
Gdy sparalizowany i ociemnialy dogorywal w londynskim zakladzie Braci Aleksjanow dla nieuleczalnie chorych, brakowalo tylko czterech lat do jubileuszowej apoteozy. Pomyslany, zalozony i prowadzony przez niego tygodnik Wiadomosci Literackie - Wiadomosci Polskie - Wiadomosci osiagnie w roku 1974 pelne pol wieku zycia w trzech stolicach Europy: w Warszawie, Paryzu i Londynie. (1) Historia czasopismiennictwa polskiego zna przyklady jeszcze wiekszej dlugowiecznosci. Tygodnik Ilustrowany zyl okraglo osiemdziesiat lat. Biblioteka Warszawska (miesiecznik) tylko dziesiec lat krocej, niektore periodyki doby pozytywizmu jak Przeglad Tygodniowy dociagnely bodaj blisko wieku troistych Wiadomosci. Ale zadne z tych pism nie bylo do tego stopnia utozsamione z jednym czlowiekiem. (2) Zadne z nich nie mialo tak burzliwej historii. Nie potrafilbym tez wskazac zadnego czasopisma polskiego i obcego, ktore by sie ukazywalo kolejno w trzech roznych krajach pod tym samym kierownictwem. Mieczyslaw Grydzewski mial prawo mowic Wiadomosci - c'est moi. To stwierdzenie mozna by rowniez odwrocic: Grydzewski to byly Wiadomosci - zyl tym pismem, w nim i dla niego. Ono zakreslalo widnokrag i wyczerpywalo sens zycia.
Mialo to znamiona prawie monomanii, monoidei. Grydzewski odsuwal, ograniczal, tlumil wszystko co jej nie sluzylo, co by moglo z nia wspolzawodniczyc. Byl prawie calkowicie zaprzeczeniem zoon politicon. Nie zalozyl rodziny; sprawy prywatne zalatwial z rozbrajajaca, nieraz rozsmieszajaca prostolinijnoscia. Nie angazowal sie w zadne dzialania spoleczne. Nigdy nie wystepowal publicznie. Wielu ludzi, wielu dlugoletnich wspolpracownikow nie znalo go osobiscie, nie widzialo go nigdy na oczy. Obcowal towarzysko z niewielu ludzmi i tylko z niewielu naraz na skapo wymierzonym marginesie; notoryczny odludek umial byc wtedy uroczym kompanem. Jedyne wieksze zebrania, w ktorych uczestniczyl z urzedu, obowiazku i przymusu byly to doroczne zebrania jury Nagrod Wiadomosci. Wslawil sie tym, ze swiecil nieobecnoscia na trzydziestoletnim jubileuszu swego pisma. Nie mial domu, nie mial wlasnosci prywatnej. Niczego nie gromadzil, nie kapitalizowal. Jesli mial instykt posiadania, to w stanie zaniku. Ostatnim dobrem ruchomym, ktore posiadal, bylo urzadzenie slynnego pokoju redakcyjnego na Zlotej 8 m. 3 (II pietro) w Warszawie z pluszowa sofa, na ktorej za dnia siadali interesanci, a noca sypial redaktor.
Byl narkomanem pracy, mozna by powiedziec, hedonista, nawet masochistycznym hedonista pracy. Jego dzien zaczynal wczesnie rano przed pora, w ktorej budza sie zamiatacze i dostawcy butelek z mlekiem, konczyl sie pozna noca. Zeby bylo trudniej, w ostatnich kilkunastu latach mieszkal poza Londynem. Dzien w dzien w piatek i swiatek przemierzal koleja podmiejska dystans Londyn-Penge, ale to moze dawalo mu ulude domu, namiastke rodziny. Jak czesto, u podstawy tego maniactwa, tej l'art pour l'art, pracy dla pracy lezala wola robienia wszystkiego wlasnymi rekami, przeswiadczenie, ze nikomu i niczemu nie mozna zaufac, zaborczosc i wylacznosc pasji, nienasycony perfekcjonizm. Grydzewski nie znal ekonomii wysilku. Mnozyl go zamiast redukowac. Robil bezlik rzeczy niekoniecznych lub wlasciwie zbednych. Ciagle prowadzil jakies spory, pienial sie zazarcie. Kiedys opowiadal mi jak w nieskonczonosc wymienial listy z zarzadem londynskiej kolejki podziemnej o stluczona zarowke nad bocznymi drzwiami wagonu, przez ktore zdarzylo mu sie wysiasc. Ale tutaj bilo zrodlo jego rozrzutnosci i gotowosci do uslug. Odpowiadal na kazde zapytanie, kazda prosbe, zalatwial niezliczone kwerendy w British Museum. Sam naduzywalem go, gdy bylo mi nieporecznie dla jednego drobiazgu wedrowac z Putney na Tottenham Court Road.

Grydzewski-korespondent to un chapitre a part. "Moim idealem" - mawial - "jest odpowiedziec na list przed jego otrzymaniem." Wlasne listy wystukiwal na maszynie robiac w co drugim slowie dwa bledy, poprawiajac je runicznym, najtrudniej czytelnym pismem i do konca adresujac je na caly swiat jak w Warszawie: W.P. (Wielmozny Pan) XY. Ale byly one szczytem lakonicznosci, zawieraly w minimum slow maximum tresci. Mieszkajac przez kilka dziesiatkow lat w jednym miescie, wymienialismy takie listy-szyfry, listy-sygnaly czasem codziennie - Grydzewski tak wolal, mnie to nie przeszkadzalo. (Tylko w najbardziej wyjatkowych przypadkach dzwonilem do niego wczesnym ranem i niespodzianosc tych telefonow wywierala piorunujace wrazenie. Moglem wtedy uzyskac wszystko o co mi chodzilo, ale tez chytrze nie naduzywalem tego komunikacyjnego terroru, by nie oslabiac jego dzialania. Nawet siedzac pod kopula British Museum, czesto korespondowalismy z rzedu T do rzedu G, w ktorym Grydzewski jako un habitue, zjawiajacy sie regularnie z otwarciem drzwi przybytku, mial swoje stale miejsce mozliwie odosobnione dzieki wolnemu przejsciu z prawej i podstepnemu zaborowi sasiedniego miejsca z lewej. To byl my home, my castle Grydzewskiego, obwarowany wysokimi murami z ksiazek, zasmiecony maszynopisami w trakcie obrobki, korektami w trakcie robienia, listami wspolpracownikow, olbrzymimi plachtami rewizji, podkreslonymi we wszystkich kierunkach, fotografiami a takze celuloidowym pudelkiem do mydla. Gdy chcialem z Grydzewskim rozmawiac, prosilem na pismie o audiencje, gdy on chcial mi jej udzielic lub z wlasnego popedu mial ochote rozmawiac, przechodzil z prawego polkola sklepionej rotundy na lewe i wywolywal mnie do korytarza miedzy westybulem muzeum a czytelnia biblioteki. Stoja tam dwie ciezkie, zolte lawy z drzewa, jest prostokatny otwor garderoby, zejscie po schodach do ustepow w podziemiu. Z dwu koncow bez przerwy chwieja sie wielkie wahadlowe drzwi, jedne laczace z westybulem, drugie prowadzace do lektorium.
Posiedzenia w tym przesmyku to jest moj Grydzewski intime. Nienagabywany, nieprzymuszony otwieral sie, czesto wybuchal, nieraz wydawal sie jakby mimo woli. W ciagu lat londynskich, ta cala instytucja, wyjatkowo w swoim rodzaju pociagajaca, byla jego domem, gabinetem pracy, pokojem przyjec i salonem. Na tej samej lawie posiadywal z Kukielem, Stronskim, Stanislawem Mackiewiczem (poki mieszkal w Londynie), z Pietrkiewiczem. Za dnia unikal lokalu redakcyjnego, wprzod na 54 Bloomsbury Street (byla to klitka tak zatloczona papierami, ze sie w niej dostawalo ostrego ataku klaustrofobii), pozniej na 67 Great Russell Street, naprzeciw British Museum. Tak bronil sie przed drobnica powszedniosci, interesantami i telefonami. Praktykowal eskapizm.
Byl to eskapizm szczegolnego skladu. Uchylajac sie od bezposrednich stykow z rzeczywistoscia, Grydzewski tkwil w rzeczywistosci glebiej niz ktos mieszkajacy na rynku, prowadzacy otwarty stragan lub biegajacy od kominka do kominka. Wiedzial wszystko, wszystkim sie interesowal. Gdy go sluchalem na tym przesmyku uderzanym falami z dwoch stron, czesto zdumiewalem sie intensywnoscia jego przezywania, nieslabnaca, prawie naiwna pasjonalnoscia. Mozna by w odniesieniu do niego mowic o niwelacji w gore. Kazdy drobiazg angazowal go maksymalnie na rowni ze sprawami waznymi i najwazniejszymi. Wsrod usmiechow, przesmiechow, rechotow, nieraz gwaltowniejszych wykrzykow, z blyskami w brazowych, wilgotnych oczach jamnika, poruszajac pobielonymi brwiami, mowil z pasja o przeczytanej ksiazce, ogladanej sztuce, o ludziach.
[...]
Jako redaktor jednego pisma o kilku wcieleniach, a przedtem i po drodze kilku innych wydawnictw, byl Grydzewski paradoksalnym polaczeniem liberala i despoty. Stanowilo to jego tytul do slawy i tajemnice popularnosci jego przedsiewziec, ze laczyly pod jednym dachem-naglowkiem ludzi roznej proweniencji i obediencji. Czesto prowadzil szarze na dwu frontach. Niekiedy, jak bohater Magii Chestertona, wspieral jednoczesnie lige antyalkoholowa i alkoholikow. Ale liberalizm nie przeszkadzal Grydzewskiemu byc samorzadca, ktory zawsze chcial postawic i z reguly stawial na swoim. Kazdy otrzymany maszynopis swierzbil go, kusil do poprawienia i ulepszania. "W panskich skryptach nie ma nic do zmiany" - mowil z mieszanina uznania i jakby pretensji (po prostu z wlasnego, redaktorskiego nawyku sam adiustowalem swoje teksty). Grydzewski mial manie i fobie, fiksacje i upodobania slowne, frazeologiczne, syntaktyczne, nawet interpunkcyjne. Dawal im upust na cudzych tekstach. Do nierzadkich przypadkow nalezalo, ze autor otrzymywal tekst powtornie przepisany na maszynie i zawierajacy "propozycje" zmian redaktorskich czyli dyktat samowladcy.
Ale i sprawa nie byla zupelnie prosta. Wobec pewnych pisarzy Grydzewski pelnil role nianki, cierpliwie oczyszczal ich teksty z balastu, wilczych pedow, z przerostu nieopanowanej jeszcze zywiolowosci i paranoidalnej gadatliwosci. Dla innych bywal dopustem Bozym. Doskwieral zwlaszcza jego puryzm jezykowy, tepienie "obcych slow," internacjonalizmow leksykalnych", ale i w tej manii nie byl calkiem konsekwentny. Raz zmienil mi slowo "delikatny" na "subtelny" lub odwrotnie; nie podobna tego zapamietac, bo te slowa sa wyrazami bliskoznacznymi obcego pochodzenia. Podobna byla sprawa z "alergia" i "idiosynkrazja"; Grydzewski wszczal o nia publiczna polemike z Juliuszem Sakowskim, choc mieszkal w jego domu i spotykal go niemal co wieczor. Ale nawet czysciec "propozycji" redaktorskich i korekt autorskich nie zawsze chronil przed niespodziankami. Zmiany autorskie czesto nie trafialy do ostatniej rewizji, a przenikaly do niej i objawialy sie w tekscie drukowanym chimeryczne poprawki nie uzgodnione z nikim. W jakims moim przemowieniu o Wierzynskim jest poprawka bez sensu, ktorej sam autor-redaktor nie umial wytlumaczyc. Niektore teksty nie autoryzowane w pozniejszych przedrukach beda kiedys gratka dla filologow, niemal jak teksty antyczne.
Jedna z ulubionych butad Grydzewskiego, jedna z legend, ktore stwarzal wokol siebie, bylo twierdzenie, ze nie zamawia arykulow, ze "nie redaguje pisma," ze robi sie ono samo. W istocie obmyslal je bardzo skrupulatnie i czesto posuwal to do granic humorystycznych. Raz pochwalil sie przede mna swoim "szczesciem" : w ostatniej chwili jeszcze nie calkiem pelna kolumne z artykulami trzech hrabiow, niespodziewanie uzupelnil - czwarty. Wlasciwie nie wiadomo dlaczego (moze podswiadomie chcialem dorosc do wyznaczonej mi roli) podraznilo to moje poczucie demokratycznosci i o te hrabiowska kolumne poszla klotnia, oczywiscie pisana, na odleglosc miedzy dwiema dzielnicami Londynu. W ogole bylem wspolpracownikiem krnabrnym, nie przyjmowalem werdyktow bez apelowania do zdrowego rozsadku i racji logicznej: "prosze niech mnie pan przekona - zgodze sie na wszystko." Takie buntownicze wyzwania nie byly dobrze widziane. Burmuszyl sie, stosowal represje. Jak mowilismy miedzy przyjaciolmi, "karnie" aplikowal w podwojnej dozie to, co sie nam nie podobalo.
Ale byloby grubym bledem i czarna niesprawiedliwoscia wyobrazac sobie, ze tylko do takich odruchow przekory i takich smiesznostek sprowadzala sie inicjatywa redaktorska Grydzewskiego. Byla ona nieznuzona, niezwykle czujna. Sledzil wszystko, czytal w kilku jezykach, choc mowil nimi slabo. Teksty przekladane w jego pismie, nieraz bardzo ciekawe, byly wyszperane z duzym nakladem wysilku, wylacznie przez niego. W okresie warszawskim mial pasje wydawania numerow specjalnych i opracowal ich bez mala czterdziesci. Na pierwsze lata przypadlo ich po cztery, czyli jeden co kwartal. Byly to wielkie monografie zbiorowe, poswiecone poetom i pisarzom (np. Mickiewicz, Goethe, Chesterton), krajom (Rosja Sowiecka, Japonia, Litwa), miastom (np. Warszawa, Gdansk, Kazimierz nad Wisla), zagadnieniom (np. tworczosc kobieca, malarze jako pisarze). Byly to dokonania czesto rewelacyjne, nieraz znaczyly one przelom w stosunku do pewnych zjawisk, np. Prusa, niemozliwy do pominiecia w dziejach ich "recepcji", ich spolecznego i estetycznego odbioru.
Jakby paradoksem w paradoksie liberala-tyrana byla eklektycznosc i klarownosc. Grydzewski uznawal wszystkie wartosci na rowni, ale niektore z nich - zeby uzyc Orwellowskiego okreslenia - jeszcze rowniej. Skamandryci cieszyli sie w Wiadomosciach Literackich klauzula szczegolnego uprzywilejowania (Tuwim byl podobno "redaktorem poetyckim", kwalifikowal wiersze do druku na ich lamach). Awangardzisci byli betes noires.
[...]
Wsrod wielu innych kokieterii Grydzewski czesto powtarzal, ze nie umie pisac. W rzeczywistosci pisal sporo, zwlaszcza w pierwszym okresie (pod kryptonimami mg i jam) i w ostatnim (pod pseudonimem Silva Rerum, wywodzacym sie od staroswieckiego, XVII-wiecznego okreslenia, ktore mu posluzylo za tytul stalej rubryki). Bywal porywczym, groznym polemista w stylu Paula Leautaud czy Leona Daudet. Pisal namietne komentarze polityczne. A przede wszystkim wyzywal sie w szperactwie, w kosztownej, drobinowej erudycji: w lowieniu kuriozow i anegdot historycznych, ustalaniu arystokratycznych koneksji familijnych, systematycznej rejestracji "spraw polskich w ksiazkach angielskich," w bardziej smieszacych niz gorszacych obscoenach. Tym lozyskiem plynela rowniez pasja antologiczna Grydzewskiego. Oglosil dwie antologie warszawskie (Wiersze o Warszawie i Warszawa w piesni) i pekaty tom, ponad trzysta stron w dwu szpaltach, Wiesze polskie wybrane. Antologia poezji od "Bogurodzicy" do chwili obecnej (Londyn 1946) ; calkowicie gotowa blizniacza antologia noweli polskiej z niewiadomych przyczyn nie ukazala sie w druku. Podczas wojny zamieszczal w swoim pismie znakomita "Skarbnice Polska," cotygodniowy dodatek gromadzacy inteligentnie dobierane i celowo zestawiane, czesto rewelacyjne wyjatki poezji i prozy wszystkich okresow. W kilku numerach Polski Walczacej oglosil miniaturowa antologie pt. Polska poezja wojenna. Z poczatku 1942 roku wydal ksiazke zbiorowa Kraj lat dziecinnych, zlozona z prac pisarzy przebywajacych na emigracji wojennej. Pomysl byl, zdaje sie, Ksawerego Pruszynskiego, ale wykonanie - anonimowe - Grydzewskiego. Ksiazka zrobila niezwykla kariere: zostala zaczytana i stala sie prototypem gatunku, pozniej szeroko rozplenionego w kraju i poza krajem. Wiesc gminna niesie, ze Kwiaty polskie Tuwima powstaly z potracenia wspomnien, otwarcia sluzy lirycznej przez te ksiazke.
[...]
Z gora osiemset numerow warszawskich Wiadomosci Literackich stanowi bardzo rozlegle zagadnienie, ktore moze byc tematem monografii. Doczekalo sie juz szkicowej diagnozy socjologicznej w eseju Jerzego Stempowskiego "Wiadomosci Literacke" jak je pamietam (w ksiazce zbiorowej wydanej pod moja redakcja na ich trzydziestolecie (3); nie maja jeszcze takiego rysopisu ani ich dwa dalsze wcielenia, ani bodaj zadne inne wspolczesne czasopismo polskie. Warto z tego rozpoznania przytoczyc kilka spostrzezen. Stempowski podkresla rewolucyjna niezwyklosc zjawiska na gruncie polskim. Wiadomosci Literackie nie byly pismem adresowanym do zamknietego kregu czytelnikow, ale periodykiem "popularnym, eklektycznym, informujacym wszystkich o wszystkim co nalezalo do ostatnich mod i nowosci." Znamiennie rozszerzyl on podstawe czytelnicza na inteligencje zawodowa i Polakow zydowskiego pochodzenia, coraz glebiej wrastajacych w kulture polska. Wykazywal zdolnosc ciaglego odradzania sie przede wszystkim przez szeroka rekrutacje wspolpracownikow (do roku 1939 przekroczyla tysiac nazwisk). "W miare rozszerzania sie liczby czytelnikow i wspolpracownikow Wiadomosci Literackie wyrastaly kolejno poza ramy wszystkich grup wylacznych, zachowujac z nich tylko to co bylo niezbedne, by dac czytelnikom zludzenie wtajemniczenia w arkana warsztatow literackich." "Byly one jedynym polskim czasopismem, ktore opierajac sie tylko na czytelnikach wytrzymalo probe czasu." (Jesli moja orientacja jest scisla, jego naklad wahal sie miedzy dwunastu a pietnastu tysiacami egzemplarzy.)
[...]
Wiadomosci Literackie byly pismem, ktore draznilo kore mozgowa, atakowalo zakonczenia nerwow, poruszalo glebokie zlogi przyzwyczajen. Szalaly wokol niego burze polemiczne. Ciagle czegos od niego zadano, chciano je reformowac na rozne sposoby, usilowano tez przeciwstawiac sie jego wplywowi. Ale krakowska Gazeta Literacka istniala niewiele dluzej niz rok a Pion, powolany do zycia jako przeciwwaga Wiadomosci nie osiagnal w ciagu szesciu lat ich poziomu, nie dorownal im dynamika a splamil sie drukiem "rozwazan o faszyzmie polskim."
Rowniez sumienie organu Grydzewskiego obciazaja wyskoki, jednostronnosci, nawet bledy - najwiekszym wydaje mi sie poglebienie na plaszczyznie literackiej tego co dzisiaj nazywamy generation gap Ale jedno powinno byc pamietane. Wiadomosci Literackie byly do konca ostoja polskiego liberalizmu, postepowosci, mysli krytycznej. Okupuja wszystko akcja protestacyjna przeciwko Brzesciowi, postawa w sprawie reformy uniwersyteckiej, odporem na antysemityzm dwojstempla oenerowskiego i ozonowskiego. (4)
Wybuch drugiej wojny swiatowej spowodowal polroczna przerwe w wydawaniu pisma. Nowe jego wcielenie nosilo odmienna nazwe Wiadomosci Polskie. Jej skojarzenie z tytulem krotkotrwalej imprezy Juliana Klaczki z srodka ubieglego stulecia wydaje sie przypadkowe. Wymiana przydawki dopelniona przez podtytul: Tygodnik polityczny i literacki - odslonila pod liberalizmem, kosmopolityzmem, sensacyjnoscia warszawskiego prototypu jego twarz ukryta i prawdziwa. Pozostawalo to w zgodzie z rodzinnym miastem: ono takze dopiero wobec ostatecznosci dobylo z siebie ton patetyczny. Poddal go, czy uprzedzil wiersz Wierzynskiego, wydrukowany na dodanej kartce w ostatnim 829-tym, postdatowanym numerze
Wiadomosci Literackich z 3 wrzesnia 1939:
|
Powstaje dramat - zywy. Okopcie kurhany I zywi na kurhanach, na okopach stancie. Naprawde dokonywa sie swiat rymowany, Bija polskie zegary, kurant po kurancie. |
Gdy 17 marca 1940 ukazal sie w Paryzu pierwszy numer Wiadomosci Polskich, bylem od przeszlo trzech miesiecy redaktorem tygodnika zolnierskiego Polska Walczaca, zalozonego w polskim obozie wojskowym w Coetquidan. [...] Nie zdazylem wydrukowac w paryskich Wiadomosciach ani slowa. [...] Wiadomosci Polskie zespoliwszy w jeden amalgamat europejskosc i polskosc, staly sie organem "literatury Polski walczacej," jak brzmial naglowek artykulu [Ksawerego] Pruszynskiego w pierwszym numerze.

Ale prawdziwa proba przyszla po klesce Francji i exodusie niedobitkow na Wyspy Brytyjskie. Nawet nie to bylo proba, ze w na pierwszym stajaniu londynskim, w okolicach Bedford Place, Grydzewski dostal sie w rozrzut odlamkow bomby i chodzil z kilkunastu szwami na podlysialej, ale twardej czaszce. Ani jeszcze to nie bylo proba, ze dobrawszy sie w korcu maku czy w korcu czcionek z metrampazem Mr. Norrisem, wymyslnie lamal, wymaczal swoje pismo w drukarni Williams and Lee, na najwyzszym pietrze wyszklonym na wszystkie strony swiata jak latarnia morska i wystawionym na lada podmuch; gdyby w te strone, z Grydza i z nobliwego pana Norrisa, zostalby tylko dymiacy kurhan smieci. Wojenne Wiadomosci weszly w punkt krytyczny swojej historii, gdy zaznaczyl sie podzial opinii w sprawie stosunkow polsko-sowieckich. Zajely one nieprzejednane stanowisko i zdobyly szeroki odzew. Stanowisko wobec Katynia nie moglo byc inne niz bylo, ale trudno osadzic czy Zygmunt Nowakowski, glowny wtedy publicysta Wiadomosci Polskich i ich nominalny redaktor, zdawal sobie w pelni sprawe z infernalnej komplikacji, w jaka wplatala nas wojna miedzy sojusznikami z 1939 roku i autorami czwartego rozbioru Polski.
Heroiczna walka przeciw poteznemu szprzymierzencowi naszych sprzymierzencow, prowadzona z europejskiej stolicy wojennej, skonczyla sie represja polityczna: Rzad Jego Krolewskiej Mosci cofnal niewygodnemu czasopismu przydzial papieru. W okresie jego urzedowej reglamentacji oznaczalo to smierc. W wiele lat pozniej znakomity publicysta i szlachetny czlowiek F. A. Voigt tak opisywal swoja reakcje:
"One of the most distinguished of Polish periodicals edited by a man of a rare 'Wiadomosci Polskie,' forbidden to appear in London, of all place! How was it possible?".
Grydzewski nie ugial sie nawet pod tym ciosem. Zaczal wydawac periodyk, a nawet dwa, ktorych periodycznosc byla zamaskowana odmiennymi tytulami, ale ciaglosc wewnetrzna i lacznosc z zamknietym czasopismem niewatpliwa, oczywista dla kazdego kto sie jako tako orientowal w owczesnym dramatycznym krajobrazie polskim. Wyszlo takich almanachow dwanascie: siedem w malej, piec w wiekszej "osemce." Stanowia one dzis rzadkosc bibbliograficzna i szczegolnie trudno uchwytny zespol biblioteczny. Nie figuruja, rzecz jasna, pod nazwiskiem redaktora, a zmienna, w drugim przypadku podwojnie zmienna, tytulatura utrudnia ich odnalezienie. Do tych dwoch serii mozna by jeszcze dodac trzecia, juz wyraznie ksiazkowa (Biblioteka Ziemi Naszej, otwarta Kaledoskopem Warszawskim, wydawnictwo "Orbisu," zaczete w roku 1945), choc to przedsiewziecie nalezy bardziej do dzialalnosci antologicznej, a nie scisle redaktorskiej Grydzewskiego. Historycznie biorac, owe dwa czy trzy wydawnictwa niezle wypelnily dwuletnia przerwe miedzy Wiadomosciami Polskimi a Wiadomosciami.
Byl to okres pokleskowy, czas rozsprzegania sie wszystkich wiezi, zagubienia w ciemnosci, hektycznej migracji. W tym okresie, mogloby sie zdawac, niesprzyjajacym usilowaniom wydawniczym, Grydzewski zaczal - 7 kwietnia 1946 roku - dzielo swego zycia po raz trzeci, a wlasciwie czwarty (jesli sie pamieta, ze Wiadomosci Polskie mialy dwa starty w jednym roku: paryski i londynski). "Dzielo" wygladalo wtedy zalosnie. Byla to jedna karta ciagle tej samej wielkiej "czworki," bardziej przypominajaca broadside czy broadsheet, gazete scienna, cos co sie bardziej nadaje do naklejenia na murze niz do trzymania w reku. Nazywalo sie to skromnie, bez dodatku, bez blizszego okreslenia - Wiadomosci. Przy okazji ich trzydziestolecia nazwalem je "Wiadomosciami bezprzymiotnikowymi" i ta nazwa sie przyjela ilekroc ktos chce odroznic ostatnia inkarnacje od dwu poprzednich.
Wstepny naklad Wiadomosci byl ograniczony przez tylko czesciowo zluzniona reglamentacje papieru do tysiaca siedmiuset egzemplarzy. By go powiekszyc Grydzewski wysylal matryce kazdego numeru z Anglii do Belgii i stamtad sprowadzal dodatkowe egzemplarze. Nie bylo teraz wydawcow I. Lindenfelda i M. Kohna, tworcow firmy wydawniczej M. I. Kolin, ktorzy zaryzykowali finansowanie Wiadomosci Polskich. Ich nowe wcielenie bylo osobistym ryzykiem redaktora. Wiele razy wygladalo na to, ze ryzyko skonczy sie bankructwem. Kilkakroc bez uprzedzenia i podziekowania Grydzewski skreslil mi z rachunku zalegle symboliczne naleznosci autorskie (przypuszczam, ze nie bylem specjalnie wyrozniona ofiara tej praktyki). Ale jego samozaparciem sie i uporem pismo przetrwalo prawie cwierc wieku, juz dwa razy tak dlugo jak oba jego wczesniejsze wcielenia. I przezylo swego zalozyciela.
Nalezy ono do skladu diaspory polskiej, stanowi element jej duchowego pejzazu. Prosi o podobna diagnoze socjologiczna, jaka Wiadomosciom Literackim postawil Jerzy Stempowski. Ale to wymaga jego olimpijskiego spokoju i dystansu czasowego. (5)
Jedno juz dzis jest niewatpliwe. Smierc Grydzewskiego zamknela
nie tylko jego wyjatkowo natezone zycie, ale i swiat, ktory go
wydal. Zal po nim miesza sie z zalem po zjawisku, ktore w
naszych oczach przestaje, juz przestalo istniec, choc przez
setki, a zwlaszcza przez ostatnie dziesiatki lat wystawialo
kulturze polskiej tryumfalne swiadectwo mocy przyciagajacej i
przyswajajacej. Mieczyslaw Jerzy Grydzewski (wczesniej
Grycendler, jeszcze dawniej, w poprzedzajacych go pokoleniach,
Gruetzhaendler) - byl pewnie ostatnim Polakiem i ostatnim
tworca kulturalnym tego stempla, tej miary i tej zaslugi.
Luty 1970
Kultura, 4/271, Instytut Literacki, Paryz 1970
Podobnie "paryska" Kultura utozsamiana jest z osoba jej Redaktora Jerzego Giedroyca.
XXX-lecie "Wiadomosci". Zebral Tymon Terlecki. Nakladem "Wiadomosci", OPiM, Londyn 1957. str. 202.
ONR - Oboz Narodowo-Radykalny, wzorowana na wloskim faszyzmie organizacja zalozona w 1934 roku przez Jana Mosdorfa; jej pozniejszy odlam ONR-Falanga, kierowany przez Boleslawa Piaseckiego byl juz czysto faszystowski.
OZN (tzw. "Ozon") - Oboz Zjednoczenia Narodowego, prawicowa organizacja sanacyjna zalozona w lutym 1937 przez plk. Adama Koca.
Por. np.:
Rafal Habelski , Niezlomni nieprzejednani. Emigracyjne "Wiadomosci" i ich krag 1940-1981. PIW, Warszawa 1991.
"Wiadomosci" i okolice. Szkice i wspomnienia. Tom 1-2. Red. Miroslaw A. Supruniuk. Uniwersytet Mikolaja Kopernika, Torun, 1996.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||