Opowiesc londynska


ZIMA W ZASWIATACH




GUSTAW HERLING-GRUDZINSKI


I

     Bylo do przewidzenia, ze nadejdzie w koncu dzien, ktorego sie balem, ktory chcialem jak najdalej odsunac, albo skrocic do jednej strasznej, lecz blyskawicznej chwili. Doktor Max Bruner, dyrektor Old Age House na Golders Green w Londynie, pisal:

     "Pana stara przyjaciolka L., w minionych miesiacach wzglednej jasnosci umyslu nazywajaca pana 'moim przybranym synem,' weszla nieodwracalnie w stadium powolnego gasniecia. Stan fizyczny jest dalej, jak na jej 98 lat, zdumiewajaco dobry, ma wciaz zelazne serce. Ale gasnie cala reszta: nie poznaje juz nas z personelu Domu Starcow, nie reaguje na rzadkie odwiedziny znajomych, coraz gorzej panuje nad swoimi odruchami fizjologicznymi, czesto zwraca jedzenie albo go w ogole nie dotyka, a w ataku starczej amnezji zapomniala nawet o dwoch najblizszych niegdys, zmarlych osobach, o mezu i o jedynaku. Nie wstaje juz z lozka, lezy bez ruchu dniem i noca z szeroko otwartymi oczami, niekiedy usmiecha sie jakby do siebie, zasypia nad ranem na dwie, trzy godziny. Slowem, zyje nie zyjac. Gdybym nalezal do zwolennikow eutanazji, pomoglbym jej odejsc w zaswiaty. Ale nie naleze. Ma na swiecie tylko jedna osobe, swego 'przybranego syna.' Postanowilem do pana napisac, bo chce, zeby pan zadecydowal, co dalej. Moze to potrwac jeszcze kilka lat, niewykluczone przeciez, ze zechce pan byc z nia i przy niej przynajmniej jakis czas przed smiercia. Moj kolega w zakladzie, dobry psychiatra, twierdzi, ze pana obecnosc moze (choc nie musi) rozniecic w niej jedna z nie dogaszonych iskier zycia. Prosze wiec powziac decyzje, pamietajac jednak, ze w naszym domu nie ma goscinnych pomieszczen, czyli ze pobyt w Londynie pociagnie za soba dla pana koniecznosc wynajecia pokoju, najlepiej w sasiedztwie. Max Bruner. Londyn, 2 pazdziernika 1999."

     Max Bruner byl naszym lekarzem od pierwszych lat powojennych. Naszym, to znaczy mojej zony K. i moim, oraz L., jej meza i syna. Przyjechal do Londynu z Niemiec, cudem ocalaly z Holocaustu (nie chcial nigdy opowiedziec, jak), z kilkuletnia coreczka Lisbeth. Zona zginela w obozie, nie wiadomo nawet ktorym. Od poczatku niezle mowi po angielsku, nauczyl go sie przed wojna, jeszcze w rodzinnym Hamburgu. Dostal skromna posade w szpitalu, zalozyl sobie tez prywatny gabinet lekarski w poblizu stacji metra South Kensington. W tym samym co on domu mieszkal A., jedynak L., ze swoja angielska zona. Dzieki temu wszyscy zapisalismy sie jako pacjenci u Maxa, chociaz widac bylo od razu, ze nie jest orlem w swoim zawodzie. Ale byl dobrym, uczynnym i milym czlowiekiem, na zawolanie o kazdej porze dnia i nocy. Zalezalo mu na mozliwie bogatej kartotece, a nie bylo to takie proste w bardzo angielskiej dzielnicy. Zapisywali sie u niego glownie cudzoziemcy: Niemcy, Polacy, Zydzi, Hindusi. Jego badania byly dlugie i skrupulatne, po czym gora rodzila mysz, recepte banalna, malo pomocna w powazniejszych niedomaganiach. Ale lubilismy go wszyscy dalej, zwlaszcza ze nie maskowal swojej przecietnosci, nie udawal doswiadczonego lekarza. Mial dwa tylko marzenia: wydac corke dobrze za maz (koniecznie za Anglika) oraz zdobyc posade w Domu Starcow. Niezwykle doprawdy bylo jego urzeczenie staroscia i starcza agonia. Nazywalismy go zartobliwie Charonem, tak byl przejety swoja misja przewozenia starych ludzi do krolestwa umarlych. Dochrapal sie wreszcie upragnionej posady w Old Age House na Golders Green. Pial sie cierpliwie do gory az do dyrektorskiego stolka. Corke, dosc przystojna i dosc w sumie wyksztalcona w dziedzinie psychologii, wydal za maz za wlasciciela sklepu i domku z ogrodkiem na skraju Hampstead Heath. Mial wiec do niej bardzo blisko, z jakichs powodow jednak nie palil sie do wizyt u nich. Gdy osiedlilem sie z K. w tej samej okolicy, widywalem go niekiedy na ulicy. Nie prowadzil juz prywatnej praktyki lekarskiej.

     Po raz ostatni przed moim wyjazdem z Anglii widzialem go z daleka po smierci K., podczas spalenia jej zwlok w krematorium na Golders Green. Przyszedl z corka, Lisbeth podbiegla do mnie i z placzem rzucila mi sie na szyje (mialem dziwne uczucie, ze placze takze nad sama soba). Jej ojciec stal z daleka, kondolencje wypisane byly na jego twarzy.

     Po latach, w roku 1995, przyjechalem do Londynu, aby oddac osierocona podwojnie L. w rece doktora Maxa. Zapytany o Lisbeth, opuscil glowe na piersi i wydal mi sie jakby zazenowany. Po czym wyszeptal: "Rozstala sie z Ralphem. Nie ma dzieci. Pojechala do Kanady, nie pozegnawszy sie nawet ze mna na wyjezdnym. Nie mam jej adresu. Pracuje tam na uniwersytecie. Dostawalem od niej na poczatku kartki, krotkie i rzadko. Potem urwalo sie i to. Ani nie wybiera sie do Londynu, ani nie chce byc odwiedzana w Kanadzie. Stracilem jedyna corke. Nie widuje jej bylego meza, chociaz mieszkamy tak blisko siebie. Dal mi do zrozumienia, ze nie chce mnie widywac."

     Zostawilem L. w dobrych rekach, wiedzialem, ze Charon bedzie czuwal nad jej ostatnia podroza. Nie jezdzilem do Londynu, nie moglem przemoc w sobie niecheci do tego miasta, lecz dzwonilem do L. raz na tydzien z Wloch, gdzie zalozylem byl nowa rodzine. Oczywiscie az do roku, gdy postac "przybranego syna" zyla tak czy owak w jej pamieci. Potem dzwonilem dosc regularnie do doktora Maxa. Najwidoczniej postanowil napisac przytoczony wyzej list, sadzac slusznie, ze jego sugestia nie nadaje sie do rozmowy telefonicznej; albo, co mozliwe u czlowieka wychowanego w Niemczech, ze to, co mial do powiedzenia, wymaga w tym stadium sladu na pismie.

* * *

     Nie byl problemem moj wyjazd na dluzszy czas z domu. Moja wloska zona, przywiazana do swego miasta rodzinnego, pod bokiem majac nasze dorosle juz dzieci, nie stawiala najmniejszych oporow. W naszym wieku nie wchodzil tez w gre sentymentalny czynnik przewleklej rozlaki.

     Prawdziwy problem tkwil gdzie indziej. Po zawale, zreszta dobrze zaleczonym, moj przyjaciel-kardiolog pilnowal jednej tylko rzeczy, waznej wedlug niego ze wzgledow psychologicznych: zebym nie mieszkal nigdzie sam. Nie byl dla niego rozwiazaniem pokoj hotelowy, jesli nie dzielony z nikim. Mialem, co prawda, w Londynie zaprzyjazniona rodzine, ale bez mozliwosci dluzszego goszczenia.

     Na szczescie, przypomnialem sobie Jane. Poznalem ja przed trzema laty w Neapolu, gdzie pol roku korzystala z amerykanskiego stypendium na cenionej w swiecie sinologii neapolitanskiej. Przyprowadzil ja do nas Polak, wybitny sinolog, zaproszony na wyklady goscinne. Spodobala mi sie ta mloda i przystojna Amerykanka, z zamoznego zdaje sie domu, zamieszkala od kilku lat w Londynie. Miala meza Anglika, ktory rok wczesniej odebral sobie zycie. Bezdzietna, samotna, inteligentna, o ladnej twarzy, na ktorej co pewien czas pojawialy sie i znikaly szybko skurcze swiezego jeszcze bolu, przylgnela do nas tak, ze kazda niedziele spedzalismy razem, a niekiedy wpadala nawet w powszednie dni wieczorem. Miala w Londynie duze mieszkanie na Swiss Cottage. Wyjezdzajac, otworzyla je przed nami w razie potrzeby. Pojawila sie wlasnie potrzeba. Jeden telefon zalatwil sprawe. Byla nawet rada, ze ktos podzieli z nia jej londynska samotnosc. "Im dluzej, tym lepiej," zamknela nasza rozmowe telefoniczna.

     Dopiero na lotnisku w Rzymie, czekajac na polaczenie z Londynem, uprzytomnilem sobie, ze wyjezdzam dokladnie w rocznice. 16 pazdziernika 1952 widzialem po raz ostatni zywa K. Odprowadzila mnie na stacje autobusow lotniczych High Street Kensington. Odlatywalem do Monachium na posade. Mialem tam przygotowac nasze mieszkanie i sprowadzic z Londynu K. z matka. Dzis, ex post, widze, ze bylo to zlowrozbne pozegnanie. Spieszyla sie, ale nie jak ktos umowiony w miescie albo ponaglony godzina rozpoczecia zajec; raczej jak ktos umowiony na spotkanie ostateczne. W dwa tygodnie potem popelnila samobojstwo. Widzialem ja jeszcze raz w domu przedpogrzebowym kolo stacji metra Finchley Road: zima, piekna, spokojna twarz, umarla i zywa wciaz, gdy ja calowalem. Przypomniawszy sobie te rocznicowa date, mialem osobliwe wrazenie, ze stawiam pierwszy krok w innym wymiarze. Moze wplynal na to obraz przesuwajacy sie przed moimi oczami: korytarzem dworca lotniczego szla grupa starych pielgrzymow, przybylych wczesniej do Rzymu na inauguracje bliskiego juz Jubileuszu Roku Swietego. Kierownik grupy niosl dosc niezwykly transparent: God's Children, Figli di Dio. The Beyond, Aldila. "Dzieci Boga" byly w drodze do "Zaswiatow."

II

     Przylecialem do Londynu w sobote w poludnie, pospieszny pociag z Heathrow, o wydluzonej trasie, zajal mi pol godziny czasu na Baker Street. O pierwszej bylem na Swiss Cottage u Jane. Czekala na mnie z obiadem.

     Pamietalem ten dom w ogrodzie, widzialem go tyle razy w czasie niedzielnych spacerow. W naszej biedzie i ciasnocie na Finchley wzdychalem nawet do niego razem z K. "Ach, tu mieszkac - mowila. - Popatrz na te oszklona sciane na polpietrze. Tyle swiatla."

     Jedlismy obiad kolo tej wlasnie oszklonej sciany. W Londynie bylo juz chlodno w polowie pazdziernika, Jane zapalila pare bierwion w kominku. Jesli bylem troche napiety na lotnisku w Rzymie, to teraz odtajalem. Rozparlem sie wygodnie w krzesle z poreczami, patrzylem z przyjemnoscia na usmiechnieta wreszcie i rozpogodzona Jane. Pilismy whisky, nie chcialo nam sie jesc. Z jak wielkim opoznieniem zobaczylem naraz to, na co bylem slepy w Neapolu. I zadrzalem wewnetrznie, z radoscia, ale i z lekiem. Jane byla zdumiewajaco podobna do K.; nie tylko w twarzy o zielonkawych kocich oczach i ze smuklej, zgrabnej figury, ale - rzecz niewiarygodna - z trickow: w zamysleniu krecila lok wlosow na czole, miala chwilami odruch kociego zjezenia, byla zachlanna palaczka, niecierpliwymi obrotami calego zwinnego ciala podkreslala swoja fizycznosc. Jak moglem tego nie dostrzec w ciagu polrocznego pobytu Jane w Neapolu? Jak moglem nie zauwazyc jej sposobu picia, jota w jote podobnego do stylu K. - nie powolnego saczenia, lecz dlugich lykow spragnienia?

     Odkladajac ciagle na pozniej obiad, wyszlismy do ogrodu. Za nami biegl zakosami czarny kot, kopia naszej czarnej Kotki na Finchley. Bylo chlodno, ale zza szybko plynacych chmur przeswiecalo slonce. Przeszlismy na ty od pierwszej szklanki whisky. Z ogrodu lepiej bylo widac ten skrawek dzielnicy. Naszej niegdys dzielnicy; od Swiss Cottage do Golders Green znalem ja jak wlasna kieszen. "Twoj pokoj jest na prawo nad schodami - powiedziala. - Moj na koncu korytarza. Proponuje po obiedzie solidny odpoczynek. Jutro rano, mozliwie wczesnie, ide na cmentarz." "Ja tez." Spojrzala na mnie zdumiona: "Na Fortune Green?". "Na Fortune Green" - odpowiedzialem jak echo. Wtedy opowiedzialem jej o moim zyciu to, co przemilczalem byl, sluchajac jej neapolitanskiego bardzo skapego zwierzenia o mezu.

     Zjedlismy pierwszy londynski obiad w milczeniu. I w milczeniu poszlismy na odpoczynek. W nocy spalem zle, czesto wstawalem i dlugo sterczalem obok okna, wpatrzony w moj kawalek Londynu. Z konca korytarza tez dobiegalo krazenie po pokoju, czasem przerywane i podejmowane na nowo. Grubo po polnocy wziela prysznic. Potem usnela widocznie, bo nic juz nie zaklocalo ciszy domu.

* * *

     Poszlismy na Fortune Green pieszo, nie zwazajac na dosc porywisty wiatr, na szczescie, bez deszczu. Brama cmentarna byla juz otwarta, za oknem wejsciowej budki siedziala opatulona kobieta; za dawnych czasow dyzurowal tam energiczny mezczyzna, zdaje sie, ze z zawodu ogrodnik, bo kazdego wchodzacego pytal, czy grob nie wymaga ukwiecenia i pokrycia zielenia.

     Istnieja rozne cmentarze, zalezne pewnie od charakteru narodowego i obrzadku religijnego. Anglicy - w przeciwienstwie, na przyklad, do Wlochow - zakladaja maski po przekroczeniu progu bramy. Maski, bedace skrzyzowaniem smutku, przepisowej zaloby i swoistej, sztywnej dyscypliny; Wlosi wbiegaja na ogol na cmentarz, jakby spieszyli sie na umowione spotkanie z bliskimi. Od zachowania sie zalobnikow zalezy atmosfera cmentarza: ciezka, na hamulcach ukrywanych uczuc, ujeta w tryby opanowania, u Anglikow. Zywa, oswojona, a nawet spoufalona ze smiercia, niekiedy wrecz pogodna, u Wlochow.

     Stephen, maz Jane, byl pochowany daleko, na cmentarzu, ktory rosl z roku na rok. Grob K. byl stosunkowo blisko wejscia, w cieniu kepy drzew. Rozlaczylismy sie bez slowa. Jane szla do swojego umarlego pospiesznym krokiem, prosto przed siebie, nie patrzac na boki; przez okamgnienie widzialem, ze jest wzburzona i zaslania twarz chusteczka, wyjeta z torby. Ja bylem chlodny, czas robi swoje. Polozylem na grobie K. kupiony u ulicznego kwiaciarza bukiecik. Zabolalo mnie, ze maly grob zapada sie w ziemie. Kto mial sie nim zajmowac, po okresie, gdy robila to L.? Za dziesiec lat zniknie zupelnie. Juz teraz chwasty zaslanialy napis na poczernialym krzyzu, same litery zreszta byly przytarte od zaciekow deszczu.

     Cmentarz zapelnial sie szybko odwiedzajacymi, teraz trudniej bylo odszukac wzrokiem Jane. Okolo pierwszej przyszla cicho, jak na palcach, i dotknela mojego ramienia. Bez slowa odgarnela chwasty na krzyzu i czytala uwaznie napis. Opatulona kobieta w budce pomachiwala srebrnym dzwonkiem. W niedziele zamykano cmentarz wczesniej i nie otwierano go juz po poludniu.

     Wracalismy do domu w milczeniu. Pomyslalem naraz, ze Jane nie wiedziala nic o samobojstwie K., poza samym faktem; prawie to samo bylo ze mna, jesli chodzi o jej meza. I tak bylo dobrze. Tak nakazywal nam instynkt. Po powrocie powiedziala tylko krotko: "Rocznica smierci twojej zony jest za pasem, 3 listopada. Przeczytalam date na krzyzu. Chcialabym cie w rocznice zabrac na wieczor do mojego znajomego."

     Mialem byl w niedziele po poludniu pojsc do Old Age House na Golders Green, doktor Max doradzil mi jednak pierwsza wizyte w poniedzialek rano o dziesiatej; niedzielny natlok wizyt cotygodniowych, wyjasnil mi, powoduje chaos, polaczony z nieustannym gwarem, co zle wplywa na nerwy pacjentow "ekstremalnych" (jego nazwa); a L. nalezala do tej kategorii.

     W poniedzialek wiec rano, zaraz po wyjezdzie Jane do uniwersyteckiego Instytutu, wyruszylem pieszo na Golders Green, korzystajac z bezdeszczowej takze tego dnia pogody. Szedlem utarta droga przez Finchley, przed przecznica prowadzaca do parku na Hampstead przystanalem na chwile. To byl nasz dom, mieszkalismy w nim kilka lat, az do smierci K. Powstrzymalem odruchowa chec pchniecia furtki i nacisniecia dzwonka obok drzwi wejsciowych. Po co niepokoic obcych ludzi? Wystarczylo mi okno naszego pokoju na pietrze Bylo zasloniete brunatna stora, K. w poszukiwaniu maksimum swiatla nie uzywala nigdy zadnych zaslon. Nawet noca, totez w godzinach bezsennosci widywalem wyraznie w zoltym odblasku latarni ulicznych, a czasem ksiezyca, wejscie na cmentarz Fortune Green za pubem. Pamietalem dziwna noc, gdy obudziwszy sie krotko przed switem, zobaczylem kolo okna K., wpatrzona w cmentarz, na ktorym miala niebawem spoczac. Zapalilem lampe na nocnym stoliku, odwrocila sie gwaltownie i na bardzo krotko jej wzrok zachowal ten wyraz stezenia, jaki posiadal przypuszczalnie w trakcie patrzenia przez okienna szybe. Zasmiala sie tak sztucznie, z odcieniem drwiny, ze jej smiech przerazil mnie bardziej od wyrazu jej zielonych oczu.

     Stojac na ulicy, przylgnalem spojrzeniem do zaslonietego okna. Na prozno oczekiwalem, ze ktos odsunie kotare. Wyobraznia podsunela mi obraz K. przy sztalugach. Miala zwyczaj przysiadac na blacie stolu, krecic kosmyk jasnych wlosow na czole i z pedzlem w zebach ogladac swoje plotno.

     Poszedlem dalej, minalem wielkie kino dzielnicowe i znowu, jak na lotnisku w Rzymie, ogarnelo mnie uczucie stawiania kolejnego kroku poza (nie znajduje innego slowa); przymknawszy oczy, ujrzalem tez niespodzianie pochod grupy z "zaswiatowym" transparentem. Poglebilo sie to jeszcze na Golders Green. W oczekiwaniu na wyznaczona godzine przechadzalem sie pod czerwona sciana krematorium, w ktorym spalono zwloki K. W koncu moja godzina wybila. Kazano mi usiasc w poczekalni Domu Starcow. Za chwile zbiegl do niej z gory doktor Max. Usciskalismy sie, po czym zaprowadzil mnie na pietro i bez pukania wpuscil do pokoju L.

     Bywaja opisy, w ktorych pioro musi ciac jak lancet w miejscu skomplikowanego zrostu czy splotu chorych organow, gdzie kazdy falszywy ruch operujacego jest ciezkim zagrozeniem. Co mialem robic oparty o porecz lozka naprzeciw wezglowia? Pierwszy impuls dyktowal rzucenie sie na kolana i okrycie pocalunkami jej chudych rak na koldrze. Ale patrzyla, nie poznajac mnie, a nawet wiecej - zdawala sie wylekniona. Oczy miala otwarte tak szeroko, jak nigdy w ciagu tylu lat naszej przyjazni. Wymawialem wielekroc glosnym szeptem jej imie. Nie reagowala, przebywala tak daleko, ze nie moglem jej dosiegnac niczym, ani dotykiem, ani slowem. Jeszcze zyla? Juz umarla? Ni jedno, ni drugie. Raczej i jedno, i drugie. Balem sie mojego pierwszego impulsu. Zesztywnialem w obecnosci i na widok osoby, ktora od lat pragnela, bym sie uwazal za jej przybranego syna. Wreszcie uratowal mnie jej bardzo delikatny, ledwie zauwazalny usmiech. Nie zeby mnie w koncu rozpoznala, ale cos sie w niej odemknelo. I to cos osmielilo mnie na tyle, ze teraz uleglem mojemu pierwszemu impulsowi. Kleczalem obok lozka, calowalem jej rece, wcisnalem miedzy nie glowe, zmuszajac ja niemal, by wplotla palce w moje wlosy. Machinalnie, bez swiadomosci, ze mnie glaszcze, witala w ten sposob po dlugiej rozlace swego przybranego syna. Wiedzialem, ze nie moge oczekiwac niczego wiecej. Rosla we mnie swiadomosc jej niedosieznosci. Ale lody byly przelamane. Kiedy o pierwszej wszedl cicho do pokoju Max, podnioslem sie z kleczek, pochylilem sie nad nia, przywarlem wargami do jej czola i oczu. Czyzby rzeczywiscie rozszerzyl sie troche jej usmiech?

     Max zabral mnie na obiad w stolowce dla personelu Domu Starcow. W paru slowach opowiedzialem mu przebieg mojej wizyty. "A jednak - wtracil - pana obecnosc jest potrzebna, nawet gdyby miala sie ograniczyc do przebywania z nia w tym stanie nie zycia i nie smierci, patrzenia na nia godzinami przez gruba sciane ze szkla. Istnieje jakas minimalna szansa, ze ocknie sie w tym swoim zawieszeniu."

     Opowiedzial mi, ze list do mnie, napisany 2 pazdziernika, byl owocem jej wyjatkowego niepokoju 1 pazdziernika, w rocznice smierci meza. Pamietal te date, ale jak przechowala sie i odezwala w niej? Wezwany wtedy noca przez telefon, przyjechal natychmiast do ich domku na Fulham. Jej maz nie umarl blyskawicznie na udar serca. Meczyl sie dlugo, wyciagal do niej rece, jakby chcial sie uczepic niknacego brzegu zycia. A ona czolgala sie do niego na szerokim lozu malzenskim, jakby starala sie usilnie doplynac do tonacego. "Nie uwierzy pan, trwalo to dwie godziny. Nie mozna bylo nic zrobic, dwoje dosc juz wowczas starych ludzi miotalo sie miedzy. Nie, nie rozstana sie! Kiedy przyszedl zgon, L. polozyla sie obok niego, przytulila sie do niego, jak pewnie co wieczor przed zasnieciem. I przestala szlochac, gdy on przestal charczec. Byla gotowa do podrozy z nim w zaswiaty."

     Wrocilem do domu w takim stanie, ze Jane nie probowala mnie zatrzymac przy rozpalonym po obiedzie kominku. Spojrzala tylko na mnie, slaniajacego sie lekko na schodach do naroznego pokoju.

     Rozbierajac sie, a moze i rzuciwszy sie na lozko w ubraniu, uprzytomnilem sobie nagle, ze z okna pokoju L. widac bylo czerwone krematorium. Z opowiadania Maxa wiedzialem, ze w okresie przytomnosci umyslu zostawila na pismie polecenie kremacji oraz pochowania jej prochow obok prochow meza i jedynaka.

III

     Codziennie chodzilem na Golders Green, ale za rada Maxa zmienilem pore moich odwiedzin. Zaproponowal wczesny wieczor od piatej do siodmej. Po obiedzie L. drzemala jednak plytko z polprzymknietymi oczami i potem wygladala na nieco odswiezona. Do obiadu trwala w owej somnambulicznej dretwocie, na skrzyzowaniu zycia i smierci. Nie widzialem wiekszej roznicy, przyjalem zatem bez wahania propozycje Maxa. Kazdego nowego dnia moje godziny w pokoju L. byly dokladnie takie same, jak godziny w poprzednim dniu. Natomiast, w gruncie rzeczy, wolalem wracac do domu wieczorem, latwiej mi bylo ochlonac na kolacji z Jane, ktora ze swojego Instytutu Sinologii na Holborn wracala o czwartej.

     Poza tym mialem tylko dla siebie cale przedpoludnie. Nie lubilem Londynu po pieciu spedzonych w nim po wojnie latach. Byc moze, nie lubilem go dlatego, ze nasze zycie w nim bylo trudne i dzien w dzien, noc w noc, przeczuwalem z rosnaca ostroscia, ze K. w szarej biedzie bez perspektyw, i bez prawdziwej a nie pozornej i polowicznej jedynie ucieczki do malarstwa, odchodzi krok po kroku od swiata, a moze i ode mnie. Od jej pierwszego meza, z ktorym spotykalem sie w Rzymie, zanim z druga wloska zona wyemigrowal do Poludniowej Afryki, slyszalem o jej probie samobojczej przed wojna, w Warszawie. Od naszych sasiadow w Kornwalii (spedzilismy tam jeden letni miesiac w goscinnym domku malarza Piotra P.) dowiedzialem sie o drugiej probie, gdy na pare dni musialem nagle wyskoczyc do Londynu. Wiec Londyn stal sie dla mnie miastem upiornym - za duzym przede wszystkim dla urodzonego prowincjusza - i nieustannie zaciskajacym swoj uchwyt na moim gardle. Znalem i podzielalem przekonanie badaczy, ze kazdy samobojca rodzi sie z tym ukrytym zamiarem, ktory stopniowo rozkwita jak watla roslinka, aby w koncu rozkrzewic sie w glowie i w sercu. Delikatne aluzje Jane na temat jej meza brzmialy podobnie.

     Nigdy bym nie uwierzyl, jadac do L. w Londynie, ze spojrze na miasto innymi oczami. A jednak tak bylo, w jakims przynajmniej stopniu. Przed poludniem zaczalem sie wydalac z naszej dzielnicy. W chwilach suchej pogody schodzilem z przyjemnoscia nad Tamize i polubilem bulwar nadrzeczny, zwlaszcza w miejscach uczeszczanych przez wedkarzy (uprzytomnilem sobie naraz, ze nigdy nie schodzilem nad Tamize podczas piecioletniego pobytu po wojnie). Uroczyly mnie domki w Chelsea, znakomicie wykorzystujace basementy. Odkrywalem wciaz nowe skwery i ogrody. Zapuszczalem sie w dzungle Soho (jadalem tam obiad), zalujac, ze nie jestem rysownikiem w stylu Hogartha: w jakim innym kraju znalazlbym takie bogactwo twarzy ludzkich - prostytutek, sutenerow, oszustow, kieszonkowcow, pederastow, "przebierancow", rajfurow i rajfurek? Gdzie (poza Kopenhaga moze) zobaczylbym taka obfitosc salek i sklepikow pornograficznych? To byl Londyn, ktorego nie znalem. I byla niezwykla owa "dziewicza" eksploracja miasta, w ktorym spedzilo sie niegdys piec lat zycia. Z K. pozwalalismy sobie wylacznie na wyprawy do muzeow i galerii malarskich. Kto wie, czy ta spozniona eksploracja Londynu nie odbywala sie teraz z nia u boku...

     Nie znaczy to, ze odkrywanie Londynu nieznanego uwolnilo mnie od rozpoczetej na rzymskim lotnisku wyprawy w zaswiaty. Tym zylem bez przerwy, to tkwilo w kazdej mojej mysli, w kazdym moim pragnieniu. Na Soho zreszta przypominaly mi o tym czesto sklepiki-kapliczki z szyldami we wszystkich jezykach: The Beyond, Aldila. Zdaje sie, ze w polowie 1999 powstala w Londynie nowa sekta "zaswiatowcow," wlasnie ta sekta, z ktorej pochodzili pielgrzymi na lotnisku rzymskim. Sklepiki-kapliczki zawalone byly ksiazkami, broszurkami, ulotkami; wyswietlano w nich takze jednym ciagiem, na scianie naprzeciwko drzwi wejsciowych, zagadkowe filmy, zaludnione nie ludzmi, lecz ich cieniami. Czasem, siedzacy przy bocznym kontuarze wlasciciele, brzdakali na egzotycznych instrumentach i zawodzili piesni, ktore mialy wywolac "dreszcze zaswiatowe," albo "dreszcze metafizyczne" (jak glosil napis nad kontuarem). Bylo w tym wszystkim wiecej histerycznej liturgii, niz powagi, jaka zazwyczaj posiadaja prawdziwe sekty religijne.

     Przez dwa tygodnie mojego pobytu w Londynie, dokladnie do 1 listopada, miasto bylo, jak zawsze pozna jesienia: caly dzien przyciemnione, smagane krotkimi i szybkimi ulewami z rzadkimi przejasnieniami. Ale w niedziele 1 listopada zaszla zmiana prawie nie do wiary. Cmentarz na Fortune Green tonal w sloncu; bladym, co prawda, ale sloncu. I poczawszy od tego dnia, nastala zima, jakiej nie notowaly w przeszlosci kroniki londynskie. Do konca marca 2000 Londyn byl chlodny, niekiedy wiecej nawet niz chlodny, ale na swoj sposob pogodny. Londynczycy, ozywieni na ulicach i w parkach, nie mogli uwierzyc wlasnym oczom. Slynne, obludne powitanie it is a nice weather stracilo sens, przestalo byc potrzebne.

     Ten pierwszy dzien listopada na Fortune Green, zapelnionym ludzmi i ukwieconym, zmienil jakby miny zalobnikow. Po odwiedzeniu naszych grobow usiedlismy w glownej alei na lawce. Dopiero przed pierwsza wypedzil nas z niej dzwonek z budki kolo bramy. Zdawal sie takze odmieniony, dzwieczniejszy.

     Po poludniu przyszla na kawe Molly, maszynistka i archiwistka w Instytucie Sinologii, mlodziutka przyjaciolka Jane. Mala, zgrabna, na oko bardzo krucha, o urodziwej twarzy, w ktorej caly smutek splywal do ogromnych oczu. Wiedzialem juz od Jane, ze jej ukochany (ale nie maz jeszcze) zginal kilka miesiecy temu w wypadku motocyklowym. Jego grob, grob, ktorym zyla, znajdowal sie na Islington Cemetery, tam bowiem (bardzo daleko) mieszkala z owdowiala matka, sprzataczka w okolicznych urzedach. Wieczor 3 listopada, w rocznice smierci K., byl projektem Molly. Mielismy w trojke isc do rzekomego znajomego Jane; nie znala go w ogole i nie wiadomo, dlaczego go tak okreslila, byc moze, zeby mnie zachecic do wizyty. W rzeczywistosci to Molly poznala czlowieka, ktorego nazywala a wizard, dzieki swej kuzynce Mabel. Mabel wprowadzila ja do "czarodzieja" w przeddzien swego wyjazdu na posade w Glasgow. (W ostatniej chwili zmienila widocznie plany, bo nigdy do Glasgow nie dojechala i przerwala kontakt z Molly, jedyna w Londynie krewna, procz starego i chorego ojczyma). Wizard, jak wynikalo z objasnien Molly, mial domek na skraju parku Hampstead i sklep na Finchley, naprzeciwko - okazalo sie z numeracji - domu, w ktorym spedzilem kiedys z K. kilka londynskich lat. Molly zafiksowala nasza wizyte w trojke na 3 listopada o szostej. Miala po nas przyjechac o piatej.

     Siedzialy na wprost mnie na obitym skora dwuosobowym fotelu. Mala tulila sie do Jane jak corka. Jane ogarniala ja ramionami i calowala po twarzy w sposob niezbyt konwencjonalny, w oczy i w usta. Moglo sie wydawac, ze sa wiecej niz przyjaciolkami. Staralem sie patrzec w bok lub na sufit, ale tyle bylo w Jane naturalnej swobody fizycznej, tyle zwyklej czulosci, ze pozbylem sie szybko lekkiego zazenowania. Czulosci, podszytej samotnoscia, podobnej do picia wody w spragnieniu. Po wczesnej kolacji odprowadzilismy Molly do najlepszego dla niej przystanku autobusowego na Fortune Green, tuz kolo furtki cmentarnej. Cmentarz, okryty czysta czernia nocy, polyskiwal gdzieniegdzie bialymi pomnikami. Pub szumial niedzielnie jak ul, pijackimi okrzykami mezczyzn i piskliwymi spiewami podchmielonych kobiet.

     Wkrotce po polnocy - czytalem jeszcze w lozku przy lampce zapalonej w scianie nad wezglowiem - przyszla do mojego pokoju Jane. Siadla na moim lozku, zgasila lampke, po czym polozyla sie obok mnie na koldrze. Bylo to rownie naturalne, jak pieszczoty, ktorymi okrywala Molly. Bez cienia erotyzmu. Mialem osiemdziesiat lat, ona trzydziesci piec. Pulsowala w nas czulosc, ktora laczy ludzi wiernych swoim umarlym i zywym wciaz milosciom. Odtad zmienilo sie nasze zycie w dwojke. Stalismy sie w sposob niewinny para.

IV

     Za moich powojennych lat londynskich byl naprzeciw naszego domu na Finchley waski przesmyk miedzy sklepami, nawet z tabliczka Mews. Ale slepy, zamkniety w glebi biala sciana. Dopiero teraz, w drodze do Domu Starcow na Golders Green, zobaczylem w miejscu bialej sciany nowy (dla mnie) sklep. Szyld glosil: Rare Stamps (Foreign and British) and Old Coins. O tej godzinie sklep byl jeszcze zamkniety, mozna bylo jednak zobaczyc na wystawie dwie ladnie ulozone plamy, pokryte celofanem: kolorowe znaczki pocztowe i stare monety. Rzut oka przez szybe uswiadamial, ze procz znaczkow i monet sklep posiadal na polkach bogata papeterie, wybor albumow filatelistycznych i popularnych nowosci wydawniczych. Krzeslo wlasciciela w kacie bylo puste. Zjawil sie w kwadrans pozniej, nie zauwazajac mnie przed wystawa. Ustawilem sie ukosem, by zerkac, nie bedac widzianym. Usiadl i zaglebil sie w lekturze gazety popoludniowej.

     Byl wysoki (duzo ponad przecietny wzrost), barczysty, zdradzal atletyczna budowe oraz wiek miedzy czterdziestka i piecdziesiatka. Powaznie wylysialy, zdolal jednak zachowac dlugie bokobrody, dlugie az do poziomu cienkich wasow. Wysoka szyja sterczala jak u zyrafy. Ubrany z pewna elegancja, niezwykla raczej u sklepikarzy, zdawal sie pilnie dbac o swoj wyglad zewnetrzny. Nie moglem zobaczyc dokladnie jego oczu, ale nawet polprzymkniete i opuszczone nad gazeta iskrzyly sie i plonely.

     Zastalem L. na Golders Green w niezmiennym stanie, chociaz tym razem oddala jakby delikatny uscisk moich dloni, polozonych na jej rekach. I podniosla wyzej powieki, co wygladalo jak proba powiedzenia czegos. Niegdys, za czasow jej choroby nie tak wszechogarniajacej, ustalilismy zwyczaj swoistej sygnalizacji rocznicowej: ja dawalem znak zycia w rocznice smierci jej meza i jedynaka, ona w rocznice smierci K. Czyzby ocalal w niej ten refleks, ten prawie odruch warunkowy, w wypadajaca wlasnie rocznice smierci K.? Nie, nie bylem tego pewien. Jej obecny znak zycia mial inny charakter, mogl byc wziety za szybkie wychylenie sie z zaswiatow. Jedno zreszta nie wykluczalo drugiego: w moim "zaswiatowym" nastroju londynskim bylem sklonny wierzyc, ze L. przesyla mi tak oto pozdrowienie od K.

     Gdy wychodzilem wieczorem z Old Age House, w saloniku na dole czekal na mnie Max. Byl wyraznie podniecony, a moze i wiecej - roztrzesiony. Czym mam chwile czasu, zeby wypic z nim kawe? Oczywiscie, mialem. Poszlismy do pobliskiej kawiarni. Przy stoliku zaczalem cos mowic o L., sadzac, ze po to na mnie czekal. Moje slowa w ogole do niego nie docieraly. Podal mi napisana na maszynie pocztowke z Johannesburga. "Pierwsza kartka od Lisbeth - powiedzial - po roku milczenia. Przeniosla sie do Poludniowej Afryki." Kilka zdawkowych pozdrowien. I pytanie: "Co robi Ralph?". Zachnal sie: "A skad ja moge wiedziec? Nie widuje go przeciez, nie chcial mnie widywac po ich rozejsciu. A Lisbeth nigdy mnie do tego nie zachecala." Urwal i spojrzal na mnie zalosnym wzrokiem: "Moglbym sie do niego wybrac. Mieszka blisko, na Hampstead, i ma sklep na Finchley. Jak pan mysli?". Zamilklem i nie dalem po sobie poznac, ze teraz wiem, kto byl mezem Lisbeth, i ze pare godzin temu widzialem go przez szybe sklepu, nie wiedzac, ze byl przez jakis czas zieciem Maxa. Nie wiem, co mi podszepnelo stanowcza odpowiedz: "Nie radze panu, doktorze. Pewnych rzeczy nie nalezy odgrzewac." W jego spojrzeniu mignal odcien zalu, ale wykrztusil: "Ma pan chyba racje." Po czym: "Poludniowa Afryka! Dlaczego nie zaprasza mnie do siebie? Zyje sama? Wyszla drugi raz za maz? Przeciez ta jej kartka, to tyle co nic."

     W drodze powrotnej do domu zajrzalem jeszcze do przesmyku na Finchley. Sklep byl juz zamkniety.

* * *

     3 listopada o piatej wyruszylismy w trojke do "czarodzieja." Zamknal widocznie swoj sklep wczesniej, zeby przygotowac sie w domu do naszej wizyty.

     Droge na Hampstead Heath znalem rownie dobrze jak Molly, jesli nie lepiej. Ostatecznie, w okresie mieszkania na Finchley Park byl naszym plucem w pogodne i wolniejsze od pracy dnie. A z naszego domu na Finchley szlo sie do niego powolnym krokiem najwyzej kwadrans.

     Mowilo sie powszechnie Park (przynajmniej wsrod nas, Polakow, a pewnie cudzoziemcow w ogole), choc w rzeczywistosci nazwa "Heath" oznaczala Wrzosowisko. Wrzosowiskiem byl chyba dosc dawno, za naszych czasow jedynie nieliczne i przerzedzone kepy przypominaly stara, piekna nazwe.

     Kreta i cicha uliczka willowa wiodla pod gore do wejscia, obramowanego po obu stronach rozlozystymi drzewami. Potem lagodny obryw prowadzil do bardzo rozleglej i zakrzewionej niecki, az po gesta sciane drzew, ktore zaslanialy znany w okolicy pub (o ile pamietam, The White Horse).

     Ale my po zejsciu do niecki skrecilismy za Molly na lewo, gdzie pod obrywem i z dala od pnacej sie dalej uliczki willowej stal samotny cottage, otoczony drewnianym plotem z furtka. Nie zauwazalem go niegdys, zbiegajac sam lub z K. wprost do niecki. Na prawo w skos od cottage'u, w odleglosci jakichs dwudziestu metrow, wcisnieta byla w zbocze obrywu niska drewutnia, przypuszczalnie sklad narzedzi ogrodniczych; polkolista siatka druciana stanowila dowod upodoban gospodarza, Ralpha Morrisona (jak glosila mosiezna tabliczka obok drzwi).

     Nie omylilo mnie pierwsze ukradkowe spojrzenie przeszybe wystawowa sklepu na Finchley. Jego wzrok parzyl i rownoczesnie przykuwal. Usadowieni dokola niewielkiego okraglego stolu, wszyscy troje stracilismy mowe wpatrzeni w twarz gospodarza. Trwalo to dluzsza chwile. Wyraz jego twarzy zmienil sie nagle na obojetny i ugrzeczniony. Zostawil nas samych, wymowiwszy sie obowiazkiem "zaparzenia dobrej herbaty," nieodzownej afternoon tea (jakkolwiek staroswiecki zegar w kacie wskazywal w pol do szostej).

     Nie jest scisly, uzyty wyzej zwrot "wszyscy troje stracilismy mowe." Molly nie byla nowicjuszem w domku na Hampstead, patrzyla z rewerencja na gospodarza jak na znajomego. W samej rzeczy, po herbacie skonczylo sie jej zadanie towarzyszenia nam do Morrisona, pozegnala sie z nim i umowila (co mimo woli uslyszalem) na 7 listopada. Zostalismy w dwojke, Jane i ja. Gospodarz, wizard, wedlug okreslenia Molly, nie ukrywal, ze wolalby nas przyjmowac osobno, sluzylo to (zapewnial) lepiej jego "seansom." Ale dal za wygrana wobec naszego sprzeciwu.

     Nadszedl moment najtrudniejszy, byc moze, w mojej opowiesci londynskiej, mianowicie opis jego "seansow," zaczynajac od pierwszego. Nie, nie byly to seanse spirytystyczne w potocznym tego slowa znaczeniu, z podskakujacymi talerzykami i wirujacymi stolikami, z dochodzacymi z zaswiatow strzepami glosow, w ktorych obecni, kladac przed siebie dlonie o szeroko rozwartych palcach, rozpoznaja swoich bliskich umarlych. Ralph wiedzial dobrze, jaki byl cel naszej wizyty. Wiedzial tez, rzecz jasna, ze nasi umarli spia snem wiecznym w odleglosci kilometra od jego domku; i ze ostatnie chwile swego zycia, na ktore oboje podniesli rece samobojcow, spedzili takze w bliskim sasiedztwie "seansu." To mialo jakoby - wyjasnil, zdjawszy maske uprzejmego kompana herbaty popoludniowej i zalozywszy posepna i hipnotyczna chwilami maske "czarodzieja" - doniosle znaczenie. Zmarli (ciagnal), zwlaszcza samobojcy, zyja po smierci tam, gdzie po nia siegneli; i gdzie znajdowaly sie ich groby. Jego, Morrisona, sztuka, a raczej zaswiatowa umiejetnosc polega na przyciaganiu fluidow smiertelnych, ktore kraza, i beda zawsze krazyc, miedzy bytem ziemskim i nieziemskim.

     Cokolwiek ironicznego wolno powiedziec o tym wstepie, pozostaje fakt, ze oboje, przyciagani jego wzrokiem, stracilismy przytomnosc normalna i pograzylismy sie w jakiejs "nadprzytomnosci," pelnej obcowania z naszymi umarlymi. Na czym to obcowanie polegalo, nie potrafie powiedziec (pisze w ogole Zime w zaswiatach z uczuciem nieuchwytnosci zjawisk rzeczywistych), ale ze nas jak gdyby co raz dotykalo i niekiedy na okamgnienie owijalo, nie mam watpliwosci. Slyszalem placz Jane, sam oddychalem z trudem. Ocknawszy sie wreszcie, wyczerpani i oboje pokryci potem, spojrzelismy odruchowo na zegar w kacie; uplynely dwie godziny, za oknami zgestniala ciemnosc. Sen kataleptyczny? Morrison wstal, co oznaczalo, ze "seans" jest skonczony. Zaproponowal nastepne spotkanie za tydzien o tej samej porze. Pozegnal nas z doskonala obojetnoscia, nie podal nam reki na pozegnanie.

     Wracalismy, milczac, miejscami zataczajac sie jak po pijanemu. Instynktownie, w polowie chyba drogi powrotnej, wzialem Jane pod reke. Przylgnela do mnie calym cialem.

V

     Naturalnie, pierwsza, spontaniczna reakcja bedzie przypisanie Morrisonowi daru hipnozy. Ale im czesciej i latwiej mowi sie o zdolnosciach hipnotycznych, tym trudniej oddac im pelna sprawiedliwosc. Przeciez nie sa czyms tak prostym, jak na przyklad zdolnosci prowadzenia samochodu lub uprawiania jazdy konnej, slowem, nie sa czyms wymagajacym jedynie nauki i praktyki. Za darem hipnozy stoi jakas sila, podobna do sily, ktora powoduje narodziny daru poetyckiego czy muzycznego. Jakas sila. Jaka? Zlowroga, blogoslawiona, wprawiajaca w ruch sekretne rezerwy duchowe hipnotyzera? A hipnotyzowany? I w jego duszy budzi sie drzenie pokrewne, odpowiadajace w tym samym jezyku na znaki nadawcze? Zawsze, w kazdym wypadku, czy tez istnieje hipnotyczna gluchota, niewrazliwosc na tajemna emisje drugiej osoby?

     Jest, jak sadze, inaczej. Hipnotyzer posiada wrodzona moze umiejetnosc chwytania fal roznej dlugosci, ktore nas otaczaja osobiscie, mimo ze o tym nie wiemy i wiedziec nie mozemy. Sa wsrod nich fale smierci, niewygasla resztka zycia umarlych. Wpajajac je, wsaczajac w dusze uczestnikow seansu (juz bez cudzyslowu), umozliwia przelotne blyski kontaktu zywych z umarlymi. Tak rozumialem wieczor spedzony w domu Ralpha Morrisona. Zdobywa w ten sposob pewna wladze nad ludzmi, poddajacymi sie jego zabiegom. Jaki z niej robi uzytek poza sfera mediumiczna? Gdyz, o czym zapomnialem powiedziec od razu na poczatku, byl medium doprawdy niezwyklym.

     Kiedy to pisze, wiem juz wiele rzeczy, ktorymi nie mam prawa zaklocac zaplanowanego toku opowiesci. Wszystko na swoim miejscu i we wlasciwym czasie. Teraz wystarczy wyznac, ze zarowno Jane, jak ja, stalismy sie nalogowcami seansow w domku na skraju Hampstead Heath. Przez caly listopad zjawialismy sie co tydzien u naszego, oplacanego sowicie maga, probujac nawet uprosic go bezskutecznie o zwiekszenie frekwencji. W naszym zyciu odbylo sie wyrazne zdwojenie. Na pozor zylismy jak od poczatku mojego londynskiego pobytu - Jane pracujac w swoim Instytucie, ja chodzac codziennie po poludniu do L., a przed poludniem walesajac sie po miescie - ale od naszej pierwszej wizyty u Morrisona pedzilismy rownoczesnie drugie zycie w innym wymiarze, chwilami zadziwiajaco bogate. I, co najwazniejsze, z kazdym dniem bardziej niezalezne od wlasciwego. Niezalezne chociaz mocno zarazem wbudowane w nasza codzienna egzystencje.

     Daloby sie powiedziec, ze w pewien sposob odkrywalem Londyn, odrabialem piec chudych lat niecheci (a nawet niekiedy nienawisci) do niego i zaniedbanej zupelnie eksploracji miasta. O tym juz wspomnialem. Ale w nastepnej fazie lubilem szczegolnie odwiedzac i wydeptywac cierpliwie miejsca, w ktorych niegdys bywalem z K. Na przyklad, Szkole Swietego Marcina, gdzie uczyla sie grafiki uzytkowej; i gdzie zdarzalo mi sie przyjezdzac po nia wieczorem lub odprowadzac ja rano. Albo British Museum, w ktorym krotko wysiadywala ze mna, przygotowujac sie do egzaminu "teoretycznego" w Szkole Swietego Marcina. British bylo moja przystania, bywalo, ze i materialnie, gdy wynajmowalem sie spiesznym z natury naukowcom jako platny niezle kopista przed wynalazkiem fotokopiarek.

     Wloczenie sie tropami naszych wspolnych londynskich wyjazdow i naszych spotkan osadzalo mnie trwalej w moim "drugim zyciu." Trafialy mi sie czesciej i czesciej halucynacje, przywidzenia, a dla mnie naturalne zjawy innej rzeczywistosci. Przed brama Szkoly Swietego Marcina widywalem rano pedzaca na lekcje K., bieglem za nia zdyszany i podniecony az do schodow w bramie, na ktorych znikala. Znikala naprawde, czy po prostu przegrywalem probe dopedzenia jej?

     Na Golders Green nic sie nie zmienialo w listopadzie, natomiast w polowie grudnia, u progu Bozego Narodzenia, widzialem w twarzy L. poruszenie, wciaz jednak blakajace sie po twarzy, jak spojrzenie stamtad. I to przynosilo mi ulge, zwlaszcza gdy nauczyla sie witac mnie i zegnac lekkim uniesieniem reki nad koldra.

     Zima byla dalej wyjatkowa, chlodna, lecz bezdeszczowa, czasem podgrzewana anemicznym sloncem. Parokrotnie poszedlem przed poludniem na spacer do Hampstead Heath i obiad zjadalem w pubie Pod Bialym Koniem po tamtej stronie niecki. Raz (bylo to w sobote) widzialem z daleka Ralpha Morrisona, przekopujacego energicznie kilofem i duza lopata ziemie w swoim ogrodku. Na wszelki wypadek poslalem mu reka pozdrowienie, nie dostrzegl mnie jednak.

     Na samo Boze Narodzenie pojechalem z Jane do Kornwalii, do Penzance. Oboje bylismy zwiazani z Kornwalia wspomnieniami. Ja spedzilem w niej lato z K., zle ostrzegawcze lato, Jane przywiozla byla do Penzance swojego meza, szukajac juz rozpaczliwie sposobow przywiazania go do zycia; takze wiec jej tydzien ze Stephenem nie byl wesoly.

     W Kornwalii piekne jest morze, nawet w stosunkowo pogodne dnie bijace w przybrzezne skaly z niesamowita sila i (chcialoby sie powiedziec) furia; Kornwalijczycy wierzyli, ze usiluje bez skutku wyzwolic zaklete w skalach stare legendy. K. uwielbiala przesiadywanie na skalach atakowanych i szarpanych wsciekle przez fale morskie. Nie do wiary: ledwie te rzecz w duchu wspomnialem, Jane szepnela mi to samo o swoim zmarlym mezu.

     W hallu naszego hotelu w Penzance migotala ogromna, siegajaca az do sufitu, choinka. Przynosila wytchnienie, ciaglym migotaniem kolysala do przedsennej drzemki w fotelu.

     Zaraz po Bozym Narodzeniu, gdy wyparowaly swieta, Jane wybierala sie do Stanow, na wezwanie ciezko chorego ojca. Mialem zatem, wbrew poleceniom mojego kardiologa, pozostac na Swiss Cottage sam. Ale uspokajalo mnie stale polaczenie telefoniczne z doktorem Maxem. Procz zwyklych odwiedzin popoludniowych w Old Age House, wieczorami odzywal sie telefon z Neapolu. A noca, we snie i w godzinach bezsennych, czulem laske obecnosci doswiadczanej na seansach u Morrisona.

VI

     Inzyniera Robsona, sedziwego juz emeryta, poznalem w pubie kolo bramy cmentarza na Fortune Green w pare dni po wyjezdzie Jane do Stanow. Wracajac z grobu K. i (na prosbe Jane) z grobu Stephena, zatrzymalem sie w pubie na kufel piwa. Zagadnal mnie pierwszy, co w wypadku rozpoznawalnych cudzoziemcow bylo w Anglii rzadkoscia. Ktos mu powiedzial (kto?), ze kiedys mieszkalem z zona w domu na Finchley, ktory jest teraz jego wlasnoscia. Moze mialbym ochote tam zajrzec? Stare, porzucone miejsca zamieszkania obrastaja w sentymentalny mech. Owszem, mialbym ochote. Ale nie dzisiaj. Jutro na poobiednia kawe. Dzisiaj, przykuci do stolika, poza dawnym przepisowym limitem czasu, korzystajac z nowej ustawy, posiedzimy jeszcze w pubie. (U progu 2000 roku weszly w zycie dwie ustawy parlamentu, ktorymi Tony Blair zamierza podreperowac opadajaca popularnosc swego rzadu: puby otwarte od wczesnego rana do poznego wieczoru, bez przerw i ograniczen; przywrocenie kary smierci wobec zatrwazajacego wzrostu przestepczosci, zwlaszcza mordow popelnianych na dzieciach przez pedofilow; epidemia niemal pedofilii przeniknela do Anglii z kontynentu ze wzmozonym nasileniem). Posiedzielismy do czwartej, gdy musialem juz ruszyc na dosyc chwiejnych nogach do Domu Starcow.

     Niezapomniana ta godzina na poobiedniej kawie w domu Robsonow, w ktorym przed laty mieszkalismy tak dlugo! Niestety, nie moglem zajrzec do naszego pokoju na pietrze, bo mieszkajaca tam corka Robsonow, aktorka, odsypiala swoje dwa przedstawienia z poprzedniego dnia. Ale wystarczyl mi salonik na dole, w ktorym pilismy kawe, z wyjsciem do ogrodka, naprawde teraz zadbanego. Potem kuchnia na dole, dawny pokoj naszego house-keepera, schody, lazienka obok naszego pokoju na pietrze. Jak stare miejsca obrastaja mchem (zeby uzyc okreslenia Robsona); jak (co dobrze wiedzial i swietnie opisal Proust) pozostaja nam wierne - nam, starszym, innym, szczesliwym lub nie; jak z uplywem czasu wrastamy, chociaz juz nieobecni, w kazdy drobiazg naszego minionego zycia.

     Ta jedyna godzinna wizyta w domu na Finchley podsycila przygasajace troche swiatlo w drodze do zaswiatow. Przed wyjazdem Jane postanowilismy przerwac seanse u Morrisona, poczulem sie wiec z tej drogi w jakiejs mierze zepchniety. Nasz rytual byl wspolny i musial pozostac wspolny. A Jane zawiadomila mnie, ze smierc ojca opozni jej powrot do Londynu.

     15 stycznia (pamietam te date) rozlegl sie dzwonek u drzwi; dosc nerwowy i natarczywy, nie wchodzil zatem w gre jeden ze zwyklych domokrazcow. Istotnie, stala przede mna niska i ubogo ubrana kobiecina o zaczerwienionych od placzu oczach. Zapytala o Jane, dano jej ten adres w Instytucie, ale uprzedzono o wyjezdzie Jane do Ameryki. Matka Molly (bo ona to byla) "osmielila sie" wtajemniczyc "przyjaciela Jane" w swoje zmartwienie. Jej corka od pieciu dni nie wraca do domu; nigdy tak nie postepowala bez uprzedzenia. Czy moglbym jej w jakis sposob (in some way) pomoc? Czy moglbym o tym powiedziec Jane, ktora na pewno telefonuje czesto? Jest bezradna i bardzo, bardzo zaniepokojona o jedyne dziecko.

     Na szczescie, Jane zatelefonowala, zgodnie z zapowiedzia, przed moim "wymarszem" na Golders Green. Slyszala juz, piate przez dziesiate, o wizycie matki Molly w Instytucie. Obiecala interwencje. Owocem tej interwencji byla nazajutrz wczesna wizyta dwoch urzednikow Scotland Yardu.

     Okazali sie znajomymi Jane, ktora od czasu do czasu odpowiadala na ich rozmaite "chinskie" pytania. Bylo to powiedziane dla wzbudzenia mojego zaufania.

     Po raz drugi w zyciu mialem do czynienia z urzednikami Scotland Yardu. Pierwszy raz zlozyli mi nieoczekiwanie wizyte na Finchley, dowiedziawszy sie, ze zostalem zaproszony na ture odczytowa do Burmy (w piec lat po otrzymaniu przez Burme niepodleglosci z rak brytyjskich). Nie podobalo im sie to, posuneli sie wrecz do delikatnych pogrozek, ale zrozumieli, ze nic wiecej zrobic nie moga. Mialem juz bilet lotniczy i wize burmenska w paszporcie. Nauczylem sie jednak wtedy (powierzchownie, oczywiscie) stylu Scotland Yardu. Polegal z grubsza na mowieniu obchodzacych ich rzeczy tak, abym nie zrozumial, o co im rzeczywiscie chodzi i czy naprawde chodzi im o cokolwiek. Zadna to wielka sztuka, Scotland Yard zawdzieczal na ogol wysoki prestiz swojej wieloletniej legendzie, ale ta jedyna lekcja nie przeminela w mojej pamieci bez sladu.

     Zaczeli od moich stosunkow z Jane i mojego zycia we Wloszech, przeszli do mojego piecioletniego pobytu po wojnie w Londynie, wspomnieli o mojej owczesnej podrozy do Burmy (ze niby niczego nie zapominaja i wszystko wiedza) i naraz moglo sie wydawac, ze wyczerpali calkowicie temat i cel swoich porannych odwiedzin. Naturalnie, tu sie mylilem (jezeli w to uwierzylem), bo ni stad ni zowad, w tonie, ktory mial kryc efekt zaskoczenia, padlo nazwisko Ralpha Morrisona. Nie mialem najmniejszej ochoty wprowadzac ich w nasze seanse na Hampstead Heath, a tym mniej w okolicznosci mojego przyjazdu do Londynu, ale robili takie miny, jakby dokladnie wiedzieli juz, co trzeba. Istotne bylo jedno: na pozegnanie cofneli sie jeszcze od drzwi i w formie zwyklej konstatacji powiedzieli: "Molly wprowadzila was do Morrisona."

VII

     20 stycznia, w przededniu powrotu Jane ze Stanow (po pogrzebie jej ojca), w gazetach popoludniowych ukazala sie notatka o aresztowaniu Morrisona. Krotka i naga, bez zadnych szczegolow. Idac na Golders Green, zajrzalem do mews na Finchley; sklep byl zamkniety. Po drodze zboczylem tez na Hampstead Heath; dokola domku Morrisona krzatalo sie kilka osob z lopatami i kilofami, a z boku stala koparka mechaniczna.

     Jane po przyjezdzie zatelefonowala do swoich znajomych w Scotland Yard. Mieli usta zasznurowane, prosili tylko, abysmy mozliwie szybko przyszli w dwojke do ich biura.

     Odtad zmuszony jestem oprzec dalsza narracje na prasie. Kupowalismy rano fure gazet, wertowalismy je w poszukiwaniu waznych dla nas informacji. W Anglii tzw. przecieki prasowe kwitna dosc bujnie i w praktyce bezkarnie, sedziowie sledczy nie moga marzyc o rygorystycznym izolowaniu swych dochodzen. Po paru dniach wiedzielismy juz o znalezieniu resztek siedmiu przypuszczalnie osob w ogrodku Morrisona. Znajomi Jane w Scotland Yard odmowili komentarzy, natomiast nas wzieli grzecznie na spytki w zwiazku z naszymi wizytami, czy seansami, w cottage'u na Hampstead. Nie mogli ukryc bardzo dyskretnego usmiechu pod wasem, wysluchawszy naszych wyjasnien. Ich waga byla niewielka dla przewodu sledczego, niemniej, poproszono nas o podpisanie zobowiazan, ze nie wydalimy sie z Londynu w okresie sledztwa i pozniej procesu (figurowalismy na liscie swiadkow w rozprawie sadowej).

     Wracajac do zrodel prasowych, i to w przyspieszonym tempie, gdyz temat nie zacheca doprawdy do narracyjnych dluzyzn. Szczatki zwlok odkopane w ogrodku byly mizerne, z wyjatkiem swiezych zwlok Molly. Dzialal nie tylko dlugi proces gnilny (wszystkie zwloki byly nagie), ale takze uzyty przez morderce roztwor chemiczny, rozpuszczalnik na bazie kwasu zracego, ktory co prawda wywolywal ostry zapach, lecz jednoczesnie zabijal lub w kazdym razie oslabial znacznie fetor dekompozycji zwlok. Poniewaz Morrison byl zamilowanym hodowca kwiatow (w jego domowej biblioteczce przewazaly ksiazki z zakresu uprawy roslin), a zwlaszcza wysoko przez znawcow cenionych roz, ostry zapach mogl byc przypisywany (i byl przez dalszych sasiadow) sztucznym srodkom uzyzniajacym. Nie budzil tez podejrzen fakt, ze milosnik roz nieraz grzebal sie w swoim ogrodku do poznej nocy.

     Znikoma ilosc cielesnych szczatkow wykluczala naturalnie identyfikacje, a nawet ustalenie liczby ofiar i ich plci. Z przeciekow prasowych wynikalo, ze morderca odmawia odpowiedzi na wszelkie pytania. Jego milczenie okreslano jako inflexible lub unshaken. Jedynie mozliwa byla sekcja swiezych stosunkowo zwlok Molly, przekreslajaca podobno przedsmiertne naduzycia seksualne, czyli mowiac po prostu - gwalt. Podobno tez znikome poszlaki wskazywaly na to, ze wsrod ofiar znajdowala sie eks-zona Morrisona.

     Radykalny i najzupelniej niespodziewany zwrot w sledztwie nastapil 5 lutego. Okazalo sie mianowicie, ze podczas rewizji w sklepie Morrisona odkryto malenkie drzwiczki w kacie, zasloniete reprodukcja jakiegos obrazu. Wylamane, odslonily prawdziwa garderobe ofiar. Dlaczego morderca chowal ubrania swych ofiar, zamiast je palic, pozostanie tajemnica. Niektorzy dziennikarze sadzili, ze obawial sie gestego i latwo dostrzegalnego z oddali dymu. W kazdym razie odkrycie pozwolilo ponad wszelka watpliwosc stwierdzic, ze Morrison zamordowal szesc kobiet i jednego mezczyzne; pozwolilo takze zidentyfikowac dokladnie ofiary, lacznie z ich nazwiskami i adresami (kobiety mialy torebki, mezczyzna mial dowod osobisty w wewnetrznej kieszeni marynarki). W policyjnym spisie ofiar figurowaly Lisbeth Morrison (z domu Bruner), Molly i jej kuzynka Mabel; pozostale kobiety nalezaly do kategorii "osob zaginionych," tak samo jedyny mezczyzna.

     Ostatnim plodem dziennikarzy przed rozprawa sadowa, wyznaczona na 1 marca, byl ulubiony przez czytelnikow angielskich Profile.

     Czterdziestodwuletni Ralph Morrison urodzil sie w Birmingham, jako syn zamoznego rzeznika. Matka umarla wczesnie, wkrotce po porodzie, na galopujace suchoty, jedyny syn rosl wiec pod okiem ojca. James Morrison nie zalowal pieniedzy na wyksztalcenie Ralpha, zmusil go do ukonczenia szkoly sredniej i do zapisania sie na uniwersytet, na wydzial handlu zagranicznego. Wszystkie profiles nalegaly z dosc przejrzystym naciskiem na dziwactwo starego Morrisona. Co niedziele, niezaleznie od pogody, stawal w dzielnicowym parku na "skrzynce od mydla" jako kaznodzieja. Mowil zawsze o tym samym, o Mece Panskiej, mowil w sposob obsesyjny, podlewajac swoje kazania obficie krwia. Syna wychowywal w podobnym duchu, ale musial zrezygnowac z marzenia, ze bedzie go mial u boku na niedzielnych kazaniach. Chlopiec odznaczal sie pociagiem do chodzenia wlasnymi, tajemniczymi sciezkami. Byl malomowny, skryty i podejrzliwy. I ojciec, i towarzysze jego wieczornego piwa w pubie wiedzieli, ze istnieje jakis problem seksualnego dojrzewania mlodzienca. W kazdym razie nie znosil kobiet. Natomiast - i to byla pociecha starego Morrisona - mial tak samo jak ojciec obsesje krwi. Na poczatku studiow uniwersyteckich ujawnil znaczne zdolnosci hipnotyczne; wzywano go do bardzo cierpiacych chorych, do nekanych nieuleczalna bezsennoscia; i jednym, i drugim przynosil ulge swym niezwyklym wzrokiem. Gdy tylko umarl na raka gardla ojciec, syn sprzedal dom rodzinny wraz z jatka, przerwal studia w Birmingham i wyjechal do Londynu. Tam obrocil swoj powazny kapital na zakup cottage'u na skraju Hampstead Heath (dosc tanio, bo cottage byl omijany przez kandydatow na nabywcow ze wzgledu na swe polozenie na bezludnym uboczu Wrzosowiska). Kupil tez parcele w slepym zaulku na Finchley i tam zbudowal swoj sklep.

     Ozenil sie z corka uchodzcy, niemieckiego doktora Brunera, ale malzenstwo peklo po paru tygodniach, zona, znaleziona potem w zbiorowym grobie na Hampstead, wyjechala rzekomo do Kanady. Sklep na Finchley byl z punktu widzenia zarobkowego parawanem. Ralph zarabial, i to duzo, swoja niezwykla zaiste sztuka hipnotyzerska, ktora umozliwial klientom przebywanie z ich umarlymi bliskimi. Jego rozlegla klientela - takze osoby spoza Londynu - przywykla nazywac jego mediumiczne seanse Intercourse with our Dead. Scotland Yard przyznal sie dopiero teraz dziennikarzom, niechetnie i polgebkiem, ze "zaklad" Ralpha Morrisona, zwany w policyjnym skrocie ID, byl od pewnego czasu pod obserwacja tajnych agentow z komisariatu na Golders Green. Jeden profile konczyl sie zdaniem, nie do pomyslenia kiedys w Anglii przed rozprawa sadowa: This scoundrel must pay with his life for what he did, ten lotr musi swoim zyciem zaplacic za to, co zrobil.

VIII

     Proces zaczal sie, jak wspomnialem, 1 marca. Bardzo trudno bylo dostac sie na sale sadowa, masa ciekawych czekala w ogonku od switu, ale Jane i ja mielismy pisemne karty wstepu jako swiadkowie. Niepodobna bylo przewidziec, kiedy (i czy) zostaniemy wezwani przez obrone lub oskarzenie, co narzucalo nam obowiazek stalej obecnosci podczas calego procesu; zmudny i w najwyzszym stopniu denerwujacy obowiazek. Najchetniej przeskoczylbym wprost do wyroku, nie szkodzac zbytnio opowiadaniu, ktore winno zachowac rownowage watkow. Ale jak to zrobic? Chyba tylko odwolac sie do kompromisu, to znaczy streszczac sie w sprawozdaniu sadowym do maksimum.

     Jane siedziala obok mnie z opuszczona glowa, podnosila ja rzadko, by ogarnac przelotnym spojrzeniem sedziow i lawe przysieglych. Byla spieta i wewnetrznie rozdygotana. Unikala widoku oskarzonego. Ja zas przeciwnie. Wpatrywalem sie wlasnie w Morrisona. Zachowywal sie tak, jakby wszystko dokola po prostu go nie dotyczylo. Zastanawialem sie, czy dostal specjalne zezwolenie na posiadanie i rozkladanie to na stoliku, to na kolanach, bloku rysunkowego. Mial widocznie w tej dziedzinie jakis talent, skoro nie przerywal rysowania ani na chwile. A raczej przerywal, ale tylko po to, by napredce wybrac i przyszpilic wzrokiem kolejny model.

     Oskarzyciel mial latwe zadanie i zrecznie je wykonywal. Obronca z urzedu skoncentrowal sie na jedynym mozliwym argumencie obrony, obracal go na wszystkie strony, jak rzucony na patelnie kawal miesa. Rzecz jasna, chodzilo o niepoczytalnosc lub co najmniej nikly stopien poczytalnosci oskarzonego oraz jego organiczna niezdolnosc do rozpoznawania dobra i zla. Rzeczoznawcy medyczno-psychiatryczni, ktorzy Morrisona badali dokladnie i po wielekroc, roznili sie miedzy soba i wdawali w dlugie, skomplikowane rozwazania, ucinane w koncu z irytacja przez sedziego. Przewazala zdroworozsadkowa opinia oskarzyciela, co wyraznie odbilo sie na twarzach przysieglych. "Jakze mozna mowic o niepoczytalnosci oskarzonego (pytal), ktory obmysla swoje zbrodnie z precyzja wrecz zadziwiajaca? Pisze oto na maszynie kartki do ojca swej bylej zony i organizuje ich wysylke najpierw z Kanady, a ostatni raz z Poludniowej Afryki. Jak to organizuje, nie wiemy, gdyz najwidoczniej uwaza nas za niegodnych dopuszczenia do tej zagadki." Byl to istotnie argument niepodwazalny, byc moze dlatego, ze posluzyl sie pozornym drobiazgiem.

     Z okazji owych kartek doktor Max, zbulwersowany i ze lzami w oczach, zostal wywolany do zlozenia zeznania. I owe kartki zainaugurowaly reakcje Morrisona w trzech slowach, powtarzana przez niego nieprzerwanie i niezmiennie do konca procesu. Would you explain that? - zwrocil sie do niego sedzia. I would prefer not - odparl oskarzony. Po czym, w pol godziny pozniej: Would you tell us why did you kill all these people? Dluzsza niz zwykle przerwa i odpowiedz: I would prefer not. I tak dalej, i tak dalej, ciagle to samo. Nie bylem z pewnoscia jedyny na sali sadowej, ktory rozpoznal pierwowzor, swiadomy czy przypadkowy, tej odpowiedzi. Skryba Bartleby, bohater niezwyklego opowiadania Melville'a Bartleby the Scrivener, klasycznego opisu alienacji, wszystkie propozycje przelozonych kwitowal tym I would prefer not. Wpatrzony w naga sciane naprzeciwko okna biurowego.

     Ale nie sadze, by Morrison byl przykladem alienacji. Jego glownym uczuciem byla absolutna obojetnosc, prawie nieobecnosc, w ciagu trzech tygodni rozprawy sadowej. (Dopiero teraz uprzytamniam sobie, ze byl w tym jednak skladnik alienacyjny.) 21 marca rano sedzia poprosil lawe przysieglych o udanie sie do specjalnego pokoju na narade. Trwala zaledwie godzine. "Podjeliscie decyzje?". "Tak, Wysoki Sadzie." "Jednomyslna, czy nie?" "Jednomyslna." "Prosze ja glosno powiedziec." "Winny." Sad wyszedl na pol godziny. Po powrocie zauwazono natychmiast czarny biret w rece Przewodniczacego. Oznaczal wyrok smierci. I rzeczywiscie, wlozywszy czarny biret na miejsce zwyklego, Lord Chief Justice wyskandowal wolno: Condemned to Death by Hanging. Pozostalo jeszcze zwyczajowe ostatnie slowo skazanego. Morrison wyprostowal sie, przez mgnienie oka wydawalo sie, ze zrezygnuje ze swego prawa, ale potem uslyszelismy jego donosnie wypowiedziane slowa: "Bez zalu opuszczam ten nedzny swiat (podkreslil slowo miserable). Wierze w zycie w zaswiatach."

     Pominieto nas wsrod swiadkow. Nawet obronca nie pomyslal o tym, ze moglibysmy cos dobrego powiedziec o seansach Morrisona.

IX

     Z Old Bailey poszlismy do pobliskiej agencji linii lotniczych. Nie ustalilismy niczego, a jednak nasze zamiary pokrywaly sie dokladnie. Czulismy oboje, ze cos peklo definitywnie. Nawet nie cos, pekl po prostu nadmuchany balon, w ktorym zylismy przez cala londynska zime 1999-2000. Zdawala sie byc zima w zaswiatach, okazala sie w rzeczywistosci dramatycznym zludzeniem, albo przywidzeniem. Byla zima na twardym, mocno ubitym, jalowym gruncie naszego swiata.

     Wykupilismy dwa bilety na ten sam dzien 1 kwietnia. Jane do Pekinu, gdzie odbywalo sie kolokwium sinologiczne, a stamtad do Ameryki. Ja do Neapolu via Rzym.

     Po obiedzie w srodmiejskiej restauracji zaproponowalem probe znalezienia dwoch biletow na wielki popoludniowy koncert w Diana Hall nad Tamiza (z pomnikiem przeslicznej i nieszczesnej ksieznej w westybulu). Mielismy szczescie. I wlasciwie dopiero na tym wspanialym koncercie - gdy sluchalismy Haydna, Brahmsa, Schuberta, Ravela, Rachmaninowa i Goreckiego - przepelnialy nas stopniowo emocje konca londynskiej zimy w zaswiatach. Tak silne, ze Jane wycierala czesto wilgotne i zaczerwienione oczy i nie mogla opanowac czy to drzenia, czy dreszczy. A ja? Przypomnialem sobie zdanie w jednym z moich tekstow: "Byc moze, wyplakalem juz calkowicie dany mi przez los zapas lez." Bylazby muzyka i w ogole wielka sztuka jedyna namiastka zaswiatow, jedynym do nich waskim pomostem?

     Byla sobota. Czekala mnie nastepnego dnia, w niedziele, pozegnalna wizyta u L. na Golders Green. Za zgoda Jane zaprosilem na nasz niedzielny obiad doktora Maxa, z nim mielismy jechac po poludniu (bo i Jane chciala zobaczyc wreszcie osobe, o ktorej tyle jej opowiadalem) do Old Age House. Przyszla tez na obiad matka Molly, ale nie mogac powstrzymac ciaglego szlochu, szybko uciekla zawstydzona na stacje metra.

     Nie umawialismy sie, by w niedziele rano zaniechac pojscia na cmentarz Fortune Green. I to oznaczalo wyrwanie sie z magicznego kregu. Czuc juz bylo w powietrzu pierwsze powiewy wiosny, lezakowalismy az do obiadu w ogrodzie, polujac na rzadkie wychylanie sie slonca miedzy wiosennymi oblokami.

     W niedziele 22 marca przypadala rocznica smierci jedynaka L. Nastapi cud? Nastapil. Ledwie w trojke - zdruzgotany po smierci corki doktor Max, ja i dosc niesmialo Jane - przestapilismy prog pokoju L., podniosla sie lekko na lozku, zrobila w moja strone znak przywolania i, gdy pochylilem sie nad nia, okrywajac pocalunkami jej stara twarz, przytknela usta do mojego ucha i wyraznie powiedziala imie syna i potem moje. Nie zaplakala, usmiechnela sie z wyrazem szczescia na twarzy. Biedny Max szepnal lekarskim tonem, ze teraz widac, jak potrzebny byl moj przyjazd do Londynu i tak dlugi w nim pobyt. "Przezyje mnie" - powiedzialem bardzo cicho. Z radoscia? Ze smutkiem?

     Ostatni tydzien w Londynie przeznaczylismy na likwidacje mieszkania Jane na Swiss Cottage. 1 kwietnia na lotnisku wiosna postawila pierwszy stanowczy krok, miala dosyc dreptania w postrzepionych oblokach. Samolot Jane do Pekinu odlatywal o pierwszej, moj do Rzymu o trzeciej. Sciskalismy sie dlugo, z nie slabnaca czuloscia. "Zobaczymy sie jeszcze?" - zapytalem. "Nie wiem - odparla. - Zaproponowano mi w Ameryce katedre, chce wyjsc po raz drugi za maz i miec duzo dzieci. Poza tym mam juz troche dosyc Europy."

     W salce przed lotem do Rzymu bylo juz pelno ludzi. W wiekszosci jubileuszowych pielgrzymow angielskich, z tej samej chyba sekty "zaswiatowcow," bo kobiety mialy badges na bluzkach, a mezczyzni plastykowe wkladki na czapkach i kapeluszach. Napis ten sam, jaki widzialem juz w pazdzierniku 1999: God's Children, Figli di Dio. The Beyond, Aldila.

     Za Kanalem nasz samolot wpadl w strefe niczym nie zamaconej pogody. Bylo to troche tak, jakbysmy ciagali czyste, kontynentalne slonce. Przygladalem sie wspolpasazerom, patnikom angielskim zdazajacym z euforia na obchody Roku Swietego. Skad ta sekta, tak widocznie popularna? Przypomnialem sobie "przyszlosciowa" opowiesc Sergio Quinzio, swieckiego teologa wloskiego, slawnego biblisty, cenionego badacza judaizmu i chrystianizmu. Wyszla w roku 1995 (autor zreszta niebawem zmarl) i dziala sie w latach 1999 i 2000. Ostatni papiez Piotr II wydaje dwie encykliki, ktore przechodza absolutnie bez echa. Rozgoryczony, a nawet zrozpaczony, wspina sie na szczyt kopuly Swietego Piotra i rzuca sie w dol, spadajac na grob Rybaka z Galilei i tym samym zamykajac dzieje Kosciola. Pierwsza encyklika nosi tytul Resurrectio Mortuorum i odswieza stara obietnice Zmartwychwstania Cial. Nikt juz nie jest w stanie uwierzyc w zapewnienie Tertulliana z III wieku, zawarte w traktacie Zmartwychwstanie Ciala i przypieczetowane slowami: Fiducia christianorum resurrectio mortuorum; illam credentes sumus. W naszej epoce, w epoce coraz powszechniejszej kremacji (poczawszy od milionow cial spalonych w krematoriach hitlerowskich, milionow, ktore usypac mozna w bezimienne kopce popiolu)? Gdyby Piotr II pisal w swej encyklice o Zmartwychwstaniu Cial Duchowych (jak je nazywala czesc wczesnochrzescijanskich teologow, majac po prostu na mysli Dusze Ludzi, a nie ich Ciala), jego encyklika z roku 1999 nie przeszlaby bez echa; Piotr II nie bylby ostatnim papiezem w dziejach Kosciola. Encyklika trafilaby do tych wszystkich, ktorzy sa swiadomie lub podswiadomie "zaswiatowcami." I ktorzy, jak Lew Tolstoj w Smierci Iwana Iljicza, nie przestana nigdy powtarzac w najglebszych zakatkach swoich dusz: "Smierc nie istnieje."


Gustaw Herling-Grudzinski
Pazdziernik - Listopad 1997








Copyright © 1997-1999 Zwoje