STANISLAW BALINSKI





MIT

Orfeusz nie odnalazl swej Eurydyki,
tylko sen o Eurydyce,
sen niesmiertelny,
w jego podroz, jak w struny, wtargnal ped muzyki,
zdmuchujac lazurowym wichrem
karmin piekielny.

Nie ma Eurydyki, jest tylko sen o niej,
rzucony jak czarny plaszcz z maska
na brzask blekitu,
zanim ostatnia muszla nocy nie zatonie,
widac go, jak plynie przez blady
ocean switu -

z roza od Orfeusza na piersi zalosnej
w naszyjniku wygaslych perel,
ktore przeswietla
zimne swiatlo jutrzenki, wieczyscie zazdrosnej
o sen, w ktorym szumi legenda
i placze fletnia.


ZIMOWY RANEK

Czasem w zimowy ranek Rzeczywistosc
Zbiega ze schodow, trzaska drzwiami, znika,
A na jej miejsce, przez londynska mglistosc,
Przez oczy ciezkie od switu, przyplywa
Jakas przegrana, daleka muzyka,
Juz odchodzaca, a jeszcze prawdziwa.

Nie smiem odetchnac ani sie poruszyc,
Aby nie ploszyc tej bladej aury,
Co nie jest w stanie realnoscia wzruszyc,
Chociaz przeszloscia na chwile odurza,
Rysujac w oknie zimowe kontury
Mlodosci, wiernej warszawskim podworzom.

Jest w takich rankach nostalgiczna pustka,
Jak gwizd pociagu przez oblok sniezysty,
Jak zapomniana na wybrzezu chustka,
Jak obietnica z mgla niedomowienia,
Jak starzejacych sie przyjaciol listy,
Co mowia "zegnaj", zamiast: "do widzenia".








Copyright © 1997-1999 Zwoje