
Pod nogami, bez żadnej przenośni, leżało Morskie Oko, niewielka tafla błękitu, na którą od Mięguszowskiego wirchu padał cień koloru ciemnowiśniowego. Z jednej i drugiej strony, od brzegów, okolonych białą smugą piargów, wznosiły się do góry, okryte cieniem limb, świerków i kosodrzewiny, która coraz drobniała, rzadła ku górze, aż znikła, a z nad błękitnawo-zielonych upłazów wysterkały szare, zębate, nagie turnie. Stoki tych gór poorane, od szczytu do brzegów jeziora, żlebami zawalonemi białemi okruchami granitów.
[...]
Pod nami w dole leży zwierciadło stawu w kotlinie ze szczerej skały. Szare poplamione płatami śniegu, strome, niedostępne turnie dźwigają się prawie prosto z wody, wysoko na niebo - a drugie takież skały łbami na dół widać było w stawie, który nie drżał najmniejszą zmarszczką fali. Górale mówią, że to widać "tamten świat, drugi" - jest to Staw Czarny pod Rysami.
Schodzimy nad jego wody, otoczone z trzech stron amfiteatrem skał podpartych zsypiskami gruzów, na których widnieje pod śniegami trochę porostu; zresztą lite skały, z jednej strony wiszące potworną, pochyloną ścianą, przeglądają się w martwej, nieruchomej wodzie, utrzymywanej w tej kotlinie naturalną groblą granitową, przez którą zlewa się jej nadmiar szumiącym, spienionym potokiem do leżącego pięćset stóp niżej Morskiego Oka.
Leży ono, tam w dole, pod nami, ciche, ciemne, tajemnicze, osłonione cieniami gór, połyskujące przy brzegach srebrnemi smugami, wchłaniające w ciemne swoje wody odbicia otaczających je potężnych, mrocznych wirchów. Podmuch wiatru przeciąga nad wodą, która się skrzy przez chwilę srebrnym błyskiem, i znowu wygładza się w ciemną, miękką taflę.
[...]
Ranek. Jasne, nikłe, prawie bezbarwne niebo, rozpina się nad szczytami. Wszystko jest blade - w rozproszonem świetle poranka znikły wszystkie cienie. Szarawo-mleczne turnie wznoszą się dokoła gładkiego jeziora - tak gładkiego, że odbicie w wodzie nie różni się niczem od rzeczywistych barw i kształtów - nie wiadomo, czy świat piętrzy się w górę, czy zapada w bezdnie. Woda nie ma żadnej swojej barwy - niknie - jest tylko najczystszem zwierciadłem bez skazy, w którem przeglądają się szczyty, które w swojej jasności, wyraźności każdego żlebu, turniczki, rysy, brzeżka zdają się zbliżać, skupiać się zewsząd ku wodzie. Na kamieniach, na deskach dachu i promu, na liściach traw, wrzosów, paproci, na kępach mchów bieli się szron gęsty; lekki opar przesłania ciemne krzaki kosówek, pnie limb i smereków. Wszystko zdaje się dążyć do unicestwienia się, do roztopienia się w bladem niebie, - świat wygląda jakgdyby bladł, konał, ledwie jeszcze coś niecoś widział oczyma, które przesłania mgła śmierci.
Z szerokiego jaru, zalanego cieniem lasów, okolonego z zachodu i ze wschodu wałami wirchów, dolatuje monotonny szum wody - ciągły, jednostajny. Nad wodą płynie mgła lekka, unosi się za jej biegiem, kryje się w lasach, unosi się ponad ciemne smereki i ciągnie wielkim, białem obłokiem znowu w górę, ku Morskiemu Oku. Zdaje się, że Ptak-góra wraca z nocnego żerowiska do swego gniazda, którem jest cała kotlina jeziora.
Wielkie białe skrzydła pływają bez szumu, ważą się nad głębią wody, muskają miękkiem pierzem o skały i nagle, jakby porwane przerażeniem, unoszą się w górę po płaszczyznach ścian pionowych, zwijają się, znów roztaczają i rozpinają się uniesione prądem powietrza gdzieś poza skałami.
Znów pusto, biało i martwo.
Nagle, na szczycie najwyższym zapala się krwawy ognik, jeden, drugi - dziesiąty, pożar rośnie, ogarnia wirch cały, który przez chwilę zdaje się żarzyć jak piramida tlejących węgli.
Łuna rozlewa się coraz szerzej i stopniowo traci odblask czerwony - staje się pomarańczowa, żółknie, bieleje. Jednocześnie dno doliny ciemnieje - lasy nabierają barwy granatowej, cienie żlebów, strome ściany turni i szkarp skalnych błękitnieją; po jasnej, zwierciadlanej powierzchni jeziora przebiega jakieś drżenie i cień zielonawy przesłania jego wody. W miarę jak wstające słońce coraz jaśniejszem, czystem, białym światłem oblewa górne kończyny ścian skalnych, Morskie Oko coraz ciemnieje, granatowieje, a po brzegach świeci się smugą jaskrawego seledynu.
Słońce z za wschodniej krawędzi Żabiego wirchu pędzi szybko do góry. Zasłona cieniów opada coraz niżej z Mięguszowieckich turni. To, co w pomroce wieczornej zdawało się równą ścianą, teraz oświetlone skośnemi promieniami słońca, wygląda jak bok gotyckiego kościoła, najeżony szkarpami, gzymsami, wieżyczkami. Cień osuwa się jeszcze niżej, już światło sięga wielkich usypisk gruzów granitowych, które od brzegu jeziora wznoszą się do ścian turni wielkiemi piramidami, bielejącemi się u góry wieczystym śniegiem, o który właśnie drasnęły ostre promienie słońca. W tejże chwili olbrzymi snop światła wytrysnął zza ciemnych skał i upadł na brzeg jeziora w stronę Rysów. Wszystko dokoła ściemniało - woda jeziora zamroczyła się, jakgdyby w niej zatopiła się noc bezksiężycowa; lasy zczerniały i tylko tam u przeciwnego brzegu wysunięty skrawek ziemi błyszczał się na tle ciemnego aksamitu, jak srebro mienił się tęczowemi blaskami, jak brylant, świecił, jak elektryczne ognisko. To słońce stopiło kryształy szronu i drgało w ciężkiej rosie zalewającej mchy, trawy i kiście borówek i korony limb, które jak białe płomienie zapalały się, gdy ich dotknęła pożoga słonecznych blasków.
Jeżeli kiedy Morskie Oko naprawdę jest podobne do oka, to w tej chwili. Otoczone jasnemi gruzami granitów, niby białkiem, ze źrenicą czarną w środku, rozchodzącą się do brzegów przeźroczystemi tonami seledynu, z tym połyskiem słonecznym zdaje się patrzeć w niebo z pod szarej skał powieki.
Poprzez smugi świetlne, drżące w lekkim oparze, wznoszą się wysoko równe ściany Rysów - mgliste i powietrzne; słońce wpada w kotlinę Czarnego Stawu i świeci się tam, jakgdyby poza skalnym ciemnym progiem żarzyła się lampa elektryczna, promieniująca gwałtownie na skały, których każdy załom i występ rysuje się ostro i wyraźnie.
Jezioro leży ciche, gładkie, chłonąc wszelkie blaski, cienie i barwy ciemnych skał granitowych, srebrzystych śniegów, szarych usypisk piargów i czarno-zielonych kosodrzewin. U brzegu, z pod seledynowego przeźrocza przezierają jasne kamienie; na głębi od czasu do czasu pluskają pstrągi, rozcinając srebrnemi kółkami granatowy atłas wody.
Słońce z południa wznosząc się ponad szczyty, zalało całą kotlinę blaskiem, tylko woda ciemniała w obramowaniu skał jasnych, nad któremi zaczynały się kosówkowe lasy, ścieląc się w górę zboczami Żabiego i Miedzianego wirchu. Wśród gęstwy potężnych krzaków kosodrzewiny stały limby ciche, trącając kistkami długich igieł o pokręcone gałęzie halnych smereków, lub białe, uschłe pnie potrzaskanych sucharzy. W potoku leżą butwiejące pnie rude, - z pośród omszałych głazów wznoszą się nastroszone czarne wykroty. Wszędzie rozsypuje się rumowisko skalne, walają się białe wielkie odłamy granitów. W blasku słonecznym widać ten świat w ruinie, - widać, że potężne turnie kruszą się, rozpadają i zamieniają w gruz miałki i kurz, który wiatr rozwieje; - widać jak umierają smereki, widać całe ich pokolenia, blade, nędzne, karłowate, konające lub już martwe. Limba trzyma się blisko jeziora i nie śmie iść dalej w górę. Nawet kosodrzewina, która tu jest u siebie i roztacza się nieprzebytym lasem wielkich krzaków, plączących swoje giętkie, silne gałęzie w gąszcz ciemny i tajemniczy - i ta nawet, świeci gdzieniegdzie rudemi plamami zeschłego igliwia. Żółkną kity paproci, więdną trawy. Wszystko nosi na sobie ślady rozkładu, zamierania, przetwarzania się i odradzania - zmienności i nietrwałości. Jedna tylko woda ciemna, lśniąca, jednolita, cała tak różna od tego, co ją otacza, zdaje się być trwała, jak wieczność.
Po południu zaczął przeciągać wiatr chłodny z północy, marszcząc i mącąc wody jeziora. Na grani Mięguszowskiej zjawiła się mgła, kłębiąca się szybko z góry na dół w długie pasma, na których żółto świeciło słońce. Widać było, że tam u góry walczą z sobą dwa prądy powietrzne, między któremi szamoce się nikła przędza mgły, coraz jednak rozrastająca się w większą kądziel, której kosmyki odrywały się i zatykały żleby lub płynęły i grzęzły w kotlinie Czarnego Stawu pod Rysami.
Na Przełęczy. - Wrażenia i Obrazy z Tatr
przez Stanisława Witkiewicza.
Warszawa. Nakładem Gebethnera i Wolfa. 1891
(reprint KAW, Kraków, 1991)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||