
Gdy sparaliżowany i ociemniały dogorywał w londyńskim zakładzie Braci Aleksjanów dla nieuleczalnie chorych, brakowało tylko czterech lat do jubileuszowej apoteozy. Pomyślany, założony i prowadzony przez niego tygodnik Wiadomości Literackie - Wiadomości Polskie - Wiadomości osiągnie w roku 1974 pełne pół wieku życia w trzech stolicach Europy: w Warszawie, Paryżu i Londynie. (1) Historia czasopiśmiennictwa polskiego zna przykłady jeszcze większej długowieczności. Tygodnik Ilustrowany żył okrągło osiemdziesiąt lat. Biblioteka Warszawska (miesięcznik) tylko dziesięć lat krócej, niektóre periodyki doby pozytywizmu jak Przegląd Tygodniowy dociągnęły bodaj blisko wieku troistych Wiadomości. Ale żadne z tych pism nie było do tego stopnia utożsamione z jednym człowiekiem. (2) Żadne z nich nie miało tak burzliwej historii. Nie potrafiłbym też wskazać żadnego czasopisma polskiego i obcego, które by się ukazywało kolejno w trzech różnych krajach pod tym samym kierownictwem. Mieczysław Grydzewski miał prawo mówić Wiadomości - c'est moi. To stwierdzenie można by również odwrócić: Grydzewski to były Wiadomości - żył tym pismem, w nim i dla niego. Ono zakreślało widnokrąg i wyczerpywało sens życia.
Miało to znamiona prawie monomanii, monoidei. Grydzewski odsuwał, ograniczał, tłumił wszystko co jej nie służyło, co by mogło z nią współzawodniczyć. Był prawie całkowicie zaprzeczeniem zoon politicón. Nie założył rodziny; sprawy prywatne załatwiał z rozbrajającą, nieraz rozśmieszającą prostolinijnością. Nie angażował się w żadne działania społeczne. Nigdy nie występował publicznie. Wielu ludzi, wielu długoletnich współpracowników nie znało go osobiście, nie widziało go nigdy na oczy. Obcował towarzysko z niewielu ludźmi i tylko z niewielu naraz na skąpo wymierzonym marginesie; notoryczny odludek umiał być wtedy uroczym kompanem. Jedyne większe zebrania, w których uczestniczył z urzędu, obowiązku i przymusu były to doroczne zebrania jury Nagród Wiadomości. Wsławił się tym, że świecił nieobecnością na trzydziestoletnim jubileuszu swego pisma. Nie miał domu, nie miał własności prywatnej. Niczego nie gromadził, nie kapitalizował. Jeśli miał instynkt posiadania, to w stanie zaniku. Ostatnim dobrem ruchomym, które posiadał, było urządzenie słynnego pokoju redakcyjnego na Złotej 8 m. 3 (II piętro) w Warszawie z pluszową sofą, na której za dnia siadali interesanci, a nocą sypiał redaktor.
Był narkomanem pracy, można by powiedzieć, hedonistą, nawet masochistycznym hedonistą pracy. Jego dzień zaczynał wcześnie rano przed porą, w której budzą się zamiatacze i dostawcy butelek z mlekiem, kończył się późną nocą. Żeby było trudniej, w ostatnich kilkunastu latach mieszkał poza Londynem. Dzień w dzień w piątek i świątek przemierzał koleją podmiejską dystans Londyn-Penge, ale to może dawało mu ułudę domu, namiastkę rodziny. Jak często, u podstawy tego maniactwa, tej l'art pour l'art, pracy dla pracy leżała wola robienia wszystkiego własnymi rękami, przeświadczenie, że nikomu i niczemu nie można zaufać, zaborczość i wyłączność pasji, nienasycony perfekcjonizm. Grydzewski nie znał ekonomii wysiłku. Mnożył go zamiast redukować. Robił bezlik rzeczy niekoniecznych lub właściwie zbędnych. Ciągle prowadził jakieś spory, pieniał się zażarcie. Kiedyś opowiadał mi jak w nieskończoność wymieniał listy z zarządem londyńskiej kolejki podziemnej o stłuczoną żarówkę nad bocznymi drzwiami wagonu, przez które zdarzyło mu się wysiąść. Ale tutaj biło źródło jego rozrzutności i gotowości do usług. Odpowiadał na każde zapytanie, każdą prośbę, załatwiał niezliczone kwerendy w British Museum. Sam nadużywałem go, gdy było mi nieporęcznie dla jednego drobiazgu wędrować z Putney na Tottenham Court Road.

Grydzewski-korespondent to un chapitre a part. "Moim ideałem" - mawiał - "jest odpowiedzieć na list przed jego otrzymaniem." Własne listy wystukiwał na maszynie robiąc w co drugim słowie dwa błędy, poprawiając je runicznym, najtrudniej czytelnym pismem i do końca adresując je na cały świat jak w Warszawie: W.P. (Wielmożny Pan) XY. Ale były one szczytem lakoniczności, zawierały w minimum słów maksimum treści. Mieszkając przez kilka dziesiątków lat w jednym mieście, wymienialiśmy takie listy-szyfry, listy-sygnały czasem codziennie - Grydzewski tak wolał, mnie to nie przeszkadzało. (Tylko w najbardziej wyjątkowych przypadkach dzwoniłem do niego wczesnym ranem i niespodzianość tych telefonów wywierała piorunujące wrażenie. Mogłem wtedy uzyskać wszystko o co mi chodziło, ale też chytrze nie nadużywałem tego komunikacyjnego terroru, by nie osłabiać jego działania. Nawet siedząc pod kopułą British Museum, często korespondowaliśmy z rzędu T do rzędu G, w którym Grydzewski jako un habitue, zjawiający się regularnie z otwarciem drzwi przybytku, miał swoje stałe miejsce możliwie odosobnione dzięki wolnemu przejściu z prawej i podstępnemu zaborowi sąsiedniego miejsca z lewej. To był my home, my castle Grydzewskiego, obwarowany wysokimi murami z książek, zaśmiecony maszynopisami w trakcie obróbki, korektami w trakcie robienia, listami współpracowników, olbrzymimi płachtami rewizji, podkreślonymi we wszystkich kierunkach, fotografiami a także celuloidowym pudełkiem do mydła. Gdy chciałem z Grydzewskim rozmawiać, prosiłem na piśmie o audiencję, gdy on chciał mi jej udzielić lub z własnego popędu miał ochotę rozmawiać, przechodził z prawego półkola sklepionej rotundy na lewe i wywoływał mnie do korytarza między westybułem muzeum a czytelnią biblioteki. Stoją tam dwie ciężkie, żołte ławy z drzewa, jest prostokątny otwór garderoby, zejście po schodach do ustępów w podziemiu. Z dwu końców bez przerwy chwieją się wielkie wahadłowe drzwi, jedne łączące z westybułem, drugie prowadzące do lektorium.
Posiedzenia w tym przesmyku to jest mój Grydzewski intime. Nienagabywany, nieprzymuszony otwierał się, czesto wybuchał, nieraz wydawał się jakby mimo woli. W ciągu lat londyńskich, ta cała instytucja, wyjątkowo w swoim rodzaju pociągająca, była jego domem, gabinetem pracy, pokojem przyjęć i salonem. Na tej samej ławie posiadywał z Kukielem, Strońskim, Stanisławem Mackiewiczem (póki mieszkał w Londynie), z Pietrkiewiczem. Za dnia unikał lokalu redakcyjnego, wprzód na 54 Bloomsbury Street (była to klitka tak zatłoczona papierami, że się w niej dostawało ostrego ataku klaustrofobii), później na 67 Great Russell Street, naprzeciw British Museum. Tak bronił się przed drobnicą powszedniości, interesantami i telefonami. Praktykował eskapizm.
Był to eskapizm szczególnego składu. Uchylając się od bezpośrednich styków z rzeczywistością, Grydzewski tkwił w rzeczywistości głębiej niż ktoś mieszkający na rynku, prowadzący otwarty stragan lub biegający od kominka do kominka. Wiedział wszystko, wszystkim się interesował. Gdy go słuchałem na tym przesmyku uderzanym falami z dwóch stron, często zdumiewałem sie intensywnością jego przeżywania, niesłabnącą, prawie naiwną pasjonalnością. Można by w odniesieniu do niego mówić o niwelacji w górę. Każdy drobiazg angażował go maksymalnie na równi ze sprawami ważnymi i najważniejszymi. Wśród uśmiechów, prześmiechów, rechotów, nieraz gwałtowniejszych wykrzyków, z błyskami w brązowych, wilgotnych oczach jamnika, poruszając pobielonymi brwiami, mówił z pasją o przeczytanej książce, oglądanej sztuce, o ludziach.
[...]
Jako redaktor jednego pisma o kilku wcieleniach, a przedtem i po drodze kilku innych wydawnictw, był Grydzewski paradoksalnym połączeniem liberała i despoty. Stanowiło to jego tytuł do sławy i tajemnicę popularności jego przedsięwzięć, że łączyły pod jednym dachem-nagłówkiem ludzi różnej proweniencji i obediencji. Często prowadził szarżę na dwu frontach. Niekiedy, jak bohater Magii Chestertona, wspierał jednocześnie ligę antyalkoholową i alkoholików. Ale liberalizm nie przeszkadzał Grydzewskiemu być samorządcą, który zawsze chciał postawić i z reguły stawiał na swoim. Każdy otrzymany maszynopis świerzbił go, kusił do poprawienia i ulepszania. "W pańskich skryptach nie ma nic do zmiany" - mówił z mieszaniną uznania i jakby pretensji (po prostu z własnego, redaktorskiego nawyku sam adiustowałem swoje teksty). Grydzewski miał manie i fobie, fiksacje i upodobania słowne, frazeologiczne, syntaktyczne, nawet interpunkcyjne. Dawał im upust na cudzych tekstach. Do nierzadkich przypadków należało, że autor otrzymywał tekst powtórnie przepisany na maszynie i zawierający "propozycje" zmian redaktorskich czyli dyktat samowładcy.
Ale i sprawa nie była zupełnie prosta. Wobec pewnych pisarzy Grydzewski pełnił rolę niańki, cierpliwie oczyszczał ich teksty z balastu, wilczych pędów, z przerostu nieopanowanej jeszcze żywiołowości i paranoidalnej gadatliwości. Dla innych bywał dopustem Bożym. Doskwierał zwłaszcza jego puryzm językowy, tępienie "obcych słów," internacjonalizmów leksykalnych", ale i w tej manii nie był całkiem konsekwentny. Raz zmienił mi słowo "delikatny" na "subtelny" lub odwrotnie; nie podobna tego zapamiętać, bo te słowa są wyrazami bliskoznacznymi obcego pochodzenia. Podobna była sprawa z "alergią" i "idiosynkrazją"; Grydzewski wszczął o nią publiczną polemikę z Juliuszem Sakowskim, choć mieszkał w jego domu i spotykał go niemal co wieczór. Ale nawet czyściec "propozycji" redaktorskich i korekt autorskich nie zawsze chronił przed niespodziankami. Zmiany autorskie często nie trafiały do ostatniej rewizji, a przenikały do niej i objawiały się w tekście drukowanym chimeryczne poprawki nie uzgodnione z nikim. W jakimś moim przemówieniu o Wierzyńskim jest poprawka bez sensu, której sam autor-redaktor nie umiał wytłumaczyć. Niektóre teksty nie autoryzowane w późniejszych przedrukach będą kiedyś gratką dla filologów, niemal jak teksty antyczne.
Jedną z ulubionych butad Grydzewskiego, jedną z legend, które stwarzał wokół siebie, było twierdzenie, ze nie zamawia arykułów, że "nie redaguje pisma," że robi się ono samo. W istocie obmyślał je bardzo skrupulatnie i często posuwał to do granic humorystycznych. Raz pochwalił się przede mną swoim "szczęściem" : w ostatniej chwili jeszcze nie całkiem pełną kolumnę z artykułami trzech hrabiów, niespodziewanie uzupełnił - czwarty. Właściwie nie wiadomo dlaczego (może podświadomie chciałem doróść do wyznaczonej mi roli) podrażniło to moje poczucie demokratyczności i o tę hrabiowską kolumnę poszła kłótnia, oczywiście pisana, na odległość między dwiema dzielnicami Londynu. W ogóle byłem współpracownikiem krnąbrnym, nie przyjmowałem werdyktów bez apelowania do zdrowego rozsądku i racji logicznej: "proszę niech mnie pan przekona - zgodzę się na wszystko." Takie buntownicze wyzwania nie były dobrze widziane. Burmuszył się, stosował represje. Jak mówiliśmy między przyjaciółmi, "karnie" aplikował w podwójnej dozie to, co się nam nie podobało.
Ale byłoby grubym błędem i czarną niesprawiedliwością wyobrażać sobie, że tylko do takich odruchów przekory i takich śmiesznostek sprowadzała się inicjatywa redaktorska Grydzewskiego. Była ona nieznużona, niezwykle czujna. Śledził wszystko, czytał w kilku językach, choć mówił nimi słabo. Teksty przekładane w jego piśmie, nieraz bardzo ciekawe, były wyszperane z dużym nakładem wysiłku, wyłącznie przez niego. W okresie warszawskim miał pasję wydawania numerów specjalnych i opracował ich bez mała czterdzieści. Na pierwsze lata przypadło ich po cztery, czyli jeden co kwartał. Były to wielkie monografie zbiorowe, poświęcone poetom i pisarzom (np. Mickiewicz, Goethe, Chesterton), krajom (Rosja Sowiecka, Japonia, Litwa), miastom (np. Warszawa, Gdańsk, Kazimierz nad Wisłą), zagadnieniom (np. twórczość kobieca, malarze jako pisarze). Były to dokonania często rewelacyjne, nieraz znaczyły one przełom w stosunku do pewnych zjawisk, np. Prusa, niemożliwy do pominięcia w dziejach ich "recepcji", ich społecznego i estetycznego odbioru.
Jakby paradoksem w paradoksie liberała-tyrana była eklektyczność i klarowność. Grydzewski uznawał wszystkie wartości na równi, ale niektóre z nich - żeby użyć Orwellowskiego określenia - jeszcze równiej. Skamandryci cieszyli się w Wiadomościach Literackich klauzulą szczególnego uprzywilejowania (Tuwim był podobno "redaktorem poetyckim", kwalifikował wiersze do druku na ich łamach). Awangardziści byli betes noires.
[...]
Wśród wielu innych kokieterii Grydzewski często powtarzał, że nie umie pisać. W rzeczywistości pisał sporo, zwłaszcza w pierwszym okresie (pod kryptonimami mg i jam) i w ostatnim (pod pseudonimem Silva Rerum, wywodzącym się od staroświeckiego, XVII-wiecznego określenia, które mu posłużyło za tytuł stałej rubryki). Bywał porywczym, groźnym polemistą w stylu Paula Leautaud czy Leona Daudet. Pisał namiętne komentarze polityczne. A przede wszystkim wyżywał się w szperactwie, w kosztownej, drobinowej erudycji: w łowieniu kuriozów i anegdot historycznych, ustalaniu arystokratycznych koneksji familijnych, systematycznej rejestracji "spraw polskich w książkach angielskich," w bardziej śmieszących niż gorszących obscoenach. Tym łożyskiem płynęła również pasja antologiczna Grydzewskiego. Ogłosił dwie antologie warszawskie (Wiersze o Warszawie i Warszawa w pieśni) i pękaty tom, ponad trzysta stron w dwu szpaltach, Wiesze polskie wybrane. Antologia poezji od "Bogurodzicy" do chwili obecnej (Londyn 1946) ; całkowicie gotowa bliźniacza antologia noweli polskiej z niewiadomych przyczyn nie ukazała się w druku. Podczas wojny zamieszczał w swoim piśmie znakomitą "Skarbnicę Polska," cotygodniowy dodatek gromadzący inteligentnie dobierane i celowo zestawiane, często rewelacyjne wyjątki poezji i prozy wszystkich okresów. W kilku numerach Polski Walczącej ogłosił miniaturową antologię pt. Polska poezja wojenna. Z początku 1942 roku wydał książkę zbiorową Kraj lat dziecinnych, złożoną z prac pisarzy przebywających na emigracji wojennej. Pomysł był, zdaje się, Ksawerego Pruszyńskiego, ale wykonanie - anonimowe - Grydzewskiego. Książka zrobiła niezwykłą karierę: została zaczytana i stała się prototypem gatunku, później szeroko rozplenionego w kraju i poza krajem. Wieść gminna niesie, że Kwiaty polskie Tuwima powstały z potrącenia wspomnień, otwarcia śluzy lirycznej przez tę książkę.
[...]
Z górą osiemset numerów warszawskich Wiadomości Literackich stanowi bardzo rozległe zagadnienie, które może być tematem monografii. Doczekało się już szkicowej diagnozy socjologicznej w eseju Jerzego Stempowskiego "Wiadomości Literackie" jak je pamiętam (w książce zbiorowej wydanej pod moją redakcją na ich trzydziestolecie (3); nie mają jeszcze takiego rysopisu ani ich dwa dalsze wcielenia, ani bodaj żadne inne współczesne czasopismo polskie. Warto z tego rozpoznania przytoczyć kilka spostrzeżeń. Stempowski podkreśla rewolucyjną niezwykłość zjawiska na gruncie polskim. Wiadomości Literackie nie były pismem adresowanym do zamkniętego kręgu czytelników, ale periodykiem "popularnym, eklektycznym, informującym wszystkich o wszystkim co należało do ostatnich mód i nowości." Znamiennie rozszerzył on podstawę czytelniczą na inteligencję zawodową i Polaków żydowskiego pochodzenia, coraz głębiej wrastających w kulturę polską. Wykazywał zdolność ciągłego odradzania się przede wszystkim przez szeroką rekrutację współpracowników (do roku 1939 przekroczyła tysiąc nazwisk). "W miarę rozszerzania się liczby czytelników i współpracowników Wiadomości Literackie wyrastały kolejno poza ramy wszystkich grup wyłącznych, zachowując z nich tylko to co było niezbędne, by dać czytelnikom złudzenie wtajemniczenia w arkana warsztatów literackich." "Były one jedynym polskim czasopismem, które opierając się tylko na czytelnikach wytrzymało próbę czasu." (Jeśli moja orientacja jest ścisła, jego nakład wahał się między dwunastu a piętnastu tysiącami egzemplarzy.)
[...]
Wiadomości Literackie były pismem, które drażniło korę mózgową, atakowało zakończenia nerwów, poruszało głębokie złogi przyzwyczajeń. Szalały wokół niego burze polemiczne. Ciągłe czegoś od niego żądano, chciano je reformować na różne sposoby, usiłowano też przeciwstawiać się jego wpływowi. Ale krakowska Gazeta Literacka istniała niewiele dłużej niż rok a Pion, powołany do życia jako przeciwwaga Wiadomości nie osiągnął w ciągu sześciu lat ich poziomu, nie dorównał im dynamiką a splamił się drukiem "rozważań o faszyzmie polskim."
Również sumienie organu Grydzewskiego obciążają wyskoki, jednostronności, nawet błędy - największym wydaje mi się pogłębienie na płaszczyźnie literackiej tego co dzisiaj nazywamy generation gap Ale jedno powinno być pamiętane. Wiadomości Literackie były do końca ostoją polskiego liberalizmu, postępowości, myśli krytycznej. Okupują wszystko akcją protestacyjną przeciwko Brześciowi, postawą w sprawie reformy uniwersyteckiej, odporem na antysemityzm dwójstempla oenerowskiego i ozonowskiego. (4)
Wybuch drugiej wojny światowej spowodował półroczną przerwę w wydawaniu pisma. Nowe jego wcielenie nosiło odmienną nazwę Wiadomości Polskie. Jej skojarzenie z tytułem krótkotrwałej imprezy Juliana Klaczki z środka ubiegłego stulecia wydaje się przypadkowe. Wymiana przydawki dopełniona przez podtytuł: Tygodnik polityczny i literacki - odsłoniła pod liberalizmem, kosmopolityzmem, sensacyjnością warszawskiego prototypu jego twarz ukrytą i prawdziwą. Pozostawało to w zgodzie z rodzinnym miastem: ono także dopiero wobec ostateczności dobyło z siebie ton patetyczny. Poddał go, czy uprzedził wiersz Wierzyńskiego, wydrukowany na dodanej kartce w ostatnim 829-tym, postdatowanym numerze
Wiadomości Literackich z 3 września 1939:
Powstaje dramat - żywy. Okopcie kurhany
I żywi na kurhanach, na okopach stańcie.
Naprawdę dokonywa się świat rymowany,
Biją polskie zegary, kurant po kurancie.

Ale prawdziwa próba przyszła po klęsce Francji i exodusie niedobitków na Wyspy Brytyjskie. Nawet nie to było próbą, że w na pierwszym stajaniu londyńskim, w okolicach Bedford Place, Grydzewski dostał się w rozrzut odłamków bomby i chodził z kilkunastu szwami na podłysiałej, ale twardej czaszce. Ani jeszcze to nie było próbą, że dobrawszy się w korcu maku czy w korcu czcionek z metrampażem Mr. Norrisem, wymyślnie łamał, wymaczał swoje pismo w drukarni Williams and Lee, na najwyższym piętrze wyszklonym na wszystkie strony świata jak latarnia morska i wystawionym na lada podmuch; gdyby w tę stronę, z Grydza i z nobliwego pana Norrisa, zostałby tylko dymiący kurhan śmieci. Wojenne Wiadomości weszły w punkt krytyczny swojej historii, gdy zaznaczył się podział opinii w sprawie stosunków polsko-sowieckich. Zajęły one nieprzejednane stanowisko i zdobyły szeroki odzew. Stanowisko wobec Katynia nie mogło być inne niż było, ale trudno osądzić czy Zygmunt Nowakowski, główny wtedy publicysta Wiadomości Polskich i ich nominalny redaktor, zdawał sobie w pełni sprawę z infernalnej komplikacji, w jaką wplątała nas wojna między sojusznikami z 1939 roku i autorami czwartego rozbioru Polski.
Heroiczna walka przeciw potężnemu sprzymierzeńcowi naszych sprzymierzeńców, prowadzona z europejskiej stolicy wojennej, skończyła się represją polityczną: Rząd Jego Królewskiej Mości cofnął niewygodnemu czasopismu przydział papieru. W okresie jego urzędowej reglamentacji oznaczało to śmierć. W wiele lat później znakomity publicysta i szlachetny człowiek F. A. Voigt tak opisywał swoją reakcję:
"One of the most distinguished of Polish periodicals edited by a man of a rare 'Wiadomości Polskie,' forbidden to appear in London, of all place! How was it possible?".
Grydzewski nie ugiął się nawet pod tym ciosem. Zaczął wydawać periodyk, a nawet dwa, których periodyczność była zamaskowana odmiennymi tytułami, ale ciągłość wewnętrzna i łączność z zamkniętym czasopismem niewątpliwa, oczywista dla każdego kto się jako tako orientował w ówczesnym dramatycznym krajobrazie polskim. Wyszło takich almanachów dwanaście: siedem w małej, pięć w większej "ósemce." Stanowią one dziś rzadkość bibliograficzną i szczególnie trudno uchwytny zespół biblioteczny. Nie figurują, rzecz jasna, pod nazwiskiem redaktora, a zmienna, w drugim przypadku podwójnie zmienna, tytulatura utrudnia ich odnalezienie. Do tych dwóch serii można by jeszcze dodać trzecią, już wyraźnie książkową (Biblioteka Ziemi Naszej, otwarta Kaledoskopem Warszawskim, wydawnictwo "Orbisu," zaczęte w roku 1945), choć to przedsięwzięcie należy bardziej do działalności antologicznej, a nie ściśle redaktorskiej Grydzewskiego. Historycznie biorąc, owe dwa czy trzy wydawnictwa nieźle wypełniły dwuletnią przerwę między Wiadomościami Polskimi a Wiadomościami.
Był to okres poklęskowy, czas rozsprzęgania się wszystkich więzi, zagubienia w ciemności, hektycznej migracji. W tym okresie, mogłoby się zdawać, niesprzyjającym usiłowaniom wydawniczym, Grydzewski zaczął - 7 kwietnia 1946 roku - dzieło swego życia po raz trzeci, a właściwie czwarty (jeśli się pamięta, że Wiadomości Polskie miały dwa starty w jednym roku: paryski i londyński). "Dzieło" wyglądało wtedy żałośnie. Była to jedna karta ciągle tej samej wielkiej "czwórki," bardziej przypominająca broadside czy broadsheet, gazetę ścienną, coś co się bardziej nadaje do naklejenia na murze niż do trzymania w ręku. Nazywało się to skromnie, bez dodatku, bez bliższego określenia - Wiadomości. Przy okazji ich trzydziestolecia nazwałem je "Wiadomościami bezprzymiotnikowymi" i ta nazwa się przyjęła ilekroć ktoś chce odróżnić ostatnią inkarnację od dwu poprzednich.
Wstępny nakład Wiadomości był ograniczony przez tylko częściowo zluźnioną reglamentację papieru do tysiąca siedmiuset egzemplarzy. By go powiększyć Grydzewski wysyłał matryce każdego numeru z Anglii do Belgii i stamtąd sprowadzał dodatkowe egzemplarze. Nie było teraz wydawców I. Lindenfelda i M. Kohna, tworców firmy wydawniczej M. I. Kolin, którzy zaryzykowali finansowanie Wiadomości Polskich. Ich nowe wcielenie było osobistym ryzykiem redaktora. Wiele razy wyglądało na to, że ryzyko skończy się bankructwem. Kilkakroć bez uprzedzenia i podziękowania Grydzewski skreślił mi z rachunku zaległe symboliczne należności autorskie (przypuszczam, że nie byłem specjalnie wyróżnioną ofiarą tej praktyki). Ale jego samozaparciem się i uporem pismo przetrwało prawie ćwierć wieku, już dwa razy tak długo jak oba jego wcześniejsze wcielenia. I przeżyło swego założyciela.
Należy ono do składu diaspory polskiej, stanowi element jej duchowego pejzażu. Prosi o podobną diagnozę socjologiczną, jaką Wiadomościom Literackim postawił Jerzy Stempowski. Ale to wymaga jego olimpijskiego spokoju i dystansu czasowego. (5)
Jedno już dziś jest niewątpliwe. Śmierć Grydzewskiego zamknęła
nie tylko jego wyjątkowo natężone życie, ale i świat, który go
wydał. Żal po nim miesza się z żalem po zjawisku, które w
naszych oczach przestaje, już przestało istnieć, choć przez
setki, a zwłaszcza przez ostatnie dziesiątki lat wystawiało
kulturze polskiej tryumfalne świadectwo mocy przyciągającej i
przyswajającej. Mieczysław Jerzy Grydzewski (wcześniej
Grycendler, jeszcze dawniej, w poprzedzających go pokoleniach,
Gruetzhaendler) - był pewnie ostatnim Polakiem i ostatnim
twórcą kulturalnym tego stempla, tej miary i tej zasługi.
Luty 1970
Kultura, 4/271, Instytut Literacki, Paryż 1970
Podobnie "paryska" Kultura utożsamiana jest z osobą jej Redaktora Jerzego Giedroyca.
XXX-lecie "Wiadomości". Zebrał Tymon Terlecki. Nakładem "Wiadomości", OPiM, Londyn 1957. str. 202.
ONR - Obóz Narodowo-Radykalny, wzorowana na włoskim faszyźmie organizacja założona w 1934 roku przez Jana Mosdorfa; jej późniejszy odłam ONR-Falanga, kierowany przez Bolesława Piaseckiego był już czysto faszystowski.
OZN (tzw. "Ozon") - Obóz Zjednoczenia Narodowego, prawicowa organizacja sanacyjna założona w lutym 1937 przez płk. Adama Koca.
Por. np.:
Rafał Habelski , Niezłomni nieprzejednani. Emigracyjne "Wiadomości" i ich krąg 1940-1981. PIW, Warszawa 1991.
"Wiadomości" i okolice. Szkice i wspomnienia. Tom 1-2. Red. Mirosław A. Supruniuk. Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Toruń, 1996.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||