
U schyłku mojego życia spłynęło na mnie wiele honorów i zaszczytów. Szczególnie wysoko cenię sobie odznaczenie, jakim obdarzył mnie ostatnio Kraków, bo łączą mnie z królewskim miastem więzy głębokiego sentymentu.
Od najmłodszych lat polskie dzieje, poczynając od epoki Piastów, a kończąc na walkach o niepodległość, miały dla mnie zawsze jakiś zniewalający, romantyczny urok. Pożerałem powieści historyczne Kraszewskiego, Sienkiewicza i innych. Mocno utkwiła mi w pamięci opowieść o żółtej ciżemce znalezionej za głównym ołtarzem Kościoła Mariackiego. Pięć wieków temu spadł ten bucik z nogi jednemu z robotników ustawiających tryptyk Wita Stwosza.
Zaraz po maturze postanowiłem zwiedzić Kraków. Z dworca poszedłem prosto na Wawel. Przed każdym sarkofagiem, tablicą czy rzeźbą zagłębiałem się w przewodniku. W pewnej chwili zauważyłem, że przygląda mi się życzliwie jakiś starszy pan w pelerynie. Podszedł do mnie i powiedział: niech pan schowa ten przewodnik, ja pana oprowadzę. Już po chwili zorientowałem się, że towarzyszy mi niezwykły znawca wawelskiego sanktuarium. Zaintrygowało mnie mocno, gdy opowiadał mi, że oglądał otwarcie grobowca Stefana Batorego w obecności Księcia Metropolity Adama Sapiehy i przedstawicieli rodu Zamoyskich. Trumnę wypełniał szczelnie skamieniały chmiel, który miał własności wysuszające. Gdy chmiel usunięto, zwłoki króla ukazały się na chwilę w takiej postaci, w jakiej go pochowano. Nagłe uderzenie powietrza sprawiło, że na oczach świadków doczesne szczątki monarchy zamieniły się w popiół.
Po rozstaniu się z tajemniczym przewodnikiem postanowiłem dowiedzieć się za wszelką cenę, "kto zacz?". Wróciłem do katedry, gdzie strażnik skrabca powiedział mi, że oprowadzał mnie sam Profesor Adolf Bohusz-Szyszko, restaurator Wawelu.
Po kampanii wrześniowej udało mi się wraz z kilku innymi wyskoczyć pod Krakowem z pociągu towarowego wiozącego jeńców do obozów w Rzeszy. Schroniłem się w mieszkaniu Profesora Adama Kleczkowskiego i tam po raz pierwszy usłyszałem w głośniku radiowym słowa "Tu mówi Londyn." Przywróciły mi one chęć do życia i wiarę w zwycięstwo.
W latach okupacji odwiedzałem Kraków często, bo stał się bramą wypadową Akcji ?N? na Śląsk, skąd nasi ludzie rozprowadzali dywersyjną bibułę w języku niemieckim na całą Rzeszę. Zatrzymywałem się w domu serdecznego przyjaciela z lat akademickich w Poznaniu, Witolda Trąmpczyńskiego, przyszłego ministra w rządzie PRL. Nasze drogi rozeszły sie po wojnie.
Po raz drugi Kraków stał się dla mnie azylem po Powstaniu Warszawskim. Tym razem schronieniem było mieszkanie rodziców mojej żony, łączniczki "Grety" (Jadwigi Wolskiej) na Retoryka 15. Greta była wychowanką Gimnazjum Królowej Jadwigi i studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z tego miejsca wyruszyliśmy razem w ostatnią kurierską wyprawę, która miała nas zaprowadzić do Londynu. Żegnali nas ze łzami w oczach rodzice Grety. Ich syn, młodziutki, 18-letni Zbyszek, poległ we Wrześniu pod Kutnem. Starsza córka, Barbara - "Jula", żołnierz AK, poległa w Powstaniu Warszawskim [17 sierpnia 1944]. Zabierałem im teraz jedyne pozostałe przy życiu dziecko, ostatni skarb, jaki mieli. Po 24 latach samotności (bo ludzie bali się zadawać z teściem dyrektora Radia Wolna Europa) zmarli oboje w 1968 roku i pochowani zostali na Cmentarzu Rakowickim. Gdy odwiedziłem ich grób 11 listopada br. odkryłem ze wzruszeniem, że jest uprzątnięty, palą się na nim lampki, ktoś położył na płycie wielki bukiet białych kwiatów. Nieznanym opiekunom tą drogą przekazuję słowa podzięki.
Moje więzi z Krakowem nie uległy osłabieniu w ciągu 45 lat życia na obczyźnie. To z ulicy Wiślnej w Krakowie rozchodziło się światełko, które rozjaśniało mrok zalegający nad Polską. Zwłaszcza w latach stalinowskich dla tych z nas, którzy starali się na obczyźnie wyławiać każdy autentyczny głos z Polski, przebijający sie przez kurtynę kłamstwa, Tygodnik Powszechny stał się już nie oknem, ale wąską szczeliną, przez którą docierał z kraju powiew świeżego powietrza. W pewnym sensie pismo stało się częścią mego życia, bo czytałem je poczynając od pierwszego numeru jeszcze w Londynie, aż po dzień dzisiejszy. Między "Wolną Europą" a Tygodnikiem Powszechnym dochodziło czasem do sporów, ale różnice ocen nigdy nie osłabiły szacunku i podziwu dla heroizmu Jerzego Turowicza oraz jego załogi. Tygodnikowi Powszechnemu cenzura nie pozwalała na mówienie całej prawdy, ale pismo nigdy nie splamiło się kłamstwem.
Gdy w roku 1952 układałem program Rozgłośni Polskiej RWE wpadłem na pomysł nadawania w południe hejnału z Wieży Mariackiej, nagranego na taśmę. Przez 40 lat rozchodził się hejnał na Polskę równocześnie z Krakowa i Monachium, by świadczyć, że nasze serca biły tym samym rytmem, co krakowski zegar wydzwaniający dwunastą w południe. *)
Gdy we wrześniu 1989 znalazłem się znowu w Krakowie, nastrój był radosny, bo powstawał pierwszy suwerenny rząd odrodzonej Rzeczypospolitej, ale miasto było przesmutne. Patrzyłem na długie ogonki wybiedzonych ludzi przed pustymi sklepami, uderzająco mały w porównaniu z Zachodem ruch samochodowy. Na ulicach nie było ludzi po zapadnięciu zmroku. Zabytkowe budynki pokrywała brudna, ciemna sadza.
W ciągu ubiegłych ośmiu lat oglądałem niezwykłą metamorfozę tego miasta, którą ocenić może w pełni tylko ktoś z zewnątrz. Już po kilku latach Śródmieście nie różniło się niczym od jakiegoś Salzburga czy Insbrucku. Co mówię! Puls życia w Krakowie tętni o wiele mocniej niż w miastach zachodniej Europy. Nie ma większej przyjemności, jak usiąść późnym wieczorem w jednej z kawiarenek na Rynku, zajadać doskonałe lody i patrzeć na kolorowy tłum gromadzącej się tu młodzieży. Ten niebywały w swym tempie rozkwit Krakowa jest jednym z symptomów niepospolitej żywotności i ducha inicjatywy cechujących Polaków. Wrodzony dynamizm, wyzwolony w roku 1989 z ustroju nonsensu, wybuchnął z siłą nie oglądaną w żadnym innym kraju Europy Środkowo-Wschodniej. Jeśli obecny postęp rozwijać się będzie dalej w tym samym tempie, można oczekiwać, że rozkwit Śródmieścia rozszerzy się na przedmieścia, wciąż pogrążone w niedostatku.
Tu, w Krakowie, ostatnie lata życia spędził Eugeniusz Kwiatkowski, jeden z kilku prawdziwie wielkich ludzi, jakich w życiu spotkałem. Władze miasta pamiętały, by umieścić tablicę na kamienicy, w której mieszkał Kwiatkowski, skazany przez rządy PRL na banicję we własnym kraju.
Z Krakowem dnia dzisiejszego łączy mnie zainteresowanie kliniką Dr. Jerzego Armaty dla dzieci chorych na raka krwi. Nigdzie nie widziałem lekarzy tak przejętych i oddanych sprawie ratowania życia małych pacjentów.
Gdy przed kilku tygodniami obchodziłem w Krakowie Święto Niepodległości i patrzyłem na tłumy podążające na piechotę do wawelskiej katedry, pomyślałem, że Kraków stał się redutą walki o powrót autentycznego systemu wartości, wyrastającego z etosu naszej historii. Nie widać tu pozostałości złej pamięci nieboszczki PRL.
W Encyklopedii Krakowa Jana Adamczewskiego z lat osiemdziesiątych znalazłem słowa Wilhelma Feldmana, pisane w roku 1905:
Kto chce poznać duszę Polski, niech jej szuka w Krakowie... Znajdzie zaklętą w romańskich kamienicach, w gotyckich murach, w renesansowych attykach i barokowych fasadach. A także... w dźwiękach Zygmunta i hejnału mariackiego, w niepowtarzalnym uroku starych uliczek i zaułków miasta.
Annandale, Virginia, listopad 1997
**) Tablica (z brązu) wmurowana jest w domu przy Alei Słowackiego 8, obok Placu Inwalidów. U góry widnieje portret Ministra, a pod nim tekst:

Koniec się zbliża - powiedziałem - spotkajmy go razem, jako małżeństwo.Ślub odbył się 7 września [1944], późnym popołudniem w kaplicy Przytulisko na Wilczej 9, o kilka kroków od Ericssona. Kwatera kapelanów AK mieściła się na Skorupki. Księżom wypełniały czas pogrzeby i przygotowania umierających na śmierć. Ale trafiały się także i śluby. Młody ksiądz był sceptyczny, miał nieufny stosunek do improwizowanych w czasie Powstania małżeństw. Poskutkowało, kiedy powiedziałem, że wróciłem z Londynu i pokazałem wąziutkie pasemko papieru, które "Greta" na moim wyjezdnym do Anglii zaszyła w kapeluszu.
Było tam napisane, że "będzie na mnie czekała."
Dwie obrączki miedziane zdobyła "Greta" za puszkę konserw z lotniczego zrzutu. Gdzieś na podwórzu domu na Wilczej na balkonie trzeciego piętra, spostrzegłem kwitnące petunie. Mieszkanie było zamknięte, lokator siedział z innymi w piwnicy. Spojrzał na mnie jak na wariata, kiedy go poprosiłem o te petunie. Wzruszył ramionami, ale dał klucze i pozwolił je zerwać. "Greta" miała więc bukiet kwiatów.
Wieść o tym, że "skoczek" żeni się z łączniczką rozeszła się piorunem. Kaplica była pełna. Niemcy siedzieli o 300 metrów dalej w Alejach Ujazdowskich. Szliśmy do ołtarza po podłodze zasłanej potłuczonym szkłem, które łamało się z trzaskiem pod nogami. W oknach kaplicy nie pozostał ani jeden witraż. Ksiądz śpieszył się na pogrzeb i ceremonia nie trwała dłużej niż siedem minut. Delegacja "Chwatów" w osobach dwóch młodziutkich żołnierzy wręczyła "Grecie" wiązankę gliadiolusów zerwanych w ogrodach Zakładu Głuchoniemych i Ociemniałych. Na ślubie zjawił się także John Ward, który dał nam w prezencie piękny obrazek Madonny. Prosto z kaplicy poszliśmy na mogiłę "Juli" i tam "Greta" złożyła otrzymane kwiaty.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||