
"Scarlett" była polską Litwinką. Urodziła się w Kownie i chodziła tam do polskiej szkoły im. Adama Mickiewicza, zanim cała rodzina przeniosła się do Warszawy. Było to na rok przed wojną.
Janina Zapadko-Mirska, pseudonim "Scarlett," nie miała jeszcze 17 lat, gdy w początkach 1943 roku ukończyła z pierwszą lokatą podziemną podchorążówkę "Agrycola" w stopniu plutonowego podchorążego i z opinią strzelca wyborowego w strzelaniu z pistoletu. W tym samym roku znalazła się w szeregach bojowego oddziału "Agat" (od "antygestapo"), później nazwanego "Pegaz" ("przeciw gestapo"), który do historii chwały polskiego oręża przeszedł pod nazwą Batalionu "Parasol."* Bataliony "Zośka" i "Parasol" wyszły z harcerskich Szarych Szeregów. Stanowiły oddziały szturmowe AK i wchodziły w skład "Kedywu" (od "Kierownictwo Dywersji"). Kedyw był elitarną formacją AK, która podlegała płk. "Nilowi" (Emilowi Fieldorfowi). Kedyw prowadził dywersję z bronią w ręku i wykonywał wyroki śmierci na najbardziej zbrodniczych dowódcach gestapo i urzędnikach władz okupacyjnych. Plutonowy Jana Lutyk-"Scarlett" służyła w 2 kompanii, którą dowodził o rok od niej starszy jej przyszły mąż, Jerzy Zapadko, pseudonim "Mirski."
"Scarlett" była łączniczką, która dostarczała na miejsce broń zamachowcom i ukrywała ją po zakończeniu operacji. Prowadziła także rozpoznanie na miejscu, które poprzedzało planowanie i wykonanie zamachu. Była wreszcie instruktorką, która uczyła koleżanki obchodzenia się z bronią i zakładania min.
Sukces akcji zależał w dużym stopniu właśnie od przeprowadzenia rozpoznania, a więc od obserwacji poruszeń niemieckiego dygnitarza, jego otoczenia i rutyny dnia. Wymagało to szaleńczej odwagi. Na przykład "Scarlett," która znała dobrze niemiecki, przeprowadzając rozpoznanie przed zamachem na Waltera Stamma, szefa IV Wydziału Gestapo, weszła na strzeżony przez gestapo teren na wprost siedziby gestapo w Alei Szucha.
Kto nie przeżył lat okupacji w Warszawie, ten nigdy nie zda sobie sprawy z tego, czym było chodzenie po mieście z "rozpylaczem" ukrytym np. w futerale od skrzypiec. Ulice roiły się od patroli niemieckich, które zatrzymywały zwłaszcza ludzi młodych, sprawdzały dowody tożsamości i zawartość teczek, toreb itp. Płk Przemysław Kraczkiewicz, który w Komendzie Głównej AK odpowiedzialny był za uzbrojenie, opowiadał mi, że miny, przeważnie produkcji domowej, były równie niebezpieczne dla nieprzyjaciela, jak i dla tych, którzy musieli je przenosić i zakładać.

W czasie Powstania 19-letnia Janina Lutyk-"Scarlett" przeszła w szeregach Batalionu "Parasol" pod komendą swego przyszłego męża cały krwawy, bojowy szlak 63 dni Powstania Warszawskiego: wpierw na Woli w rejonie Żytniej i na cmentarzach kalwińskim i ewangelickim. Po upadku Woli, "Parasol" zajął pozycje obronne w Pałacu Krasińskich i stamtąd prowadził liczne wypady na Niemców. "Scarlett" już nie dostarczała broni innym, ale walczyła sama z rkm-em w ręku. Na końcu była najbardziej tragiczna i krwawa obrona Przyczółka Czerniakowskiego w daremnym oczekiwaniu odsieczy zza Wisły. **) "Scarlett" wykonała trzykrotny przemarsz przez piekło, bo inaczej nie można nazwać przejścia kanałami ze Starówki do Śródmieścia, ze Śródmieścia na Mokotów i z Mokotowa, po upadku dzielnicy, jeszcze raz do Śródmieścia.
Kapitulacja Warszawy uwolniła mnie i łączniczkę "Gretę," moją żonę, od wykonania rozkazu przejścia kanałami ze Śródmieścia na Mokotów w mojej ostatniej wyprawie w roli emisariusza AK. Widziałem natomiast na własne oczy ludzi wyciąganych z włazu do kanału na rogu Wilczej i Mokotowskiej. Znajdowali się w stanie skrajnego wyczerpania, pokryci od stóp do głów błotnistą mazią, musieli iść z Mokotowa Śródmieścia zgięci w pół albo na czworakach, po trupach kolegów, którzy zginęli z wyczerpania albo od niemieckich granatów wrzucanych przez włazy. W czasie tego ostatniego przemarszu Powstańców i ludności cywilnej z Mokotowa do Śródmieścia, Niemcy wrzucali z powierzchni do kanałów granaty z gazem trującym. ***)
Wspólne podziemne drogi Jerzego i Jany rozeszły się na krótko po upadku Powstania. Jerzy po wyzwoleniu obozu jeńców przedostał się do Drugiego Korpusu we Włoszech o dołączył tam do oddziału komandosów.
Jana pozostała w Polsce. Wkrótce po wkroczeniu Armii Czerwonej została aresztowana, ale zdołała uciec i przedostała się przez Czechosłowację do Włoch. Tam spotkała swego dowódcę z "Parasola," Jerzego Zapadkę-Mirskiego. Do tej chwili łączyła ich tylko wspólna walka, nie mieli żadnych planów małżeńskich. Pobrali się w Rzymie w rok po wojnie i tam na Uniwersytecie studiowali. Towarzysze broni, podkomendna i jej dowódca, stali się towarzyszami życia i byli nimi przez pół wieku i jeden rok.

Nawet jednak w tym osobistym szczęściu tkwiło ziarno tragizmu. Niestety ci, którzy przeżyli wojenna nawałnicę, budować musieli na cudzej, a nie polskiej ziemi, bo warunki polityczne nie pozwoliły im na powrót do kraju. Stało
się to wielką tragedią narodową, że to pokolenie Szarych Szeregów, chyba najwspanialsze, jakie Polska w swoim tysiącleciu wydała, pokolenie wychowane w duchu patriotycznym we własnym odrodzonym państwie, jak młody las położyła pokotem wojna, a potem ci, którzy ocaleli, najlepsi z najlepszych, odsunięci zostali od dzieła budowania Polski.

Polska Walcząca oszczędna była w nadawaniu odznaczeń swym żołnierzom. Jeszcze przed Powstaniem "Scarlett" otrzymała Krzyż Zasługi z Mieczami. Podczas Powstania należała do nielicznych, którzy dostali Krzyż Walecznych. Po zakończeniu wojny za całość swej służby odznaczona została Orderem Virtuti Militari. W czasie wojny kule jej się nie imały, ale odeszła nagle jak żołnierz trafiony kulą w samo serce.
Dożyła zwycięstwa spóźnionego o 45 lat. Oficerowie Wojska Polskiego oddawali honory i złożyli wieniec przed jej trumną w imieniu sił zbrojnych - suwerennej Rzeczypospolitej. I my także pochylamy się przed tą trumną, bo pod jej wiekiem spoczywa kobieta-żołnierz, symbol Polski Walczącej.
Słyszałem niedawno pogląd, że ta hekatomba, której ofiarą padli także żołnierze Szarych Szeregów, była niepotrzebna, niczego nie przyniosła, była monumentem polskiej głupoty politycznej, a wysyłanie dzieci na barykady było zbrodnią. Ci którzy tak mówią, wyrządzają poległym i żyjącym straszliwą krzywdę, bo odbierają im to, co dla nich pozostało najcenniejsze - sens ich ofiary. To nie dowódcy mobilizowali tych najmłodszych, to nie rodzice pchali ich do walki. Szli do niej z własnego popędu, którego żadna siła nie mogła powstrzymać. Przez nich to spełniły się słowa Roty Konopnickej: "Twierdzą nam będzie każdy próg." Oni stali się wykonawcami testamentu Bolesława Krzywoustego, który w zaraniu naszych dziejów powiedział "wolę królestwo stracić, aniżeli oddać je w niewolę." A gdy umilkły odgłosy walki i cisza zaległa nad zburzoną Warszawą, pozostała jak mówił niegdyś Joachim Lelewel, ostatnia twierdza narodu - jego serce. W ciągu blisko pół wieku okazała się ona redutą nie do pokonania. I dzięki niej Polska jest znowu wolna.
Jerzy i Janina Zapadko Mirscy gotowi byli wielokrotnie oddać swe życie za Ojczyznę i dlatego łącząc się w modlitwie za duszę Jany powtarzamy słowa Zbawiciela w Wieczerniku: "Większej nad tę miłość nikt nie ma, żeby kto życie swe oddał za przyjaciół swoich."
Waszyngton, 22 sierpnia 1997 roku.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||