
|
Poranek cały w nadziei szczodrobliwego światła, wciąż nieobecny pod przymkniętymi powiekami, niczym niewidzialny klejnot porzucony przez wróżki nocy. Spóźniony poranek moich przespanych świtów, gdzieś między rozbudzoną codziennością, a ciepłym snem, wciąż niewinny jak rumieńce zorzy. Poranek bez utrapień i głośnego zgiełku zatłoczonej ulicy, zapisany w kalendarzu wymyślonych świąt jak godzina porannej modlitwy. W zatłoczonym autobusie dziękuję Bogu za dar nie dojedzonego w pośpiechu śniadania, pogodzona z własnym losem zgaduję cudze troski z twarzy zaspanych pasażerów. Zaklinam porządek kolejnego dnia zgodnie z prawem Księgi Rodzaju i dziękuję Bogu za szczodrobliwe światło poranka. |


|
Ślady wdeptane w szary chodnik, kroki umarłych nie milkną na zatłoczonej ulicy. Głosy uwięzione w ścianach ciężkich kamienic zagłusza czasem rumor miasta. Kto usłyszy płacz młodej dziewczyny zabitej wczoraj w samochodowym wypadku ? Przestraszona własną nieobecnością na długo oczekiwanej randce, młoda dziewczyna jest zbyt naiwna, aby uwierzyć w przypadkowość własnej śmierci. Szuka więc sensu w rozpalonych pocałunkach nie spełnionej miłości do nie poznanego mężczyzny. W bezwładnych ramionach tuli główki swoich nie poczętych dzieci, wolna od wszelkich trosk w bezmiarze nieskończoności. |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||