
Nad zasniezonym, plaskim, smutnym polem szaleje wichura. Drzewka, ocalale przed drapiezna pila kostniejacego z zimna wojska, uginaja sie pod czapami sniegu. Czarne niebo wisi ciezko nad lepianka.
Gliniana chatke, wesolo bielona, osypano ziemia niemal az po dach. W chatce gniezdzi sie izba chorych. Lezy zapas biednych, topniejacych lekarstw. Mieszkaja stloczeni, jak sledzie w sloiku, panowie dygnitarze sanitarni pulku i szara lapiduchowa brac.
W malej klitce sa pietrowe prycze zbite jesienia z poodrywanych od plotow desek. Na jednym pieterku spec od pluc, na drugim od zebow. Na jednym parterze zolnierz z zona - coz mial biedak poczac? Przyjechala z Sybiru i jest. Jest spokojna, usmiechnieta i grzeczna, gryzie slonecznikowe pestki i szyje rekawice z rzadziutkich baranich skorek. Na drugim parterze miota sie niespokojnie spec od niemowlat, obrazkow i wyszkolenia sluzby zdrowia.
Zimno. Zolnierz na pol otwiera oczy. Ciemno. Nieokreslone blizej uczucie nie pozwala zasnac. W poldrzemce cos sie stanie.
Stalo sie. Trebacz gra pobudke.
Zolnierz zamyka mocno oczy. Chwyta z uporem ostatnie minuty ciepla.
Szarpniete drzwi niemal wypadaja z zawiasow. Pan dowodca kompanii przez szczeline wsadza szpakowata, pomierzwiona glowe. Zapina guziki opadajacych spodni. Krzywi sie.
- Panowie spia jeszcze? Juz szosta !
Panowie patrza na pana dowodce z pogardliwym poblazaniem mlodosci i sily dla gderliwego i dokuczliwego okresu meskiego przekwitania.
Pan dowodca, por. Orzelek, wycofuje glowe z dumnym poczuciem spelnionego obowiazku i ucieka pod wlasny gliniany piecyk. Kobieta chowa sie starannie pod koce. Zolnierze wylaza w ciemnosc.
Spec od wyszkolenia zapala kaganek - bawelniany warkoczyk w saratowskiej wazelinie. Ubiera sie z nerwowym pospiechem - trzeba jak najpredzej ogrzac wlasnym cieplem fufajkowe portki, brezentowe buty i caly komplet posrednich lachmanow, ktore otulaja, jak listki cebuli, suche i dlugie cialo.
Przed wyjsciem za drzwi trzeba opanowac codziennie na nowo odrobine nerwowego drzenia - mroz chwyci pluca rozzarzonymi kleszczami.
A potem skok.
Przez zasniezone, garbate podworko brnie pan porucznik do stajni. Stajnia to jest pierwsza troska. Od samopoczucia koni zalezy zycie.
Koniuch melduje sie z szykiem. Za plecami dlawi paluchami niedopalona machorkowa trabke.
Trzymaja sie konie. Maja swoista odpornosc na zimno, a do glodu przywykly od dziecka. Chwala sobie pieszczotliwa troske polskiego zolnierza.
Pan porucznik patrzy ze wzruszeniem na pekate kleby walacha - deresza. Przed tygodniem ukradli go sasiedzi. Strzelec Zemojdzin znalazl slad. Zlodzieje chcieli wytlumaczyc, ze to ich wlasny kon. Pokazali klacz tej samej masci. Pan porucznik jest stary kanonier, zajrzal gdzie trzeba, wysmial oszustow szydliwie i pomalu, a deresza zabral w tryumfie do domu.
Ze stajni idzie sie waska sciezyna przez zaspy sniegowe do stolowki "Wojentorgu". Marsz wymaga przemyslanego systemu ruchow. Trzeba oddychac wolno i oszczednie, stawiac nogi swiadomie i pewnie, patrzec przed siebie i milczec. Przelamanie ktorejkolwiek z zasad grozi utonieciem - jak w rzece.
W stolowce plywaja w talerzu szare, oble kluskowe glisty. Smutne kolka tluszczu tluka sie od brzegu do brzegu. Je sie w plaszczu, z glowa nisko nad talerzem. Tylko zdjeta barania bermyca i rekawiczki zwisajace z szyi na sznurowadle od trzewikow, sa uklonem w strone kultury.
Do domu wraca sie razniej. Bulgoce w zoladku polknieta zupka.
Wichura opadla. Przedarlo sie slonce. Pola gladkie. Mozna isc do pracy.
Kompania przedstawia sie niezle. Brak tylko czternastu. To sa ci, na ktorych dzisiaj kolej, aby siedziec bez butow w ziemiance i strugac zmarzniete kartofle. Butow jest mniej niz ludzi. Reszta czeka w wyciagnietym szyku na program dnia.
Pan porucznik uklada program sam. Nie ma ksiazek. Nie ma instrukcji. Trzeba z pamieci odtwarzac szczegoly przerabianej ongi musztry. Watpliwosci rozstrzyga zbierany dorywczo parlament kaprali.
Wojsko idzie z marsowym tupotem. Z piosenka. Wygania na laki niesmiertelna Kasia niesmiertelne wolki.
Rozklada sie nosze i sklada, skacze i biega. Mroz zelzal. Pieknie jest zyc.
Po czym bierze sie zuzyty bandaz i uczy jak i kiedy go zakladac. Zolnierze sluchaja uwaznie. Zolnierze sa chetni. Chca umiec. Kazdy opatrunek ma dzis dla nich szczegolna wymowe. Rekawiczka na dlon odmrozona, ustalenie kosci, opanowanie krwotoku. Widzieli to wszystko w twardej szkole nieporzadnej wojny, w zapomnianych polnocnych obozach, gdzie ani bandaza nie bylo ani pomocy. Chca wiedziec. Chca umiec.
Instruktor rozwija i zwija. Rozladowuje zmeczenie i glod w kosmatych powiedzonkach. Praca idzie.
Obiad wyraznie podnosi samopoczucie. W zupie po dwie kostki baraniego scierwa. Loj na ryzu nie zdazyl stezec. Do herbaty az dwa cukierki !
Porucznik rozklada na stole w pustym ambulansie papiery i obrazki. Zapomina o mrozie i wojnie. Przypatruje sie z czulym usmiechem bocianom, ktore na pieknie zloconej miniaturce uciekaja z oblezonej Akwilei.
Za sciana kolega wyklada cierpliwie o dobrodziejstwach nalewki jodowej. Naczelny lekarz w drugiej komorce niespokojnie biega z kata w kat. W nerwowej szczuplej glowie nawarstwia w pospiechu dostojne mysli na nastepny wyklad: o zadaniach sanitariusza. Porucznik zaciaga sie dymem zielonej samosiejki - szklaneczka pietnascie rubli - i wraca do swoich obrazkow.
Struga mrozu uderza od drzwi. Wsrod klebow pary wchodzi do izdebki procesja ludzkich sopli. Podchorazowie przyniesli kolege, ktory na strzelnicy zamarzl. Z wasow zwisaja stalaktyty lodu az po wytarty kolnierz. Wisniowe uszy i przekrwione oczy.
Chory jest blady i kruchy jak figurka z porcelany. Biegna dlugie, cierpliwe godziny upartego ratowania. Plastry sniegu topnieja niechetnie na stezalych czlonkach.
Wreszcie wolniutko zycie powraca delikatnym zmeczonym westchnieniem i niesmialo rozowa mgielka zmartwychwstajacych naczyn. O jedna ofiare mniej.
Najgorsza jest szara godzina. Uciec nie mozna przed jej ciezkim smetkiem, ani go oszukac. Chwyta za gardlo i dlawi. Ludzie bliscy a tacy dalecy, zagubieni w niewiadomych sniegach lub ginacy w nieznanych obozach, przychodza jak duchy na dziady po swoja kruszyne pamieci.
Zolnierz patrzy bezradnie przez okno. Jezy sie serce. Zza drutow kolczastych niewoli weszlo sie w mundur, aby walczyc. Droga jest jedna. Rozkaz jest jasny.
Za drzwiami stekanie i lomot : jakby nagle wszedl do chaty niedzwiedz. Dzwieki sa gwaltowne, lecz nie niespodziane - frajter Hojdysz i strzelec Truszkowski skladaja w sieni calodzienny trud: popilowane drobiazgowo klocki przywiezionego z Idolgi drewna.
Wieczor jest przytulny i wesoly. Sierzant uderza w powale bohaterskim tenorem. Podchorazy marzy o kolejnym zlocistym warkoczu. W izbie sucho. Pochowaly sie szczypawki. Zarzy sie czerwona rozedrgana sciana zardzewialego piecyka.
Pieknie jest zyc.
Na nawolzanskich zmarznietych legach krzepnie i wzrasta pierwszy kielek odradzajacego sie polskiego wojska.
Jest zima 1941/1942 - siwa, grozna zima, jak w roku 1812.
Wiadomosci 27/66
Londyn, 6 lipca 1947
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||