
Polski naukowiec Andrzej Kobos, specjalista w wielu dziedzinach nauk ścisłych, mieszka od lat w Edmonton, w Kanadzie. Nawiązał ze mną kontakt jakieś trzy chyba lata temu. Okazało się, że jest również zamiłowanym czytelnikiem literatury pięknej, niezmiernie przy tym uważnym i dokładnym. Jego pierwszy list byl nawiązaniem do mojego szkicu - opowiadania Głęboki cień. "Barnaby Conrad - pisał - zebrał w książce Famous Last Words ostatnie słowa, wymówione tuż przed śmiercią przez różnych wielkich ludzi." Po czym wynikało z listu Kobosa, że intuicyjnie odgadłem, co powiedział Giordano Bruno na stosie przed wyzionięciem ducha. Mile mnie to połechtało, odtąd nasz kontakt, listowny i telefoniczny, stał się coraz częstszy.
Doktor Kobos redagował doskonałe pismo dla kanadyjskiej Polonii Panorama Polska, oparte głównie na przedrukach warszawsko - londyńskich. Bolecki i ja należeliśmy do częstych gości w Panoramie. A ponieważ pismo było doskonałe, właściciel uznał je naturalnie za zbyt high - brow ("za mądre") i pożegnał się z redaktorem z dnia na dzień. Kobos nie dał za wygraną i przeszedł na tani stosunkowo miesięcznik Zwoje w sieci internetowej, oparty na podobnych zasadach. I tu zaimponował mi swoją skrupulatnością i dokładnością.
Nie widziałem jeszcze Plusa Minusa z moim nowym opowiadaniem Legenda o nawróconym pustelniku (poczta włoska jest najgorsza na świecie). W zeszłą niedzielę dwa telefony. Najpierw rano mój przyjaciel Basil Kerski z Berlina, z przyjemnymi słowami o opowiadaniu. Po południu Kobos, który dostał już z Warszawy Legendę w Internecie. Również przyjemne słowa, ale i "poważna poprawka." Doktor, jak przystało na wyznawcę ścisłości, zaopatrzył się przed przedrukiem w album Uccella. I cóż. Okazało się, że "Legenda o Sprofanowanej Hostii" składa się z sześciu, a nie siedmiu tablic. Za siódmą wziąłem drobny fragment poprzedniej tablicy, przedstawiającej sklep żydowskiego profanatora, do którego dobijają się zbrojni strażnicy. W kącie, obok zamkniętych drzwi, widać (co prawda, niezbyt wyraźnie) mały płomień z Hostią ociekającą krwią; strużka krwi wycieka przez ścianę obok drzwi, przyciągając zbrojnych strażników. Tego nie zauważonego szczegółu żałuje, nadałby cyklowi
większą dramatyczność. Ale w sumie rzecz nie ma znaczenia dla mojego opowiadania, ma natomiast znaczenie jako triumf bystrego oka Kobosa.
W latach 1993-94 był tu (czyli w Edmonton) na uniwersytecie, na meteorologii, gdzie pracowałem, pewien stary profesor Rosjanin. Bez nogi, inwalida wojenny, dawny kapitan Armii Czerwonej. Przyznałem się, że rozumiem i trochę mówię po rosyjsku, wiec szef poprosił mnie o współpracę z nim. Siedziałem z nim półtora roku w jednym pokoju. Trudny to był dla mnie okres. Potem on wrócił do Petersburga, gdzie umarł na raka w lutym tego roku (list Kobosa do mnie z sierpnia br.). Często próbował mi opowiadać swoje losy wojenne. I kiedyś opowiedział mi, że jeszcze w armii, jak Sowieci wkroczyli z powrotem na Białoruś, wezwano go na jednego z trzech sędziów sądu wojennego. Sądzono trzech mężczyzn i jedną kobietę za rzekomą kolaborację z Niemcami. On był absolutnie przekonany o ich niewinności, ta kobieta ponoć została jako pielęgniarka z rannymi żołnierzami sowieckimi w 41 roku. W każdym razie bez wahania mój Rosjanin podpisał na nich wyrok śmierci. Powieszono całą czwórkę bezzwłocznie. Nie miał wyrzutów sumienia. Powiedział mi:
"Czto diełat, takije były wremia, użasnyje. Gdybym odmówił, rozstrzelaliby mnie, a na moje miejsce znaleźli innych, gotowych podpisać wyrok."
Wolno bez zmrużenia oka na sztych wystawić życie innych ludzi; nigdy własne. Taki był morał (z) epilogu Innego Świata, dobrze wyłożony przez Szarugę w Znaku.
Gustaw Herling-Grudziński
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||