
Jako mała dziewczynka zwykłam chodzić na lekcje pianina do starej nauczycielki, mojej ukochanej, drobniutkiej, zasuszonej, ale jakże wymagającej Heleny Złotnickiej... Pochodziła ze Lwowa - zabrała stamtąd co tylko się dało i wraz z siostrą, również nauczycielką, zamieszkały w kamienicy czynszowej na trzecim piętrze, z nieodzowną w życiu codziennym, gosposią Karolcią.
Do domu pani Heleny wchodziło się jak do muzeum - portrety rodzinne w pięknych, zdobnych ramach, dębowe, ogromne biurko z niesamowitą ilością szuflad i szufladeczek... Etażerki, komódki, biblioteczki, kredensy - wszystko zabytkowe, z drewna, pachnące dniami, które minęły i wypełnione pamięcią zdarzeń mnie, małemu szkrabowi nieznanych i niedotykalnych...
Pani Helena miała stosy książek - tych pięknie wydanych, oprawionych w skórę i twarde okładki, jak i tych PRL-owskich, na byle jakim papierze, ale zawsze z ciekawą zawartością... Na każde imieniny i urodziny czekał na mnie prezent - książka... Zawsze też z dedykacją, wpisaną drżącą ręką starej już wtedy kobiety...
Po jej tragicznej śmierci (zmarła cierpiąc straszliwie w Wigilię Bożego Narodzenia 1981 roku, w początkach stanu wojennego) Karolcia, wierna gospodyni, poprosiła mnie, abym przyszła wybrać sobie jakieś książki po "pani"... I wtedy otworzyły się prawdziwe zakamarki wielkiego mieszkania - mogłam brać, co chciałam... I nie byłam w stanie... Po pierwsze, nie bardzo wtedy jeszcze znałam wartości tych wspaniałości, które przede mną leżały; po drugie, wystraszyłam się, że pisanych w obcym często języku, książek i tak nigdy w życiu nie będę w stanie przeczytać samodzielnie; a po trzecie - bałam się, jak ten sęp, rzucać się na święte dotąd dla mnie, rzeczy... Wyszłam zatem od Karolci z poczuciem głębokiej winy, z paroma egzemplarzami pod pachą... Z poczuciem winy, że jednak dałam sie skusić i naruszyłam ten czarodziejski, tajemniczy świat, który właśnie odchodził w zapomnienie...
Nie wiem do końca, co kryła w sobie biblioteka mojej "pani od muzyki." Nie dowiem się już nigdy. Ale teraz, po tych kilkunastu latach, inaczej popatrzyłabym na te zbiory, które albo wyrzucono na śmietnik, albo rozdano, albo też sprzedano za bezcen...
Zachowały się jednak moje wspomnienia oraz pięknie oprawione tomy Klementyny z Tańskich-Hoffmanowej i malutki notesik, pełen ręcznie przepisanych, nie wiadomo skąd, wierszy znanych i nieznanych poetów. Teraz właśnie te, pozostałe na moich już półkach precjoza, otwierają mi często magiczne bramy, zapraszając do wędrówki w poszukiwaniu straconego czasu...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||