
|
Orfeusz nie odnalazl swej Eurydyki, tylko sen o Eurydyce, sen niesmiertelny, w jego podroz, jak w struny, wtargnal ped muzyki, zdmuchujac lazurowym wichrem karmin piekielny. Nie ma Eurydyki, jest tylko sen o niej, rzucony jak czarny plaszcz z maska na brzask blekitu, zanim ostatnia muszla nocy nie zatonie, widac go, jak plynie przez blady ocean switu - z roza od Orfeusza na piersi zalosnej w naszyjniku wygaslych perel, ktore przeswietla zimne swiatlo jutrzenki, wieczyscie zazdrosnej o sen, w ktorym szumi legenda i placze fletnia. |
|
Czasem w zimowy ranek Rzeczywistosc Zbiega ze schodow, trzaska drzwiami, znika, A na jej miejsce, przez londynska mglistosc, Przez oczy ciezkie od switu, przyplywa Jakas przegrana, daleka muzyka, Juz odchodzaca, a jeszcze prawdziwa. Nie smiem odetchnac ani sie poruszyc, Aby nie ploszyc tej bladej aury, Co nie jest w stanie realnoscia wzruszyc, Chociaz przeszloscia na chwile odurza, Rysujac w oknie zimowe kontury Mlodosci, wiernej warszawskim podworzom. Jest w takich rankach nostalgiczna pustka, Jak gwizd pociagu przez oblok sniezysty, Jak zapomniana na wybrzezu chustka, Jak obietnica z mgla niedomowienia, Jak starzejacych sie przyjaciol listy, Co mowia "zegnaj", zamiast: "do widzenia". |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||