DZIEŃ ŻOŁNIERZA





KRZYSZTOF SEWERYN EHRLICH



     Nad zaśnieżonym, płaskim, smutnym polem szaleje wichura. Drzewka, ocalałe przed drapieżną piłą kostniejącego z zimna wojska, uginają się pod czapami śniegu. Czarne niebo wisi ciężko nad lepianką.

     Glinianą chatkę, wesoło bieloną, osypano ziemią niemal aż po dach. W chatce gnieździ się izba chorych. Leży zapas biednych, topniejących lekarstw. Mieszkają stłoczeni, jak śledzie w słoiku, panowie dygnitarze sanitarni pułku i szara łapiduchowa brać.

     W małej klitce są piętrowe prycze zbite jesienią z poodrywanych od płotów desek. Na jednym pięterku spec od płuc, na drugim od zębów. Na jednym parterze żołnierz z żoną - cóż miał biedak począć? Przyjechała z Sybiru i jest. Jest spokojna, uśmiechnięta i grzeczna, gryzie słonecznikowe pestki i szyje rękawice z rzadziutkich baranich skórek. Na drugim parterze miota się niespokojnie spec od niemowląt, obrazków i wyszkolenia służby zdrowia.

     Zimno. Żołnierz na pół otwiera oczy. Ciemno. Nieokreślone bliżej uczucie nie pozwala zasnąć. W półdrzemce coś się stanie.

     Stało się. Trębacz gra pobudkę.

     Żołnierz zamyka mocno oczy. Chwyta z uporem ostatnie minuty ciepła.

     Szarpnięte drzwi niemal wypadają z zawiasów. Pan dowódca kompanii przez szczelinę wsadza szpakowatą, pomierzwioną głowę. Zapina guziki opadających spodni. Krzywi się.

     - Panowie śpią jeszcze? Już szósta !

     Panowie patrzą na pana dowódcę z pogardliwym pobłażaniem młodości i siły dla gderliwego i dokuczliwego okresu męskiego przekwitania.

     Pan dowódca, por. Orzełek, wycofuje głowę z dumnym poczuciem spełnionego obowiązku i ucieka pod własny gliniany piecyk. Kobieta chowa się starannie pod koce. Żołnierze wyłażą w ciemność.

     Spec od wyszkolenia zapala kaganek - bawełniany warkoczyk w saratowskiej wazelinie. Ubiera się z nerwowym pośpiechem - trzeba jak najprędzej ogrzać własnym ciepłem fufajkowe portki, brezentowe buty i caly komplet pośrednich łachmanów, które otulają, jak listki cebuli, suche i długie ciało.

     Przed wyjściem za drzwi trzeba opanować codziennie na nowo odrobinę nerwowego drżenia - mróz chwyci płuca rozżarzonymi kleszczami.

     A potem skok.

     Przez zaśnieżone, garbate podwórko brnie pan porucznik do stajni. Stajnia to jest pierwsza troska. Od samopoczucia koni zależy życie.

     Koniuch melduje się z szykiem. Za plecami dławi paluchami niedopaloną machorkową trąbkę.

     Trzymają się konie. Mają swoistą odporność na zimno, a do głodu przywykły od dziecka. Chwalą sobie pieszczotliwą troskę polskiego żołnierza.

     Pan porucznik patrzy ze wzruszeniem na pękate kłęby wałacha - deresza. Przed tygodniem ukradli go sąsiedzi. Strzelec Żemojdzin znalazł ślad. Złodzieje chcieli wytłumaczyć, że to ich własny koń. Pokazali klacz tej samej maści. Pan porucznik jest stary kanonier, zajrzał gdzie trzeba, wyśmiał oszustów szydliwie i pomału, a deresza zabrał w tryumfie do domu.

     Ze stajni idzie się wąską ścieżyną przez zaspy śniegowe do stołówki "Wojentorgu". Marsz wymaga przemyślanego systemu ruchów. Trzeba oddychać wolno i oszczędnie, stawiać nogi świadomie i pewnie, patrzeć przed siebie i milczeć. Przełamanie którejkolwiek z zasad grozi utonięciem - jak w rzece.

     W stołówce pływają w talerzu szare, obłe kluskowe glisty. Smutne kółka tłuszczu tłuka się od brzegu do brzegu. Je się w płaszczu, z głową nisko nad talerzem. Tylko zdjęta barania bermyca i rękawiczki zwisające z szyi na sznurowadle od trzewików, są ukłonem w stronę kultury.

     Do domu wraca się raźniej. Bulgoce w żołądku połknięta zupka.

     Wichura opadła. Przedarło się słońce. Pola gładkie. Można iść do pracy.

     Kompania przedstawia się nieźle. Brak tylko czternastu. To są ci, na których dzisiaj kolej, aby siedzieć bez butów w ziemiance i strugać zmarznięte kartofle. Butów jest mniej niż ludzi. Reszta czeka w wyciągniętym szyku na program dnia.

     Pan porucznik układa program sam. Nie ma książek. Nie ma instrukcji. Trzeba z pamięci odtwarzać szczegóły przerabianej ongi musztry. Wątpliwości rozstrzyga zbierany dorywczo parlament kaprali.

     Wojsko idzie z marsowym tupotem. Z piosenką. Wygania na łąki nieśmiertelna Kasia nieśmiertelne wołki.

     Rozkłada się nosze i składa, skacze i biega. Mróz zelżał. Pięknie jest żyć.

     Po czym bierze się zużyty bandaż i uczy jak i kiedy go zakładać. Żołnierze słuchają uważnie. Żołnierze są chętni. Chcą umieć. Każdy opatrunek ma dziś dla nich szczególna wymowę. Rękawiczka na dłoń odmrożoną, ustalenie kości, opanowanie krwotoku. Widzieli to wszystko w twardej szkole nieporządnej wojny, w zapomnianych północnych obozach, gdzie ani bandaża nie było ani pomocy. Chcą wiedzieć. Chcą umieć.

     Instruktor rozwija i zwija. Rozładowuje zmęczenie i głód w kosmatych powiedzonkach. Praca idzie.

     Obiad wyraźnie podnosi samopoczucie. W zupie po dwie kostki baraniego ścierwa. Łój na ryżu nie zdążył stężeć. Do herbaty aż dwa cukierki !

     Porucznik rozkłada na stole w pustym ambulansie papiery i obrazki. Zapomina o mrozie i wojnie. Przypatruje się z czułym uśmiechem bocianom, które na pięknie złoconej miniaturce uciekają z oblężonej Akwilei.

     Za ścianą kolega wykłada cierpliwie o dobrodziejstwach nalewki jodowej. Naczelny lekarz w drugiej komórce niespokojnie biega z kąta w kąt. W nerwowej szczupłej głowie nawarstwia w pośpiechu dostojne myśli na następny wykład: o zadaniach sanitariusza. Porucznik zaciąga się dymem zielonej samosiejki - szklaneczka piętnaście rubli - i wraca do swoich obrazków.

     Struga mrozu uderza od drzwi. Wśród kłębów pary wchodzi do izdebki procesja ludzkich sopli. Podchorążowie przynieśli kolegę, który na strzelnicy zamarzł. Z wąsów zwisają stalaktyty lodu aż po wytarty kołnierz. Wiśniowe uszy i przekrwione oczy.

     Chory jest blady i kruchy jak figurka z porcelany. Biegną długie, cierpliwe godziny upartego ratowania. Plastry śniegu topnieją niechętnie na stężałych członkach.

     Wreszcie wolniutko życie powraca delikatnym zmęczonym westchnieniem i nieśmiało różową mgiełką zmartwychwstających naczyń. O jedną ofiarę mniej.

     Najgorsza jest szara godzina. Uciec nie można przed jej ciężkim smętkiem, ani go oszukać. Chwyta za gardło i dławi. Ludzie bliscy a tacy dalecy, zagubieni w niewiadomych śniegach lub ginący w nieznanych obozach, przychodzą jak duchy na dziady po swoją kruszynę pamięci.

     Żołnierz patrzy bezradnie przez okno. Jeży się serce. Zza drutów kolczastych niewoli weszło się w mundur, aby walczyć. Droga jest jedna. Rozkaz jest jasny.

     Za drzwiami stękanie i łomot : jakby nagle wszedł do chaty niedźwiedź. Dźwięki są gwałtowne, lecz nie niespodziane - frajter Hojdysz i strzelec Truszkowski składają w sieni całodzienny trud: popiłowane drobiazgowo klocki przywiezionego z Idołgi drewna.

     Wieczór jest przytulny i wesoły. Sierżant uderza w powałę bohaterskim tenorem. Podchorąży marzy o kolejnym złocistym warkoczu. W izbie sucho. Pochowały się szczypawki. Żarzy się czerwona rozedrgana ściana zardzewiałego piecyka.

     Pięknie jest żyć.

     Na nawołżańskich zmarzniętych łęgach krzepnie i wzrasta pierwszy kiełek odradzającego się polskiego wojska.

     Jest zima 1941/1942 - siwa, groźna zima, jak w roku 1812.


Wiadomości 27/66
Londyn, 6 lipca 1947




Nota biograficzna: Autor, w tym wspomnieniu "spec od niemowląt, obrazków i wyszkolenia służby zdrowia," był lekarzem w Wojsku Polskim w ZSSR (gen. Andersa). Szczegóły o Krzysztofie Sewerynie Ehrlichu można znaleźć w nocie pod tekstem "Biblioteka Assurbanipala" w Zwojach Polskich 1/1997.  (AMK)








Copyright © 1997-2007 Zwoje