Opowieść londyńska


ZIMA W ZAŚWIATACH




GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI


I

     Było do przewidzenia, że nadejdzie w końcu dzień, którego się bałem, który chciałem jak najdalej odsunąć, albo skrócić do jednej strasznej, lecz błyskawicznej chwili. Doktor Max Bruner, dyrektor Old Age House na Golders Green w Londynie, pisał:

     "Pana stara przyjaciółka L., w minionych miesiącach względnej jasności umysłu nazywająca pana 'moim przybranym synem,' weszła nieodwracalnie w stadium powolnego gaśnięcia. Stan fizyczny jest dalej, jak na jej 98 lat, zdumiewająco dobry, ma wciąż żelazne serce. Ale gaśnie cała reszta: nie poznaje już nas z personelu Domu Starców, nie reaguje na rzadkie odwiedziny znajomych, coraz gorzej panuje nad swoimi odruchami fizjologicznymi, często zwraca jedzenie albo go w ogóle nie dotyka, a w ataku starczej amnezji zapomniała nawet o dwóch najbliższych niegdyś, zmarłych osobach, o mężu i o jedynaku. Nie wstaje już z łóżka, leży bez ruchu dniem i nocą z szeroko otwartymi oczami, niekiedy uśmiecha się jakby do siebie, zasypia nad ranem na dwie, trzy godziny. Słowem, żyje nie żyjąc. Gdybym należał do zwolenników eutanazji, pomógłbym jej odejść w zaświaty. Ale nie należę. Ma na świecie tylko jedną osobę, swego 'przybranego syna.' Postanowiłem do pana napisać, bo chcę, żeby pan zadecydował, co dalej. Może to potrwać jeszcze kilka lat, niewykluczone przecież, że zechce pan być z nią i przy niej przynajmniej jakiś czas przed śmiercią. Mój kolega w zakładzie, dobry psychiatra, twierdzi, że pana obecność może (choć nie musi) rozniecić w niej jedną z nie dogaszonych iskier życia. Proszę więc powziąć decyzję, pamiętając jednak, że w naszym domu nie ma gościnnych pomieszczeń, czyli że pobyt w Londynie pociągnie za sobą dla pana konieczność wynajęcia pokoju, najlepiej w sąsiedztwie. Max Bruner. Londyn, 2 października 1999."

     Max Bruner był naszym lekarzem od pierwszych lat powojennych. Naszym, to znaczy mojej żony K. i moim, oraz L., jej męża i syna. Przyjechał do Londynu z Niemiec, cudem ocalały z Holocaustu (nie chciał nigdy opowiedzieć, jak), z kilkuletnią córeczką Lisbeth. Żona zginęła w obozie, nie wiadomo nawet którym. Od początku nieźle mówi po angielsku, nauczył go się przed wojną, jeszcze w rodzinnym Hamburgu. Dostał skromną posadę w szpitalu, założył sobie też prywatny gabinet lekarski w pobliżu stacji metra South Kensington. W tym samym co on domu mieszkał A., jedynak L., ze swoją angielską żoną. Dzięki temu wszyscy zapisaliśmy się jako pacjenci u Maxa, chociaż widać było od razu, że nie jest orłem w swoim zawodzie. Ale był dobrym, uczynnym i miłym człowiekiem, na zawołanie o każdej porze dnia i nocy. Zależało mu na możliwie bogatej kartotece, a nie było to takie proste w bardzo angielskiej dzielnicy. Zapisywali się u niego głównie cudzoziemcy: Niemcy, Polacy, Żydzi, Hindusi. Jego badania były długie i skrupulatne, po czym góra rodziła mysz, receptę banalną, mało pomocną w poważniejszych niedomaganiach. Ale lubiliśmy go wszyscy dalej, zwłaszcza że nie maskował swojej przeciętności, nie udawał doświadczonego lekarza. Miał dwa tylko marzenia: wydać córkę dobrze za mąż (koniecznie za Anglika) oraz zdobyć posadę w Domu Starców. Niezwykłe doprawdy było jego urzeczenie starością i starczą agonią. Nazywaliśmy go żartobliwie Charonem, tak był przejęty swoją misją przewożenia starych ludzi do królestwa umarłych. Dochrapał się wreszcie upragnionej posady w Old Age House na Golders Green. Piął się cierpliwie do góry aż do dyrektorskiego stołka. Córkę, dość przystojną i dość w sumie wykształconą w dziedzinie psychologii, wydał za mąż za właściciela sklepu i domku z ogródkiem na skraju Hampstead Heath. Miał więc do niej bardzo blisko, z jakichś powodów jednak nie palił się do wizyt u nich. Gdy osiedliłem się z K. w tej samej okolicy, widywałem go niekiedy na ulicy. Nie prowadził już prywatnej praktyki lekarskiej.

     Po raz ostatni przed moim wyjazdem z Anglii widziałem go z daleka po śmierci K., podczas spalenia jej zwłok w krematorium na Golders Green. Przyszedł z córką, Lisbeth podbiegła do mnie i z płaczem rzuciła mi się na szyję (miałem dziwne uczucie, że płacze także nad samą sobą). Jej ojciec stał z daleka, kondolencje wypisane były na jego twarzy.

     Po latach, w roku 1995, przyjechałem do Londynu, aby oddać osieroconą podwójnie L. w ręce doktora Maxa. Zapytany o Lisbeth, opuścił głowę na piersi i wydał mi się jakby zażenowany. Po czym wyszeptał: "Rozstała się z Ralphem. Nie ma dzieci. Pojechała do Kanady, nie pożegnawszy się nawet ze mną na wyjezdnym. Nie mam jej adresu. Pracuje tam na uniwersytecie. Dostawałem od niej na początku kartki, krótkie i rzadko. Potem urwało się i to. Ani nie wybiera się do Londynu, ani nie chce być odwiedzana w Kanadzie. Straciłem jedyną córkę. Nie widuję jej byłego męża, chociaż mieszkamy tak blisko siebie. Dał mi do zrozumienia, że nie chce mnie widywać."

     Zostawiłem L. w dobrych rękach, wiedziałem, że Charon będzie czuwał nad jej ostatnią podróżą. Nie jeździłem do Londynu, nie mogłem przemóc w sobie niechęci do tego miasta, lecz dzwoniłem do L. raz na tydzień z Włoch, gdzie założyłem był nową rodzinę. Oczywiście aż do roku, gdy postać "przybranego syna" żyła tak czy owak w jej pamięci. Potem dzwoniłem dość regularnie do doktora Maxa. Najwidoczniej postanowił napisać przytoczony wyżej list, sądząc słusznie, że jego sugestia nie nadaje się do rozmowy telefonicznej; albo, co możliwe u człowieka wychowanego w Niemczech, że to, co miał do powiedzenia, wymaga w tym stadium śladu na piśmie.

* * *

     Nie był problemem mój wyjazd na dłuższy czas z domu. Moja włoska żona, przywiązana do swego miasta rodzinnego, pod bokiem mając nasze dorosłe już dzieci, nie stawiała najmniejszych oporów. W naszym wieku nie wchodził też w grę sentymentalny czynnik przewlekłej rozłąki.

     Prawdziwy problem tkwił gdzie indziej. Po zawale, zresztą dobrze zaleczonym, mój przyjaciel-kardiolog pilnował jednej tylko rzeczy, ważnej według niego ze względów psychologicznych: żebym nie mieszkał nigdzie sam. Nie był dla niego rozwiązaniem pokój hotelowy, jeśli nie dzielony z nikim. Miałem, co prawda, w Londynie zaprzyjaźnioną rodzinę, ale bez możliwości dłuższego goszczenia.

     Na szczęście, przypomniałem sobie Jane. Poznałem ją przed trzema laty w Neapolu, gdzie pół roku korzystała z amerykańskiego stypendium na cenionej w świecie sinologii neapolitańskiej. Przyprowadził ją do nas Polak, wybitny sinolog, zaproszony na wykłady gościnne. Spodobała mi się ta młoda i przystojna Amerykanka, z zamożnego zdaje się domu, zamieszkała od kilku lat w Londynie. Miała męża Anglika, który rok wcześniej odebrał sobie życie. Bezdzietna, samotna, inteligentna, o ładnej twarzy, na której co pewien czas pojawiały się i znikały szybko skurcze świeżego jeszcze bólu, przylgnęła do nas tak, że każdą niedzielę spędzaliśmy razem, a niekiedy wpadała nawet w powszednie dni wieczorem. Miała w Londynie duże mieszkanie na Swiss Cottage. Wyjeżdżając, otworzyła je przed nami w razie potrzeby. Pojawiła się właśnie potrzeba. Jeden telefon załatwił sprawę. Była nawet rada, że ktoś podzieli z nią jej londyńską samotność. "Im dłużej, tym lepiej," zamknęła naszą rozmowę telefoniczną.

     Dopiero na lotnisku w Rzymie, czekając na połączenie z Londynem, uprzytomniłem sobie, że wyjeżdżam dokładnie w rocznicę. 16 października 1952 widziałem po raz ostatni żywą K. Odprowadziła mnie na stację autobusów lotniczych High Street Kensington. Odlatywałem do Monachium na posadę. Miałem tam przygotować nasze mieszkanie i sprowadzić z Londynu K. z matką. Dziś, ex post, widzę, że było to złowróżbne pożegnanie. Spieszyła się, ale nie jak ktoś umówiony w mieście albo ponaglony godziną rozpoczęcia zajęć; raczej jak ktoś umówiony na spotkanie ostateczne. W dwa tygodnie potem popełniła samobójstwo. Widziałem ją jeszcze raz w domu przedpogrzebowym koło stacji metra Finchley Road: zima, piękna, spokojna twarz, umarła i żywa wciąż, gdy ją całowałem. Przypomniawszy sobie tę rocznicową datę, miałem osobliwe wrażenie, że stawiam pierwszy krok w innym wymiarze. Może wpłynął na to obraz przesuwający się przed moimi oczami: korytarzem dworca lotniczego szła grupa starych pielgrzymów, przybyłych wcześniej do Rzymu na inaugurację bliskiego już Jubileuszu Roku Świętego. Kierownik grupy niósł dość niezwykły transparent: God's Children, Figli di Dio. The Beyond, Aldila. "Dzieci Boga" były w drodze do "Zaświatów."

II

     Przyleciałem do Londynu w sobotę w południe, pośpieszny pociąg z Heathrow, o wydłużonej trasie, zajął mi pół godziny czasu na Baker Street. O pierwszej byłem na Swiss Cottage u Jane. Czekała na mnie z obiadem.

     Pamiętałem ten dom w ogrodzie, widziałem go tyle razy w czasie niedzielnych spacerów. W naszej biedzie i ciasnocie na Finchley wzdychałem nawet do niego razem z K. "Ach, tu mieszkać - mówiła. - Popatrz na tę oszkloną ścianę na półpiętrze. Tyle światła."

     Jedliśmy obiad koło tej właśnie oszklonej ściany. W Londynie było już chłodno w połowie października, Jane zapaliła parę bierwion w kominku. Jeśli byłem trochę napięty na lotnisku w Rzymie, to teraz odtajałem. Rozparłem się wygodnie w krześle z poręczami, patrzyłem z przyjemnością na uśmiechniętą wreszcie i rozpogodzoną Jane. Piliśmy whisky, nie chciało nam się jeść. Z jak wielkim opóźnieniem zobaczyłem naraz to, na co byłem ślepy w Neapolu. I zadrżałem wewnętrznie, z radością, ale i z lękiem. Jane była zdumiewająco podobna do K.; nie tylko w twarzy o zielonkawych kocich oczach i ze smukłej, zgrabnej figury, ale - rzecz niewiarygodna - z tricków: w zamyśleniu kręciła lok włosów na czole, miała chwilami odruch kociego zjeżenia, była zachłanną palaczką, niecierpliwymi obrotami całego zwinnego ciała podkreślała swoją fizyczność. Jak mogłem tego nie dostrzec w ciągu półrocznego pobytu Jane w Neapolu? Jak mogłem nie zauważyć jej sposobu picia, jota w jotę podobnego do stylu K. - nie powolnego sączenia, lecz długich łyków spragnienia?

     Odkładając ciągle na później obiad, wyszliśmy do ogrodu. Za nami biegł zakosami czarny kot, kopia naszej czarnej Kotki na Finchley. Było chłodno, ale zza szybko płynących chmur przeświecało słońce. Przeszliśmy na ty od pierwszej szklanki whisky. Z ogrodu lepiej było widać ten skrawek dzielnicy. Naszej niegdyś dzielnicy; od Swiss Cottage do Golders Green znałem ją jak własną kieszeń. "Twój pokój jest na prawo nad schodami - powiedziała. - Mój na końcu korytarza. Proponuję po obiedzie solidny odpoczynek. Jutro rano, możliwie wcześnie, idę na cmentarz." "Ja też." Spojrzała na mnie zdumiona: "Na Fortune Green?". "Na Fortune Green" - odpowiedziałem jak echo. Wtedy opowiedziałem jej o moim życiu to, co przemilczałem był, słuchając jej neapolitańskiego bardzo skąpego zwierzenia o mężu.

     Zjedliśmy pierwszy londyński obiad w milczeniu. I w milczeniu poszliśmy na odpoczynek. W nocy spałem źle, często wstawałem i długo sterczałem obok okna, wpatrzony w mój kawałek Londynu. Z końca korytarza też dobiegało krążenie po pokoju, czasem przerywane i podejmowane na nowo. Grubo po północy wzięła prysznic. Potem usnęła widocznie, bo nic już nie zakłócało ciszy domu.

* * *

     Poszliśmy na Fortune Green pieszo, nie zważając na dość porywisty wiatr, na szczęście, bez deszczu. Brama cmentarna była już otwarta, za oknem wejściowej budki siedziała opatulona kobieta; za dawnych czasów dyżurował tam energiczny mężczyzna, zdaje się, że z zawodu ogrodnik, bo każdego wchodzącego pytał, czy grób nie wymaga ukwiecenia i pokrycia zielenią.

     Istnieją różne cmentarze, zależne pewnie od charakteru narodowego i obrządku religijnego. Anglicy - w przeciwieństwie, na przykład, do Włochów - zakładają maski po przekroczeniu progu bramy. Maski, będące skrzyżowaniem smutku, przepisowej żałoby i swoistej, sztywnej dyscypliny; Włosi wbiegają na ogół na cmentarz, jakby spieszyli się na umówione spotkanie z bliskimi. Od zachowania się żałobników zależy atmosfera cmentarza: ciężka, na hamulcach ukrywanych uczuć, ujęta w tryby opanowania, u Anglików. Żywa, oswojona, a nawet spoufalona ze śmiercią, niekiedy wręcz pogodna, u Włochów.

     Stephen, mąż Jane, był pochowany daleko, na cmentarzu, który rósł z roku na rok. Grób K. był stosunkowo blisko wejścia, w cieniu kępy drzew. Rozłączyliśmy się bez słowa. Jane szła do swojego umarłego pospiesznym krokiem, prosto przed siebie, nie patrząc na boki; przez okamgnienie widziałem, że jest wzburzona i zasłania twarz chusteczką, wyjętą z torby. Ja byłem chłodny, czas robi swoje. Położyłem na grobie K. kupiony u ulicznego kwiaciarza bukiecik. Zabolało mnie, że mały grób zapada się w ziemię. Kto miał się nim zajmować, po okresie, gdy robiła to L.? Za dziesięć lat zniknie zupełnie. Już teraz chwasty zasłaniały napis na poczerniałym krzyżu, same litery zresztą były przytarte od zacieków deszczu.

     Cmentarz zapełniał się szybko odwiedzającymi, teraz trudniej było odszukać wzrokiem Jane. Około pierwszej przyszła cicho, jak na palcach, i dotknęła mojego ramienia. Bez słowa odgarnęła chwasty na krzyżu i czytała uważnie napis. Opatulona kobieta w budce pomachiwała srebrnym dzwonkiem. W niedzielę zamykano cmentarz wcześniej i nie otwierano go już po południu.

     Wracaliśmy do domu w milczeniu. Pomyślałem naraz, że Jane nie wiedziała nic o samobójstwie K., poza samym faktem; prawie to samo było ze mną, jeśli chodzi o jej męża. I tak było dobrze. Tak nakazywał nam instynkt. Po powrocie powiedziała tylko krótko: "Rocznica śmierci twojej żony jest za pasem, 3 listopada. Przeczytałam datę na krzyżu. Chciałabym cię w rocznicę zabrać na wieczór do mojego znajomego."

     Miałem był w niedzielę po południu pójść do Old Age House na Golders Green, doktor Max doradził mi jednak pierwszą wizytę w poniedziałek rano o dziesiątej; niedzielny natłok wizyt cotygodniowych, wyjaśnił mi, powoduje chaos, połączony z nieustannym gwarem, co źle wpływa na nerwy pacjentów "ekstremalnych" (jego nazwa); a L. należała do tej kategorii.

     W poniedziałek więc rano, zaraz po wyjeździe Jane do uniwersyteckiego Instytutu, wyruszyłem pieszo na Golders Green, korzystając z bezdeszczowej także tego dnia pogody. Szedłem utartą drogą przez Finchley, przed przecznicą prowadzącą do parku na Hampstead przystanąłem na chwilę. To był nasz dom, mieszkaliśmy w nim kilka lat, aż do śmierci K. Powstrzymałem odruchową chęć pchnięcia furtki i naciśnięcia dzwonka obok drzwi wejściowych. Po co niepokoić obcych ludzi? Wystarczyło mi okno naszego pokoju na piętrze Było zasłonięte brunatną storą, K. w poszukiwaniu maksimum światła nie używała nigdy żadnych zasłon. Nawet nocą, toteż w godzinach bezsenności widywałem wyraźnie w żółtym odblasku latarni ulicznych, a czasem księżyca, wejście na cmentarz Fortune Green za pubem. Pamiętałem dziwną noc, gdy obudziwszy się krótko przed świtem, zobaczyłem koło okna K., wpatrzoną w cmentarz, na którym miała niebawem spocząć. Zapaliłem lampę na nocnym stoliku, odwróciła się gwałtownie i na bardzo krótko jej wzrok zachował ten wyraz stężenia, jaki posiadał przypuszczalnie w trakcie patrzenia przez okienną szybę. Zaśmiała się tak sztucznie, z odcieniem drwiny, że jej śmiech przeraził mnie bardziej od wyrazu jej zielonych oczu.

     Stojąc na ulicy, przylgnąłem spojrzeniem do zasłoniętego okna. Na próżno oczekiwałem, że ktoś odsunie kotarę. Wyobraźnia podsunęła mi obraz K. przy sztalugach. Miała zwyczaj przysiadać na blacie stołu, kręcić kosmyk jasnych włosów na czole i z pędzlem w zębach oglądać swoje płótno.

     Poszedłem dalej, minąłem wielkie kino dzielnicowe i znowu, jak na lotnisku w Rzymie, ogarnęło mnie uczucie stawiania kolejnego kroku poza (nie znajduję innego słowa); przymknąwszy oczy, ujrzałem też niespodzianie pochód grupy z "zaświatowym" transparentem. Pogłębiło się to jeszcze na Golders Green. W oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę przechadzałem się pod czerwoną ścianą krematorium, w którym spalono zwłoki K. W końcu moja godzina wybiła. Kazano mi usiąść w poczekalni Domu Starców. Za chwilę zbiegł do niej z góry doktor Max. Uściskaliśmy się, po czym zaprowadził mnie na piętro i bez pukania wpuścił do pokoju L.

     Bywają opisy, w których pióro musi ciąć jak lancet w miejscu skomplikowanego zrostu czy splotu chorych organów, gdzie każdy fałszywy ruch operującego jest ciężkim zagrożeniem. Co miałem robić oparty o poręcz łóżka naprzeciw węzgłowia? Pierwszy impuls dyktował rzucenie się na kolana i okrycie pocałunkami jej chudych rąk na kołdrze. Ale patrzyła, nie poznając mnie, a nawet więcej - zdawała się wylękniona. Oczy miała otwarte tak szeroko, jak nigdy w ciągu tylu lat naszej przyjaźni. Wymawiałem wielekroć głośnym szeptem jej imię. Nie reagowała, przebywała tak daleko, że nie mogłem jej dosięgnąć niczym, ani dotykiem, ani słowem. Jeszcze żyła? Już umarła? Ni jedno, ni drugie. Raczej i jedno, i drugie. Bałem się mojego pierwszego impulsu. Zesztywniałem w obecności i na widok osoby, która od lat pragnęła, bym się uważał za jej przybranego syna. Wreszcie uratował mnie jej bardzo delikatny, ledwie zauważalny uśmiech. Nie żeby mnie w końcu rozpoznała, ale coś się w niej odemknęło. I to coś ośmieliło mnie na tyle, że teraz uległem mojemu pierwszemu impulsowi. Klęczałem obok łóżka, całowałem jej ręce, wcisnąłem między nie głowę, zmuszając ją niemal, by wplotła palce w moje włosy. Machinalnie, bez świadomości, że mnie głaszcze, witała w ten sposób po długiej rozłące swego przybranego syna. Wiedziałem, że nie mogę oczekiwać niczego więcej. Rosła we mnie świadomość jej niedosiężności. Ale lody były przełamane. Kiedy o pierwszej wszedł cicho do pokoju Max, podniosłem się z klęczek, pochyliłem się nad nią, przywarłem wargami do jej czoła i oczu. Czyżby rzeczywiście rozszerzył się trochę jej uśmiech?

     Max zabrał mnie na obiad w stołówce dla personelu Domu Starców. W paru słowach opowiedziałem mu przebieg mojej wizyty. "A jednak - wtrącił - pana obecność jest potrzebna, nawet gdyby miała się ograniczyć do przebywania z nią w tym stanie nie życia i nie śmierci, patrzenia na nią godzinami przez grubą ścianę ze szkła. Istnieje jakaś minimalna szansa, że ocknie się w tym swoim zawieszeniu."

     Opowiedział mi, że list do mnie, napisany 2 października, był owocem jej wyjątkowego niepokoju 1 października, w rocznicę śmierci męża. Pamiętał tę datę, ale jak przechowała się i odezwała w niej? Wezwany wtedy nocą przez telefon, przyjechał natychmiast do ich domku na Fulham. Jej mąż nie umarł błyskawicznie na udar serca. Męczył się długo, wyciągał do niej ręce, jakby chciał się uczepić niknącego brzegu życia. A ona czołgała się do niego na szerokim łożu małżeńskim, jakby starała się usilnie dopłynąć do tonącego. "Nie uwierzy pan, trwało to dwie godziny. Nie można było nic zrobić, dwoje dość już wówczas starych ludzi miotało się między. Nie, nie rozstaną się! Kiedy przyszedł zgon, L. położyła się obok niego, przytuliła się do niego, jak pewnie co wieczór przed zaśnięciem. I przestała szlochać, gdy on przestał charczeć. Była gotowa do podróży z nim w zaświaty."

     Wróciłem do domu w takim stanie, że Jane nie próbowała mnie zatrzymać przy rozpalonym po obiedzie kominku. Spojrzała tylko na mnie, słaniającego się lekko na schodach do narożnego pokoju.

     Rozbierając się, a może i rzuciwszy się na łóżko w ubraniu, uprzytomniłem sobie nagle, że z okna pokoju L. widać było czerwone krematorium. Z opowiadania Maxa wiedziałem, że w okresie przytomności umysłu zostawiła na piśmie polecenie kremacji oraz pochowania jej prochów obok prochów męża i jedynaka.

III

     Codziennie chodziłem na Golders Green, ale za radą Maxa zmieniłem porę moich odwiedzin. Zaproponował wczesny wieczór od piątej do siódmej. Po obiedzie L. drzemała jednak płytko z półprzymkniętymi oczami i potem wyglądała na nieco odświeżoną. Do obiadu trwała w owej somnambulicznej drętwocie, na skrzyżowaniu życia i śmierci. Nie widziałem większej różnicy, przyjąłem zatem bez wahania propozycję Maxa. Każdego nowego dnia moje godziny w pokoju L. były dokładnie takie same, jak godziny w poprzednim dniu. Natomiast, w gruncie rzeczy, wolałem wracać do domu wieczorem, łatwiej mi było ochłonąć na kolacji z Jane, która ze swojego Instytutu Sinologii na Holborn wracała o czwartej.

     Poza tym miałem tylko dla siebie całe przedpołudnie. Nie lubiłem Londynu po pięciu spędzonych w nim po wojnie latach. Być może, nie lubiłem go dlatego, że nasze życie w nim było trudne i dzień w dzień, noc w noc, przeczuwałem z rosnącą ostrością, że K. w szarej biedzie bez perspektyw, i bez prawdziwej a nie pozornej i połowicznej jedynie ucieczki do malarstwa, odchodzi krok po kroku od świata, a może i ode mnie. Od jej pierwszego męża, z którym spotykałem się w Rzymie, zanim z drugą włoską żoną wyemigrował do Południowej Afryki, słyszałem o jej próbie samobójczej przed wojną, w Warszawie. Od naszych sąsiadów w Kornwalii (spędziliśmy tam jeden letni miesiąc w gościnnym domku malarza Piotra P.) dowiedziałem się o drugiej próbie, gdy na parę dni musiałem nagle wyskoczyć do Londynu. Więc Londyn stał się dla mnie miastem upiornym - za dużym przede wszystkim dla urodzonego prowincjusza - i nieustannie zaciskającym swój uchwyt na moim gardle. Znałem i podzielałem przekonanie badaczy, że każdy samobójca rodzi się z tym ukrytym zamiarem, który stopniowo rozkwita jak wątła roślinka, aby w końcu rozkrzewić się w głowie i w sercu. Delikatne aluzje Jane na temat jej męża brzmiały podobnie.

     Nigdy bym nie uwierzył, jadąc do L. w Londynie, że spojrzę na miasto innymi oczami. A jednak tak było, w jakimś przynajmniej stopniu. Przed południem zacząłem się wydalać z naszej dzielnicy. W chwilach suchej pogody schodziłem z przyjemnością nad Tamizę i polubiłem bulwar nadrzeczny, zwłaszcza w miejscach uczęszczanych przez wędkarzy (uprzytomniłem sobie naraz, że nigdy nie schodziłem nad Tamizę podczas pięcioletniego pobytu po wojnie). Uroczyły mnie domki w Chelsea, znakomicie wykorzystujące basementy. Odkrywałem wciąż nowe skwery i ogrody. Zapuszczałem się w dżunglę Soho (jadałem tam obiad), żałując, że nie jestem rysownikiem w stylu Hogartha: w jakim innym kraju znalazłbym takie bogactwo twarzy ludzkich - prostytutek, sutenerów, oszustów, kieszonkowców, pederastów, "przebierańców", rajfurów i rajfurek? Gdzie (poza Kopenhagą może) zobaczyłbym taką obfitość salek i sklepików pornograficznych? To był Londyn, którego nie znałem. I była niezwykła owa "dziewicza" eksploracja miasta, w którym spędziło się niegdyś pięć lat życia. Z K. pozwalaliśmy sobie wyłącznie na wyprawy do muzeów i galerii malarskich. Kto wie, czy ta spóźniona eksploracja Londynu nie odbywała się teraz z nią u boku...

     Nie znaczy to, że odkrywanie Londynu nieznanego uwolniło mnie od rozpoczętej na rzymskim lotnisku wyprawy w zaświaty. Tym żyłem bez przerwy, to tkwiło w każdej mojej myśli, w każdym moim pragnieniu. Na Soho zresztą przypominały mi o tym często sklepiki-kapliczki z szyldami we wszystkich językach: The Beyond, Aldila. Zdaje się, że w połowie 1999 powstała w Londynie nowa sekta "zaświatowców," właśnie ta sekta, z której pochodzili pielgrzymi na lotnisku rzymskim. Sklepiki-kapliczki zawalone były książkami, broszurkami, ulotkami; wyświetlano w nich także jednym ciągiem, na ścianie naprzeciwko drzwi wejściowych, zagadkowe filmy, zaludnione nie ludźmi, lecz ich cieniami. Czasem, siedzący przy bocznym kontuarze właściciele, brzdąkali na egzotycznych instrumentach i zawodzili pieśni, które miały wywołać "dreszcze zaświatowe," albo "dreszcze metafizyczne" (jak głosił napis nad kontuarem). Było w tym wszystkim więcej histerycznej liturgii, niż powagi, jaką zazwyczaj posiadają prawdziwe sekty religijne.

     Przez dwa tygodnie mojego pobytu w Londynie, dokładnie do 1 listopada, miasto było, jak zawsze późną jesienią: cały dzień przyciemnione, smagane krótkimi i szybkimi ulewami z rzadkimi przejaśnieniami. Ale w niedzielę 1 listopada zaszła zmiana prawie nie do wiary. Cmentarz na Fortune Green tonął w słońcu; bladym, co prawda, ale słońcu. I począwszy od tego dnia, nastała zima, jakiej nie notowały w przeszłości kroniki londyńskie. Do końca marca 2000 Londyn był chłodny, niekiedy więcej nawet niż chłodny, ale na swój sposób pogodny. Londyńczycy, ożywieni na ulicach i w parkach, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Słynne, obłudne powitanie it is a nice weather straciło sens, przestało być potrzebne.

     Ten pierwszy dzień listopada na Fortune Green, zapełnionym ludźmi i ukwieconym, zmienił jakby miny żałobników. Po odwiedzeniu naszych grobów usiedliśmy w głównej alei na ławce. Dopiero przed pierwszą wypędził nas z niej dzwonek z budki koło bramy. Zdawał się także odmieniony, dźwięczniejszy.

     Po południu przyszła na kawę Molly, maszynistka i archiwistka w Instytucie Sinologii, młodziutka przyjaciółka Jane. Mała, zgrabna, na oko bardzo krucha, o urodziwej twarzy, w której cały smutek spływał do ogromnych oczu. Wiedziałem już od Jane, że jej ukochany (ale nie mąż jeszcze) zginął kilka miesięcy temu w wypadku motocyklowym. Jego grób, grób, którym żyła, znajdował się na Islington Cemetery, tam bowiem (bardzo daleko) mieszkała z owdowiałą matką, sprzątaczką w okolicznych urzędach. Wieczór 3 listopada, w rocznicę śmierci K., był projektem Molly. Mieliśmy w trójkę iść do rzekomego znajomego Jane; nie znała go w ogóle i nie wiadomo, dlaczego go tak określiła, być może, żeby mnie zachęcić do wizyty. W rzeczywistości to Molly poznała człowieka, którego nazywała a wizard, dzięki swej kuzynce Mabel. Mabel wprowadziła ją do "czarodzieja" w przeddzień swego wyjazdu na posadę w Glasgow. (W ostatniej chwili zmieniła widocznie plany, bo nigdy do Glasgow nie dojechała i przerwała kontakt z Molly, jedyną w Londynie krewną, prócz starego i chorego ojczyma). Wizard, jak wynikało z objaśnień Molly, miał domek na skraju parku Hampstead i sklep na Finchley, naprzeciwko - okazało się z numeracji - domu, w którym spędziłem kiedyś z K. kilka londyńskich lat. Molly zafiksowała naszą wizytę w trójkę na 3 listopada o szóstej. Miała po nas przyjechać o piątej.

     Siedziały na wprost mnie na obitym skórą dwuosobowym fotelu. Mała tuliła się do Jane jak córka. Jane ogarniała ją ramionami i całowała po twarzy w sposób niezbyt konwencjonalny, w oczy i w usta. Mogło się wydawać, że są więcej niż przyjaciółkami. Starałem się patrzeć w bok lub na sufit, ale tyle było w Jane naturalnej swobody fizycznej, tyle zwykłej czułości, że pozbyłem się szybko lekkiego zażenowania. Czułości, podszytej samotnością, podobnej do picia wody w spragnieniu. Po wczesnej kolacji odprowadziliśmy Molly do najlepszego dla niej przystanku autobusowego na Fortune Green, tuż koło furtki cmentarnej. Cmentarz, okryty czystą czernią nocy, połyskiwał gdzieniegdzie białymi pomnikami. Pub szumiał niedzielnie jak ul, pijackimi okrzykami mężczyzn i piskliwymi śpiewami podchmielonych kobiet.

     Wkrótce po północy - czytałem jeszcze w łóżku przy lampce zapalonej w ścianie nad wezgłowiem - przyszła do mojego pokoju Jane. Siadła na moim łóżku, zgasiła lampkę, po czym położyła się obok mnie na kołdrze. Było to równie naturalne, jak pieszczoty, którymi okrywała Molly. Bez cienia erotyzmu. Miałem osiemdziesiąt lat, ona trzydzieści pięć. Pulsowała w nas czułość, która łączy ludzi wiernych swoim umarłym i żywym wciąż miłościom. Odtąd zmieniło się nasze życie w dwójkę. Staliśmy się w sposób niewinny parą.

IV

     Za moich powojennych lat londyńskich był naprzeciw naszego domu na Finchley wąski przesmyk między sklepami, nawet z tabliczką Mews. Ale ślepy, zamknięty w głębi białą ścianą. Dopiero teraz, w drodze do Domu Starców na Golders Green, zobaczyłem w miejscu białej ściany nowy (dla mnie) sklep. Szyld głosił: Rare Stamps (Foreign and British) and Old Coins. O tej godzinie sklep był jeszcze zamknięty, można było jednak zobaczyć na wystawie dwie ładnie ułożone plamy, pokryte celofanem: kolorowe znaczki pocztowe i stare monety. Rzut oka przez szybę uświadamiał, że prócz znaczków i monet sklep posiadał na półkach bogatą papeterię, wybór albumów filatelistycznych i popularnych nowości wydawniczych. Krzesło właściciela w kącie było puste. Zjawił się w kwadrans później, nie zauważając mnie przed wystawą. Ustawiłem się ukosem, by zerkać, nie będąc widzianym. Usiadł i zagłębił się w lekturze gazety popołudniowej.

     Był wysoki (dużo ponad przeciętny wzrost), barczysty, zdradzał atletyczną budowę oraz wiek między czterdziestką i pięćdziesiątką. Poważnie wyłysiały, zdołał jednak zachować długie bokobrody, długie aż do poziomu cienkich wąsów. Wysoka szyja sterczała jak u żyrafy. Ubrany z pewną elegancją, niezwykłą raczej u sklepikarzy, zdawał się pilnie dbać o swój wygląd zewnętrzny. Nie mogłem zobaczyć dokładnie jego oczu, ale nawet półprzymknięte i opuszczone nad gazetą iskrzyły się i płonęły.

     Zastałem L. na Golders Green w niezmiennym stanie, chociaż tym razem oddała jakby delikatny uścisk moich dłoni, położonych na jej rękach. I podniosła wyżej powieki, co wyglądało jak próba powiedzenia czegoś. Niegdyś, za czasów jej choroby nie tak wszechogarniającej, ustaliliśmy zwyczaj swoistej sygnalizacji rocznicowej: ja dawałem znak życia w rocznicę śmierci jej męża i jedynaka, ona w rocznicę śmierci K. Czyżby ocalał w niej ten refleks, ten prawie odruch warunkowy, w wypadającą właśnie rocznicę śmierci K.? Nie, nie byłem tego pewien. Jej obecny znak życia miał inny charakter, mógł być wzięty za szybkie wychylenie się z zaświatów. Jedno zresztą nie wykluczało drugiego: w moim "zaświatowym" nastroju londyńskim byłem skłonny wierzyć, że L. przesyła mi tak oto pozdrowienie od K.

     Gdy wychodziłem wieczorem z Old Age House, w saloniku na dole czekał na mnie Max. Był wyraźnie podniecony, a może i więcej - roztrzęsiony. Czym mam chwilę czasu, żeby wypić z nim kawę? Oczywiście, miałem. Poszliśmy do pobliskiej kawiarni. Przy stoliku zacząłem coś mówić o L., sądząc, że po to na mnie czekał. Moje słowa w ogóle do niego nie docierały. Podał mi napisaną na maszynie pocztówkę z Johannesburga. "Pierwsza kartka od Lisbeth - powiedział - po roku milczenia. Przeniosła się do Południowej Afryki." Kilka zdawkowych pozdrowień. I pytanie: "Co robi Ralph?". Żachnął się: "A skąd ja mogę wiedzieć? Nie widuję go przecież, nie chciał mnie widywać po ich rozejściu. A Lisbeth nigdy mnie do tego nie zachęcała." Urwał i spojrzał na mnie żałosnym wzrokiem: "Mógłbym się do niego wybrać. Mieszka blisko, na Hampstead, i ma sklep na Finchley. Jak pan myśli?". Zamilkłem i nie dałem po sobie poznać, że teraz wiem, kto był mężem Lisbeth, i że parę godzin temu widziałem go przez szybę sklepu, nie wiedząc, że był przez jakiś czas zięciem Maxa. Nie wiem, co mi podszepnęło stanowczą odpowiedź: "Nie radzę panu, doktorze. Pewnych rzeczy nie należy odgrzewać." W jego spojrzeniu mignął odcień żalu, ale wykrztusił: "Ma pan chyba rację." Po czym: "Południowa Afryka! Dlaczego nie zaprasza mnie do siebie? Żyje sama? Wyszła drugi raz za mąż? Przecież ta jej kartka, to tyle co nic."

     W drodze powrotnej do domu zajrzałem jeszcze do przesmyku na Finchley. Sklep był już zamknięty.

* * *

     3 listopada o piątej wyruszyliśmy w trójkę do "czarodzieja." Zamknął widocznie swój sklep wcześniej, żeby przygotować się w domu do naszej wizyty.

     Drogę na Hampstead Heath znałem równie dobrze jak Molly, jeśli nie lepiej. Ostatecznie, w okresie mieszkania na Finchley Park był naszym płucem w pogodne i wolniejsze od pracy dnie. A z naszego domu na Finchley szło się do niego powolnym krokiem najwyżej kwadrans.

     Mówiło się powszechnie Park (przynajmniej wśród nas, Polaków, a pewnie cudzoziemców w ogóle), choć w rzeczywistości nazwa "Heath" oznaczała Wrzosowisko. Wrzosowiskiem był chyba dość dawno, za naszych czasów jedynie nieliczne i przerzedzone kępy przypominały starą, piękną nazwę.

     Kręta i cicha uliczka willowa wiodła pod górę do wejścia, obramowanego po obu stronach rozłożystymi drzewami. Potem łagodny obryw prowadził do bardzo rozległej i zakrzewionej niecki, aż po gęstą ścianę drzew, które zasłaniały znany w okolicy pub (o ile pamiętam, The White Horse).

     Ale my po zejściu do niecki skręciliśmy za Molly na lewo, gdzie pod obrywem i z dala od pnącej się dalej uliczki willowej stał samotny cottage, otoczony drewnianym płotem z furtką. Nie zauważałem go niegdyś, zbiegając sam lub z K. wprost do niecki. Na prawo w skos od cottage'u, w odległości jakichś dwudziestu metrów, wciśnięta była w zbocze obrywu niska drewutnia, przypuszczalnie skład narzędzi ogrodniczych; półkolista siatka druciana stanowiła dowód upodobań gospodarza, Ralpha Morrisona (jak głosiła mosiężna tabliczka obok drzwi).

     Nie omyliło mnie pierwsze ukradkowe spojrzenie przez szybę wystawową sklepu na Finchley. Jego wzrok parzył i równocześnie przykuwał. Usadowieni dokoła niewielkiego okrągłego stołu, wszyscy troje straciliśmy mowę wpatrzeni w twarz gospodarza. Trwało to dłuższą chwilę. Wyraz jego twarzy zmienił się nagle na obojętny i ugrzeczniony. Zostawił nas samych, wymówiwszy się obowiązkiem "zaparzenia dobrej herbaty," nieodzownej afternoon tea (jakkolwiek staroświecki zegar w kącie wskazywał w pół do szóstej).

     Nie jest ścisły, użyty wyżej zwrot "wszyscy troje straciliśmy mowę." Molly nie była nowicjuszem w domku na Hampstead, patrzyła z rewerencją na gospodarza jak na znajomego. W samej rzeczy, po herbacie skończyło się jej zadanie towarzyszenia nam do Morrisona, pożegnała się z nim i umówiła (co mimo woli usłyszałem) na 7 listopada. Zostaliśmy w dwójkę, Jane i ja. Gospodarz, wizard, według określenia Molly, nie ukrywał, że wolałby nas przyjmować osobno, służyło to (zapewniał) lepiej jego "seansom." Ale dał za wygraną wobec naszego sprzeciwu.

     Nadszedł moment najtrudniejszy, być może, w mojej opowieści londyńskiej, mianowicie opis jego "seansów," zaczynając od pierwszego. Nie, nie były to seanse spirytystyczne w potocznym tego słowa znaczeniu, z podskakującymi talerzykami i wirującymi stolikami, z dochodzącymi z zaświatów strzępami głosów, w których obecni, kładąc przed siebie dłonie o szeroko rozwartych palcach, rozpoznają swoich bliskich umarłych. Ralph wiedział dobrze, jaki był cel naszej wizyty. Wiedział też, rzecz jasna, że nasi umarli śpią snem wiecznym w odległości kilometra od jego domku; i że ostatnie chwile swego życia, na które oboje podnieśli ręce samobójców, spędzili także w bliskim sąsiedztwie "seansu." To miało jakoby - wyjaśnił, zdjąwszy maskę uprzejmego kompana herbaty popołudniowej i założywszy posępną i hipnotyczną chwilami maskę "czarodzieja" - doniosłe znaczenie. Zmarli (ciągnął), zwłaszcza samobójcy, żyją po śmierci tam, gdzie po nią sięgnęli; i gdzie znajdowały się ich groby. Jego, Morrisona, sztuka, a raczej zaświatowa umiejętność polega na przyciąganiu fluidów śmiertelnych, które krążą, i będą zawsze krążyć, między bytem ziemskim i nieziemskim.

     Cokolwiek ironicznego wolno powiedzieć o tym wstępie, pozostaje fakt, że oboje, przyciągani jego wzrokiem, straciliśmy przytomność normalną i pogrążyliśmy się w jakiejś "nadprzytomności," pełnej obcowania z naszymi umarłymi. Na czym to obcowanie polegało, nie potrafię powiedzieć (piszę w ogóle Zimę w zaświatach z uczuciem nieuchwytności zjawisk rzeczywistych), ale że nas jak gdyby co raz dotykało i niekiedy na okamgnienie owijało, nie mam wątpliwości. Słyszałem płacz Jane, sam oddychałem z trudem. Ocknąwszy się wreszcie, wyczerpani i oboje pokryci potem, spojrzeliśmy odruchowo na zegar w kącie; upłynęły dwie godziny, za oknami zgęstniała ciemność. Sen kataleptyczny? Morrison wstał, co oznaczało, że "seans" jest skończony. Zaproponował następne spotkanie za tydzień o tej samej porze. Pożegnał nas z doskonałą obojętnością, nie podał nam ręki na pożegnanie.

     Wracaliśmy, milcząc, miejscami zataczając się jak po pijanemu. Instynktownie, w połowie chyba drogi powrotnej, wziąłem Jane pod rękę. Przylgnęła do mnie całym ciałem.

V

     Naturalnie, pierwszą, spontaniczną reakcją będzie przypisanie Morrisonowi daru hipnozy. Ale im częściej i łatwiej mówi się o zdolnościach hipnotycznych, tym trudniej oddać im pełną sprawiedliwość. Przecież nie są czymś tak prostym, jak na przykład zdolności prowadzenia samochodu lub uprawiania jazdy konnej, słowem, nie są czymś wymagającym jedynie nauki i praktyki. Za darem hipnozy stoi jakaś siła, podobna do siły, która powoduje narodziny daru poetyckiego czy muzycznego. Jakaś siła. Jaka? Złowroga, błogosławiona, wprawiająca w ruch sekretne rezerwy duchowe hipnotyzera? A hipnotyzowany? I w jego duszy budzi się drżenie pokrewne, odpowiadające w tym samym języku na znaki nadawcze? Zawsze, w każdym wypadku, czy też istnieje hipnotyczna głuchota, niewrażliwość na tajemną emisję drugiej osoby?

     Jest, jak sądzę, inaczej. Hipnotyzer posiada wrodzoną może umiejętność chwytania fal różnej długości, które nas otaczają osobiście, mimo że o tym nie wiemy i wiedzieć nie możemy. Są wśród nich fale śmierci, niewygasła resztka życia umarłych. Wpajajac je, wsączając w dusze uczestników seansu (już bez cudzysłowu), umożliwia przelotne błyski kontaktu żywych z umarłymi. Tak rozumiałem wieczór spędzony w domu Ralpha Morrisona. Zdobywa w ten sposób pewną władzę nad ludźmi, poddającymi się jego zabiegom. Jaki z niej robi użytek poza sferą mediumiczną? Gdyż, o czym zapomniałem powiedzieć od razu na początku, był medium doprawdy niezwykłym.

     Kiedy to piszę, wiem już wiele rzeczy, którymi nie mam prawa zakłócać zaplanowanego toku opowieści. Wszystko na swoim miejscu i we właściwym czasie. Teraz wystarczy wyznać, że zarówno Jane, jak ja, staliśmy się nałogowcami seansów w domku na skraju Hampstead Heath. Przez cały listopad zjawialiśmy się co tydzień u naszego, opłacanego sowicie maga, próbując nawet uprosić go bezskutecznie o zwiększenie frekwencji. W naszym życiu odbyło się wyraźne zdwojenie. Na pozór żyliśmy jak od początku mojego londyńskiego pobytu - Jane pracując w swoim Instytucie, ja chodząc codziennie po południu do L., a przed południem wałęsając się po mieście - ale od naszej pierwszej wizyty u Morrisona pędziliśmy równocześnie drugie życie w innym wymiarze, chwilami zadziwiająco bogate. I, co najważniejsze, z każdym dniem bardziej niezależne od właściwego. Niezależne chociaż mocno zarazem wbudowane w naszą codzienną egzystencję.

     Dałoby się powiedzieć, że w pewien sposób odkrywałem Londyn, odrabiałem pięć chudych lat niechęci (a nawet niekiedy nienawiści) do niego i zaniedbanej zupełnie eksploracji miasta. O tym już wspomniałem. Ale w następnej fazie lubiłem szczególnie odwiedzać i wydeptywać cierpliwie miejsca, w których niegdyś bywałem z K. Na przykład, Szkołę Świętego Marcina, gdzie uczyła się grafiki użytkowej; i gdzie zdarzało mi się przyjeżdżać po nią wieczorem lub odprowadzać ją rano. Albo British Museum, w którym krótko wysiadywała ze mną, przygotowując się do egzaminu "teoretycznego" w Szkole Świętego Marcina. British było moją przystanią, bywało, że i materialnie, gdy wynajmowałem się spiesznym z natury naukowcom jako płatny nieźle kopista przed wynalazkiem fotokopiarek.

     Włóczenie się tropami naszych wspólnych londyńskich wyjazdów i naszych spotkań osadzało mnie trwalej w moim "drugim życiu." Trafiały mi się częściej i częściej halucynacje, przywidzenia, a dla mnie naturalne zjawy innej rzeczywistości. Przed bramą Szkoły Świętego Marcina widywałem rano pędzącą na lekcje K., biegłem za nią zdyszany i podniecony aż do schodów w bramie, na których znikała. Znikała naprawdę, czy po prostu przegrywałem próbę dopędzenia jej?

     Na Golders Green nic się nie zmieniało w listopadzie, natomiast w połowie grudnia, u progu Bożego Narodzenia, widziałem w twarzy L. poruszenie, wciąż jednak błąkające się po twarzy, jak spojrzenie stamtąd. I to przynosiło mi ulgę, zwłaszcza gdy nauczyła się witać mnie i żegnać lekkim uniesieniem ręki nad kołdrą.

     Zima była dalej wyjątkowa, chłodna, lecz bezdeszczowa, czasem podgrzewana anemicznym słońcem. Parokrotnie poszedłem przed południem na spacer do Hampstead Heath i obiad zjadałem w pubie Pod Białym Koniem po tamtej stronie niecki. Raz (było to w sobotę) widziałem z daleka Ralpha Morrisona, przekopującego energicznie kilofem i dużą łopatą ziemię w swoim ogródku. Na wszelki wypadek posłałem mu ręką pozdrowienie, nie dostrzegł mnie jednak.

     Na samo Boże Narodzenie pojechałem z Jane do Kornwalii, do Penzance. Oboje byliśmy związani z Kornwalią wspomnieniami. Ja spędziłem w niej lato z K., złe ostrzegawcze lato, Jane przywiozła była do Penzance swojego męża, szukając już rozpaczliwie sposobów przywiązania go do życia; także więc jej tydzień ze Stephenem nie był wesoły.

     W Kornwalii piękne jest morze, nawet w stosunkowo pogodne dnie bijące w przybrzeżne skały z niesamowitą siłą i (chciałoby się powiedzieć) furią; Kornwalijczycy wierzyli, że usiłuje bez skutku wyzwolić zaklęte w skałach stare legendy. K. uwielbiała przesiadywanie na skałach atakowanych i szarpanych wściekle przez fale morskie. Nie do wiary: ledwie tę rzecz w duchu wspomniałem, Jane szepnęła mi to samo o swoim zmarłym mężu.

     W hallu naszego hotelu w Penzance migotała ogromna, sięgająca aż do sufitu, choinka. Przynosiła wytchnienie, ciągłym migotaniem kołysała do przedsennej drzemki w fotelu.

     Zaraz po Bożym Narodzeniu, gdy wyparowały święta, Jane wybierała się do Stanów, na wezwanie ciężko chorego ojca. Miałem zatem, wbrew poleceniom mojego kardiologa, pozostać na Swiss Cottage sam. Ale uspokajało mnie stałe połączenie telefoniczne z doktorem Maxem. Prócz zwykłych odwiedzin popołudniowych w Old Age House, wieczorami odzywał się telefon z Neapolu. A nocą, we śnie i w godzinach bezsennych, czułem łaskę obecności doświadczanej na seansach u Morrisona.

VI

     Inżyniera Robsona, sędziwego już emeryta, poznałem w pubie koło bramy cmentarza na Fortune Green w parę dni po wyjeździe Jane do Stanów. Wracając z grobu K. i (na prośbę Jane) z grobu Stephena, zatrzymałem się w pubie na kufel piwa. Zagadnął mnie pierwszy, co w wypadku rozpoznawalnych cudzoziemców było w Anglii rzadkością. Ktoś mu powiedział (kto?), że kiedyś mieszkałem z żoną w domu na Finchley, który jest teraz jego własnością. Może miałbym ochotę tam zajrzeć? Stare, porzucone miejsca zamieszkania obrastają w sentymentalny mech. Owszem, miałbym ochotę. Ale nie dzisiaj. Jutro na poobiednią kawę. Dzisiaj, przykuci do stolika, poza dawnym przepisowym limitem czasu, korzystając z nowej ustawy, posiedzimy jeszcze w pubie. (U progu 2000 roku weszły w życie dwie ustawy parlamentu, którymi Tony Blair zamierza podreperować opadającą popularność swego rządu: puby otwarte od wczesnego rana do późnego wieczoru, bez przerw i ograniczeń; przywrócenie kary śmierci wobec zatrważającego wzrostu przestępczości, zwłaszcza mordów popełnianych na dzieciach przez pedofilów; epidemia niemal pedofilii przeniknęła do Anglii z kontynentu ze wzmożonym nasileniem). Posiedzieliśmy do czwartej, gdy musiałem już ruszyć na dosyć chwiejnych nogach do Domu Starców.

     Niezapomniana ta godzina na poobiedniej kawie w domu Robsonów, w którym przed laty mieszkaliśmy tak długo! Niestety, nie mogłem zajrzeć do naszego pokoju na piętrze, bo mieszkająca tam córka Robsonów, aktorka, odsypiała swoje dwa przedstawienia z poprzedniego dnia. Ale wystarczył mi salonik na dole, w którym piliśmy kawę, z wyjściem do ogródka, naprawdę teraz zadbanego. Potem kuchnia na dole, dawny pokój naszego house-keepera, schody, łazienka obok naszego pokoju na piętrze. Jak stare miejsca obrastają mchem (żeby użyć określenia Robsona); jak (co dobrze wiedział i świetnie opisał Proust) pozostają nam wierne - nam, starszym, innym, szczęśliwym lub nie; jak z upływem czasu wrastamy, chociaż już nieobecni, w każdy drobiazg naszego minionego życia.

     Ta jedyna godzinna wizyta w domu na Finchley podsyciła przygasające trochę światło w drodze do zaświatów. Przed wyjazdem Jane postanowiliśmy przerwać seanse u Morrisona, poczułem się więc z tej drogi w jakiejś mierze zepchnięty. Nasz rytuał był wspólny i musiał pozostać wspólny. A Jane zawiadomiła mnie, że śmierć ojca opóźni jej powrót do Londynu.

     15 stycznia (pamiętam tę datę) rozległ się dzwonek u drzwi; dość nerwowy i natarczywy, nie wchodził zatem w grę jeden ze zwykłych domokrążców. Istotnie, stała przede mną niska i ubogo ubrana kobiecina o zaczerwienionych od płaczu oczach. Zapytała o Jane, dano jej ten adres w Instytucie, ale uprzedzono o wyjeździe Jane do Ameryki. Matka Molly (bo ona to była) "ośmieliła się" wtajemniczyć "przyjaciela Jane" w swoje zmartwienie. Jej córka od pięciu dni nie wraca do domu; nigdy tak nie postępowała bez uprzedzenia. Czy mógłbym jej w jakiś sposób (in some way) pomóc? Czy mógłbym o tym powiedzieć Jane, która na pewno telefonuje często? Jest bezradna i bardzo, bardzo zaniepokojona o jedyne dziecko.

     Na szczęście, Jane zatelefonowała, zgodnie z zapowiedzią, przed moim "wymarszem" na Golders Green. Słyszała już, piąte przez dziesiąte, o wizycie matki Molly w Instytucie. Obiecała interwencję. Owocem tej interwencji była nazajutrz wczesna wizyta dwóch urzędników Scotland Yardu.

     Okazali się znajomymi Jane, która od czasu do czasu odpowiadała na ich rozmaite "chińskie" pytania. Było to powiedziane dla wzbudzenia mojego zaufania.

     Po raz drugi w życiu miałem do czynienia z urzędnikami Scotland Yardu. Pierwszy raz złożyli mi nieoczekiwanie wizytę na Finchley, dowiedziawszy się, że zostałem zaproszony na turę odczytową do Burmy (w pięć lat po otrzymaniu przez Burmę niepodległości z rąk brytyjskich). Nie podobało im się to, posunęli się wręcz do delikatnych pogróżek, ale zrozumieli, że nic więcej zrobić nie mogą. Miałem już bilet lotniczy i wizę burmańską w paszporcie. Nauczyłem się jednak wtedy (powierzchownie, oczywiście) stylu Scotland Yardu. Polegał z grubsza na mówieniu obchodzących ich rzeczy tak, abym nie zrozumiał, o co im rzeczywiście chodzi i czy naprawdę chodzi im o cokolwiek. Żadna to wielka sztuka, Scotland Yard zawdzięczał na ogół wysoki prestiż swojej wieloletniej legendzie, ale ta jedyna lekcja nie przeminęła w mojej pamięci bez śladu.

     Zaczęli od moich stosunków z Jane i mojego życia we Włoszech, przeszli do mojego pięcioletniego pobytu po wojnie w Londynie, wspomnieli o mojej ówczesnej podróży do Burmy (że niby niczego nie zapominają i wszystko wiedzą) i naraz mogło się wydawać, że wyczerpali całkowicie temat i cel swoich porannych odwiedzin. Naturalnie, tu się myliłem (jeżeli w to uwierzyłem), bo ni stąd ni zowąd, w tonie, który miał kryć efekt zaskoczenia, padło nazwisko Ralpha Morrisona. Nie miałem najmniejszej ochoty wprowadzać ich w nasze seanse na Hampstead Heath, a tym mniej w okoliczności mojego przyjazdu do Londynu, ale robili takie miny, jakby dokładnie wiedzieli już, co trzeba. Istotne było jedno: na pożegnanie cofnęli się jeszcze od drzwi i w formie zwykłej konstatacji powiedzieli: "Molly wprowadziła was do Morrisona."

VII

     20 stycznia, w przededniu powrotu Jane ze Stanów (po pogrzebie jej ojca), w gazetach popołudniowych ukazała się notatka o aresztowaniu Morrisona. Krótka i naga, bez żadnych szczegółów. Idąc na Golders Green, zajrzałem do mews na Finchley; sklep był zamknięty. Po drodze zboczyłem też na Hampstead Heath; dokoła domku Morrisona krzątało się kilka osób z łopatami i kilofami, a z boku stała koparka mechaniczna.

     Jane po przyjeździe zatelefonowała do swoich znajomych w Scotland Yard. Mieli usta zasznurowane, prosili tylko, abyśmy możliwie szybko przyszli w dwójkę do ich biura.

     Odtąd zmuszony jestem oprzeć dalszą narrację na prasie. Kupowaliśmy rano furę gazet, wertowaliśmy je w poszukiwaniu ważnych dla nas informacji. W Anglii tzw. przecieki prasowe kwitną dość bujnie i w praktyce bezkarnie, sędziowie śledczy nie mogą marzyć o rygorystycznym izolowaniu swych dochodzeń. Po paru dniach wiedzieliśmy już o znalezieniu resztek siedmiu przypuszczalnie osób w ogródku Morrisona. Znajomi Jane w Scotland Yard odmówili komentarzy, natomiast nas wzięli grzecznie na spytki w związku z naszymi wizytami, czy seansami, w cottage'u na Hampstead. Nie mogli ukryć bardzo dyskretnego uśmiechu pod wąsem, wysłuchawszy naszych wyjaśnień. Ich waga była niewielka dla przewodu śledczego, niemniej, poproszono nas o podpisanie zobowiązań, że nie wydalimy się z Londynu w okresie śledztwa i później procesu (figurowaliśmy na liście świadków w rozprawie sądowej).

     Wracając do źródeł prasowych, i to w przyspieszonym tempie, gdyż temat nie zachęca doprawdy do narracyjnych dłużyzn. Szczątki zwłok odkopane w ogródku były mizerne, z wyjątkiem świeżych zwłok Molly. Działał nie tylko długi proces gnilny (wszystkie zwłoki były nagie), ale także użyty przez mordercę roztwór chemiczny, rozpuszczalnik na bazie kwasu żrącego, który co prawda wywoływał ostry zapach, lecz jednocześnie zabijał lub w każdym razie osłabiał znacznie fetor dekompozycji zwłok. Ponieważ Morrison był zamiłowanym hodowcą kwiatów (w jego domowej biblioteczce przeważały książki z zakresu uprawy roślin), a zwłaszcza wysoko przez znawców cenionych róż, ostry zapach mógł być przypisywany (i był przez dalszych sąsiadów) sztucznym środkom użyźniającym. Nie budził też podejrzeń fakt, że miłośnik róż nieraz grzebał się w swoim ogródku do późnej nocy.

     Znikoma ilość cielesnych szczątków wykluczała naturalnie identyfikację, a nawet ustalenie liczby ofiar i ich płci. Z przecieków prasowych wynikało, że morderca odmawia odpowiedzi na wszelkie pytania. Jego milczenie określano jako inflexible lub unshaken. Jedynie możliwa była sekcja świeżych stosunkowo zwłok Molly, przekreślająca podobno przedśmiertne nadużycia seksualne, czyli mówiąc po prostu - gwałt. Podobno też znikome poszlaki wskazywały na to, że wśród ofiar znajdowała się eks-żona Morrisona.

     Radykalny i najzupełniej niespodziewany zwrot w śledztwie nastąpił 5 lutego. Okazało się mianowicie, że podczas rewizji w sklepie Morrisona odkryto maleńkie drzwiczki w kącie, zasłonięte reprodukcją jakiegoś obrazu. Wyłamane, odsłoniły prawdziwą garderobę ofiar. Dlaczego morderca chował ubrania swych ofiar, zamiast je palić, pozostanie tajemnicą. Niektórzy dziennikarze sądzili, że obawiał się gęstego i łatwo dostrzegalnego z oddali dymu. W każdym razie odkrycie pozwoliło ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, że Morrison zamordował sześć kobiet i jednego mężczyznę; pozwoliło także zidentyfikować dokładnie ofiary, łącznie z ich nazwiskami i adresami (kobiety miały torebki, mężczyzna miał dowód osobisty w wewnętrznej kieszeni marynarki). W policyjnym spisie ofiar figurowały Lisbeth Morrison (z domu Bruner), Molly i jej kuzynka Mabel; pozostałe kobiety należały do kategorii "osób zaginionych," tak samo jedyny mężczyzna.

     Ostatnim płodem dziennikarzy przed rozprawą sądową, wyznaczoną na 1 marca, był ulubiony przez czytelników angielskich Profile.

     Czterdziestodwuletni Ralph Morrison urodził się w Birmingham, jako syn zamożnego rzeźnika. Matka umarła wcześnie, wkrótce po porodzie, na galopujące suchoty, jedyny syn rósł więc pod okiem ojca. James Morrison nie żałował pieniędzy na wykształcenie Ralpha, zmusił go do ukończenia szkoły średniej i do zapisania się na uniwersytet, na wydział handlu zagranicznego. Wszystkie profiles nalegały z dość przejrzystym naciskiem na dziwactwo starego Morrisona. Co niedzielę, niezależnie od pogody, stawał w dzielnicowym parku na "skrzynce od mydła" jako kaznodzieja. Mówił zawsze o tym samym, o Męce Pańskiej, mówił w sposób obsesyjny, podlewając swoje kazania obficie krwią. Syna wychowywał w podobnym duchu, ale musiał zrezygnować z marzenia, że będzie go miał u boku na niedzielnych kazaniach. Chłopiec odznaczał się pociągiem do chodzenia własnymi, tajemniczymi ścieżkami. Był małomówny, skryty i podejrzliwy. I ojciec, i towarzysze jego wieczornego piwa w pubie wiedzieli, że istnieje jakiś problem seksualnego dojrzewania młodzieńca. W każdym razie nie znosił kobiet. Natomiast - i to była pociecha starego Morrisona - miał tak samo jak ojciec obsesję krwi. Na początku studiów uniwersyteckich ujawnił znaczne zdolności hipnotyczne; wzywano go do bardzo cierpiących chorych, do nękanych nieuleczalną bezsennością; i jednym, i drugim przynosił ulgę swym niezwykłym wzrokiem. Gdy tylko umarł na raka gardła ojciec, syn sprzedał dom rodzinny wraz z jatką, przerwał studia w Birmingham i wyjechał do Londynu. Tam obrócił swój poważny kapitał na zakup cottage'u na skraju Hampstead Heath (dość tanio, bo cottage był omijany przez kandydatów na nabywców ze względu na swe położenie na bezludnym uboczu Wrzosowiska). Kupił też parcelę w ślepym zaułku na Finchley i tam zbudował swój sklep.

     Ożenił się z córką uchodźcy, niemieckiego doktora Brunera, ale małżeństwo pękło po paru tygodniach, żona, znaleziona potem w zbiorowym grobie na Hampstead, wyjechała rzekomo do Kanady. Sklep na Finchley był z punktu widzenia zarobkowego parawanem. Ralph zarabiał, i to dużo, swoją niezwykłą zaiste sztuką hipnotyzerską, którą umożliwiał klientom przebywanie z ich umarłymi bliskimi. Jego rozległa klientela - także osoby spoza Londynu - przywykła nazywać jego mediumiczne seanse Intercourse with our Dead. Scotland Yard przyznał się dopiero teraz dziennikarzom, niechętnie i półgębkiem, że "zakład" Ralpha Morrisona, zwany w policyjnym skrócie ID, był od pewnego czasu pod obserwacją tajnych agentów z komisariatu na Golders Green. Jeden profile kończył się zdaniem, nie do pomyślenia kiedyś w Anglii przed rozprawą sądową: This scoundrel must pay with his life for what he did, ten łotr musi swoim życiem zapłacić za to, co zrobił.

VIII

     Proces zaczął się, jak wspomniałem, 1 marca. Bardzo trudno było dostać się na salę sądową, masa ciekawych czekała w ogonku od świtu, ale Jane i ja mieliśmy pisemne karty wstępu jako świadkowie. Niepodobna było przewidzieć, kiedy (i czy) zostaniemy wezwani przez obronę lub oskarżenie, co narzucało nam obowiązek stałej obecności podczas całego procesu; żmudny i w najwyższym stopniu denerwujący obowiązek. Najchętniej przeskoczyłbym wprost do wyroku, nie szkodząc zbytnio opowiadaniu, które winno zachować równowagę wątków. Ale jak to zrobić? Chyba tylko odwołać się do kompromisu, to znaczy streszczać się w sprawozdaniu sądowym do maksimum.

     Jane siedziała obok mnie z opuszczoną głową, podnosiła ją rzadko, by ogarnąć przelotnym spojrzeniem sędziów i ławę przysięgłych. Była spięta i wewnętrznie rozdygotana. Unikała widoku oskarżonego. Ja zaś przeciwnie. Wpatrywałem się właśnie w Morrisona. Zachowywał się tak, jakby wszystko dokoła po prostu go nie dotyczyło. Zastanawiałem się, czy dostał specjalne zezwolenie na posiadanie i rozkładanie to na stoliku, to na kolanach, bloku rysunkowego. Miał widocznie w tej dziedzinie jakiś talent, skoro nie przerywał rysowania ani na chwilę. A raczej przerywał, ale tylko po to, by naprędce wybrać i przyszpilić wzrokiem kolejny model.

     Oskarżyciel miał łatwe zadanie i zręcznie je wykonywał. Obrońca z urzędu skoncentrował się na jedynym możliwym argumencie obrony, obracał go na wszystkie strony, jak rzucony na patelnię kawał mięsa. Rzecz jasna, chodziło o niepoczytalność lub co najmniej nikły stopień poczytalności oskarżonego oraz jego organiczną niezdolność do rozpoznawania dobra i zła. Rzeczoznawcy medyczno-psychiatryczni, którzy Morrisona badali dokładnie i po wielekroć, różnili się między sobą i wdawali w długie, skomplikowane rozważania, ucinane w końcu z irytacją przez sędziego. Przeważała zdroworozsądkowa opinia oskarżyciela, co wyraźnie odbiło się na twarzach przysięgłych. "Jakże można mówić o niepoczytalności oskarżonego (pytał), który obmyśla swoje zbrodnie z precyzją wręcz zadziwiającą? Pisze oto na maszynie kartki do ojca swej byłej żony i organizuje ich wysyłkę najpierw z Kanady, a ostatni raz z Południowej Afryki. Jak to organizuje, nie wiemy, gdyż najwidoczniej uważa nas za niegodnych dopuszczenia do tej zagadki." Był to istotnie argument niepodważalny, być może dlatego, że posłużył się pozornym drobiazgiem.

     Z okazji owych kartek doktor Max, zbulwersowany i ze łzami w oczach, został wywołany do złożenia zeznania. I owe kartki zainaugurowały reakcję Morrisona w trzech słowach, powtarzaną przez niego nieprzerwanie i niezmiennie do końca procesu. Would you explain that? - zwrócił się do niego sędzia. I would prefer not - odparł oskarżony. Po czym, w pół godziny póżniej: Would you tell us why did you kill all these people? Dłuższa niż zwykle przerwa i odpowiedź: I would prefer not. I tak dalej, i tak dalej, ciągle to samo. Nie byłem z pewnością jedyny na sali sądowej, który rozpoznał pierwowzór, świadomy czy przypadkowy, tej odpowiedzi. Skryba Bartleby, bohater niezwykłego opowiadania Melville'a Bartleby the Scrivener, klasycznego opisu alienacji, wszystkie propozycje przełożonych kwitował tym I would prefer not. Wpatrzony w nagą ścianę naprzeciwko okna biurowego.

     Ale nie sądzę, by Morrison był przykładem alienacji. Jego głównym uczuciem była absolutna obojętność, prawie nieobecność, w ciągu trzech tygodni rozprawy sądowej. (Dopiero teraz uprzytamniam sobie, że był w tym jednak składnik alienacyjny.) 21 marca rano sędzia poprosił ławę przysięgłych o udanie się do specjalnego pokoju na naradę. Trwała zaledwie godzinę. "Podjęliście decyzję?". "Tak, Wysoki Sądzie." "Jednomyślną, czy nie?" "Jednomyślną." "Proszę ją głośno powiedzieć." "Winny." Sąd wyszedł na pół godziny. Po powrocie zauważono natychmiast czarny biret w ręce Przewodniczącego. Oznaczał wyrok śmierci. I rzeczywiście, włożywszy czarny biret na miejsce zwykłego, Lord Chief Justice wyskandował wolno: Condemned to Death by Hanging. Pozostało jeszcze zwyczajowe ostatnie słowo skazanego. Morrison wyprostował się, przez mgnienie oka wydawało się, że zrezygnuje ze swego prawa, ale potem usłyszeliśmy jego donośnie wypowiedziane słowa: "Bez żalu opuszczam ten nędzny świat (podkreślił słowo miserable). Wierzę w życie w zaświatach."

     Pominięto nas wśród świadków. Nawet obrońca nie pomyślał o tym, że moglibyśmy coś dobrego powiedzieć o seansach Morrisona.

IX

     Z Old Bailey poszliśmy do pobliskiej agencji linii lotniczych. Nie ustaliliśmy niczego, a jednak nasze zamiary pokrywały się dokładnie. Czuliśmy oboje, że coś pękło definitywnie. Nawet nie coś, pękł po prostu nadmuchany balon, w którym żyliśmy przez całą londyńską zimę 1999-2000. Zdawała się być zimą w zaświatach, okazała się w rzeczywistości dramatycznym złudzeniem, albo przywidzeniem. Była zimą na twardym, mocno ubitym, jałowym gruncie naszego świata.

     Wykupiliśmy dwa bilety na ten sam dzień 1 kwietnia. Jane do Pekinu, gdzie odbywało się kolokwium sinologiczne, a stamtąd do Ameryki. Ja do Neapolu via Rzym.

     Po obiedzie w śródmiejskiej restauracji zaproponowałem próbę znalezienia dwóch biletów na wielki popołudniowy koncert w Diana Hall nad Tamizą (z pomnikiem prześlicznej i nieszczęsnej księżnej w westybulu). Mieliśmy szczęście. I właściwie dopiero na tym wspaniałym koncercie - gdy słuchaliśmy Haydna, Brahmsa, Schuberta, Ravela, Rachmaninowa i Góreckiego - przepełniały nas stopniowo emocje końca londyńskiej zimy w zaświatach. Tak silne, że Jane wycierała często wilgotne i zaczerwienione oczy i nie mogła opanować czy to drżenia, czy dreszczy. A ja? Przypomniałem sobie zdanie w jednym z moich tekstów: "Być może, wypłakałem już całkowicie dany mi przez los zapas łez." Byłażby muzyka i w ogóle wielka sztuka jedyną namiastką zaświatów, jedynym do nich wąskim pomostem?

     Była sobota. Czekała mnie następnego dnia, w niedzielę, pożegnalna wizyta u L. na Golders Green. Za zgodą Jane zaprosiłem na nasz niedzielny obiad doktora Maxa, z nim mieliśmy jechać po południu (bo i Jane chciała zobaczyć wreszcie osobę, o której tyle jej opowiadałem) do Old Age House. Przyszła też na obiad matka Molly, ale nie mogąc powstrzymać ciągłego szlochu, szybko uciekła zawstydzona na stację metra.

     Nie umawialiśmy się, by w niedzielę rano zaniechać pójścia na cmentarz Fortune Green. I to oznaczało wyrwanie się z magicznego kręgu. Czuć już było w powietrzu pierwsze powiewy wiosny, leżakowaliśmy aż do obiadu w ogrodzie, polując na rzadkie wychylanie się słońca między wiosennymi obłokami.

     W niedzielę 22 marca przypadała rocznica śmierci jedynaka L. Nastąpi cud? Nastąpił. Ledwie w trójkę - zdruzgotany po śmierci córki doktor Max, ja i dość nieśmiało Jane - przestąpiliśmy próg pokoju L., podniosła się lekko na łóżku, zrobiła w moją stronę znak przywołania i, gdy pochyliłem się nad nią, okrywając pocałunkami jej starą twarz, przytknęła usta do mojego ucha i wyraźnie powiedziała imię syna i potem moje. Nie zapłakała, uśmiechnęła się z wyrazem szczęścia na twarzy. Biedny Max szepnął lekarskim tonem, że teraz widać, jak potrzebny był mój przyjazd do Londynu i tak długi w nim pobyt. "Przeżyje mnie" - powiedziałem bardzo cicho. Z radością? Ze smutkiem?

     Ostatni tydzień w Londynie przeznaczyliśmy na likwidację mieszkania Jane na Swiss Cottage. 1 kwietnia na lotnisku wiosna postawiła pierwszy stanowczy krok, miała dosyć dreptania w postrzępionych obłokach. Samolot Jane do Pekinu odlatywał o pierwszej, mój do Rzymu o trzeciej. Ściskaliśmy się długo, z nie słabnącą czułością. "Zobaczymy się jeszcze?" - zapytałem. "Nie wiem - odparła. - Zaproponowano mi w Ameryce katedrę, chcę wyjść po raz drugi za mąż i mieć dużo dzieci. Poza tym mam już trochę dosyć Europy."

     W salce przed lotem do Rzymu było już pełno ludzi. W większości jubileuszowych pielgrzymów angielskich, z tej samej chyba sekty "zaświatowców," bo kobiety miały badges na bluzkach, a mężczyźni plastykowe wkładki na czapkach i kapeluszach. Napis ten sam, jaki widziałem już w październiku 1999: God's Children, Figli di Dio. The Beyond, Aldila.

     Za Kanałem nasz samolot wpadł w strefę niczym nie zamąconej pogody. Było to trochę tak, jakbyśmy ciągali czyste, kontynentalne słońce. Przyglądałem się współpasażerom, pątnikom angielskim zdążającym z euforią na obchody Roku Świętego. Skąd ta sekta, tak widocznie popularna? Przypomniałem sobie "przyszłościową" opowieść Sergio Quinzio, świeckiego teologa włoskiego, sławnego biblisty, cenionego badacza judaizmu i chrystianizmu. Wyszła w roku 1995 (autor zresztą niebawem zmarł) i działa się w latach 1999 i 2000. Ostatni papież Piotr II wydaje dwie encykliki, które przechodzą absolutnie bez echa. Rozgoryczony, a nawet zrozpaczony, wspina się na szczyt kopuły Świętego Piotra i rzuca się w dół, spadając na grób Rybaka z Galilei i tym samym zamykając dzieje Kościoła. Pierwsza encyklika nosi tytuł Resurrectio Mortuorum i odświeża starą obietnicę Zmartwychwstania Ciał. Nikt już nie jest w stanie uwierzyć w zapewnienie Tertulliana z III wieku, zawarte w traktacie Zmartwychwstanie Ciała i przypieczętowane słowami: Fiducia christianorum resurrectio mortuorum; illam credentes sumus. W naszej epoce, w epoce coraz powszechniejszej kremacji (począwszy od milionów ciał spalonych w krematoriach hitlerowskich, milionów, które usypać można w bezimienne kopce popiołu)? Gdyby Piotr II pisał w swej encyklice o Zmartwychwstaniu Ciał Duchowych (jak je nazywała część wczesnochrześcijańskich teologów, mając po prostu na myśli Dusze Ludzi, a nie ich Ciała), jego encyklika z roku 1999 nie przeszłaby bez echa; Piotr II nie byłby ostatnim papieżem w dziejach Kościoła. Encyklika trafiłaby do tych wszystkich, którzy są świadomie lub podświadomie "zaświatowcami." I którzy, jak Lew Tołstoj w Śmierci Iwana Iljicza, nie przestaną nigdy powtarzać w najgłębszych zakątkach swoich dusz: "Śmierć nie istnieje."


Gustaw Herling-Grudziński
Październik - Listopad 1997








Copyright © 1997-2007 Zwoje