Książki w moim życiu
ŻYCIE WŚRÓD KSIĄŻEK
ANDRZEJ M. KOBOS
Pamięci Tadeusza Filipa
– mojego Mistrza i Przyjaciela
... cóż to za rzecz przedziwna,
Czytanie – jako gałązka oliwna,
Lub migdałowy kwiat ...
Cyprian Kamil Norwid
Świat książek, świat wspaniały, bez końca, ciągle rozszerzający się, jak być może Wszechświat. Świat wierny, który nie zdradzi, za to pełny niespodzianek, odkrywający coraz to nowe tajemnice. Świat trwały – mimo nietrwałości papieru – jakby ironia trwałości rzeczy kruchych.Odkąd sięga moja pamięć, wokół mnie były książki. Były naturalną częścią otaczającej mnie rzeczywistości.
W mieszkaniu naszym w Wadowicach, w tzw. "gabinecie" mojego Ojca, stała duża szafa biblioteczna, zrobiona przed wojną przez mojego dziadka Józefa Kobosa, krakowskiego mistrza-stolarza meblarskiego z Grzegórzeckiej 22. Za dwoma ogromnymi szybami, pełna była książek, które do dzisiaj pamiętam z grzbietów, z których wiele dotąd mam. Sięgałem wówczas po te książki z ogromnym zaciekawieniem, niewiele jeszcze z nich rozumiejąc. Niektóre miały ilustracje, niekiedy kolorowe. Pamiętam wertowanie dwudziestu tomów Encyklopedii Gutenberga z lat 1920., po które sięgam i dzisiaj – po latach, a przez osiemnaście lat sięgałem na drugim końcu świata. Pamiętam gruby jednotomowy niemiecki atlas Brockhausa, który, nawet kiedy już umiałem czytać, pozostał pełen tajemniczych niemieckich napisów na mapach i pod licznymi czarno-białymi fotografiami na kredowym papierze. Rozbudzały one moją ciekawość świata, zainteresowanie geografią. Atlas ten sprzedałem później niebacznie w Krakowie podczas "restrukturyzacji" mojej biblioteki. Pamiętam powojenne ("szwedzkie") wydanie dzieł Mickiewicza, które czytuję nadal, przedwojenne wydanie zbiorowe Conrada. Pamiętam cienki atlas anatomii kobiety (Ciało kobiety), z kolorowymi szkicami anatomicznymi, który wprowadził mnie w intrygujące tajniki tej wspaniałej konstrukcji Boskiej. W tylnym rzędzie (biblioteka była głęboka) stały książki, których wtedy lepiej było nie ekponować. Wśrod nich dziesięć tomów Pism Józefa Piłsudskiego, które mam do dzisiaj.
Większość tych dawnych książek nosi ładnie stylizowaną pieczątkę mojego ojca: "Mieczysław Kobos". Mam też (z pieczątką mojego stryja Tadeusza Kobosa) księgę J. Grabca (autor bez pełnego imienia!) Rok 1863 o Powstaniu Styczniowym, z kolorymi lub rytowanymi ilustracjami oraz starymi fotografiami, tragicznymi w swojej wymowie. Była też księga o starych, stylowych meblach z pieczątką mojego dziadka Józefa Kobosa. Książka ta przepadła po moim wyjeździe z Polski. Była stara, tajemnicza książka Sully'ego pt. Umysłowość ludzka, której nigdy nie zdołałem do końca zgłębić. Też zniknęła. Natomiast piękny, dwutomowy "obraz życia" Napoleona I, pióra Kircheisena, mam do dzisiaj. Było na półkach kilka tomów z przedwojennej Biblioteki Laureatów Nagrody Nobla, powojenne powieści z "Klubu Dobrej Książki", w większości socrealistyczne w treści; pamiętam np. trzytomowe Daleko od Moskwy Ażajewa, które intrygowało mnie tym, że pozostawało nie przecięte.
Jedna z książek ma szczególną historię, bardzo wczesną w moim świecie książek – książka kucharska Jak gotować Marii Disslowej. Fascynowała mnie we wczesnym dzieciństwie, a właściwie jej kolorowe ilustracje wspaniałych potraw, do tego stopnia, że częściowo ją podarłem. Przez lata była bez okładki, z brakującymi stronami, część stron włożonych było luźno. Zawsze planowalem pokleić ją i oprawić na nowo, ale nigdy do tego nie doszło. Ta, bez okładki książka, wraz z luźnymi stronami dotarła nawet później do Kanady i... pozostała podarta. Aż w roku 1993, po 12 latach od wyjazdu z Polski, kupiłem w Warszawie w antykwariacie Lamus na Rakowieckiej tę książkę kucharską w doskonałym stanie! W 1997 roku w Edmonton drukowałem z niej przepisy na mazurki w Panoramie Polskiej.
Później dostałem pierwszą swoją "etażerkę", pamiętam jej kształt. W niej ustawiałem moje książki, książki mojego dzieciństwa. Wybór ich był niewielki, bo i wtedy (wczesne lata 1950.) nie było książek dla dzieci. Pamiętam ilustrowane przez Jana Marcina Szancera Bajki i Satyry Ignacego Krasickiego i Baśnie Andersena oraz piękną książkę o zwierzętach i myśliwych w tajdze syberyjskiej, przełożoną z rosyjskiego, z rysunkami. Autorem jej był Witalij Biankij, tytułu teraz nie jestem pewny, czy aby nie Księga tajgi? Mam w oczach W pustyni i w puszczy, które ojciec czytał mi bodajże kiedy byłem chory, i Lato leśnych ludzi Marii Rodziewiczówny, które moja matka uratowała z biblioteki szkolnej, kiedy w roku 1951 a może 1952 takie książki wyrzucano na przemiał, jako obce ideologicznie nawet dzieciom. Był to najczarniejszy czas stalinizmu w Polsce. Były też w mojej biblioteczce liche książki, które kupowało się po stałej cenie 2 zł. 40 gr., a wśród nich przełożone z rosyjskiego Przygody jungi, o chłopcu na carskim okręcie wojennym. Na takich książkach nauczyłem się czytać książki. Nawet mi to z początku nie szło, nie miałem cierpliwości dotrwać do końca książki. I wtedy ojciec nauczył mnie w prosty sposób czytać książki do końca: Zaczynał mi czytać na głos jakąś ciekawą książkę, doczytał do połowy albo mniej i mówił: "A teraz czytaj sobie sam do końca, to się dowiesz co stało się dalej". Metoda ta poskutkowała bardzo szybko. Później już, pod choinkę dostałem duże książki Jamesa Fenimore'a Cooper'a: Tropiciel śladów i Ostatni Mohikanin. Zresztą na każdą Gwiazdkę dostawałem książki. Nastało też moje zainteresowanie podróżami polarnymi, oczywiście z książek Czesława Centkiewicza. W połowie lat 1950., Ojciec Jan Kamieński z wadowickiego klasztoru Karmelitów Bosych podarował mi ładne wydanie Pisma Świętego, które niestety zostało w Polsce.
Przez lata bywałem nieomal codziennie w księgarni na rynku wadowickim. Kupowałem owe książki po 2 zł. 40 gr. Były wtedy w Wadowicach aż dwie księgarnie, jedna nazywała się "Oświata". (Ta pasja księgarni przetrwała u mnie do dzisiaj – przez następne 50 lat.) Wkrótce zacząłem nosić książki do introligatora wadowickiego – pana Mruczka, u którego intrygowała mnie gilotyna i prasa do książek z korbą i ogromnym kołem zamachowym. Od jesieni 1953 roku mieszkaliśmy zresztą w domu babci Anieli Olszewskiej, kilka domów od owego Mruczka. Robił on tylko proste oprawy, bez napisów na grzbiecie – ale książka przez to stawała się dla mnie trwałą całością.
Książki (może trochę mniej liczne) były u wszystkich kilkorga przyjaciół moich rodziców, do których często mnie zabierali. U państwa Frysztaków, na przykład, pamiętam mnóstwo tomów przedwojennej Biblioteki Laureatów Nagrody Nobla. Ich córka, Ewa Frysztak, dużo starsza ode mnie, była w późnych latach 1950. znaną projektantką okładek książkowych. We wczesnych latach 1960., niedługo przed swoją śmiercią, pan Walenty Frysztak, obdarował mnie częścią tych książek, głównie powieści. W każdym razie, do czyjegokolwiek mieszkania wchodziłem, zawsze podchodziłem do szafy czy półek z książkami. Intrygowały mnie nie tyle oprawy, ile tytuły książek: czy znam już te tytuły, czy są one dla mnie nowe? Ojciec kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że tak nie wypada, ale niewiele to pomagało.
Od roku około 1957, na początku moich lat gimnazjalnych, często odwiedzał mojego ojca pan Doktor Aleksander Słapa, przedwojenny jeszcze księgarz u Gebethnera, a w owym czasie założyciel i dyrektor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Mimo wyraźnie socjalistycznych sympatii i powiązań z Cyrankiewiczem (z którym był w obozie w Oświęcimiu), wydawał on bardzo wartościowe książki z literatury polskiej (np. Dzieła Zebrane Wyspiańskiego w redakcji Leona Płoszewskiego, z którego córką Marią zaprzyjaźniłem się w Lund po ponad 40 latach) i przeciekawe, niekiedy arystokratyczne pamiętniki. Przysyłał mojemu ojcu wiele egzemplarzy okazowych. Tak nastąpiło moje spotkanie z Wyspiańskim, zanim jeszcze w XI klasie musiałem przeczytać Wesele jako lekturę szkolną (miałem zresztą niechęć do obowiązkowych lektur). Aleksander Słapa nie żyje już od 40 lat – ja nadal ze wzruszeniem biorę do ręki Kopiec wspomnień o Krakowie z jego piękną dedykacją z roku 1959: "Kochanemu, młodemu miłośnikowi Ksiąg – A. Słapa."
W roku 1959 zaczęła się moja 33-letnia przyjaźń z Tadeuszem Filipem (1907-1992). Tadeusz – przedwojenny dyplomata, który wojnę spędził w Londynie, esteta, zapoznany intelektualista, poliglota – dobrze nauczył mnie angielskiego. Również wprowadził mnie Tadeusz w świat literatury polskiej i europejskiej, rozbudził moje zainteresowanie historią, muzyką klasyczną, starożytną Grecją. Bez wątpienia ukształtował mnie intelektualnie. W sferze tej zawdzięczam mu więcej niż komukolwiek innemu. Uczył mnie angielskiego na Conradzie i wojennej polsko-angielskiej antologii Moja Ojczyzna – Polszczyzna, którą wydał w Londynie w roku 1944 z Maurice Michael'em, brytyjskim oficerem łącznikowym przy polskim sztabie w Hotelu Rubens w Londynie. Tadeusz nie tylko ukierunkował moje zainteresowania literackie i wybór lektury, ale otworzył przede mną świat oryginalnych, starych, pięknych wydań ze sztychowanymi ilustracjami. Były to w większości wielkie dzieła literatury francuskiej, angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, niemieckiej i polskiej z jego biblioteki. Pamiętam np. wielotomowe, oprawne w skórę, wydanie Moliera ze sztychami, stare wydanie Orlando Furioso Ariosta, oxfordzkie antologie różnojęzycznej poezji, wydanie Króla-Ducha Słowackiego przez Pawlikowskich w Medyce, piękny egzemplarz Dumy o Hetmanie z dedykacją Żeromskiego dla jego córki Moniki, pierwsze wydania Norwida przez Zenona Przesmyckiego – Miriama. To Tadeusz odkrył dla mnie Norwida; sam zresztą napisał doskonałe opracowanie Fortepianu Szopena Norwida, wydane w 1949 roku w Krakowie. Mam je z dedykacją Tadeusza z Promethidiona: "Taka rozmowa była o Chopinie, który największym u nas jest artystą." Podobnie wprowadził mnie Tadeusz do Beniowskiego. Wspaniały jego słownik "wileński" języka polskiego wzbogacał moje słownictwo. Tadeusz tłumaczył Ariosta, Hafiza (z perskiego!), Quevedo, Św. Teresę z Avili, Garcię Lorcę, Jesienina.
Nauczył mnie piękna starych sztychów; na ścianach wisiały u niego: erotyczny sztych Fragonard'a, kilka małych sztychów Chodowieckiego, duża mapa Polski Sansona-Jailliota z 1696 roku, drzeworyt Skoczylasa Taniec zbójników i dwie XIX-wieczne litografie – Tyńca i Wadowic, medaliony Ovidiusza i Horacego, a obok pieca medal nadawany weteranom napoleońskim po restytucji cesarstwa oraz fotografia żaglowca szkolnego "Lwów", na którym Tadeusz pływał w 1927 roku. W serwantce stało trochę starej porcelany, głównie "Stary Berlin". Po śmierci Tadeusza w roku 1992 jego biblioteka została niestety rozgrabiona. W 1993 roku przywiozłem tylko kilka drobiazgów po nim, w tym ów medal ponapoleński. Fotografia "Lwowa" pozostała u jego kuzyna, pana Szczerbowskiego.
Tadeusz zapalił mnie do szperania po antykwariatach. Przez dwadzieścia lat w Krakowie miałem nieomal codzienne do tego okazję. Miałem w tym bibliofilstwie partnera i przyjaciela z lat jeszcze młodzieńczych, Tomka Maczugę, potem przez jakiś czas antykwariusza grafiki.
Szczególnie miło wspominam dwa krakowskie antykwariaty. Pierwszy, Stanisława Krzyżanowskiego na Placu Szczepańskim, mały, z pięterkiem, na które wchodziło się po metalowych schodkach, spiralnie okręconych wokół pionowej rury. Pamiętam sędziwego Krzyżanowskiego, niskiego, barczystego acz przychylonego, o dużej twarzy, z bujną, bielutką czupryną na jeża. Kupiłem u niego cudowne wydanie Na Skalnym Podhalu Tetmajera z roku 1914 z kolorowymi reprodukcjami obrazów tatrzańskich Leona Wyczółkowskiego, jedną z najpiękniej kiedykolwiek wydanych polskich książek. Po śmierci Krzyżanowskiego, antykwariat przejął "Markiz" Pochwalski, dawny kawalerzysta. Markiz z wyraźnym trudem tolerował młodych ludzi przeglądających stare łacińskie, polskie, francuskie czy niemieckie księgi, zakurzone, o pożółkłym papierze. Kupiłem u niego pięknie wydane przez Altenberga Trzy po trzy Fredry i jednotomowe, drobnym drukiem wydanie Norwida przez Tadeusza Piniego.
Drugim moim ulubionym miejscem był już tam nie istniejący antykwariat na Sławkowskiej prowadzony wówczas przez Jana Cieślawskiego. Tam kupiłem wspaniałe lwowskie wydania Altenberga dzieł "włoskich" Kazimierza Chłędowskiego. Od nich zaczęło się moje zainteresowanie włoskim Renesansem. Tam również kupiłem przedwojenną Historię Polski Polskiej Akademii Umiejętności oraz kilka starych Roczników Krakowskich. Na ulicy Szpitalnej miał antykwariat Szaja Taffet, o nieco ospowatej twarzy z ogromnym nosem, chyba ostatni już ze starej rodziny żydowskich antykwariuszy krakowskich. Zachodziłem tam czasem, ale że miał (przynajmniej na wierzchu) wyłącznie liche wydania popularnych romansów i kryminałów, powiązane po kilka sznurkiem, nie kupiłem u niego nic, przynajmniej teraz nie mogę sobie niczego przypomnieć. Inne antykwariaty były na Brackiej i na Szpitalnej (Brücknera), ale były tam raczej tylko nowe wydania, chociaż na Brackiej kupiłem kiedyś ilustrowane Prawem i Lewem Łozińskiego z 1904 roku.
Po dwunastoletniej przerwie, w latach 1993 i 1994 wróciłem do antykwariatów krakowskich. Znowu Sławkowska, Bracka. Kupiłem wówczas piękne przedwojenne wydanie Chłopów z ilustracjami Apoloniusza Kędzierskiego oraz kilka wczesnych Roczników Krakowskich. W nowym antykwariacie Rara Avis, aczkolwiek w starej kamienicy na Szpitalnej, wyszukałem sztych według płótna Goyi – portret Dony Isabel Cobos De Porcel (oryginalne płótno w National Gallery w Londynie), który teraz z dumą pokazuję przyjaciołom jako portret mojej pięknej Pra-prababki. Dobry antykwariat górski odkryłem w Zakopanem, i w nim znalazłem rzadkie Nowele Tatrzańskie Janusza Kotarbińskiego i Wierchy z 1927 roku.
W roku 2002 zaczęły się moje regularne wizyty w Krakowie z Lund w Szwecji, gdzie mieszkam od jesieni roku 2001. (Przeprowadzka książek z Edmonton to oddzielna historia...) Znowu krakowskie antykwariaty... Ostatnie nabytki w 2004 roku, to rzadkie Roczniki Krakowskie Nr 5 i 13, a także piękne wydanie Trzaski Everta i Michalskiego Dziejów obyczajów w dawnej Polsce Bystronia znalezione u Janusza Łętochy na Brackiej. Kusił mnie Janusz dwutomowym pierwszym wydaniem Pana Tadeusza, ale było to poza moimi finansowymi możliwościami.
Wbrew pozorom, antykwariaty warszawskie, szczególnie ten na Świętokrzyskiej, były w latach 1970. źródłem kilku moich cennych nabytków, np. Listopad Henryka Rzewuskiego, wydany w Warszawie 1900 r. jeszcze z cyrylicznym napisem "Dozwolieno Cenzuroju". Tam też zrobiłem kiedyś błąd mojego życia. Miałem w ręku piękne, dwutomowe ilustrowane wydanie Popiołów przez Mortkowicza, ale nie miałem z sobą tylu pieniędzy. Szkoda, trzeba było gdzieś w Warszawie pożyczyć. Już nigdy więcej nie widziałem tego wydania. W Alejach Ujazdowskich, w "Logosie" i "Kosmosie," kupiłem kilka wczesnych Wierchów i Roczników Krakowskich. Do antykwariatów warszawskich wróciłem w roku 1993, po 12 latach poza Polską. Plonem tego powrotu były m. in. oryginalny Album Legionów Polskich z 1933 roku, bogata ikonograficznie księga Dziesięciolecie Polski Niepodległej i ogromna, trzytomowa Polska – Jej dzieje i Kultura pod redakcją Aleksandra Bruecknera z 1938 roku oraz pięknie ilustrowane Gawędy żołnierskie, "pokłosie spuścizny pamiętnikarskiej Napoleończyków", opracowane przez Wacława Gąsiorowskiego.
I jeszcze jedno, trwające ciągle doświadczenie: istnieje jakaś, trudna do opisania, radość, nieomal fizyczna rozkosz dotknięcia, trzymania w ręku i wertowania rzadkiej, starej książki, o której się słyszało, a której poszukiwało się przez wiele lat. Nawet, kiedy zaczęły ukazywać się reprinty starych książek, które czasem kupowałem, przyjemność z ich czytania nie jest już ta sama; biały, czysty papier odbiera część uroku.
O normalnych księgarniach już nie wspomnę szerzej, poza tym, że w Krakowie miałem swoje stałe księgarnie (szczególnie "Gebethnera" na A-B Rynku i "Pegaz" na rogu Karmelickiej i wówczas 1-go Maja), do których przez kilkanaście lat wstępowałem co kilka dni. Kupowałem beletrystykę polską i zachodnią, pamiętniki, kompletowałem i rozczytywałem się w książkach serii wydawniczych, takich jak Biblioteka Arcydzieł, Arcydziela XX wieku, "ceramowska," "celofanowa" poetów, Jednorożca, Nike, Biblioteka Poezji i Prozy. Nawiasem mówiąc, w 1997 roku, z impulsu pewnej korespondencji, zastanawiając się nad "Epilogiem" Innego Świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, z książek tamtego okresu przeczytałem znowu po trzydziestu latach Milczenie morza Vercors'a.
W antykwariatach wyszukiwałem nie wznawiane wielkie pozycje literatury polskiej i światowej. Jednakże, wbrew pozorom, rynek wydawniczy w późniejszym PRL-u był wcale bogaty w bardzo wartościowe pozycje literatury (czasem tylko wstępy do nich były nie do zniesienia). Miałem przyjaciół wśród personelu niektórych księgarni; Krystynę B. u Gebethnera, wspominam szczególnie miło: zostawiała mi co lepsze ksiązki. Podobnie było w Warszawie, chociaż tam bywałem rzadziej. Kupiłem książki nawet w Kijowie w jesieni 1971 roku, np. album malarstwa Aleksandra Gierymskiego. Na kupno tego albumu sprzedałem w kijowskim metrze składany parasol!
Około 1970 roku zetknąłem się bliżej z książkami z paryskiej Biblioteki "Kultury". Pierwszą z nich był bodajże Doktor Żiwago Borysa Pasternaka, pożyczony mi przez Romana Wolskiego pochodzącego ze starej komunistycznej rodziny. O roku 1972 miałem dosyć regularny dostęp do tych książek ze zbiorów Profesora Henryka Markiewicza, za pośrednictwem jego syna Ryszarda, mojego przyjaciela. Otworzył się przede mną inny świat, nie tylko Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Podczas pierwszego pobytu w Oxfordzie (1973-1975) i kilku następnych, czytywałem niemal wyłącznie Kulturę i książki Biblioteki "Kultury". Głównym problemem stał się przywóz tych książek do Krakowa. Woziłem je ukryte sprytnie, tak żeby wytrzymały ewentualne powierzchowne sprawdzenie walizki przez peerelowskiego celnika. Rzeczywiście, przetrzymały kiedyś takie otwarcie, chociaż może uratował mnie wtedy Proust po francusku dla Tadeusza Filipa, włożony luzem; celnik na Okęciu pokazał te siedem tomów swojemu szefowi i przepuścił, a Archipelag Gułag Sołżenicyna pozostał nie znaleziony. Kilka osób, szczególnie pewien mój oxfordzki przyjaciel z brytyjskim paszportem, dzisiaj powszechnie znany historyk, przywoziło mi te zakazane, "zbójeckie" książki do Krakowa. Nieprzewidywalnym wówczas figlem historii było to, że książki te w 1990 roku zostały przysłane mi po prostu pocztą polską do Kanady – w drugą stronę, a w roku 2001 przypłynęły do Szwecji. Czy wrócą kiedyś do Krakowa? Może taki powrót, jak książek Miłosza w jego wierszu Powrót do Krakowa?
Oddzielny rozdział moich łowów książkowych to księgarnia i antykwariat Blackwell's w Oxfordzie. Olbrzymia księgarnia w trójpoziomowym budynku na Broad Street, w której w roku 1973 po raz pierwszy nabrałem przekonania, że nie ma chyba tematu, na który ktoś kiedyś nie napisałby książki. Przekonanie z jednej strony optymistyczne, ale z drugiej pesymistyczne, wszak wszystkiego, nawet tylko wartościowego, nie można przeczytać. Innym ciekawym antykwariatem oxfordzkim był The Classic Bookshop przy High Street, gdzie zaspokajałem mój apetyt na sprawy i sztukę starożytnej Grecji, dalej Robin Waterfield, u którego kupiłem kilka dawnych historii Polski po angielsku, a przede wszystkim wspaniały antykwariat w starej Fyfield Manor pod Oxfordem. Tam miałem w ręce np. pierwsze wydanie Vasariego Żywoty Malarzy i Artystów, oprawne w w pożółkłą skórę, a w roku 1983, przed samym wyjazdem do Kanady, kupiłem dwa wspaniale ilustrowane rycinami tomy Picturesque Canada z 1882 roku. Przyprawiające o wypieki na twarzy były coroczne Oxford Book Fairs w Randolph Hotel. W Londynie penetrowałem antykwariaty na Charing Cross i Cecil Court, gdzie obok książek znalazłem kilka bardzo starych map Polski. I oczywiście antykwariaty mapowe: Toolley's, Jonathan Potter, Robert Douwma i inne.
Wspomnę jeszcze antykwariat w Monachium skąd mam kilka tomów pół-albumowych książek z przedwojennej serii Cuda Polski oraz polski antykwariat Emanuela Neusteina w Tel-Avivie, skąd pochodzi moja przeciekawa Polska Lotnicza z 1937 roku i Wyzwolenie Wyspiańskiego wydane przez Anczyca w 1906 roku w Krakowie. Kilka dobrych antykwariatów w Toronto, a szczególnie Book Fairs w budynku dawnej loży masońskiej na Yonge Street, także uzupełniło moje zbiory, np. piękną, ilustrowaną książką o Wenecji z 1903 roku i An Artist in Italy z 1913. Pouczającą przyjemnością samą w sobie jest przeglądanie katalogów dużych antykwariatów z całego niemal zachodniego świata. Nawet w Edmonton, Alberta, gdzie przemieszkałem kilkanaście lat, jest kilka niezłych antykwariatów, nie mówiąc już o znakomitych księgarniach: Greenwood's, a później już Chapters. W jednym z edmontońskich antykwariatów kupiłem np. pierwsze, wojenne wydanie Jana Karskiego Story of a Secret State.
Po wyjeździe z Polski zdołałem zebrać pełny komplet Kultury i Zeszytów Historycznych Instytutu Literackiego w Paryżu, większość książek Biblioteki "Kultury" oraz innych wydawnictw emigracyjnych. Kilka było źródeł tych książek: Księgarnia Polska "Orbis" w Londynie; Biblioteka Polska przy McGill University w Montrealu, gdzie Stefan Władysiuk niekiedy sprzedawał książki z darowizn, jeżeli był to już któryś z kolei egzemplarz w posiadaniu tej biblioteki (tam kupiłem też kilka rzadkich wojennych wydań londyńskich); pani Krystyna Krakowska w Brossard pod Montrealem, która od lat miała przedstawicielstwo Kultury w Kanadzie i była siostrą znanego dziennikarza i antykwariusza Aleksadra Janty-Połczyńskiego. Od Pani Krystyny usłyszałem też tragiczną historię jej pierwszego męża, mjr. Mikołaja Rodziewicza zamordowanego przez Sowietów w Starobielsku/Charkowie, i jej samej, młodej mężatki i matki, która w latach 1939-1943 bezskutecznie wyczekiwała na powrót męża i do końca życia go opłakującej. Stałem się jednak mimowolnym sprawcą wielkiego rozczarowania Pani Krystyny. Otóż, miała ona miedzioryt Rembrandta Chrzest eunucha, o którego pochodzeniu z oryginalnej płyty była z różnych względów przekonana. Tymczasem, po sprawdzeniu kilku pełnych katalogów sztychów Rembrandta, wykazałem że jej egzemplarz musiał być późniejszą kopią, rytowaną przez kogoś innego, gdyż jest odbiciem lustrzanym w stosunku do oryginału Rembrandta.
Kilkakrotnie zdarzyło mi się otrzymać w prezencie rzadkie książki. W Oxfordzie dostałem od płk. Józefa Ćwiąkalskiego Historię Polski Michała Bobrzyńskiego, wydaną w Jerozolimie w 1943 roku przez Wydawnictwo "W Drodze" przy 2 Korpusie, a Stanisław Zalewski, poeta i mój staroświecki przyjaciel, podarował mi Rozmyślania Marka Aureliusza, które niestety przepadły po moim wyjeździe z Polski, chociaż prawie wszystkie moje książki zdołałem sprowadzić do Kanady. Potem w Edmonton, Alberta, gdzie przemieszkałem 18 lat, pani "Hania" (Jadwiga) Henzlowa, była łączniczka KG AK w stopniu oficerskim, obdarowała mnie kilkoma rzadkimi książkami, że wymienię tylko Paryż Tymona Terleckiego w pięknym wydaniu Oficyny Poetów i Malarzy (Czesława i Krystyny Bednarczyków w łuku Hungerford Bridge w Londynie), unikalną antologię Warszawa bohaterska z 1945 roku oraz tomik wierszy Jerzego Lieberta, którego poszukiwałem przez ponad 15 lat, odkąd mój został w Polsce.
W bibliotece Uniwersytetu Alberty w Edmonton znajduje się całkiem bogaty zbiór polskich książek. Z biblioteki tej przez kilka miesięcy cieszyłem się pierwszymi wydaniami dwóch tomików wierszy Juliana Tuwima: Czyhanie na Boga przez Towarzystwo Wydawnicze Ignis, Toruń, Warszawa, Siedlce, 1922, z pięknym drzeworytem kamiennego mostu na okładce projektu Tadeusza Gronowskiego oraz Biblia cygańska i inne wiersze przez Wydawnictwo Jakuba Mortkowicza, Warszawa 1933, z antycznym herbem serii poezji na okładce.
Oddzielnym, pasjonującym zdarzeniem było udostępnienie mi przez socjologa Profesora Karola Krótkiego jego kompletu londyńskich Wiadomości od roku 1947 oraz niekompletnych wcześniejszych numerów. Szukałem takiej okazji przez kilkanaście lat. Nawet pan Stefan Grass bezskutecznie poszukiwał mi w Londynie archiwalnych Wiadomości. I dobrałem się w końcu do tej istnej kopalni tekstów na najwyższym poziomie, śledziłem niedoścignioną sztukę redagowania przez Mieczysława Grydzewskiego, z której teraz czerpię w redagowaniu moich internetowych Zwojów. Ze szczególnym wzruszeniem przeglądałem podarte, luźne strony Wiadomości Polskich z 1942 roku, które, starsze niż ja, przeszły z Karolem Krótkim przez okopy Tobruku.
Nawiasem mówiąc, sądzę, że z Wiadomości zostało więcej dzisiaj jeszcze aktualnych i "czytelnych" artykułów, niż z paryskiej Kultury. Po prostu dlatego, że Kultura była pismem przede wszystkim politycznym (w danej chwili), stąd teksty w niej straciły na aktualności, czytelności i atrakcyjności poza kręgiem historyków tego okresu.
Od roku 2001 w Lund, kupuję już niewiele książek, z uwagi na barierę językową. Ale czasem w kilku dobrych antykwariatach lundeńskich nie mogę się czemuś oprzeć, niemal wyłącznie po angielsku. Tu kupiłem np. Amundsens Bilder po szwedzku – album oryginalnych fotografii z polarnych wypraw Amundsena. Od czasu do czasu Piotr, mój syn w Edmonton, zamawia mi jakieś szczególnie interesujące mnie nowe książki, które wypatrzę w Internecie. Tak dostałem np. wspaniały (drugi) album prehistorycznych malowideł naskalnych w Jaskini Chauvet. Dostaję też sporo książek od przyjaciół w Polsce. Czasem są to tomiki poezji czy wydawnictwa Polskiej Akademii Umiejętności od Profesora Adama Strzałkowskiego, a czasem duże tomy, jak Powstanie ’44 Normana Daviesa od Profesora Andrzeja Szczeklika. Bywając teraz dwa razy do roku w Krakowie nadrabiam inne zakupy książkowe.
Wspomnę jeszcze inne wydarzenia związane z moimi zainteresowaniami dawną kartografią. Tygodniowa wizyta u dra Tomasza Niewodniczańskiego w Bitburgu w Niemczech w 1989 roku była nie tylko okazją do przejrzenia jego ogromnej kolekcji dawnych map i widoków miast Polski oraz ponad 400 przywilejów królów Polski, na których ja i Piotr, mój syn, mogliśmy zobaczyć – ba, dotknąć – podpisów np. Kazimierza Wielkiego, Stefana Batorego, czy Jana III Sobieskiego, ale i do wzięcia do ręki portolanów (map morskich) z XV wieku i przeglądnięcie atlasów ptolemejskich z końca XV i początku XVI wieku, atlasów Orteliusa z końca XVI wieku, czy J. Blaeu'a z połowy XVII wieku oraz obejrzenia kilku rękopisów i wielu listów Adama Mickiewicza.
U Profesora Michała Mikosia w Milwaukee, WI, obejrzałem oryginalnego Pufendorfa ze sztychami według rysunków Erika Dahlberga z "potopu" szwedzkiego (z których niektóre są jedyną zachowaną ikonografią dawnych miast i fortyfikacji polskich); wśród nich jest prawie dwumetrowej długości sztych, przedstawiający pogrzeb króla szwedzkiego Karola Gustawa X. Przy tej okazji w Milwaukee obejrzałem również kolekcję American Geographic Society, a w niej jeden z trzech zachowanych egzemplarzy (pozostałe w Vicenzy i Weronie) przedkolumbijskiej (1452) "Mappamundi", mapy świata Giovanni Leardo, kosmografa Republiki Wenecji. Coś niezwykłego: podziw i jakaś pokora pozostaje w człowieku po takim doświadczeniu.
Susan Gibson-Mikoś, żona Michała, przypomniała Polsce i światu zbiór około pięciuset unikalnych zdjęć z Polski, szczególnie z Kresów, zrobionych w roku 1934 przez Amerykankę Louise Arner Boyd. Książka Louise Boyd Polish Countrysides (New York, 1937) jest rzadkim rarytasem. Mam ją tylko w kopii kserograficznej z egzemplarza dra Oresta Talpasha, mego przyjaciela z Edmonton.
Uzupełniałem wielokrotnie profil mojej biblioteki, tak jak zmieniały się i rozrastały moje zainteresowania: beletrystyka, poezja, malarstwo (albumy często kupuję w sklepikach dużych muzeów – ostatnio album malarstwa Augusta Strindberga w Muzeum Narodowym w Sztokholmie), Cracoviana, Starożytna Grecja, historia Polski, dawna kartografia, Tatry, Himalaje, podróże polarne, Armia Krajowa, Powstanie Warszawskie, powojenne podziemie antykomunistyczne, terror stalinowski w Polsce, Judaica, prehistoryczna sztuka jaskiniowa. To jakby okresy moich zainteresowań, coś tak jak okres błękitny czy różowy u Picassa, lecz zazębiające się. Książki i moje rozstrzelone zainteresowania stanowią sprzężenie zwrotne. Czy pożyteczne? Nie wiem. Tak czy inaczej, pasjonujące.* * *
Magia książek. Po co to wszystko? Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie przez wszystkie te lata.Oczywiste jest to, co człowiekowi przynosi czytanie: wiedzę, rozrywkę, spojrzenie na świat – od filozoficznego do codziennego, wyczucie piękna, estetykę, możliwość obcowania ze światem innych ludzi w sytuacjach i położeniach geograficznych, zwykle nieosiągalnych dla czytelnika.
Takie aspekty życia, wewnętrznego głównie, przyniosło czytanie i mnie. Świat książek jest piękny, nic go nie zastąpi. Ale zastanawiałem się niejednokrotnie jak ma się on do realnego świata. Dostarcza, rzecz prosta, danych o tym realnym świecie, uczy zachowań w nim, ale wydaje mi się, że zagłębianie się w ten świat jest niekiedy ucieczką, azylem, próbą stworzenia sobie innego, lepszego świata, w którym ja czuję się dobrze i który, poprzez wybór lektury i ilustracji, mogę kontrolować. Nie ma w nim ludzi, którzy odchodzą, zostawiając po sobie pustkę i żal, albo gorzej – rozczarowanie.
Dzieje się to wszystko na drodze wspaniałej przygody intelektualnej. Mój kształt tej przygody zmienia się z czasem: kiedyś była to beletrystyka, teraz jest nim głównie eseistyka literacka i problemowa, literatura typu dokumentu z historii i sztuki. Odbija to interakcyjnie moje rozmaite zainteresowania. Bywa to nie tylko czytanie książki od strony pierwszej do ostatniej, ale wyszukiwanie albo sprawdzanie szczegółów, kopanie, grzebanie po książkach źródłowych, zwykle związane z jakimś konkretnym zagadnieniem. Takie wieczory czy weekendy z książką, spędzone często nad niezaplanowanym problemem: wczoraj Wenecja, dziś Savonarola, jutro może poezja Wierzyńskiego – są pasjonujące. Nie znaczy to, żebym nie sięgał z niesłabnącą admiracją po wielkie powieści, chociażby na przykład po moje ukochane Popioły albo Dumę o Hetmanie.
Tu słowo o poezji. "O Poezjo, łaskiś pełna" – napisał Marian Hemar. Jest w tym głęboka prawda. Poezja jest dla mnie, jak i zapewne dla wielu, jakby ponadczasowa. Dawna i nowa jest spoiwem dla różnych innych odczuć, jest łaską, czymś z kategorii tego co trwałe; zapewne poprzez swoje bogactwo słowa, melodii, symboliki. Może dlatego wymaga intymnego z nią obcowania, intymnego jej czytania.
U źródłosłowu
Jakże ja was odmłodzę,
Zacznę na nowo i zmienię,
Rozdrzewię i zazielenię,
Jak was rozszumię i rozkołyszę,
Wszystko o wszystkim napiszę,
Wytłumaczę wam i rozdzielę
Zimy, księżyce, niedziele,
Na kalendarzu, na ścianie
I na zegarach z wahadłem
Odgadnę was tak jak nigdy
Nikogo tu nie odgadłem,
I nagle wszystko zrozumiem
I niespokojna i nocną
Kiedyś ocknę się wiosną.
Na samym dnie, u początku
Niekończącego się wątku
W korzeniach, u źródłosłowu
Podniosę się z wami, rozkrzewię
I zacznę się znowu.Kazimierz Wierzyński
A z tego wszystkiego rodzą się dwie inne cudowne przygody. Pierwszą – jest nawiązywanie kontaktu ze wspaniałymi ludźmi: z takimi od których ja mogę czerpać intelektualnie, i z takimi, którym ja mogę coś przekazać intelektualnie. Często są to ludzie, którzy mogą dać mi równoczesne spełnienie obydwu tych pragnień, czyli znowu pasjonujące oddziaływanie intelektualne. Drugą – jest zaspokajana pokusa powiedzenia czegoś od siebie, zgłębienia i opisania jakiegoś problemu, ocalenia kogoś albo czegoś od zapomnienia, powiedziałbym nawet pasja. Tak rodzą się moje szkice, eseje, nawet książki. Tak zrodziły się i trwają z sukcesem moje internetowe Zwoje.Powtórzę: świat książek jest piękny i niepowtarzalny. Trudno mi sobie wyobrazić moje życie bez ciągłego zanurzania się w ten świat.
2002 – 2004
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
![]() | ||||