
Pan z Litwy, i po polsku? nie pojmuję wcale -
Ja myślałem, że na Litwie to wszystko Moskale.
O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach...
Adam Mickiewicz: Dziady, cz. III
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem 1997 na całej Wileńszczyźnie padał obficie śnieg. Białe wiechcie przemalowały krajobraz, zasypały drogi, upiększyły drzewa, a gdzie jeśli nie w lesie jest wtenczas najpiękniej.
- "Pojadę do Podborza przez puszczę" - postanowiłem.
Podborze - stara szlachecka osada na trakcie Wilno - Kraków, znajdująca się koło puszczy, a w niej ludzie, którzy mimo ciągłej rotacji władz, trzymają się swego, czyli żyją według starych obyczajów polskich, idealizując wszystko co polskie. Co prawda fala nieuczciwych dorobkiewiczów i cwaniaków z "wolnej Polski" ostudziła nieco naiwny wieśniaczy idealizm, ale przekonań nie zmieniła. Rzecz jasna, uczucie goryczy po spotkaniu z niektórymi "rodakami" zostaje, szczególnie wtedy gdy ten i ów chełpliwy "luminarz Zachodu" podświadomie okazuje swoją, zresztą niczym nie uzasadnioną, wyższość.
Dziwią się niektórzy, że lud podwileński rozmawia po polsku. Dla nich jest to przyjemną niespodzianką, a u nas wywołuje uczucie jakiegoś niepojętego smutku. Tak wygląda, że w Polsce nie zdają sobie sprawy, że to od nas szło polskie słowo, nawet do Warszawy. To nasi ziomkowie - Mickiewicz, Słowacki, Syrokomla w wieku ubiegłym, a także Konwicki i Miłosz w obecnym stuleciu, chociaż mieszkający poza Wileńszczyzną, nieśli w świat nasze słowo podwileńskie. Było i jest wielu innych, urodzonych lub wychowanych na Wileńszczyźnie, złotymi literami wpisanych do naszej historii i kultury narodowej, którzy nie mogli w swoich utworach pominąć swej pięknej ojczyzny, która obficie obdarowała Polskę wielkimi Polakami.
W moim życiu zwiedziłem prawie wszystkie kraje europejskie, byłem w Ameryce i Azji, ale tak zielonego miasta, jak Wilno nie widziałem nigdzie. Wilno znajduje się w dolinie, zewsząd otoczonej niewielkimi górami. Dalej zaczyna się las, zrazu liściasty, stopniowo przechodzący w sosnowe bory. Sama Puszcza Rudnicka rozpoczyna się w 20 km od Wilna i ciągnie się nieprzerwanie ponad 40 km, a dalej przechodzi w inną puszczę, Orańską.
Mimo, że śniegu jest sporo, postanowiłem jechać samochodem. Do niedawna puszczę przecinały nieliczne, wąskie drogi, lekko wyjeżdżone wozami konnymi, ale w ciągu ostatnich kilku lat, na przełaj przez lasy, w niektórych miejscach został odnowiony stary trakt historyczny, którym jeździli nawet Królowie Rzeczypospolitej. Co prawda trakt jest zwyczajną żwirowaną, miejscami wyboistą drogą, ale daje szansę przedostania się przez puszczę. Z obu stron drogi przemykają ogromne ściany świerków, ozdobionych białymi czapami śniegu. Od czasu do czasu olśniewające swiatło zaśnieżonego pola zmusza przymrużać oczy. Im dalej od miasta, tym samochodów mniej.
W odległości 25 km od Wilna przejeżdżam most na Mereczance i wjeżdżam do Jaszun. Jaszuny - kto poza granicami Litwy zna te wioskę? Bardzo niewielu. Znana od 1402 roku, dzięki wspomnieniom starych kronik krzyżackich, z dawnych czasów przyciągała uwagę. Przewinęło się przez nią więcej słynnych ludzi, niż przez taką, na przykład, Bydgoszcz, nie mówiąc o jakichś zwyczajnych wsiach. W roku 1650 Janusz Radziwiłł, brat stryjeczny Bogusława, który w kilka lat później obiecał w Kiejdanach oddać Litwę pod panowanie królowi Szwecji Karolowi Gustawowi, zastawił Jaszuny u magnata Karola Ogińskiego i przez kilka lat panowała tu ta inna słynna familia, zanim Radziwiłłowie nie odkupili Jaszun ponownie.
Książę Michał Radziwiłł, ten nazwisko którego jest zapisane na Arc de Triomphe w Paryżu, przyjmował w Jaszunach wielu słynnych gości, a przede wszystkim Napoleona Buonaparte, który spędził tu kilkanaście dni. Dominik Radziwiłł, brat Michała, sprzedał później posiadłość rodzinie Balińskich. Stąd centralnym obiektem Jaszun jest Pałac Balińskich według projektu słynnego architekta wileńskiego Jana Podczaszyńskiego.
Teraz wokół pałacu leży śnieg, ale chętnie wychodzę z samochodu i przez kilka minut spaceruję wokół pięknego neoklasycystycznego obiektu, położonego w cudownym parku w stylu angielskim; co prawda park jest dosyć zaniedbany. Ale któż to miał utrzymywać porządek?! Przecież za Sowietów w pałacu mieściło sie kierownictwo sowchozu (gospodarstwo bardziej upaństwowione niż kołchoz). Obecnie pałac należy do samorządu, który za 250,000 USD chce ten pałac oddać w dzierżawę na 99 lat ! Co prawda, by doprowadzić do porządku ów pałac i odnowić piękne freski, podłogi itp, trzeba będzie dodać jeszcze conajmniej tyle. Pozłacane ornamenty też wymagają opieki.
Mało kto wie, że w tym pałacu mieszkał słynny polski historyk Michał Baliński (najbardziej znane jego dzieła to Historia Wilna oraz Starożytna Polska). Tutaj często przyjeżdżał Joachim Lelewel, tutaj powstała idea założenia tzw. "Towarzystwa Szubrawców." Dochodzę do niewielkiego cmetarzyka, otoczonego kamienną ścianą pośród zczerniałych starych klonów i topoli. Widzę kilkanaście nagrobków, a pośród nich nagrobek Jana Balińskiego - wybitnego naukowca - lekarza, założyciela pierwszej Katedry Psychiatrii w Rosji, który pracował w Petersburgu, ale na starość powrócił w strony ojczyste. Dalej widzę nagrobek Jana Śniadeckiego, który był zięciem córki Michała Balińskiego. W Jaszunach analizował on dane astronomiczne, poświęcał się matematyce, przygotowywał tezy reformy szkolnictwa na prośbę Księcia Adama Czartoryskiego, z którym był w dobrych, przyjacielskich stosunkach. To tutaj, w Jaszunach, powstały takie nazwy, jak iloczyn, iloraz, ilomian, wielomian itd, a w pewnym stopniu i większość słów polskiej terminologii naukowej. W Jaszunach często bywał także jego brat, Jędrzej Śniadecki, tutaj rodziły się i jego naukowe idee. Pałac był miejscem spotkań wybitnej inteligencji. Tu często bywał Adam Mickiewicz i jego przyjaciel Tomasz Zan. Po drodze do swoich posiadłości w Jundziliszkach i Podborzu, przez Jaszuny jeździł słynny biolog i botanik Stanisław Jundziłł, odwiedzając oczywiście sąsiada Balińskiego. Często w Jaszunach bywał Ignacy Domeyko, młody wówczas znawca minerałów, należący do Filomatów. Juliusz Słowacki przyjeżdżał do Jaszun nie tylko oficjalnie, ale także po kryjomu do córki Śniadeckiego, w której był zakochany i której poświęcał swoje pierwsze romantyczne wiersze. Dopiero po upadku Powstania Styczniowego w 1864, gdy klęska zmusiła wielu do ucieczki za granicę, znaczenie Jaszun zaczęło się zmniejszać.
Zamknięcie kosciółka przez władze carskie jeszcze bardziej pogorszyło sytuację duchową. Niewielki kościółek z XVI wieku, przebudowany z protestanckiej światyni na kościół katolicki w XVIII wieku, został w 1997 roku ładnie odnowiony dzięki pomocy samorządu rejonu Sołecznickiego, w którym dominują Polacy - mimo że jego "samorządność" jest ograniczona, a do tego jest dość biedny.
Wracam do samochodu, z przyjemnością włączam "pieckę" oraz całodobowe radio "Znad Wilii," które nadaje po polsku z Wilna i swoim stylem nieco przypomina warszawskie "Radio Zet." Pod akompaniament ostatnich przebojów wyjeżdżam z Jaszun i jadę dalej przez puszczę.
Puszcza Rudnicka była jednym z najbardziej ulubionych miejsc polowań Książąt Litewskich i Królów Polski. Trzebież lasu była zabroniona w ciągu kilku wieków. Dopiero Władysław IV w roku 1636 nakazał wprowadzić tak zwana "puszczową ordynację" i puszcza była podzielona na 84 ostępy i 4 leśnictwa. W tamtych odległych czasach puszcza przechodziła jednym ciągiem w inne puszcze, aż do Białowieży i dalej. Rzeczywiście, "na Litwie myśliwiec niby okręt na morzu, gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu !". Jeszcze Książe Witołd rozkazał by utrzymywano "zwierzyniec królewski."
Jadę traktem, na który kiedyś wyjeżdżały watahy rozbójników. Wiele opowiadań z pokolenia na pokolenie widocznie skłoniło Adama Mickiewicza do napisania Powrotu taty. Gęste knieje po trzęsawiskach, które gwarowo nazywają się "rojstami", na szczęście podmarzły, jedynie ruczajki, które nie zdążyły zamarznąć, ciemnieją spod zaśnieżonych krzaków. W tych miejscach w 1640 roku, zbóje napadli na wybitnego holenderskiego malarza Pietera Dankertsa, który był nadwornym malarzem królewskim. Malarz po dwóch dniach skonał, ale przed śmiercią zdążył narysować wizerunki bandytów, których wkrótce ujęto i natychmiast stracono. Teraz o napadach głośno w miastach, a w lasach zimą panuje błogosławiona cisza, czasem tylko słychać werbel dzięcioła, lub jak jakiś sęk pęka pod ciężarem śniegu.
Niedaleko wsi Rudniki (gdzie kiedyś przetapiano rudę żelaza), królowa Bona i Zygmunt Stary kazali zbudować kościół. W 1655 roku kościół ów, jak i całą wieś, spalili Moskale, ale później wszystko odbudowano. Zygmunt August również lubił polować w okolicznych lasach, tymbardziej, że z Wilna było niedaleko. W Rudnikach była namaszczana i przygotowywana do pochówku królowa Barbara Radziwiłłówna, przewieziona z Korony, zanim w Wilnie wyszykowano jej miejsce w Katedrze. W Katedrze miedzy innymi zostały pochowane "Cor et viscera" króła Władysława IV. W Puszczy Rudnickiej często polował Prezydent II Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki; z jego polecenia wybudowano piętrowy dom myśliwski.
Wjeżdżam do Rudnik - zapadłej wsi, z rzędami domków, nie wyróżniających się bogactwem; chyba podobnie wieś wyglądała przed stu laty. Prawie wszyscy mieszkańcy to Polacy. Są potomkami ludzi, którzy wspierali powstańców z Powstań Listopadowego, a potem Styczniowego. Tutaj urodził się jeden z przywódców powstania 1863 roku Franciszek Dalewski. Przejeżdżam most na Mereczance. Widzę drewnianą tablicę na wyrzeźbionych slupach. Po litewsku przypomina, że tutaj miało miejsce kilka bitew powstańców z wojskiem carskim. Niestety napis tylko po litewsku. Ludwik Narbutt, który stoczył koło Rudnik 9 marca 1863 udaną bitwę z piechotą i kozakami carskimi, gdyby teraz zechciał przeczytać tę tablicę, nic by z niej nie zrozumiał, tak jak i wielu miejscowych ludzi, którzy dopiero od kilku lat usiłują wyuczyć się ciężkiego języka litewskiego, którym tutaj nikt nigdy się nie posługiwał, a który należy do osobnej bałtyckiej grupy językowej, bardziej zbliżonej do sanskrytu, niż do innych języków, a teraz jest językiem państwowym. W październiku 1863 miała tu miejsce kolejna bitwa pod dowództwem Gustawa Czechowicza, co prawda mniej pomyślna.
Podczas II wojny światowej wieś byla podporą AK. Las i okolice były kontrolowane, oficerowie nocowali na plebanii. Po wojnie, Sowieci urządzili w Puszczy Rudnickiej poligon, a koszary stały niedaleko Rudnik, co spowodowało, że wielu żołnierzy sowieckich żeniło się z miejscowymi Polkami.
- "Tfu,wstyd i hańba" - mawiał stary Wojtkiewicz, były AK-owiec, syn żołnierza z wojny bolszewickiej - - "baby zrobiły to, czego ani bolszewik, ani Niemiec uzbrojeni nie potrafili. Tyleż, panie, teraz tu kacapów (czyli Moskali) narodziło się, że aż strach bierze."
Z Rudnik wyjeżdżam wzdłuż ogromnych sosen. Po kilkunastu kilometrach widzę pola i pagórki wsi Stare Macele. Te pagórki, to kurhany z IX-XI wieków, a dalej niewielki cmentarzyk, na którym pochowano 15 żołnierzy rosyjskich, którzy zginęli w bitwie z wojskiem carskim, po przejściu części wojska ruskiego na stronę powstańców. Tutaj zginął dowódca tych żołnierzy, porucznik Arbuzow, ale jest on pochowany nie tutaj, lecz na cmentarzu na Rossie w Wilnie.
Minąłem Stare Macele, droga staje się coraz węższa i nierówna, teraz tylko lasy i lasy. Wydawałoby się, że w tych lasach, gdzie drogi są zasypane śniegiem, zwały starych drzew utrudniają jazdę nawet traktorem, na wiosnę roztopy ograniczają wjazd, zaś jesienią deszcze rozmywają drogi, a trzęsawiska stają się szczególnie groźne, nikt nie mieszka. Ale nie ! Ludzie jeszcze tam mieszkają, chociaż tych "ostatnich Mohikanów" nie ma już wielu. Nie ma elektryczności, do lekarza jedzie się tylko wtedy, gdy od razu trzeba kłaść się na stół operacyjny.
W puszczy, w miejscu, gdzie w promieniu ponad 10 km nie ma żywej duszy, a do Wilna 70 km, mieszkała moja ciotka z wujkiem. Niestety ciężko zachorowala i zmarła, a po jej śmierci wujek postanowił przenieść się bliżej ludzi. Jeszcze, wydaje się, tak niedawno opowiadałem im o różnych nowych cudach: mikrofalówce i komputerze, telefonie komórkowym i wielu innych dziwnych rzeczach. Kiedyś, gdy byłem uczniem, opowiadałem z dumą, że żułem amerykańską gumę do żucia, która - mówiłem - w żuciu jest podobna nieco do wosku z kitem, a samo słowo "Ameryka" brzmiało dla nas tajemniczo, jak baśń z Tysiąca i jednej nocy.
Podjeżdżam w kierunku tak mi bliskiego, ale teraz już pustego domu. Wychodzę z samochodu. Kilkanaście minut spacerkiem po niewielkich jeszcze zaspach, czyli hurbach - jak u nas mówią - i wychodzę na polanę. Mały domek stoi cicho i smętnie, żaden pies nie szczeka, pochylone ule jeszcze przypominają, że ktoś tu gospodarował. Żadnego śladu, tylko rzeka Wisińcza, o kilka kroków od małej, ale jeszcze mocnej łaźni, roztacza powolne wiry. Kiedyś tu, małym chłopcem, boso biegałem na ryby i grzybobranie, kosiłem wysoką, jak nigdzie trawę, zmęczony łażeniem po matecznikach za zwierzyną, rzucałem się do stogu z sianem, by spać aż do rana. Szkoda tego zakątka, gdzie można było wzruszał się starymi obyczajami, teraz powoli zamierającymi, zaśpiewać starą, ale już niemodną pieśń ludową. Ale wszystko się toczy i czas również.
Wracam do samochodu, w zadumie jadę dalej. Jeszcze ciągle lasem, mijam miejsce, gdzie obozem stali niegdyś Filomaci, a dalej już tzw. Trakt Napoleoński i kilka weselszych lasków brzozowych. Pół godziny i jestem na obrzeżach puszczy. Przejeżdżam koło Popiszek, opisanych w Drodze do nikąd Józefa Mackiewicza i już w mroźnym powietrzu widzę rząd dymów. Podborze ! Wchodzę do domu, uderza mnie zapach świeżych kiełbas i pieczonych bułek, a więc niebawem Wigilia.
Siadam do stołu. Na duszy robi się weselej.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||