
ja jestem z tych, co wiersze tylko za
połowę
życia biorą, a później skaczą ku dzikich koni grzywom.
Józef Łobodowski - Dedykacja
Prawie dziesięć lat dzieciństwa Łobodowski spędził na Kaukazie. To rozbudziło jego zainteresowanie światem z pogranicza Orientu. Debiutował tomikami wierszy w 1929 i 1931 roku, ale dopiero jego dalsze tomy: O czerwonej krwi (1931), W przeddzień (1932), Rozmowa z ojczyzną (1935) i Demonom nocy (1936) wywołały wrzawę, która odbiła się szerokim echem w całej II Rzeczypospolitej. Pierwszy z tych tomów uległ konfiskacie, za inne autor był atakowany ze wszystkich stron. Wczesna jego twórczość, nazwana "poezją Cezarego Baryki", była jakby buntem domagającym się sprawiedliwego ładu w wolnej Polsce. Tom poezji Rozmowa z ojczyzna przyniósł mu w 1937 roku "Nagrodę Młodych" Polskiej Akademii Literatury.
Klęska wrześniowa w roku 1939 rzuciła Łobodowskiego wraz z resztką brygady zmotoryzowanej płk. Maczka na Węgry a potem do Francji, gdzie aresztowany przez policję francuska spędził w więzieniu kilka miesięcy. W 1941 roku przeszedł granicę hiszpańską w Pirenejach, ale wpadł w ręce straży granicznej i znowu osadzono go w więzieniu, tym razem hiszpańskim, na półtora roku. Żona jego zginęła w Polsce podczas okupacji, zamordowana przez Niemców. Łobodowski osiadł na stałe w Hiszpanii, w Madrycie. Dawny lewicowiec, stał się po wojnie nieprzejednanym antykomunistą. Był jednym z założycieli i głównych współpracowników Sekcji Polskiej Radia Madryt. Wyjeżdżał często do Anglii i Francji w sprawach emigracyjnych. W Polsce Ludowej obowiązywał na Łobodowskiego zapis cenzury, aż do roku 1989.
Nikt przed nim nie otworzył tak szeroko polszczyźnie Hiszpanii poetyckiej. Łobodowski tłumaczył poezję hiszpańską z okresu kilku wieków, od późnośredniowiecznych mistyków hiszpańskich, poprzez Św. Jana od Krzyża, po Frederico Garcia Lorcę (szczególnie wiele) i współczesnych poetów, np. Jimeneza. Pod koniec życia opracował dużą antologię poezji hiszpańskiej, Droga do Tobozo.
W trzy miesiące po śmierci Łobodowskiego napisał o nim Wacław Iwaniuk, jego przyjaciel-poeta:
W cieniu słonecznej Andaluzji
choć sercu sercu nierówne
wybrałeś Hiszpanię za drugą ojczyznę
i wierność wawelskim grobom.
Od przed wojny do niemal do chwili śmierci zajmował się Łobodowski problematyką polsko - ukraińską. Pisał: "Wciąż szukam osinowego koła, takiej sprawnej myśli i takich celnych słów, które by raz na zawsze przygwoździły do ziemi krwawego upiora nienawiści i bratobójczej walki." Obok luźnych wierszy i artykułów znane są jego tomiki Złota Hramota (1954) i Pieśń o Ukrainie (1959).
Łobodowski pisał także poezje o tematyce hiszpańsko-arabskiej. Tak powstał zbiór poezji Kasydy i gazele (Londyn 1961), które tkwi realiami w dawnej arabskiej Andaluzji. Kasyda przypomina europejską odę, a gazela - pieśń o miłości i winie - erotyk.
Napisał o Józefie Łobodowskim Tymon Terlecki:
"Dzięki niemu wysklepił się łuk między Kaukazem a grzbietem górskim Sierra Granada, między stepami akermańskimi a niziną andaluzyjską. Na pewno nie było u nas poety, który by jednocześnie panował nad obszarem poetyckim północno - wschodniej Słowiańszczyzny i obszarem poetyckim Iberii na południowo-zachodnim krańcu Europy."
Liryka erotyczna Łobodowskiego jest niezwykłą mieszaniną sensualnych opisów kobiecego ciała z osobistymi (być może wyimaginowanymi) przeżyciami erotycznymi oraz tęsknoty do wiecznie młodej witalności.
Pozostałe powojenne tomy i zbiory poezji Łobodowskiego to: Modlitwa za wojnę (Londyn 1946), Uczta zadżumionych (Paryż, 1954), Jarzmo kaudyńskie (Londyn 1961), W połowie wędrówki (Londyn 1972), Pamięci Sulamity (Toronto 1987), Dwie książki (Paryż, 1984), Rachunek sumienia (Paryż 1987), Dytyramby patetyczne (Londyn 1988), Poezje (Lublin 1990)
Do Polski Łobodowski wrócił po śmierci. Jego skremowane prochy zostały pochowane 22 października 1988 roku w Lublinie w grobie matki. Niewielu wówczas wiedziało w Lublinie kogo chowano na wieczny spoczynek.
Siłą Łobodowskiego był nieskrępowany, często swobodny, niekonwencjonalny warsztat poetycki i żywioł słowa. Jego słownik poetycki był jednym z najbogatszych w całej współczesnej mu poezji polskiej. Obok rygorystycznej formy sonetu, pisał długie i trudne poematy, pozwalając swojej wyobraźni na lawinę skojarzeń i poetyckich obrazów.
Łobodowski był polemistą o niezwykłym temperamencie i pasji. "Zawiązywał," niekiedy niesprawiedliwie, swoich adwersarzy do Worka Judaszów - stałego cyklu felietonów i polemik ukazujących się w latach 60-tych i 70-tych na łamach londyńskich Wiadomości. Był członkiem jury Nagrody "Wiadomości." Publikował także w paryskiej Kulturze.
Był autorem kilku książek prozą, w dwóch cyklach powieściowych, jeden o swoim dzieciństwie i wczesnej młodości na Kaukazie, drugi o burzliwej późnej młodości w Lublinie. Tłumaczył również z rosyjskiego. Był autorem tłumaczenia Requiem Anny Achmatowej, Wierszy Doktora
Żiwago Borysa Pasternaka (1973) i Oddziału chorych na raka Aleksandra Sołżenicyna (1973), które ukazały się w Kulturze i w Bibliotece "Kultury" Instytutu Literackiego. Tłumaczył nawet wczesne rosyjskie wiersze Bolesława Leśmiana.


|
Pani Wenus na pół legła, na pół usiadła, by malarzowi zwanemu Velazquezem pozować naprzeciw zwierciadła. Amorka pulchne rączęta podtrzymywały lustro, w którem ledwie odbiło się ramię i niewiele więcej. Pani Wenus była uśmiechnięta, wiedziała że wszyscy pragnęli, żeby się odwróciła i pokazała jaką jest: piersi z różu i bieli i dłoni wstydliwej osłaniający gest. Nie chciała. Ale plecy jej pozostały i tak już trwają od stuleci, od ramion przechodzą ku biodrom, biodra ku udom zapóźnionym kochankom naprzeciw, pod tym światłem co złociście i modro ... Ktoś kto chce w cudy uwierzyć rzekłby że cud, że cudo! A ja wiem, a ja znam inne plecy które również swą urodę przedłużają ku wypukłym stropom bioder, a z nich uda wyrastają smukłe. Przypatrzyłem się i tą samą dłonią, którą biodra przed dotknięciem się bronią lustro pani Wenus potłukłem. W ciężką ramę plecy wmalowane a tu żywe, ciepłe i w urodzie takie same. Oto ciało od barków aż do ud, wszystko świadczy życiu że jest piękne W zachwyceniu przed obrazem uklęknę, abym bliżej wzrokiem się wiódł ku oddanym w zupełność tajemnicom ... Oto z łodyg dwóch wyrasta ciemna róża, słońce z złotym ciele się zanurza, nim go dłonie smagłej nocy pochwycą. Plecy, nie uciekajcie ode mnie, które spływacie ku biodrom i udom najrytmiczniej i najuczeniej - Przy was jasno, a gdy będzie ciemniej, znów świetlistą objawicie się złudą; w zachwyceniu ginie cierpienie. Zatrzymałem się przed lustrem, jak przed dziwem, cuda w płótno i farby zakrzepłe. Ale plecy twe są równie urodziwe a ponadto żywe i ciepłe. Pani Wenus, pozostań przed lustrem, nie odwracaj się ku nam - i tak już wiemy wszystko. Twe ramiona i uda są puste, a ja chcę się zająć od pioruna, wejść w spełnienia złociste ognisko. I od śmiertelnych pleców bije łuna i nieśmiertelny Olimp znów jest blisko. Józef Łobodowski |
|
Mówiłem - Zielone oczy to czarownic przywilej ! Śmiała się: - Jakże chciałabym stać się czarownicą ! Powiedz: Skazałbyś mnie na śmierć na stosie ? Obrażała się często, ale za chwilę znów zbliżała do mnie smagłe lico i wołała: - Zgadnij ! Siedem żeber mam, czy też osiem ?! Nie od razu żem rachunku dokonał ... czy odwagi mi nie starczało - bo zielonooka dziwożona - czy zawiniła mych słów niedoskonałość ...? Tyle że otwierała mi chętnie swe ramiona, ale tego było o wiele za mało ! Jakież były jej oczy naprawdę ? W cieniu brązowe, w mżącym świetle błękitnawo-siwe, w pełnym słońcu - złociste ... Kiedy brałem w dłonie jej głowę, zamykała powieki: - moje oczy są nieprawdziwe ! nigdy się nie dowiesz, jakiej są barwy, jeśli przedtem ust mych nie natrze lubystek ! I dopiero gdym zdobył czarodziejskie ziele i uwarzył na ogniu, który płonie u Wenus ołtarzy, pozwalała mi poczynać coraz śmielej, ażem oczy jej zdobyć się odważył. Serce tłukło się alarmowym dzwonem, wiatr na mych ustach zastygnął, rozpalonymi igłami kłuło w żyłach, włosy zajęły się płomieniem, więc w przerażeniu zawołałem - Gore ! Wtedy oczy zielone szeroko otworzyła - nareszcie umowny sygnał że droga stanęła otworem. Powędrowałem za zielonym światłem, już ufny że na drugą stronę przejdę i policzyłem, to już było teraz całkiem łatwe ... Żeber po każdej stronie miała siedem ! 1932-1973 Józef Łobodowski |
|
Na galickich rzek przymglonych brzegach czarownice nazywają się meigas, iż to kraj wilkołaków i czarownic... Wilkołacy biegną ku wilczurom, a co do czarownic... poniektórą wziąłbym chętnie, by odmłodzić się ponownie. Księżyc wróży przykryty chmurą, i gwiazdy, jak płomieniem zdjęte głownie. Jeśli księżyc o północy ujrzysz wśród chojarów, nie wyzwolisz się spod jego czaru, bo jest czarownic poplecznikiem - która matka czuwa nad kołyską nie powinna księżyca w pełni dopuszczać za blisko, bo dziecko jej urośnie nawiedzone i dzikie. A jeśli ponadto świętojańskie zapłonie ognisko i bór odezwie się złowróżbnym krzykiem... Nigdy w życiu czarownic się nie bałem, ani zielonowłosych rusałek, za pan-brat byłem zawsze z księżycem. Przed czarami drzwi na oścież otworzę, niech mi zorza zaklęta rozgorze - Wnet to wszystko w rytm mych słów uchwycę. Na widok czarów i wróżb się nie trwożę, bo niegdyś rozkochałem piękną czarownicę. Józef Łobodowski |
|
Szła ogrodem - cała w przegięciu bioder, juz rozkwitła, już nadmiernie urodna... Unosiła ku kwiatom piersi młode, nieświadoma, a w grzechu pogodna. Diabeł widział dokładnie jej urodę i nie wątpił, że będzie zgodna. Położyła się posłusznie ze złym diabłem, ani w głowie jej że zejdzie do piekieł ... Nie broniła brzoskwiń, ani jabłek, sądząc że to ze zwykłym człowiekiem. Bo nie domyślała się, że poszła z szatanem ... Najpierw było szczęście i wesołość - dziś jabłuszka wyściskane, biodra sponiewierane, ramiona wysmarowane czarną smołą. Gdy się chylał ku różanym licom, nie od razu odgadła że staje się diabelską miłośnicą. Zatraciła się w grzesznym życiu ze szczętem, szeptała: - Nie chcę dłużej, ale muszę ... Poleciały z wiatrem płatki pomięte, uwiądł misternie spleciony wianuszek. Teraz już wszystko o straconej wiecie, nie dziwcie się, ze uległa i osłabła ... To nie jej wina, bo przecież nie domyślała się że staje się służebnicą diabła. Gdybyż o nią wcześniej jakiś anioł zadbał ! 1934-1976 Józef Łobodowski |
|
Wyprowadziłem ją pod światło księżyca, by widzieć lepiej oczy, zanim je rozkosz mrokiem nasyci. Dyszały ciężko dwa grona, które sam rajski ogrodnik zaszczepił by unosiły się znojnie nad wiotką łozą kibici. A już fontanna śpiew słowików powtarzała srebrnym szeptem I zaczęliśmy, żeśmy stali, wzajem sobie ciężyć, dojrzewały owoce pocałunków na warg zrośniętych łodydze ... Lecz odepchnęła mnie i powiedziała: - Przedtem zgaś księżyc bo przy księżycu się wstydzę. Józef Łobodowski |
|
Pochyliła się noc ku ramionom pochyliła się ku piersi pełnym dzbanom. To nie gwiazdy, to twe oczy płoną, już jesteśmy sami, już o nas na tej ziemi zapomniano. Czas zatrzymał się i nad nami przystanął. Twe ramiona i nogi to wiosła, Którymi zagarniasz mnie na ostateczne głębie. Jużeś łódko w żeglarza całkiem wrosła, obłoki na nas spadają jak gołębie, sztandar zwycięstwa - rozpostarty żagiel. Biją fale o burty, a wszystkie nagie, są przychylne, chociaż wichry dzikie, coraz gwałtowniej nami kołyszą. Odwzajemniasz się im radosnym krzykiem, by go potem skwitować rzewną ciszą. 1936-1977 Józef Łobodowski |
|
Nogi do kolan - strzelisty gotyk, uda przechodzą w renesans, aby wyżej barokiem bioder zakwitnąć. Wiatr, gdy się o nie otrze, Omdlewa od gorącej pieszczoty, każdy jej gest wystarczy, aby ogień skrzesać, każde spojrzenie - wyzwanie ku miłosnym bitwom. A jeszcze wyżej wezbrane ciężkim sokiem grona, nad nimi niebo, zamknięte w życzliwych ramionach, gromy nad krajem i burza na morzach i lądach, że taka wśród nich grzesznica. Kto na nią spogląda, w zachwycie musi skonać i zmartwychwstaje i znowu po śmierć kolejną się zachwyca. A u niej na z lekka rozchylonych ustach, Stary Gulistan wciąż ogniem chlusta, coraz więcej róż i słowików - tańczą uszczęśliwione Muzy i nad źródłem muzyczniejącej Aretuzy wawrzyny mdleją w miłosnym krzyku. I gdy niebo stoi w archanielskich chórach, że urodziła się taka architektura, nie z kamienia, ani z drzewa - z jędrnych mięśni - że na waszych oczach taki cud się zdarzył od starogreckich afrodyjskich ołtarzy, zachwycajcie się ludzie, ludzie cieleśni ! A teraz śmiertelniku, odpowiedz: - Jak główny architekt się zowie, który projektuje takie monumenty ... ? Był pijany, czy nie nazbyt trzeźwy, gdy te kształty w natchnieniu wyrzeźbił ... ? Jeśli nie sam Bóg, to któryś z jego świętych ! Józef Łobodowski |
|
Twoje ramiona - ciężkie łańcuchy, ściągające mnie na bezdenne głębie, twoje biodra - okręt unoszony Golfstromem; twoje piersi - ogniem uskrzydlone gołębie, twoje oczy - przepaście... Kroków skały strome. Niech mnie ściągają łańcuchy - utonę ! Na bioder okręcie niech na wieki zasnę ! Podpalcie mnie, gołębie, ogniem uskrzydlone ! Przyjmijcie moje zwłoki, oczy przepastne ! To na zawsze rozżarzony popiół, to burza, której nawet wieczność nie uśmierzy. I cóż tego, żem się spalił, czy utopił ? Kto płomienia i burzy nie zaznał ten nie żył ! A Pani Cypryjska zawsze szaleńcom przyjazna... 1950-1975 Józef Łobodowski |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||