiercia i troska
w krematoriow dym,
ku Judei.

Ktorzyscie mi nie skapili przyjazni,
ktorych wraz ze mna widok swiata draznil,
szlachetni buntem i gniewem rozumni;

ktorzyscie z getta, znad stronic Talmudu
rwali sie w gore i czekali cudu
na krwawej ziemi, tej krazacej trumnie;

ktorych jedynie z daleka pozdrowic
moglem, gdy zguba ku Izraelowi
szla w huku butow i w kolczastych drutach,

coz wam w ostatniej godzinie zostalo,
jesli nie dumnej rozpaczy zuchwalosc,
krzykiem z wnetrznosci na wieki wypruta ?!

W nikczemnym wieku, co puszcza na przetarg
i krew, i wolnosc, bezsilny poeta
kogo powstrzyma wizja takich zgonow ?

Jakim przerazic slowem czy melodia ?
Tylko w popiele nam siadac i podjac
El mole rachmin
nad grobem milionow.

* * *





LESZEK DLUGOSZ


HISTORIA ZYDOW Z MIASTECZKA Z.

Od pokolen synowie i corki Sar i Salomonow
A potem ich dzieci - Sary i Salomony tamtych
Sar i Salomonow
Siedzieli w miasteczku czyniac wrzawe.
Jedli cebule czosnek rybe
Po swojemu zenili sie i umierali
Pisali do Lublina do Palestyny listy
- Bali sie swego Boga
Ciulali pieniadze
Chwalili przeklinali
Tamtejsze niebo okoliczne lasy
- Chalaciarsko kupiecka
Bidoto-arystokracja.
- Nie pamietam urodzilem sie zbyt pozno
Nie widzialem
Dnia - kiedy rozstapila sie Ziemia
I pochlonela wszystkich
- Co do jednej duszy
- Wszystko cokolwiek zostalo
Z ich cial
Ale pamietam tamta - opowiadana Zydowke
w bogatym futrze
Jak biegla przez podworze szczuta psami
- Woz drabiniasty pelen trupow
Ciagnacy w strone kirkutu
Pamietam tamtego - opowiadanego chlopca
Zastrzelonego na rogu Swietej Anny
(Niewiele wiekszy niz ty, mowila Babka)
Przypominam sobie nawet szczegol
- Jak wylala sie zupa i jak potoczyl sie
Garnek, z ktorym biegl Tamtem Maly
- Nie spalone domy
Naprawiono odmalowano
Ktos zamieszkal
Reszte zasypal piasek.
Biegalem po rumowiskach
Staralem sie wyobrazic sobie
Zrozumiec - dlaczego ?
Jacy mogli byc tamci - Oni
Rowiesnicy ?
- Nikt znikad nie przyjechal
Bo pewnie nigdzie nie istnieje nikt
Kto by tam - do nikogo przeciez
Po co mial przyjechac ?
Nie ma cmentarza
- Miejsce zaroslo
Jedna dzungla
- Tarnina, glog, berberys
To nie figura, zaden chwyt poetycki
Doprawdy - same kolczaste
I cierniowate...
- Moja opowiedziana mi pamiec
Przedziera sie wsrod zarosli.

* * *


WACLAW IWANIUK


KANON

Pojechalem by zobaczyc gdzie palono ludzi
Pojechalem by zaczerpnac z substancji ich smierci
Pojechalem zobaczyc jak przytomna ziemia
Zachowuje sie po skonczonej rzezi
Pamiec moja wyczulona na liryzm popiolu
Nie moze juz zyc inna obfitoscia.

* * *


CZESLAW MILOSZ


BIEDNY CHRZESCIJANIN
PATRZY NA GETTO

Pszczoly obudowuja czerwona watrobe,
Mrowki obudowuja czarna kosc,
Rozpoczyna sie rozdzieranie, deptanie jedwabi,
Rozpoczyna sie tluczenie szkla, drzewa, miedzi, niklu, srebra, pian
Gipsowych, blach, strun, trabek, lisci, kul, krysztalow -
Pyk! Fosforyczny ogien z zoltych scian
Pochlania ludzkie i zwierzece wlosie.

Pszczoly obudowuja plaster pluc,
Mrowki obudowuja biala kosc,
Rozdzierany jest papier, kauczuk, plotno, skora, len,
Wlokna, materie, celuloza, wlos, wezowa luska, druty,
Wali sie w ogniu dach, sciana i zar ogarnia fundament.
Jest juz tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez lisci

Ziemia.

Powoli, drazac tunel, posuwa sie straznik-kret
Z mala czerwona latarka przypieta na czole.
Dotyka cial pogrzebanych, liczy, przedziera sie dalej,
Rozroznia ludzki popiol po teczujacym oparze,
Popiol kazdego czlowieka po innej barwie teczy.
Pszczoly obudowuja czerwony slad,
Mrowki obudowuja miejsce po moim ciele.

Boje sie, tak sie boje straznika kreta.
Jego powieka obrzmiala jak u patriarchy,
Ktory siadywal duzo w blasku swiec
Czytajac wielka ksiege gatunku.

Coz powiem mu, ja Zyd Nowego Testamentu,
Czekajacy od dwoch tysiecy lat na powrot Jezusa?
Moje rozbite cialo wyda mnie jego spojrzeniu
I policzy mnie miedzy pomocnikow smierci:
Nieobrzezanych.







Copyright © 1997-1999 Zwoje