I ostatni szkic z cyklu "Ksiazki w moim zyciu." Nie napisany specjalnie do Zwojow, ale 48 lat temu. Przyszedl mi na mysl juz po napisaniu i zlozeniu tego cyklu. Zamieszczam go w zadziwieniu jak ponadczasowe i ponadosobowe, a zarazem podobne, sa odczucia ludzkie wobec ksiazek.   (AMK)




PAPIEROWA MAGIA






TYMON TERLECKI


     Gdybym mial zeznac pod przysiega co z mego lwowskiego dziecinstwa zapadlo we mnie najglebiej, odpowiedzialbym: ksiazki. Byly w tym dziecinstwie, jak w kazdym, rzeczy i sprawy rozmaite, milosci i nienawisci, awersje i pasje, wydarzenia przerastajace miare dziecinnej wyobrazni i zgryzoty, smutki sypiace sie codzien, dzien po dniu przenikajace dusze jak pyl - smutek materialnego swiata. Ale tamto wszystko koluje na dalekim niebosklonie pamieci jak gwiezdna mglawica. Te jedna sprawe czuje w sobie dotykalnie. Trwa ona we mnie ciagiem nieprzerwanym. Wiaze mnie z utracona ziemia, z niedosiagalnym niebem.

     Tylko male rzeczy zaczynaja sie w okreslonym miejscu. Wazne i wazkie zdaja sie nie miec poczatku - gina w mroku lub wynurzaja sie w nieskonczonej jasnosci. Moze dlatego nie umiem powiedziec, kiedy zaczela sie ta papierowa magia, choc znam lozysko, ktorym torowala sobie droge przez moj kraj dziecinny.

     Gdy mowie: lozysko, nie jest to wcale przenosnia, chodzi tu bowiem o ulice. Ulica Batorego we Lwowie rzeczywiscie przypomina wawoz, gleboki parow, loze wodne. Zaczyna sie od Placu Halickiego waska, po obu stronach rowno scieta gardziela. Przez kilkadziesiat metrow bramujace ja spady wyciagaja sie w linie prosta: z lewej strony sad, wiezienie i III Gimnazjum, z prawej domy, przewaznie dosc wiekowe. A im blizej konca, gdzies od slepej bocznicy Bourlarda, prostopadle brzegi gna sie, lamia, wreszcie rozwieraja sie w szeroki zlew skweru. Jego zielony bluzg wpada w dwa waskie ramiona ulicy Panskiej i w odnoge ulicy Kochanowskiego. Impet jest tak gwaltowny, ze jezdnia w tym miejscu wydaje sie bielic gesto ubita piana.

     Nad ta gra linii i plaszczyzn chwieje sie gra swiatlocienia: u wejscia ulicy Batorego lezy wieczny polmrok, nad ujsciem rozwiera sie szerokie, chcialoby sie takze powiedziec, wieczne swiatlo. Ta zapewne prosta historia, zdarzajaca sie w niejednym miescie, ma dla mnie sens duchowy, jedyny na swiecie i niepowtarzalny. Wedrowka ulica Batorego stanowila w ciagu wielu lat, najmlodszych i najtkliwszych, droge od ciemnosci do swiatla, od pozadania do posiadania, od przeczuc do uswiadomien.

     Bo ta ulica byla, jest i zostanie ulica ksiazek, ich czarodziejska ojczyzna, schronieniem i wiekuistym przybytkiem. Peguy wierzyl, ze wszystkie drogie mu rzeczy tego swiata: katedry gotyckie, winnice, plaskie drogi Ile de France - odnajdzie w raju. Ja pokornie wiem, ze gdziekolwiek pamiec moja siega poza granice zycia, moja milosc wytyczy te droge pelna ksiazek, droge rosnaca z mroku ku jasnosci, aby trwala wieki wieczne, jak w lwowskim moim dziecinstwie.

     W owym czasie caly prawy brzeg ulicznego wadolu zajmowaly antykwarnie, handle starych ksiazek. Ten ciag okien nie zlewa sie we wspomnieniu w bezksztaltne zbiegowisko. Pamietam je kazde z osobna jak ludzie twarze.

     Zaczynalo sie wszystko na granicy mroku od czarnych dziupli, w ktorych siedzieli Bodekowie. Byla to rodzina, a raczej klan, moze szczep, tak rozrodzony, tak jednolicie czarny i smagly, ze az trudny do ogarniecia. Jak w fantasmagorii E.T.A. Hoffmanna, nie mieli oni okreslonych granic osobowosci, przechodzili, przelewali sie jeden w drugiego. Z uplywem lat nauczylem sie zgadywac zawartosc ksiazek, nigdy nie doszedlem do rozeznania sie w niepokojacym istnieniu lwowskich Bodekow. Byc moze dlatego, ze dorastali, starzeli sie, umierali, i za dlugimi, waskimi kontuarami, ciagnacymi sie od okien w glab sklepow, jedni wstepowali w miejsce innych.

     Bodekowie byli podobni do siebie jak liscie, ale kazda z twarzy okiennych miala odrebne rysy, inaczej mowila okladkami i tytulami ksiazek. Powyzej Bodekow byly tylko ksiazki o literaturze i sztuce: tam kupilem pamietna rzecz Porebowicza o Dantem i Kozickiego o Michale Aniele. Na rogu ulicy Bourlarda patrzyly przez szybe ksiazki spoleczno - filozoficzne. Sklep Koehlera, lezacy na pograniczu cienia i swiatla, mial w witrynach przewaznie nowe ksiazki w nieskalanych okladkach, jak w nowych nakrochmalonych mundurach. Ksiazki "uzywane" byly tam raczej rzadkie i nosily karteczki z cena, co oznaczalo, ze tutaj nie mozna sie targowac.

     Z innymi twarzami tak nie bylo. Twarz okienna zmniejszala sie wewnatrz w twarz ludzka. Znalem zawilosci, slabe strony i ukryte mysli kazdej z nich. Trzeba bylo, bo miedzy nimi a mna rozgrywal sie nieprzerwany dramat. Twarze okienne stanowily przedmiot pozadania. Twarze ludzkie zagradzaly droge do spelnienia. Z twarzami okiennymi mowilo sie mowa spojrzen, mowa aniolow i zakochanych. Z twarzami wewnatrz nalezalo twardo sie uzerac, obnizajac wymieniona cene do polowy i dokladajac do niej male dodatki. To kluczenie, cala strategia kupowania wymagala trzezwosci w ocenie sytuacji, wytrzymalosci nerwow i przenikliwosci psychologicznej. Ilez w tym zdarzalo sie blednych obliczen, przegranych batalii, gorzkich klesk! Jak oszalamiajace byly tryumfy!

     Na najdalszym skraju, juz prawie u wylotu ulicy Fredry, tam gdzie lamaly sie linie brzegow, w wielkiej secesyjnej landarze, miedzy sklepem modniarki a sklepem z papierosami, znajdowal sie niepozorny antykwariat Igla. Na wystawie lezalo kilkanascie byle jak rzuconych ksiazek. Za nimi stal pan Igiel - zawsze stal, nie pamietam, aby kiedykolwiek siedzial. Odwrocony bokiem do swiatla, mial okulary odsuniete na czolo i wodzil nosem po ksiazce. Bardzo nie lubil gdy mu w tym przeszkadzano. Opuszczal wtedy grube i wypukle szkla na zaczerwienione oczy, mruzyl spekane, luszczace sie powieki i odpowiadal z wyzyny pytaniem na pytanie:

- Po co si pitac? I tak nie kupisz.

W dalszym ciagu znajomosci zmienil druga czesc formuly na staromodne: "I tak kawaler nie kupisz."

     Ale kupilem u niego miriamowskie wydanie Norwida - nierozciety egzemplarz na czerpanym papierze, numerowany i sygnowany. Bylo to szalenstwo, choc popelnione z rozmyslem. Pytalem wiele razy o cene, wytrzymujac zniecierpliwienie slepowrona, ogladalem ze wszystkich bokow, targowalem sie na zaboj.

- Ale ja si ni lubi handryczyc - mowil antykwariusz, chwiejac wysoko siwa glowa i nie wypuszczajac z rak ksiazki, ktora czytal i chcial spokojnie czytac dalej.

     Dopiero po wielu latach dowiedzialem sie, ze stary Igiel byl znakomitym bibliopola i ze mial do czynienia nie z ubogim szczeniactwem, przedwczesnie zatrutym ksiazkomania, ale z co najbogatszymi zbieraczami i znawcami.

     Jeszcze dziwniejszym okazem byl pan Tuleja. Jego antykwariat gniezdzil sie obok tylnego wejscia pasazu Mikolascha w malutkiej uliczce, ktora wydawala sie odpryskiem ul. Batorego. Ksiazki nie staly tutaj w rzedach, ale stozyly sie jedne na drugich, ciagnely sie zatorami jak kra w niezgruntowana glab kantoru. Pan Tuleja nosil zima i latem tabaczkowy paltot, szalik bordo, a takze kapelusz. Bodaj nie lubil sprzedawac swoich ksiazek, lubil za to rozmawiac. Chetnie wyciagal mnie na spytki, ale nie przypominam sobie, abym u niego cokolwiek kupil. Byc moze powzial nieuleczalne powatpiewanie co do mojej zdolnosci zwanej przez uczonych ekonomistow "sila nabywcza." A moze byl w wyzszym jeszcze stopniu niz ja opetany namietnoscia posiadania.

     Znacznie pozniej, niedlugo przed opuszczeniem Lwowa, odkrylem sklady drukowanej starzyzny w okolicach Rynku. Stalo sie to - wstyd powiedziec - za sprawa warszawiaka, Stefana Napierskiego. Zbieral on ze znastwem polskie druki XIX wieku: zapomnianych poetow, niedocenione pamietniki, przeklady o ktorych pamiec juz dawno przepadla. Utrzymywal, ze nigdzie w Warszawie jego polowy nie byly tak niespodziane i bogate jak w staroswieckiej, bialo bielonej antykwarni jeszcze jednego Bodeka.

     Drugi krag papierowej magii stanowily ksiegarnie. Moze najwczesniej poznalem ksiegarnie Gubrynowicza, lecz dopiero dzis potrafie okreslic jej urok. Byl to urok mieszczanskiej osiadlosci i zasobnosci, domowego, pachnacego ciepla. Sufity nachylaly sie tu nisko, pokoje byly niezbyt wielkie. Ciagnely sie cienista amfilada wzdluz waskiej uliczki, laczacej przystanek kawiarni wiedenskiej z Placem Katedralnym. Na ten plac wychodzilo tylko jedno okno duze, drugie mniejsze i drzwi, a cala reszta, moze szesc kwadratowych witryn, ciagnela sie w glab ciasnego canyonu. Tramwaje zgrzytaly w nim bez przerwy. Spiewaly przeciagle na szynach i dzwonily dzwonkami, w ktore uderzalo sie podeszwa. Trzeba bylo dziecinnego zapamietania, zeby w rwacym strumieniu dzwiekow czytac godzinami tytuly wystawionych ksiazek i pozadac ich cala zarliwoscia serca.

     Zupelnie inna aura panowala u Altenberga na Placu Mariackim. Ta ksiegarnia byla wysoka, na wysokosci polpietra okalala ja drewniana galeryjka, biegnaca w kolo. Wyniosla nawa miala cos ze swieckiego kosciola, ze swiatyni rozumu i wiedzy, o ktorej marzyl Lord Bacon. Promieniowanie kaloryferow wypelnialo ja cieplem, sztucznym i egzotycznie suchym. Ciemne boazerie bramowaly grzbiety ksiazek, jak obrazy. Mozna tu bylo przystawac przed polkami, nachylac sie ku stolom, ile sie chcialo. Tym wieksza byla moja gorycz, gdy ktoregos dnia caly sklep oprozniono, a na szyldzie zjawilo sie nazwisko: Berta Star, i po ksiazkach objely panowanie damskie trykotaze. Wydawalo mi sie to wtedy profanacja swietego miejsca. Omijalem je z daleka.

     Trwala posrod tych zmiennych losow ksiegarnia Bernarda Polonieckiego na ulicy Akademickiej, ale swiecila wczorajszymi ambicjami i szczycila sie przebrzmiewajaca slawa. Mozna w niej bylo wylowic pierwodruki staffowskie, nigdy powtornie nie wydane ksiazki Brzozowskiego i tomy Sympozjonu redagowane przez Staffa pod opiekunczym okiem Ortwina, kiedy oni obaj byli mlodzi.

     Inne ksiegarnie na Akademickiej i na ulicy Kopernika mniej mnie pociagaly, bo na ich wystawach polskie ksiazki gesto mieszaly sie z tytulami obcojezycznymi, a na obcosc przyszedl czas dopiero pozniej. Byly jednak jeszcze dwa miejsca, ktore ciagnely z nieodparta sila. Jedno z nich, sklad "Ksiaznicy - Atlasu," lezalo in partibus infidelium, prawie u wjazdu na ul. Lyczakowska: biegalismy tam z Henrykiem Bolkotem, czulym przyjacielem, pierwszym i niezastapionym, aby ogladac i kupowac numery Iskier. Drugie z tych miejsc, ksiegarnia Zakladu Narodowego im. Ossolinskich na Placu Halickim, swiecilo jasno ale krotko, juz nad progiem lat mlodzienczych.

     Mialem tam znajomego sprzedawce, doradce i kusiciela, Leporella tej papierowej rozpusty. Nazywal sie bardzo stosownie - pan Szatan. W zgodzie ze swoim imieniem byl czarny i przystojny, elegancki jak model z zurnalu. Nieoczekiwanie, za ktoregos mojego pobytu w Zakopanem, usluzny pan Szatan spadl z nieba do piekiel; magazyn z krysztalowymi szybami odstapiono na konfekcje, a sklad glowny wydawnictw Ossolineum przeniesiono do malych klitek przy ulicy Ossolinskich. Dobry duch zmalal przy tej okazji i stracil cos z lucyferycznej wspanialosci. Ale usmiechal sie zawsze, ilekroc z dalekich szlakow wracalem do Lwowa i zachodzilem aby go zobaczyc, pozdrowic w nim pokuszenia i urzeczenia dziecinstwa.

     Zjezdzilem chcac i nie chcac troche swiata i kupilem duzo ksiazek. W Paryzu spedzalem dlugie godziny nocy nad stolami Giberta na Boulevard St. Michel i dlugie godziny dnia u "bukinistow" na lewym brzegu Sekwany. U jednego z nich, na przeciwko rue du Chat qui Peche, nabylem pierwsze tomy Prousta, prawie z takim scisnieniem gardla, jak kiedys u Igla Pisma zebrane Norwida. Wiem, gdzie sprzedaja ksiazki w Brukseli, we Florencji i w Rzymie. Po londynskim Charing Cross chodze teraz jak po cmentarzu i zaluje ksiazek; nie skarza sie one na ciemnosc, cierpia bolesnie od wilgotnych dotkniec mgly. Lecz mowiac prawde, od czasow Lwowa juz nigdy nie zaznalem takiego wspolzycia ksiazek z czlowiekiem i takiej palacej jej bliskosci.

     Nie wyzwolilem sie ciagle z papierowej magii, choc ze skarbow zazdrosnie gromadzonych nie zostalo nic: ani jedna stronica. Pochlonal je wir cyklonu, trawi je lub wyrzuca na jakies niewiadome brzegi jak trupy. Znowu obrastam w ksiazki. Jest to posiadanie cierpkie i nie podobne do dawnego. Opadlo juz dziecinne zludzenie, ze mozna przeczytac wszystkie ksiazki, zwiedzic wszystkie kraje, zgruntowac wszystkie glebie. W Bibliotece Baworowskich, w klasztornych salach Ossolineum, w czytelni lwowskiej biblioteki uniwersyteckiej nie doznawalem zadnych watpliwosci. Dopiero pod czaszka olbrzyma w paryskiej Bibliotheque Nationale spadlo na mnie mrozace rozeznanie, ze pustynia ksiazek jest nieobeszla jak pustynia swiata. Nie mozna jej przebrnac i nie mozna jej ogarnac.

     Dzis wiem, ze nie przeczytam, nie posiade wszystkich ksiazek, ze posiadane utrace znowu. I wiem takze: moga one przepasc, ale czyste wersety z nich wyjete, ich natchnione slowa zostana, aby spowic tesknote na dnie serca, aby tesknocie, jesli zechce mowic, dac jezyk cudownych zaklec, zdolnych ocalic miejsca, czasy i rzeczy na cale zycie, a moze - na cala wiecznosc.


Wiadomosci 48/191
Londyn, 27 listopada 1949




Tymon Terlecki (ur. 1905, zm. 2000), historyk literatury, teatrolog, krytyk, eseista. W latach 1939-1949, redaktor tygodnika Polska Walczaca, najpierw w Paryzu, pozniej w Londynie. Wspolpracowal z pismami emigracyjnymi, (glownie z Wiadomosciami w Londynie), organizowal imprezy i dyskusje literackie. Profesor Polskiego Uniwersytetu na Obczyznie (PUNO) w Londynie. W latach 1964-1972, wykladal literature polska i teatrologie na uniwersytecie w Chicago. Autor licznych publikacji i wielu ksiazek. Byl stalym wspolpracownikiem Encyclopaedia Britannica.   (Stefan Grass)








Copyright © 1997-1999 Zwoje