"Tatras" w sanskrycie znaczylo ideal piekna, cos nieskonczenie pieknego. Musi byc to prawda, bowiem Tatry...

* * *

Oto fragment (z zachowaniem oryginalnej pisowni) opisu Morskiego Oka - pieknej dawnej prozy tatrzanskiej z ksiegi Na Przeleczy Stanislawa Witkiewicza (1891). To ten sam Stanislaw Witkiewicz (1851-1915), ktory stworzyl "styl zakopianski" i namalowal wspanialy obraz Wiatr halny. Byl ojcem Stanislawa Ignacego Witkiewicza - Witkacego. (AMK)





MORSKIE OKO





STANISLAW WITKIEWICZ




     Pod nogami, bez zadnej przenosni, lezalo Morskie Oko, niewielka tafla blekitu, na ktora od Mieguszowskiego wirchu padal cien koloru ciemnowisniowego. Z jednej i drugiej strony, od brzegow, okolonych biala smuga piargow, wznosily sie do gory, okryte cieniem limb, swierkow i kosodrzewiny, ktora coraz drobniala, rzadla ku gorze, az znikla, a z nad blekitnawo-zielonych uplazow wysterkaly szare, zebate, nagie turnie. Stoki tych gor poorane, od szczytu do brzegow jeziora, zlebami zawalonemi bialemi okruchami granitow.

[...]

     Pod nami w dole lezy zwierciadlo stawu w kotlinie ze szczerej skaly. Szare poplamione platami sniegu, strome, niedostepne turnie dzwigaja sie prawie prosto z wody, wysoko na niebo - a drugie takiez skaly lbami na dol widac bylo w stawie, ktory nie drzal najmniejsza zmarszczka fali. Gorale mowia, ze to widac "tamten swiat, drugi" - jest to Staw Czarny pod Rysami.

     Schodzimy nad jego wody, otoczone z trzech stron amfiteatrem skal podpartych zsypiskami gruzow, na ktorych widnieje pod sniegami troche porostu; zreszta lite skaly, z jednej strony wiszace potworna, pochylona sciana, przegladaja sie w martwej, nieruchomej wodzie, utrzymywanej w tej kotlinie naturalna grobla granitowa, przez ktora zlewa sie jej nadmiar szumiacym, spienionym potokiem do lezacego piecset stop nizej Morskiego Oka.

     Lezy ono, tam w dole, pod nami, ciche, ciemne, tajemnicze, oslonione cieniami gor, polyskujace przy brzegach srebrnemi smugami, wchlaniajace w ciemne swoje wody odbicia otaczajacych je poteznych, mrocznych wirchow. Podmuch wiatru przeciaga nad woda, ktora sie skrzy przez chwile srebrnym blyskiem, i znowu wygladza sie w ciemna, miekka tafle.

[...]

     Ranek. Jasne, nikle, prawie bezbarwne niebo, rozpina sie nad szczytami. Wszystko jest blade - w rozproszonem swietle poranka znikly wszystkie cienie. Szarawo-mleczne turnie wznosza sie dokola gladkiego jeziora - tak gladkiego, ze odbicie w wodzie nie rozni sie niczem od rzeczywistych barw i ksztaltow - nie wiadomo, czy swiat pietrzy sie w gore, czy zapada w bezdnie. Woda nie ma zadnej swojej barwy - niknie - jest tylko najczystszem zwierciadlem bez skazy, w ktorem przegladaja sie szczyty, ktore w swojej jasnosci, wyraznosci kazdego zlebu, turniczki, rysy, brzezka zdaja sie zblizac, skupiac sie zewszad ku wodzie. Na kamieniach, na deskach dachu i promu, na lisciach traw, wrzosow, paproci, na kepach mchow bieli sie szron gesty; lekki opar przeslania ciemne krzaki kosowek, pnie limb i smerekow. Wszystko zdaje sie dazyc do unicestwienia sie, do roztopienia sie w bladem niebie, - swiat wyglada jakgdyby bladl, konal, ledwie jeszcze cos niecos widzial oczyma, ktore przeslania mgla smierci.

     Z szerokiego jaru, zalanego cieniem lasow, okolonego z zachodu i ze wschodu walami wirchow, dolatuje monotonny szum wody - ciagly, jednostajny. Nad woda plynie mgla lekka, unosi sie za jej biegiem, kryje sie w lasach, unosi sie ponad ciemne smereki i ciagnie wielkim, bialem oblokiem znowu w gore, ku Morskiemu Oku. Zdaje sie, ze Ptak-gora wraca z nocnego zerowiska do swego gniazda, ktorem jest cala kotlina jeziora.

     Wielkie biale skrzydla plywaja bez szumu, waza sie nad glebia wody, muskaja miekkiem pierzem o skaly i nagle, jakby porwane przerazeniem, unosza sie w gore po plaszczyznach scian pionowych, zwijaja sie, znow roztaczaja i rozpinaja sie uniesione pradem powietrza gdzies poza skalami.

     Znow pusto, bialo i martwo.

     Nagle, na szczycie najwyzszym zapala sie krwawy ognik, jeden, drugi - dziesiaty, pozar rosnie, ogarnia wirch caly, ktory przez chwile zdaje sie zarzyc jak piramida tlejacych wegli.

     Luna rozlewa sie coraz szerzej i stopniowo traci odblask czerwony - staje sie pomaranczowa, zolknie, bieleje. Jednoczesnie dno doliny ciemnieje - lasy nabieraja barwy granatowej, cienie zlebow, strome sciany turni i szkarp skalnych blekitnieja; po jasnej, zwierciadlanej powierzchni jeziora przebiega jakies drzenie i cien zielonawy przeslania jego wody. W miare jak wstajace slonce coraz jasniejszem, czystem, bialym swiatlem oblewa gorne konczyny scian skalnych, Morskie Oko coraz ciemnieje, granatowieje, a po brzegach swieci sie smuga jaskrawego seledynu.

     Slonce z za wschodniej krawedzi Zabiego wirchu pedzi szybko do gory. Zaslona cieniow opada coraz nizej z Mieguszowieckich turni. To, co w pomroce wieczornej zdawalo sie rowna sciana, teraz oswietlone skosnemi promieniami slonca, wyglada jak bok gotyckiego kosciola, najezony szkarpami, gzymsami, wiezyczkami. Cien osuwa sie jeszcze nizej, juz swiatlo siega wielkich usypisk gruzow granitowych, ktore od brzegu jeziora wznosza sie do scian turni wielkiemi piramidami, bielejacemi sie u gory wieczystym sniegiem, o ktory wlasnie drasnely ostre promienie slonca. W tejze chwili olbrzymi snop swiatla wytrysnal zza ciemnych skal i upadl na brzeg jeziora w strone Rysow. Wszystko dokola sciemnialo - woda jeziora zamroczyla sie, jakgdyby w niej zatopila sie noc bezksiezycowa; lasy zczernialy i tylko tam u przeciwnego brzegu wysuniety skrawek ziemi blyszczal sie na tle ciemnego aksamitu, jak srebro mienil sie teczowemi blaskami, jak brylant, swiecil, jak elektryczne ognisko. To slonce stopilo krysztaly szronu i drgalo w ciezkiej rosie zalewajacej mchy, trawy i kiscie borowek i korony limb, ktore jak biale plomienie zapalaly sie, gdy ich dotknela pozoga slonecznych blaskow.

     Jezeli kiedy Morskie Oko naprawde jest podobne do oka, to w tej chwili. Otoczone jasnemi gruzami granitow, niby bialkiem, ze zrenica czarna w srodku, rozchodzaca sie do brzegow przezroczystemi tonami seledynu, z tym polyskiem slonecznym zdaje sie patrzec w niebo z pod szarej skal powieki.

     Poprzez smugi swietlne, drzace w lekkim oparze, wznosza sie wysoko rowne sciany Rysow - mgliste i powietrzne; slonce wpada w kotline Czarnego Stawu i swieci sie tam, jakgdyby poza skalnym ciemnym progiem zarzyla sie lampa elektryczna, promieniujaca gwaltownie na skaly, ktorych kazdy zalom i wystep rysuje sie ostro i wyraznie.

     Jezioro lezy ciche, gladkie, chlonac wszelkie blaski, cienie i barwy ciemnych skal granitowych, srebrzystych sniegow, szarych usypisk piargow i czarno-zielonych kosodrzewin. U brzegu, z pod seledynowego przezrocza przezieraja jasne kamienie; na glebi od czasu do czasu pluskaja pstragi, rozcinajac srebrnemi kolkami granatowy atlas wody.

     Slonce z poludnia wznoszac sie ponad szczyty, zalalo cala kotline blaskiem, tylko woda ciemniala w obramowaniu skal jasnych, nad ktoremi zaczynaly sie kosowkowe lasy, scielac sie w gore zboczami Zabiego i Miedzianego wirchu. Wsrod gestwy poteznych krzakow kosodrzewiny staly limby ciche, tracajac kistkami dlugich igiel o pokrecone galezie halnych smerekow, lub biale, uschle pnie potrzaskanych sucharzy. W potoku leza butwiejace pnie rude, - z posrod omszalych glazow wznosza sie nastroszone czarne wykroty. Wszedzie rozsypuje sie rumowisko skalne, walaja sie biale wielkie odlamy granitow. W blasku slonecznym widac ten swiat w ruinie, - widac, ze potezne turnie krusza sie, rozpadaja i zamieniaja w gruz mialki i kurz, ktory wiatr rozwieje; - widac jak umieraja smereki, widac cale ich pokolenia, blade, nedzne, karlowate, konajace lub juz martwe. Limba trzyma sie blisko jeziora i nie smie isc dalej w gore. Nawet kosodrzewina, ktora tu jest u siebie i roztacza sie nieprzebytym lasem wielkich krzakow, placzacych swoje gietkie, silne galezie w gaszcz ciemny i tajemniczy - i ta nawet, swieci gdzieniegdzie rudemi plamami zeschlego igliwia. Zolkna kity paproci, wiedna trawy. Wszystko nosi na sobie slady rozkladu, zamierania, przetwarzania sie i odradzania - zmiennosci i nietrwalosci. Jedna tylko woda ciemna, lsniaca, jednolita, cala tak rozna od tego, co ja otacza, zdaje sie byc trwala, jak wiecznosc.

     Po poludniu zaczal przeciagac wiatr chlodny z polnocy, marszczac i macac wody jeziora. Na grani Mieguszowskiej zjawila sie mgla, klebiaca sie szybko z gory na dol w dlugie pasma, na ktorych zolto swiecilo slonce. Widac bylo, ze tam u gory walcza z soba dwa prady powietrzne, miedzy ktoremi szamoce sie nikla przedza mgly, coraz jednak rozrastajaca sie w wieksza kadziel, ktorej kosmyki odrywaly sie i zatykaly zleby lub plynely i grzezly w kotlinie Czarnego Stawu pod Rysami.


Na Przeleczy. - Wrazenia i Obrazy z Tatr
przez Stanislawa Witkiewicza.
Warszawa. Nakladem Gebethnera i Wolfa. 1891

(reprint KAW, Krakow, 1991)











Copyright © 1997-1999 Zwoje