12 listopada 1997 roku miasto Krakow nadalo Janowi Nowakowi-Jezioranskiemu Srebrny Medal "Cracoviae Merenti" (nr 11). Jedynym czlowiekiem uhonorowanym zlotym takim medalem jest papiez Jan Pawel II. Ponizszy artykul Jana Nowaka nawiazuje do tego wydarzenia.   (AMK)




MOJ KRAKOW





JAN NOWAK-JEZIORANSKI


     U schylku mojego zycia splynelo na mnie wiele honorow i zaszczytow. Szczegolnie wysoko cenie sobie odznaczenie, jakim obdarzyl mnie ostatnio Krakow, bo lacza mnie z krolewskim miastem wiezy glebokiego sentymentu.

     Od najmlodszych lat polskie dzieje, poczynajac od epoki Piastow, a konczac na walkach o niepodleglosc, mialy dla mnie zawsze jakis zniewalajacy, romantyczny urok. Pozeralem powiesci historyczne Kraszewskiego, Sienkiewicza i innych. Mocno utkwila mi w pamieci opowiesc o zoltej cizemce znalezionej za glownym oltarzem Kosciola Mariackiego. Piec wiekow temu spadl ten bucik z nogi jednemu z robotnikow ustawiajacych tryptyk Wita Stwosza.

     Zaraz po maturze postanowilem zwiedzic Krakow. Z dworca poszedlem prosto na Wawel. Przed kazdym sarkofagiem, tablica czy rzezba zaglebialem sie w przewodniku. W pewnej chwili zauwazylem, ze przyglada mi sie zyczliwie jakis starszy pan w pelerynie. Podszedl do mnie i powiedzial: niech pan schowa ten przewodnik, ja pana oprowadze. Juz po chwili zorientowalem sie, ze towarzyszy mi niezwykly znawca wawelskiego sanktuarium. Zaintrygowalo mnie mocno, gdy opowiadal mi, ze ogladal otwarcie grobowca Stefana Batorego w obecnosci Ksiecia Metropolity Adama Sapiehy i przedstawicieli rodu Zamoyskich. Trumne wypelnial szczelnie skamienialy chmiel, ktory mial wlasnosci wysuszajace. Gdy chmiel usunieto, zwloki krola ukazaly sie na chwile w takiej postaci, w jakiej go pochowano. Nagle uderzenie powietrza sprawilo, ze na oczach swiadkow doczesne szczatki monarchy zamienily sie w popiol.

     Po rozstaniu sie z tajemniczym przewodnikiem postanowilem dowiedziec sie za wszelka cene, "kto zacz?". Wrocilem do katedry, gdzie straznik skrabca powiedzial mi, ze oprowadzal mnie sam Profesor Adolf Bohusz-Szyszko, restaurator Wawelu.

     Po kampanii wrzesniowej udalo mi sie wraz z kilku innymi wyskoczyc pod Krakowem z pociagu towarowego wiozacego jencow do obozow w Rzeszy. Schronilem sie w mieszkaniu Profesora Adama Kleczkowskiego i tam po raz pierwszy uslyszalem w glosniku radiowym slowa "Tu mowi Londyn." Przywrocily mi one chec do zycia i wiare w zwyciestwo.

     W latach okupacji odwiedzalem Krakow czesto, bo stal sie brama wypadowa Akcji ?N? na Slask, skad nasi ludzie rozprowadzali dywersyjna bibule w jezyku niemieckim na cala Rzesze. Zatrzymywalem sie w domu serdecznego przyjaciela z lat akademickich w Poznaniu, Witolda Trampczynskiego, przyszlego ministra w rzadzie PRL. Nasze drogi rozeszly sie po wojnie.

     Po raz drugi Krakow stal sie dla mnie azylem po Powstaniu Warszawskim. Tym razem schronieniem bylo mieszkanie rodzicow mojej zony, laczniczki "Grety" (Jadwigi Wolskiej) na Retoryka 15. Greta byla wychowanka Gimnazjum Krolowej Jadwigi i studentka Uniwersytetu Jagiellonskiego. Z tego miejsca wyruszylismy razem w ostatnia kurierska wyprawe, ktora miala nas zaprowadzic do Londynu. Zegnali nas ze lzami w oczach rodzice Grety. Ich syn, mlodziutki, 18-letni Zbyszek, polegl we Wrzesniu pod Kutnem. Starsza corka, Barbara - "Jula", zolnierz AK, polegla w Powstaniu Warszawskim [17 sierpnia 1944]. Zabieralem im teraz jedyne pozostale przy zyciu dziecko, ostatni skarb, jaki mieli. Po 24 latach samotnosci (bo ludzie bali sie zadawac z tesciem dyrektora Radia Wolna Europa) zmarli oboje w 1968 roku i pochowani zostali na Cmentarzu Rakowickim. Gdy odwiedzilem ich grob 11 listopada br. odkrylem ze wzruszeniem, ze jest uprzatniety, pala sie na nim lampki, ktos polozyl na plycie wielki bukiet bialych kwiatow. Nieznanym opiekunom ta droga przekazuje slowa podzieki.

     Moje wiezi z Krakowem nie ulegly oslabieniu w ciagu 45 lat zycia na obczyznie. To z ulicy Wislnej w Krakowie rozchodzilo sie swiatelko, ktore rozjasnialo mrok zalegajacy nad Polska. Zwlaszcza w latach stalinowskich dla tych z nas, ktorzy starali sie na obczyznie wylawiac kazdy autentyczny glos z Polski, przebijajacy sie przez kurtyne klamstwa, Tygodnik Powszechny stal sie juz nie oknem, ale waska szczelina, przez ktora docieral z kraju powiew swiezego powietrza. W pewnym sensie pismo stalo sie czescia mego zycia, bo czytalem je poczynajac od pierwszego numeru jeszcze w Londynie, az po dzien dzisiejszy. Miedzy "Wolna Europa" a Tygodnikiem Powszechnym dochodzilo czasem do sporow, ale roznice ocen nigdy nie oslabily szacunku i podziwu dla heroizmu Jerzego Turowicza oraz jego zalogi. Tygodnikowi Powszechnemu cenzura nie pozwalala na mowienie calej prawdy, ale pismo nigdy nie splamilo sie klamstwem.

     Gdy w roku 1952 ukladalem program Rozglosni Polskiej RWE wpadlem na pomysl nadawania w poludnie hejnalu z Wiezy Mariackiej, nagranego na tasme. Przez 40 lat rozchodzil sie hejnal na Polske rownoczesnie z Krakowa i Monachium, by swiadczyc, ze nasze serca bily tym samym rytmem, co krakowski zegar wydzwaniajacy dwunasta w poludnie. *)

     Gdy we wrzesniu 1989 znalazlem sie znowu w Krakowie, nastroj byl radosny, bo powstawal pierwszy suwerenny rzad odrodzonej Rzeczypospolitej, ale miasto bylo przesmutne. Patrzylem na dlugie ogonki wybiedzonych ludzi przed pustymi sklepami, uderzajaco maly w porownaniu z Zachodem ruch samochodowy. Na ulicach nie bylo ludzi po zapadnieciu zmroku. Zabytkowe budynki pokrywala brudna, ciemna sadza.

     W ciagu ubieglych osmiu lat ogladalem niezwykla metamorfoze tego miasta, ktora ocenic moze w pelni tylko ktos z zewnatrz. Juz po kilku latach Srodmiescie nie roznilo sie niczym od jakiegos Salzburga czy Insbrucku. Co mowie! Puls zycia w Krakowie tetni o wiele mocniej niz w miastach zachodniej Europy. Nie ma wiekszej przyjemnosci, jak usiasc poznym wieczorem w jednej z kawiarenek na Rynku, zajadac doskonale lody i patrzec na kolorowy tlum gromadzacej sie tu mlodziezy. Ten niebywaly w swym tempie rozkwit Krakowa jest jednym z symptomow niepospolitej zywotnosci i ducha inicjatywy cechujacych Polakow. Wrodzony dynamizm, wyzwolony w roku 1989 z ustroju nonsensu, wybuchnal z sila nie ogladana w zadnym innym kraju Europy Srodkowo-Wschodniej. Jesli obecny postep rozwijac sie bedzie dalej w tym samym tempie, mozna oczekiwac, ze rozkwit Srodmiescia rozszerzy sie na przedmiescia, wciaz pograzone w niedostatku.

     Tu, w Krakowie, ostatnie lata zycia spedzil Eugeniusz Kwiatkowski, jeden z kilku prawdziwie wielkich ludzi, jakich w zyciu spotkalem. Wladze miasta pamietaly, by umiescic tablice na kamienicy, w ktorej mieszkal Kwiatkowski, skazany przez rzady PRL na banicje we wlasnym kraju.

     Z Krakowem dnia dzisiejszego laczy mnie zainteresowanie klinika Dr. Jerzego Armaty dla dzieci chorych na raka krwi. Nigdzie nie widzialem lekarzy tak przejetych i oddanych sprawie ratowania zycia malych pacjentow.

     Gdy przed kilku tygodniami obchodzilem w Krakowie Swieto Niepodleglosci i patrzylem na tlumy podazajace na piechote do wawelskiej katedry, pomyslalem, ze Krakow stal sie reduta walki o powrot autentycznego systemu wartosci, wyrastajacego z etosu naszej historii. Nie widac tu pozostalosci zlej pamieci nieboszczki PRL.

     W Encyklopedii Krakowa Jana Adamczewskiego z lat osiemdziesiatych znalazlem slowa Wilhelma Feldmana, pisane w roku 1905:

Kto chce poznac dusze Polski, niech jej szuka w Krakowie... Znajdzie zakleta w romanskich kamienicach, w gotyckich murach, w renesansowych attykach i barokowych fasadach. A takze... w dzwiekach Zygmunta i hejnalu mariackiego, w niepowtarzalnym uroku starych uliczek i zaulkow miasta.

Annandale, Virginia, listopad 1997




*) W latach 1957-1958 Jan Nowak i Rozglosnia Polska Radia Wolna Europa, ktorej byl dyrektorem, odegrali wazna role w doprowadzeniu do powrotu arrasow i skarbow wawelskich z Kanady (gdzie byly przechowywane od lipca 1940 roku.) do Krakowa. (AMK)

**) Tablica (z brazu) wmurowana jest w domu przy Alei Slowackiego 8, obok Placu Inwalidow. U gory widnieje portret Ministra, a pod nim tekst:

"W tym domu w latach 1954-1974
mieszkal i zmarl
Eugeniusz
Kwiatkowski
30 XII 1888 - 22 VIII 1974
Maz stanu II Rzeczypospolitej
Tworca portu w Gdyni
Polskiej Floty Handlowej
i gospodarki morskiej
Inicjator Centralnego Okregu
Przemyslowego
Minister Przemyslu i Handlu
Minister Skarbu i Wicepremier
Najwybitniejszy Dzialacz Gospodarczy
Polski Niepodleglej
Wielkiemu krakowianinowi spoleczenstwo Miasta Krakowa"

Pod napisem panorama portu w Gdyni. (MJ)






Panstwu Janowi Nowakowi-Jezioranskiemu i "Grecie" Jezioranskiej, z ogromnym szacunkiem i przyjaznia, dedykuje zamieszczenie tutaj tego fragmentu wlasnych wspomnien Jana Nowaka z Jego ksiazki Kurier z Warszawy   (AMK):

     Koniec sie zbliza - powiedzialem - spotkajmy go razem, jako malzenstwo.

     Slub odbyl sie 7 wrzesnia [1944], poznym popoludniem w kaplicy Przytulisko na Wilczej 9, o kilka krokow od Ericssona. Kwatera kapelanow AK miescila sie na Skorupki. Ksiezom wypelnialy czas pogrzeby i przygotowania umierajacych na smierc. Ale trafialy sie takze i sluby. Mlody ksiadz byl sceptyczny, mial nieufny stosunek do improwizowanych w czasie Powstania malzenstw. Poskutkowalo, kiedy powiedzialem, ze wrocilem z Londynu i pokazalem waziutkie pasemko papieru, ktore "Greta" na moim wyjezdnym do Anglii zaszyla w kapeluszu.

     Bylo tam napisane, ze "bedzie na mnie czekala."

     Dwie obraczki miedziane zdobyla "Greta" za puszke konserw z lotniczego zrzutu. Gdzies na podworzu domu na Wilczej na balkonie trzeciego pietra, spostrzeglem kwitnace petunie. Mieszkanie bylo zamkniete, lokator siedzial z innymi w piwnicy. Spojrzal na mnie jak na wariata, kiedy go poprosilem o te petunie. Wzruszyl ramionami, ale dal klucze i pozwolil je zerwac. "Greta" miala wiec bukiet kwiatow.

     Wiesc o tym, ze "skoczek" zeni sie z laczniczka rozeszla sie piorunem. Kaplica byla pelna. Niemcy siedzieli o 300 metrow dalej w Alejach Ujazdowskich. Szlismy do oltarza po podlodze zaslanej potluczonym szklem, ktore lamalo sie z trzaskiem pod nogami. W oknach kaplicy nie pozostal ani jeden witraz. Ksiadz spieszyl sie na pogrzeb i ceremonia nie trwala dluzej niz siedem minut. Delegacja "Chwatow" w osobach dwoch mlodziutkich zolnierzy wreczyla "Grecie" wiazanke gliadiolusow zerwanych w ogrodach Zakladu Gluchoniemych i Ociemnialych. Na slubie zjawil sie takze John Ward, ktory dal nam w prezencie piekny obrazek Madonny. Prosto z kaplicy poszlismy na mogile "Juli" i tam "Greta" zlozyla otrzymane kwiaty.








Copyright © 1997-1999 Zwoje