
Gdybym miał zeznać pod przysięgą co z mego lwowskiego dzieciństwa zapadło we mnie najgłębiej, odpowiedziałbym: książki. Były w tym dzieciństwie, jak w każdym, rzeczy i sprawy rozmaite, miłości i nienawiści, awersje i pasje, wydarzenia przerastające miarę dziecinnej wyobraźni i zgryzoty, smutki sypiące się co dzień, dzień po dniu przenikające duszę jak pył - smutek materialnego świata. Ale tamto wszystko kołuje na dalekim nieboskłonie pamięci jak gwiezdna mgławica. Tę jedną sprawę czuję w sobie dotykalnie. Trwa ona we mnie ciągiem nieprzerwanym. Wiąże mnie z utraconą ziemią, z niedosięgalnym niebem.
Tylko małe rzeczy zaczynają się w określonym miejscu. Ważne i ważkie zdają się nie mieć początku - giną w mroku lub wynurzają się w nieskończonej jasności. Może dlatego nie umiem powiedzieć, kiedy zaczęła się ta papierowa magia, choć znam łożysko, którym torowała sobie drogę przez mój kraj dziecinny.
Gdy mówię: łożysko, nie jest to wcale przenośnia, chodzi tu bowiem o ulicę. Ulica Batorego we Lwowie rzeczywiście przypomina wąwóz, głęboki parów, łoże wodne. Zaczyna się od Placu Halickiego wąską, po obu stronach równo ściętą gardzielą. Przez kilkadziesiąt metrów bramujące ją spady wyciągają się w linię prostą: z lewej strony sąd, więzienie i III Gimnazjum, z prawej domy, przeważnie dość wiekowe. A im bliżej końca, gdzieś od ślepej bocznicy Bourlarda, prostopadłe brzegi gną się, łamią, wreszcie rozwierają się w szeroki zlew skweru. Jego zielony bluzg wpada w dwa wąskie ramiona ulicy Pańskiej i w odnogę ulicy Kochanowskiego. Impet jest tak gwałtowny, że jezdnia w tym miejscu wydaje się bielić gęsto ubitą pianą.
Nad tą grą linii i płaszczyzn chwieje się gra światłocienia: u wejścia ulicy Batorego leży wieczny półmrok, nad ujściem rozwiera się szerokie, chciałoby się także powiedzieć, wieczne światło. Ta zapewne prosta historia, zdarzająca się w niejednym mieście, ma dla mnie sens duchowy, jedyny na świecie i niepowtarzalny. Wędrówka ulicą Batorego stanowiła w ciągu wielu lat, najmłodszych i najtkliwszych, drogę od ciemności do światła, od pożądania do posiadania, od przeczuć do uświadomień.
Bo ta ulica była, jest i zostanie ulicą książek, ich czarodziejską ojczyzną, schronieniem i wiekuistym przybytkiem. Peguy wierzył, że wszystkie drogie mu rzeczy tego świata: katedry gotyckie, winnice, płaskie drogi Ile de France - odnajdzie w raju. Ja pokornie wiem, że gdziekolwiek pamięć moja sięga poza granice życia, moja miłość wytyczy tę drogę pełną książek, drogę rosnącą z mroku ku jasności, aby trwała wieki wieczne, jak w lwowskim moim dzieciństwie.
W owym czasie cały prawy brzeg ulicznego wądołu zajmowały antykwarnie, handle starych książek. Ten ciąg okien nie zlewa się we wspomnieniu w bezkształtne zbiegowisko. Pamiętam je każde z osobna jak ludzie twarze.
Zaczynało się wszystko na granicy mroku od czarnych dziupli, w których siedzieli Bodekowie. Była to rodzina, a raczej klan, może szczep, tak rozrodzony, tak jednolicie czarny i smagły, że aż trudny do ogarnięcia. Jak w fantasmagorii E.T.A. Hoffmanna, nie mieli oni określonych granic osobowości, przechodzili, przelewali się jeden w drugiego. Z upływem lat nauczyłem się zgadywać zawartość książek, nigdy nie doszedłem do rozeznania się w niepokojącym istnieniu lwowskich Bodeków. Być może dlatego, że dorastali, starzeli się, umierali, i za długimi, wąskimi kontuarami, ciągnącymi się od okien w głąb sklepów, jedni wstępowali w miejsce innych.
Bodekowie byli podobni do siebie jak liście, ale każda z twarzy okiennych miała odrębne rysy, inaczej mówiła okładkami i tytułami książek. Powyżej Bodeków były tylko książki o literaturze i sztuce: tam kupiłem pamiętną rzecz Porębowicza o Dantem i Kozickiego o Michale Aniele. Na rogu ulicy Bourlarda patrzyły przez szybę książki społeczno - filozoficzne. Sklep Koehlera, leżący na pograniczu cienia i światła, miał w witrynach przeważnie nowe książki w nieskalanych okładkach, jak w nowych nakrochmalonych mundurach. Książki "używane" były tam raczej rzadkie i nosiły karteczki z ceną, co oznaczało, że tutaj nie można sie targować.
Z innymi twarzami tak nie było. Twarz okienna zmniejszała się wewnątrz w twarz ludzką. Znałem zawiłości, słabe strony i ukryte myśli każdej z nich. Trzeba było, bo między nimi a mną rozgrywał się nieprzerwany dramat. Twarze okienne stanowiły przedmiot pożądania. Twarze ludzkie zagradzały drogę do spełnienia. Z twarzami okiennymi mówiło się mowa spojrzeń, mowa aniołów i zakochanych. Z twarzami wewnątrz należało twardo się użerać, obniżając wymienioną cenę do połowy i dokładając do niej małe dodatki. To kluczenie, cała strategia kupowania wymagała trzeźwosci w ocenie sytuacji, wytrzymałości nerwów i przenikliwości psychologicznej. Ileż w tym zdarzało się błędnych obliczeń, przegranych batalii, gorzkich klęsk! Jak oszałamiające były tryumfy!
Na najdalszym skraju, już prawie u wylotu ulicy Fredry, tam gdzie łamały się linie brzegów, w wielkiej secesyjnej landarze, między sklepem modniarki a sklepem z papierosami, znajdował się niepozorny antykwariat Igła. Na wystawie leżało kilkanaście byle jak rzuconych książek. Za nimi stał pan Igieł - zawsze stał, nie pamiętam, aby kiedykolwiek siedział. Odwrócony bokiem do światła, miał okulary odsunięte na czoło i wodził nosem po książce. Bardzo nie lubił gdy mu w tym przeszkadzano. Opuszczał wtedy grube i wypukłe szkła na zaczerwienione oczy, mrużył spękane, łuszczące się powieki i odpowiadał z wyżyny pytaniem na pytanie:
- Po co si pitać? I tak nie kupisz.
W dalszym ciągu znajomości zmienił drugą część formuły na staromodne: "I tak kawaler nie kupisz."
Ale kupiłem u niego miriamowskie wydanie Norwida - nierozcięty egzemplarz na czerpanym papierze, numerowany i sygnowany. Było to szaleństwo, choć popełnione z rozmysłem. Pytałem wiele razy o cenę, wytrzymując zniecierpliwienie ślepowrona, oglądałem ze wszystkich boków, targowałem się na zabój.
- Ale ja si ni lubi handryczyć - mówił antykwariusz, chwiejąc wysoko siwą głową i nie wypuszczajac z rąk książki, którą czytał i chciał spokojnie czytać dalej.
Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że stary Igieł byl znakomitym bibliopolą i że miał do czynienia nie z ubogim szczeniactwem, przedwcześnie zatrutym książkomanią, ale z co najbogatszymi zbieraczami i znawcami.
Jeszcze dziwniejszym okazem był pan Tuleja. Jego antykwariat gnieździł się obok tylnego wejścia pasażu Mikolascha w malutkiej uliczce, która wydawała się odpryskiem ul. Batorego. Książki nie stały tutaj w rzędach, ale stożyły się jedne na drugich, ciągnęły się zatorami jak kra w niezgruntowaną głąb kantoru. Pan Tuleja nosił zimą i latem tabaczkowy paltot, szalik bordo, a także kapelusz. Bodaj nie lubił sprzedawać swoich książek, lubił za to rozmawiać. Chętnie wyciągał mnie na spytki, ale nie przypominam sobie, abym u niego cokolwiek kupił. Być może powziął nieuleczalne powątpiewanie co do mojej zdolności zwanej przez uczonych ekonomistów "siłą nabywczą." A może był w wyższym jeszcze stopniu niż ja opętany namiętnością posiadania.
Znacznie później, niedługo przed opuszczeniem Lwowa, odkryłem składy drukowanej starzyzny w okolicach Rynku. Stało się to - wstyd powiedzieć - za sprawą warszawiaka, Stefana Napierskiego. Zbierał on ze znastwem polskie druki XIX wieku: zapomnianych poetów, niedocenione pamiętniki, przekłady o których pamięć już dawno przepadła. Utrzymywał, że nigdzie w Warszawie jego połowy nie były tak niespodziane i bogate jak w staroświeckiej, biało bielonej antykwarni jeszcze jednego Bodeka.
Drugi krąg papierowej magii stanowiły księgarnie. Może najwcześniej poznałem księgarnie Gubrynowicza, lecz dopiero dziś potrafię określić jej urok. Był to urok mieszczańskiej osiadłości i zasobności, domowego, pachnącego ciepła. Sufity nachylały się tu nisko, pokoje były niezbyt wielkie. Ciągnęły się cienistą amfiladą wzdłuż wąskiej uliczki, łączącej przystanek kawiarni wiedeńskiej z Placem Katedralnym. Na ten plac wychodziło tylko jedno okno duże, drugie mniejsze i drzwi, a cała reszta, może sześć kwadratowych witryn, ciągnęła się w głąb ciasnego canyonu. Tramwaje zgrzytały w nim bez przerwy. Śpiewały przeciągle na szynach i dzwoniły dzwonkami, w które uderzało się podeszwą. Trzeba było dziecinnego zapamiętania, żeby w rwącym strumieniu dźwięków czytać godzinami tytuły wystawionych książek i pożądać ich całą żarliwością serca.
Zupełnie inna aura panowała u Altenberga na Placu Mariackim. Ta księgarnia była wysoka, na wysokości półpiętra okalała ją drewniana galeryjka, biegnąca w koło. Wyniosła nawa miała coś ze świeckiego kościoła, ze świątyni rozumu i wiedzy, o której marzył Lord Bacon. Promieniowanie kaloryferów wypełniało ją ciepłem, sztucznym i egzotycznie suchym. Ciemne boazerie bramowały grzbiety książek, jak obrazy. Można tu było przystawać przed półkami, nachylać się ku stołom, ile się chciało. Tym większa była moja gorycz, gdy któregoś dnia cały sklep opróżniono, a na szyldzie zjawiło się nazwisko: Berta Star, i po książkach objęły panowanie damskie trykotaże. Wydawało mi się to wtedy profanacją świętego miejsca. Omijałem je z daleka.
Trwała pośród tych zmiennych losów księgarnia Bernarda Połonieckiego na ulicy Akademickiej, ale świeciła wczorajszymi ambicjami i szczyciła się przebrzmiewająca sława. Można w niej było wyłowić pierwodruki staffowskie, nigdy powtórnie nie wydane książki Brzozowskiego i tomy Sympozjonu redagowane przez Staffa pod opiekuńczym okiem Ortwina, kiedy oni obaj byli młodzi.
Inne księgarnie na Akademickiej i na ulicy Kopernika mniej mnie pociągały, bo na ich wystawach polskie książki gęsto mieszały się z tytułami obcojęzycznymi, a na obcość przyszedł czas dopiero później. Były jednak jeszcze dwa miejsca, które ciągnęły z nieodpartą siłą. Jedno z nich, skład "Książnicy-Atlasu," leżało in partibus infidelium, prawie u wjazdu na ul. Łyczakowską: biegaliśmy tam z Henrykiem Bolkotem, czułym przyjacielem, pierwszym i niezastąpionym, aby oglądać i kupować numery Iskier. Drugie z tych miejsc, księgarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich na Placu Halickim, świeciło jasno ale krótko, już nad progiem lat młodzieńczych.
Miałem tam znajomego sprzedawcę, doradcę i kusiciela, Leporella tej papierowej rozpusty. Nazywał się bardzo stosownie - pan Szatan. W zgodzie ze swoim imieniem był czarny i przystojny, elegancki jak model z żurnalu. Nieoczekiwanie, za któregoś mojego pobytu w Zakopanem, usłużny pan Szatan spadł z nieba do piekieł; magazyn z kryształowymi szybami odstąpiono na konfekcję, a skład główny wydawnictw Ossolineum przeniesiono do małych klitek przy ulicy Ossolińskich. Dobry duch zmalał przy tej okazji i stracił coś z lucyferycznej wspaniałości. Ale uśmiechał się zawsze, ilekroć z dalekich szlaków wracałem do Lwowa i zachodziłem aby go zobaczyć, pozdrowić w nim pokuszenia i urzeczenia dzieciństwa.
Zjeździłem chcąc i nie chcąc trochę świata i kupiłem dużo książek. W Paryżu spedzałem długie godziny nocy nad stołami Giberta na Boulevard St. Michel i długie godziny dnia u "bukinistów" na lewym brzegu Sekwany. U jednego z nich, na przeciwko rue du Chat qui Peche, nabyłem pierwsze tomy Prousta, prawie z takim ściśnieniem gardła, jak kiedyś u Igła Pisma zebrane Norwida. Wiem, gdzie sprzedają książki w Brukseli, we Florencji i w Rzymie. Po londyńskim Charing Cross chodzę teraz jak po cmentarzu i żałuję książek; nie skarżą się one na ciemność, cierpią boleśnie od wilgotnych dotknięć mgły. Lecz mówiąc prawdę, od czasów Lwowa już nigdy nie zaznałem takiego współżycia książek z człowiekiem i takiej palącej jej bliskości.
Nie wyzwoliłem się ciągle z papierowej magii, choć ze skarbów zazdrośnie gromadzonych nie zostało nic: ani jedna stronica. Pochłonął je wir cyklonu, trawi je lub wyrzuca na jakieś niewiadome brzegi jak trupy. Znowu obrastam w książki. Jest to posiadanie cierpkie i nie podobne do dawnego. Opadło już dziecinne złudzenie, że można przeczytać wszystkie książki, zwiedzić wszystkie kraje, zgruntować wszystkie głębie. W Bibliotece Baworowskich, w klasztornych salach Ossolineum, w czytelni lwowskiej biblioteki uniwersyteckiej nie doznawałem żadnych wątpliwości. Dopiero pod czaszką olbrzyma w paryskiej Bibliotheque Nationale spadło na mnie mrożące rozeznanie, że pustynia książek jest nieobeszła jak pustynia świata. Nie można jej przebrnąć i nie można jej ogarnąć.
Dziś wiem, że nie przeczytam, nie posiądę wszystkich książek,
że posiadane utracę znowu. I wiem także: mogą one przepaść, ale czyste wersety z nich wyjęte, ich natchnione słowa zostaną, aby spowić tęsknotę na dnie serca, aby tęsknocie, jeśli zechce mówić, dać język cudownych zaklęć, zdolnych ocalić miejsca, czasy i rzeczy na całe życie, a może - na całą wieczność.
Wiadomości 48/191
Londyn, 27 listopada 1949
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||