"Książka w moim życiu" to temat - rzeka. Na rozprawę naukową, psychologiczną, na pogadankę, wypowiedź na liście dyskusyjnej, felieton w gazecie świątecznej, albo po prostu na pogawędkę w blasku świecącej się choinki... wśród swoich.
Czy ktoś spędza jeszcze wieczory na wspólnym głośnym czytaniu książek? Nie mówię tu o bajkach na dobranoc dla milusińskich. W moim domu rodzinnym nasz Tatuś, wspaniały człowiek i gawędziarz, czytał nam klejnoty literatury polskiej. Pamiętam, szczególne wrażenie na mnie, 8-9 letnim brzdącu, wywarła głośna lektura nowelek Henryka Sienkiewicza: Stary sługa, Hania i Selim Mirza. Wzruszająca opowieść o pierwszej miłości panicza do pięknej córki starego sługi, rywalizacji o nią z przystojnym sąsiadem Selimem, zakończona porwaniem, pojedynkiem, ospą Hanii, jej odejściem do klasztoru... A kiedy indziej zaśmiewaliśmy się nad inna pyszną nowelką mistrza z życia malarzy i aktorów 19-wiecznej Warszawy pt. Ta trzecia.
W moim biednym acz szczęśliwym domu telewizor (marki Atol) zjawił się dopiero w roku 1968, czyli wieczory spędzaliśmy na czytaniu, czasem wspólnym częściej osobnym, wspaniałych i jakże wtedy tanich książek.
Lata mijały. Książki wyrywało się znajomym, zdobywało spod lady, czytało się jednej nocy i to niekoniecznie lektury zakazane, ale po prostu dobrą powieść, pożyczoną tylko "do jutra" czyli często przy latarce pod kołdrą, aby ukryć się przed czujnym wzrokiem rodziciela, który sprawdzał, nawet po północy, czyśmy zakryci i wypoczywający. A w wiele lat później zamiast poprawiania wypracowań bądź prasowania syneczkowych kaftaników i koszulek...
Losy zagnały mnie za Wielką Wodę. Od kilku już dobrych lat pracuję w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie czasem z koleżankami zgadamy się o literaturze pięknej. Ostatnio w Internecie wyławiamy różne listy przebójów książkowych i to nie mam na myśli aktualnych bestsellerów, lecz po prostu "ranking" powieści, które powinno się znać. No właśnie, jakie kryteria tu zastosować?
Za moich czasów licealnych (lata 1960-te) kanon literatury europejskiej omawiało się obowiązkowo na lekcjach polskiego, studenci wydziałów humanistycznych byli zaś zobligowani do zaliczenia egzaminu ze znajomości wybranej literatury obcej (angielskojęzyczna, francuska, niemiecka lub włoska). Ponadto była moda na czytanie i gadanie o książkowych olśnieniach po nocach - przy czerwonym winie, kawie/herbacie i, niestety, w smugach papierosowego dymu.
Ze zdziwieniem zauważyłam, że moi tutejsi rówieśnicy, nie znają wielu dzieł, nawet z literatury anglojęzycznej, które były strawą codzienną mojej młodości. Może dlatego, że w Kanadzie przedmioty wybiera sobie sam uczeń już w szkole średniej, a ponadto nawet najlepszy, wzbogacony program języka angielskiego obejmuje li tylko lekturę i omówienia kilku utworów; w klasie 10 ("1 licealna") przykładowo: Macbeth (lub inna sztuka Szekspira), Wuthering Heights, kilka nowelek (Wharton, Mansfield, Lawrence) i poezja. Mało tego, nawet ludzie kończący uniwersytet z tytułem "BA in English" nie grzeszą oczytaniem, o czym przekonałam się pracując z absolwentami tego kierunku w bibliotece czy też rozmawiając z kolegami syna.
Obrońcy tutejszego systemu nauczania powiedzą, że bakałarz np. po UNB (University of New Brunswick) wykaże się dogłębną znajomością kilku utworów, a po dobrą powieść kiedyś sięgnie. Ale czy tu, w Ameryce Północnej, opanowanej (jak i pewnie cały świat) Grishamami, Crichtonami etc., czyli dobrą literaturą popularną, przęciętny czytelnik sięgnie po poważniejszą książkę? Wątpię.
A ja po cichu, najwyżej z pomocą moli książkowych rozsianych po świecie a odnalezionych na polskojęzycznych listach dyskusyjnych, układam moją prywatną listę najlepszych polskich powieści. Potraktujcie tę moją "Złotą Dwudziestkę" jako próbę przypomnienia, podpowiedzenia, a może i olśnienia czy zadziwienia Was w czytelniczych poszukiwaniach:
Te powieści oczarowały mnie w różnych porach mego życia, niezależnie od obowiązujących wtedy kanonów lektur szkolnych, bądź panujących mód. Wszystkie je odbierałam bardzo osobiście, jakby zostały napisane właśnie dla mnie, z nimi spędziłam wiele nocy, zrosiłam je łzami, śmiałam się przy ich lekturze do rozpuku, wzruszałam, kochałam, odczuwałam smak pocałunku...
Przeważająca większość olśniła mnie dawno temu w Polsce, tylko trzy końcowe pozycje z tej mojej własnej listy przebojów tzn. Tokarczuk, Pilcha i Szczypiorskiego odkryłam całkiem niedawno z pomocą wirtualnych przyjaciół.
I tu, zapewne, zaskoczę wielu, ale najczęściej czytaną przeze mnie powieścią z tej listy, ba, można nawet powiedzieć zaczytaną z miłości, książką - kochanką(iem?) była przez lata, niemal od dzieciństwa, mniej znana powieść Bolesława Prusa Emancypantki.
Na pewno nie tak "arycydzielna" jak Lalka, ale pełna prusowskiego uroku i staroświeckości pomieszanej z nowoczesnymi już wtedy, a ciągle wracającymi, rozważaniami na temat wyzwolenia kobiet. I... nie pachnie w niej kalafiorami - jak w mieszkaniu pani Stawskiej.
Powieść dzieli się na kilka odrębnych i nierównych części, najbardziej znana (także z filmowych i scenicznych adaptacji) jest Pensja pani Latter (tom 1), pokazująca zmagania pani przełożonej, kobiety samodzielnej, samotnej matki o zapewnienie luksusowego życia dwójce swych dorosłych, niezwykle wymagających i rozpuszczonych dzieci. Ukochany synek bawidamek, utracjusz i karciarz doprowadza pensję do bankructwa, a panią Latter do samobójstwa. Tom drugi to sceny z życia prowincji (Iksinow) - kapitalne. Prus z kronikarskim zacięciem wyławia i serdecznie ośmiesza mieszkańców tego cudownego partykularza. Tom 3 i 4 to z powrotem Warszawa, gdzie naiwna, o złotym sercu Madzia Brzeska, bohaterka powieści, zaczyna od posady guwernantki w nowobogackim domu zamożnych (browarem) Korkowiczów, następnie trafia do pałacu arystokratów Solskich, uczestniczy w seansach spirytystycznych, w zebraniach koła sufrażystek, ulega wpływom filozofii materialistycznej, ale tak, jak poprzednio na pensji czy w miasteczku rodzinnym, przede wszystkim spieszy z pomocą nieudacznikom, kulawym kaczętom, kobietom nieszczęśliwym a nawet upadłym (magdalenkom), narażając się na obmowę, a wreszcie i pogardę środowiska. Autor tę właśnie bezinteresowną altruistkę, ba, wręcz anioła, uważa za jedyną emancypantkę.
Pierwowzorem Madzi Brzeskiej była Oktawia z Rodkiewiczów Żeromska, którą Prus poznał w Nałęczowie. Niestety, małżeństwo Stefana Żeromskiego z aniołem nie było udane i ponoć dopiero przy drugiej żonie, Annie, twórca Popiołów znalazł prawdziwe szczęście. Ale wracając do powieści, bo ona ważniejsza niż życie realne, to odnalazłam w niej wspaniałe typy godne twórcy subiekta Rzeckiego np. oryginał - profesor Dębicki, krętacz Zgierski czy zakochany w Madzi magnat Stefan Solski, który pozytywistyczne hasło pracy organicznej realizuje w budowie cukrowni.
Myślę, ze urzekł mnie szczególny humor pana Prusa, pełen ciepła, serdeczności, a także realizm sytuacji i miejsc (Warszawa) oraz szlachetność Madzi, przynosząca jej cios za ciosem. Świętym ciężko żyć na tym padole, niestety, a zjadaczy chleba nie da się przerobić nawet tylko w wielbicieli aniołów. Pamiętam, w czasach szkoły podstawowej "odszukałam" nawet w Warszawie kamienice Solskich na Filtrowej, niedaleko Placu Narutowicza, wyobrażając sobie, że tam naprawdę rozgrywa się - raz jeszcze - powieściowy dramat.
Tu w kanadyjskim domu nie mam Emancypantek, ale mam nadzieję, że w domu w Polsce odnajdę tę powieść i nacieszę się nią jak starym wypróbowanym przyjacielem.
Obok powrotów, oby czekały na mnie i nowe znajomości a kto wie, może już w tym roku pod choinką znajdę powieść, która przyniesie to, co liczy się w sztuce najbardziej: wzruszenie, zamyślenie i zachwyt. Wtedy, nie zważając, iż mogę stracić pospieszną, najnowszą informację, wyłączę telefon, modem i komputer, nie mówiąc o staruszku telewizorze i... pozostanę sam na sam z moim staroświeckim druhem - książką, czego i Wam, Drodzy Czytelnicy Zwojów, życzę w długie świąteczne wieczory.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||