

Oto wielki bęben na wózku ogłasza gromko ich przybycie.
A ów zgiełk i gwar wielojęzyczny, jakim wypełnili wraz ulice, zdał się niejednym uszom dziwosłuchem wróżbnym, niczym bełkot żurawi, słyszany niegdyś nad miastem. - "I prawdziwie - zamyślali się ludzie na widok tego ciągu wędrownych - czemże wolność człecza gorsza Bogu od ptaszej? Siejemy, bo i zbieramy troski nasze na jednej wciąż grudzie. Zwędrowali oni tą porą światy: napatrzyli się, nasłuchali, namądrzyli, hej!"
Tak to w smęty miejskiej ciasnoty, między życia smutniki, spadały nagle z szerokiego świata życia igrce.
W pstrym tłumie wagantów ledwie odróżnisz linochoda w blaszkowym stroju rycerza i z tyczką grochową w garści. Obok stąpa niedźwiedźnik z bestią srogą. I ognia pożeracz. I siłacz okrutnie gruby, który konia barami podźwignie. Zaś ku zaciekawieniu najbardziej opieszałych wkracza oto w miasto i skoczka piękna, wystawiając dumnie pierś całkiem gołą. Przy niej to chłopię w gięźle jeno: menestrel, gęśle strojący pod uchem.
Oklaski powitają pieśniarza i nie milkną w tłumie.
Póki z gromady nie wyskoczy fabulator z gębą gołą i sprośną, barwami szat obcisłych, rzekłbyś przepołowion na żółtą i kraśną połać człeka. "Hej! - witają ludzie gadkarza - idzie rózga na mnichów i kropidło na nich szatańskie! Z pyszna mieć się będą księża i pany! I skąpce na worach! I godności dufne!" - Cieszy się gadkarz onym powitaniem, zaciera łapy, a ruchliwą gębą zębatą pocznie parskać, strzydz nią i otrząsać: właśnie jak ta wydra, gdy rybę chwyci. - "Wydro-ż ty, wydro ze świata ucieszna, najdziesz dosyć karmi w stawisku naszym!"
Gdy ścichły, nawet w pamięci ludzi starych, rapsodów kobza i głos u studni, wieszczący gesta rycerskie, ten ci z wędrownych stał się ludziom najmilszy: fabulator innobilium, mieszczan jurnik i pomściciel w śmiechu, - sam dla nich niczym rycerz błędny, gród wyzwalający.
Krwi ludzkiej w żyłach ruszenie niosą swem pojawieniem ludzie wędrowni. Bo w rumorze i zgiełku ogromnym bije od tych gromad ochoczego ducha żywotność, zaraźliwsza nad smutki.
- "Joculatores!" - huka po ulicach niezbożne "hosanna" dla wagantów sprośnych. - "Igrce w gród walą!" - rozbiega się nowina po mieście całym.
Za bławemi szybami z ołowiu, w domach co zacniejszych, jasne główki pań z barwną taśmą nici u szyi, a pracowite paluszki jeszcze u szyb, zda się, wzorzą krosien obrazy.
Wypatrują oczy w ulicę:
- "Który-ż to między wami żongler będzie, romansów opowiadacz? Niech zajdzie w piekarnię. Nakarmię, wykąpię, odzieję w szaty nowe, wszystkie lampy wieczernika rozjarzę, dzban wina wystawię i czarki piękne, druhny służebne zwołam, - i będziesz nam prawił, będziesz opowiadał!... A potem w długie miesiące i lata, gdy płoche tuż dawno zapomną, snuć mi się będzie opowieść twoja, i prząść i motać w niciach, i wzorzyć w przejasne obrazy krosien na błękitu pościeli. A rycerzy twoich czynami i kochaniem karmić będę płody mężowe w żywocie moim."
- "Hej, który-ż to igrzec od powieści, żongler, między wami, wędrowni?"
- "Tum ci jest!" - czterech się ozwało. Każdy inną obiecuje powieść i pod inny kościół prosi.
Mężowie tymczasem stroskanem czołem nie ich to wypatrują przez szyby: w klerka czarnej szacie, w naramiennym kołnierzu i wisiorach kaptura, szedł w tłumie herszt onej bandy, goliardus sam: wagant miastu groźny, który i biskupa się waży, i króla płaszczem zatarga, gdy ludzi wierszami zasmuca i podjudza wraz. Wyjdziesz bywało na rynek posłuchać poety: - "krew ci wraz wszystka do głowy uderzy, - owo słyszysz i contra papam carmina rebellis!..."
- "Joculatores!" - grzmi tymczasem miasto już całe.
Do sunącego przez ulice taboru i z datkiem w garści nie dociśniesz się teraz. Ledwie się doń dotłoczył wysłannik biskupa, tymi pytaniami swego pana zadyszany, - "są li nowe pieśni na świecie i zali mają waganty między sobą jakiego gęślarza przedniego i głos ku śpiewaniu świeży?" Jawił się wraz i drugi biegacz, jeszcze pilniejszy: - "ucztę wydają dziś benedyktyni, hucznie się zjadą księża i pany. Dopuści opat przed stoły skoczkę, wesołki i fabulatora - na kugle i uciechy. Zasię po wieczerzy zawezwie się może sprzed furty menestrela i żonglerów. Goliard niech progu przestępować się nie waży."
Odpowie mu skoczka, ni to królowa cygaństwa onego:
- "Albo wszyscy społem w refektarz przed sute stoły, albo niech się opat z gośćmi obje na smutno."
Zawrze śród wagantów.
- "Nie masz tu pośledniejszych! Wszyscy my tu jedna goliardowa familia. Wszyscy równo potrzebni ucieszeniom człeczego serca: i kuglce, i gędźce, i piszczki!"
Oto czyjeś ramię - życia samego wiankiem - spadło znienacka na szyję goliarda. I zawlokło go sprzed ócz ulicy do bramy, wraz zatrzaśniętej. Skoczka to była z wielką księgą pod pachą.
- "Masz!" - wtyka mu w obie ręce ciężar swój.
Nie prędko połapał się: co, gdzie, jakim cudem się dzieje. Aż się powoli rzecz cała wyjaśniła: w tym mieście, - jako żywo! - H o r a c y się znalazł i już go dziewczyna z rąk czyichś wydębiła dla niego. Gdy pierwsze zdumienie minęło i na karcie w tytule wszystko stwierdzić sie dało, goliard niewdzięczny, zamiast podziękowania, wyrzucił przed się kułak gniewu:
- "To ogłupiałe dziś syny i dziewczynie w zalotach oddadzą - ojców skarby takie!"
- "Nie każdej pewnie."
Jęła poprawiać włosy nieco rozwiane. A w tym podniesieniu głowy powiada doń, jakby z góry:
- "Od pół roku o niczym innym i we snach nie gadasz! Masz go wreszcie samego. A trzymaj mocno, by ci go nie wydarł jaki mnich, przepisania chciwy, lub jeszcze chciwszy spalenia."
[...]
Skoczka, otworzywszy bramę, wyskoczyła na ulicę. I daje się nieść brukom: podbijać, rzekniesz, kamieniom swe kroki prężne.
- "Żadna tak stąpać nie umie!" - pomyśleć musiał goliard mimo osępienia.
[...]
Jak ten jeleń z gąszczy ku strudze, wychynęła się z ulicy na plac skoczka zapóźniona. I bierze w chrapki bliskie tchnienie tłumów.
[...]
Skoczka tymczasem pochyla nad łagiewką goliarda cynowe dzbanisko wina, przyciskając do swej na pół obnażonej piersi; - z zadymionej cyny zdały się po równo w złocistych połyskach światła. Jął głaskać dłonią te obie obłe kruże: kobiecych piersi i dzbana.
- "Od gorzkości dnia powszedniego chronią nas obie" - powiada żakom na pouczenie.
[...]
Ani tak czarodziejska różdżka nie odmieni kogo, ani tak wieszczki upięknić nie zdołają, jak te odmieńce wymyślnych swych strojów, - kobiety, potrafią się same przeinaczyć, odnowić oczom ludzkim, odświeżyć pożądaniom!... Wyszła z izby rybałtką bosą, wróciła zaklęta w dziwo strojne... A jeszcze takiego stroju nie widziała chyba i wieszczka nawet żadna, by one krągłości niewieściego kształtu nie osłaniały się powłóczyście, oczom na domysły, lecz wypychały się niesromnie w obciągłość szaty, przylegającej do ciała samego.
Spode łba spogląda na nią goliard.
Żonglerów twarze rozbłysły tymczasem; smakują ich oczy, aż stropione tym, że takiego stroju nie widziały jeszcze... Czyżby?!... Więc poczną szukać w pamięci, przypominać królów wszelakich ziemie i miasta. Komuż bo wiedzieć, jeśli nie im, wagantom, którzy na to tylko oczy po świecie roznoszą, by patrzały na rzeczy dziwne i piękne; a więc i na motyle i kwietne powaby, jakiemi kobiece stroje cieszą oczy i mnożą samą ochotę życia? Kto wreszcie pierwsze wieści o nowych strojach roznosi po świecie, jeśli nie oni, żonglerzy? Z tą ciekawością opadają ich wszak nade wszystko kobiety po miastach. - Jakże więc zapomnieć! - wyrzucają sobie.
Już! Już wie któryś z nich. Ten strój najnowszy hen, skąd idzie? aż z Polski!... Od Tatarów wzięli Polacy to troczenie kobiet; tylko co u tamtych jak siodło na kobiecie się wydaje, u nich dwornością miłą i powabem się stało. A zwie się ta szata wymyślna - suknia!
Gdy od Polek do niewiast cesarstwa przeszła moda ta, na chwałę suckenie gar feyn rozbrzęczały wraz harfy śpiewaków niemieckich. Ba, i za Renem przytrafiło się słyszeć któremuś z wagantów wielojęzycznych:
Nulle robe j?est si belle
que sorquenie a demoiselle.
I prawdziwie, - gdy stary strój kobiety jak z kamienia lub drzewa ciosanemi czyni, za topolę uwysmukla, ten nowy w foremność niewieściego kształtu je toczy i umila zdrobnieniem postaci, że zwrotna jak ten ptak na gałęzi zda się kobieta cała, - każda w niej panną będzie.
Tak rozważali żonglerzy, karmiąc dosytnio swe oczy dziecinne.
Suknia jest alcheruntowa, - zapamiętywali tedy uważnie, - barwy maku, w popielicowych obłogach, na jędrnych piersiach białą wstążką krzepko zmotana i w pozłociste bajorki szyta. Zwinności przydaje i krótkość szaty, a i te chobotki niewieście, że jakaś szparkość tupolitowa bije od postaci wdzięcznej. W kosy jak smoła połyskliwe wwiła sobie wstążeczki krasne, jakby czerń włosów płomykiem przewiała... Nie ma przecie w tym stroju nowym nic tak zdrożnego, a i zbytkowności nie takież znowu królewskie, bo alcherunt tanią jest tkaniną i w Polsce, skąd suknia rodem, "nędzą" się zowie. Tylko że dla goliarda i "nędza" za bogata. Stąd nieufności smutne.
[...]
I oto stoi pośrodku izby ta dziewka przystrojona, jak jeszcze nie widziano kobiet, - a pierśmi i na tyłach wypukła, w pasie cienko spętana, szyja goła, od łokcia ku dłoniom nie ma wcale - nic! Sprosność sama! - podjudza się patrzeniem, - tem półodkryciem wabliwsza stokrotnie, niźli ciało gołe; a wonnością olejków pragnąca się dowabić, dołechtać ku ostatnim pożądliwościom mężczyzn - chyba wszystkich - myślał...
Oto idzie naprzeciw niego uśmiechnięta tem pytaniem:
- "Nie pięknam-ż?"
[...]
Za bramą miasta, u pierwszego rozdroża, stał w kamieniu od pradawna Dobry Pasterz z jagnięciem na ramionach i trzodą owieczek długoszyich, garnących się pod jego dłoń. Spojrzy lekarz na Jezusa-za-murem i pochyli się na koniu. Milszy nad kościół w grodzie był kacerzom ten Pasterz, że idzie, jak mawiali, z czasów dawnej, ufniejszej wiary: zanim mnichy poczęły ludzi straszyć, a nękać nieustanną wystawą krzyża, ku przypominaniu żydowskiego morderstwa nad Synem Bożym: - które to nękanie jest przeciwne naturze Dobrego Boga, uczą kacerze.
[...]
Już cienie długie słały się po rumowisku i czerwieniały kolumn szczyty, gdy goliard opamiętał się wreszcie.
Pod purpurę zachodu czarną swą postacią w kapturze srodze wyrazisty, stał goliard u kolumny, prawdziwie jak słońca bogomolec pokutny: że ową słoneczną skrę w duchu swoim spalił znowuż - i znowuż! - w cielesnym naczyniu pierzchliwości wszelkich.
Oto leży za nim to naczynie pierzchliwości. W długim przelewaniu się po żyłach dawno zaznanej rozkoszy, przeciąga się wciąż jeszcze na swym łożu kamiennym; pije rozwrażliwioną skórą rosę wieczora. Zanurzona w mroku, wydaje się, w smagłości swej, jak z brązu cała, nawet przy tym wieńcu winnego listowia na czole z kiścią gron u skroni. Głaszcze w tej chwili swe ciało, dłońmi w biodra pluska. Niebawem zaśnie na pewno snem głębokim. Tymczasem aż wzdycha w lubości dosytu. A cielesna, długa u kobiety, pamięć pieszczot, skręca ją wciąż kapryśnie i wystawiać każe piersi, - nie wiadomo już komu, jak gdyby ziemi samej oddawała się była popołudnie całe.
[...]
Mnich tylko się kurczył i zatulał kornie, powiadając coś o tym, ze pędzle nieprzemyte przyschną - że zgęstniały inkausty, - ze pióra się rozszczepiły i trzeba wystrugać nowe, - że... Nie to go gnębi, iż czyjeś tam pędzle lepiej wypowiedziały się przed Bogiem, lecz że jego widzenie, w nikczemności umienia mniszego, nie wypowie się nigdy.
Uderzy przeor pięścią w stół.
- "Nie powiadaj w tych rzeczach 'nigdy,' bo to jest bluźnierstwo wobec Ducha!... Nie mnich lichy i pospolicie w myślach swych grzeszny staje tu nad księgą, lecz wyzierający z doznań człek wnętrzny, który się w nas odnawia, 'ode dnia do dnia,' powiada Paweł... I to jest jedyne duszy doznanie, a cud prawy: - Ducha cud!"
A ze wzniesionym palcem powiada mu ku przestrodze ostatniej:
- "Zapamiętaj i to jeszcze, bracie Łukaszu! - pogańska żądza doskonałości w kunszcie czyni serce bezpłodnym."
[...]
Śmierć, przewiawszy przez bramę zamkniętą, wstąpiła w ulice grodu.
I obwołuje spod kiru, a krzyża:
- "Ja, goliardus, poeta wędrowny, bez imienia u ludzi, zmarłem tej nocy grzeszną śmiercią włóczęgi - za murami, w polu... I karą męki czyśćcowej umierać będę wciąż, w coraz to innych duszach tułaczych, po wieki szukających szukaniem dośmiertnym... Wymódlcie dusze tułacze z wiekowej poniewierki, wyzwólcie z niedopełnień katuszy czyśćcowych!..."
[...]
Nad prochami poety, Ucieleśnionemu Słowu skarżyła się w pieśni - wiara, nadzieja i miłość.
Wacław Berent Żywe kamienie
Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska
Warszawa 1922
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||